niedziela, 27 sierpnia 2017

Domowe spa, nie skorzystałam z promo w Rossmannie i ambitny projekt denko :)

Nieczęsto zdarza się tak, że mam czas i ochotę na takie kompleksowe ponad godzinne spa, zwykle wystarczy, że nałożę maseczkę na twarz i poleżę z książką, ale dzisiaj mnie naszło na prawdziwe domowe spa. Co to dla mnie oznacza? Moją własną wersję inspirowaną rytuałem hammam. 


Najpierw relaksująca chwila pod prysznicem, nie wiem jak Was, ale mnie koi sam szum wody z kranu :) Następnie porządnie złuszczam skórę na całym ciele przy pomocy czarnego mydła. Podczas przeprowadzki gdzieś zapodziałam moją rękawicę kessa, jako zamiennik użyłam szczotki do ciała z Rossmanna, muszę przyznać, że bardzo dobrze sprawdziła się w tej roli. Taki mocny, energiczny i szorstki masaż sprawia, że nie tylko pozbywamy się martwego naskórka, ale też pobudzamy krążenie krwi i zmiękczamy skórę. 
Kolejny krok to aplikacja maski z glinki na całe ciało (w moim przypadku to glinka czerwona), przyznaję, że stanie 15 minut pod prysznicem nie jest może czynnością wyjątkowo ciekawą, dlatego w tym czasie oglądam jakiś filmik na youtube, laptop stoi na pralce. O pozytywnych właściwościach glinki na pewno doskonale wiecie. Przede wszystkim zawiera wiele składników mineralnych (postas, wapń, magnez, cynk) wygładza i nawilża. Niestety prysznic po zmyciu glinki z całego ciała wygląda jak po wojnie ;)


Typowy rytuał hammam kończy się aplikacją na całe ciało olejku arganowego, ja wykorzystałam to, co miałam pod ręką w łazience czyli olejek z pestek śliwki i muszę przyznać, że byłam z tego wyboru bardzo zadowolona. Moja sucha skóra wchłonęła go całkowicie, do tego olejek pięknie pachnie. 


W domowym spa nie mogło zabraknąć pielęgnacji twarzy. Najpierw nałożyłam mój ulubiony typ peelingu czyli gommage, a następnie maskę do cery naczynkowej z Biodermy, już wczesniej o niej wspominałam i nadal bardzo ją lubię. Opaskę z uszkami kupiłam za grosze na aliexpres, muszę przyznać, że lubię takie zabawne elementy, poza tym jest bardzo przydatna, dzięki niej moje włosy nie przyklejają się do maski na twarzy.


Następnie wskakuję na kanapę, z truskawkami (czy to już ostatnie w tym sezonie?) i książką, aby przedłużyć sobie relaks. 

Pozostając w temacie kosmetyków, krótko wspomnę tylko, że nie planuję wizyty w Rossmannie, wiem, że do końca miesiąca jest promocja -49% na różne kosmetyki pielęgnacyjne do twarzy, ciałą i włosów, instagram nie pozwala mi o tym zapomnieć, ale jestem twarda :) 
Od połowy sierpnia nie kupiłam żadnego kosmetyku i stwierdziłam, że sama sobie postawię wyzwanie i do końca listopada nie robię zakupów kosmetycznych, nie oznacza to oczywiście, że gdy skończy mi się antyperspirant to nie kupię nowego, mam tutaj bardziej na myśli wrzucanie do koszyka kosmetyków, których zdecydowanie nie potrzebuję ponieważ aktualnie mam maski do twarzy i włosów, kremy do twarzy i rąk, a chciałabym zminimalizować ilość otwartych produktów. 
Wiecie, nadmiar przytłacza. Poza tym po takim detoksie zakupy na pewno będą cieszyć bardziej. 
Zapytacie co z moją ostatnią chciejlistą? Proste - jak uda mi się sprostać wyzwaniu kupię sobie chociaż tę pomadkę z mac'a w nagrodę :) 


Przygotowałam sobie już torbę ekologiczną na puste opakowania po kosmetykach, które zdenkuję przez ten czas, aż sama ciekawa jestem ile tego będzie.
To tyle u mnie, robicie sobie czasem same bana na zakupy? :)
Do następnego!

piątek, 25 sierpnia 2017

Bardzo dawno nie było chciejlisty

Czas to nadrobić :) Zrobiłam sobie zestawienie kilku rzeczy, które od dłuższego czasu chodzą mi po głowie. Mam tutaj tylko dwie rzeczy kosmetyczne i do nich zacznę. 
Pomadka z MAC w kolorze modesty, przy okazji mojej wizyty w Warszawie zaszłam do salonu MAC'a aby ją sobie z bliska obejrzeć i stwierdzam, że mi pasuje. Kolor to coś pomiędzy beżem, a zgaszonym różem, będzie idealna na jesień. Sprawdziłam i ostatni kolorowy produkt do ust kupiłam w kwietniu, myślę, że po pół roku z czystym sumieniem mogę sięgnąć po coś nowego. 
Urban Decay Beached Bronzer interesuje mnie od ubiegłego lata, podoba mi się odcień sun kissed i myślę, że by mi pasował, cena regularna 139 zł też nie jest wybitnie tragiczna, zwłaszcza z jakąś zniżką :) Z drugiej strony, może mogłabym kupić coś tańszego? Dylematy, dylematy. 


Natomiast co do torebki o bag nie mam już najmniejszych wątpliwości. Podoba mi się od tak dawna, że jednak ją kupię. Myślę o tej gumowej torebce już chyba od dwóch lat, z jednej strony uważam, że cena jak za tego typu tworzywo jest naprawdę wysoka, z drugiej strony nie zmieniam często torebek, aktualnie mam ich słownie cztery więc czas w końcu zdecydować się na jakiś kolor i coś wybrać. A wybór jest ogromny, co tylko utrudnia podjęcie decyzji. 
Niesamowicie podobają mi się sukienki z Feemy, uważam, że są kobiece i po prostu urzekające, z tego, co widziałam na stronie są też z dobrych materiałów, chciałabym je jednak przed zakupem obejrzeć, dotknąć i przymierzyć. Mam nadzieję, że przy okazji naszego jakiegoś weekendowego wyjazdu to się uda.
Na koniec dwa elementy biżuteryjne. Ponieważ zrobiliśmy remont i przeprowadziliśmy się do własnego mieszkania (to już prawie 2 miesiące!) chciałabym to wydarzenie jakoś upamiętnić (nie jest to do końca dobre słowo, ale jakoś nie mogę znaleźć innego) i stwierdziłam, że do mojej kolekcji Lilou dołączy jeszcze bransoletka z kluczem. 
Mam ochotę na nowy łańcuszek, najlepiej z zawieszką w kształcie księżyca, bardzo mi się ostatnio ten motyw podoba, muszę jeszcze poszukać tego idealnego. Najlepiej żeby był to księżyc z jakąś gwiazdką. 
To tyle jeśli chodzi o moje zakupowe chciejstwa, życzę Wam miłego weekendu i do następnego!

sobota, 19 sierpnia 2017

Pourlopowe migawki

Uwielbiam ten beztroski klimat nad polskim morzem. Chillout w dresie, kilometrowe spacery brzegiem Bałtyku, czytanie książek na molo, czytanie książek na plaży, gorfy z bitą śmietaną i truskawkami, otrzepywanie stóp z piasku. Dla mnie jest w tym coś takiego sentymentalnego. Wspomnienia z dzieciństwa, wyjazd pod namioty na studiach, pierwsze wakacje z narzeczonym. Uwielbiam to uczucie kiedy zmęczona po podróży idę wieczorem nad morze. woda mnie uspokaja, szum fal koi, chociaż jest w Polsce i na świecie wiele miejsc, które chcę odwiedzić na półwysep helski zawsze jadę uśmiechnięta i spokojna. Dobrze mieć takie miejsce. 


Nasz plan tegorocznego urlopu przewidywał weekend w trójmieście, a następnie tydzień w Jastarni. 
W Gdańsku i Gdyni jest tyle ciekawych rzeczy do obejrzenia, że zawsze jak tutaj jesteśmy brakuje nam czasu. Tym razem poza plażą miejską, gdańską starówką (najlepiej zwiedzaną nocą) i Jarmarkiem Dominikańskim odwiedziliśmy dwa muzea. 



Od razu zaznaczam, że na oba trzeba mieć dużo czasu i wygodne buty. Muzeum Emigracji w Gdyni polecam Wam bardzo! Temat opuszczenia swojego rodzimego kraju jest tutaj potraktowany z różnych perspektyw, niemal od początku istnienia Polski aż do czasów współczesnych. Eksponatów jest dużo, a informacji jeszcze więcej. Zdecydowanie warto zobaczyć, uważam, że jest to miejsce w Polsce trochę niedoceniane :)


Natomiast Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku z pewnością jest Wam znane, jeśli chcecie się tam wybrać polecam kupić bilety, co najmniej z kilkudniowym wyprzedzeniem, można to zrobić na stronie internetowej. Muzeum jest ogromne, z zewnątrz już sama jego architektura robi duże wrażenie, a to co jest w środku dopiero sprawia, że człowiekowi aż brakuje słów. Świetny obiekt zarówno dla dorosłych jak i dla dzieci. Sale są podzielone tematycznie np. "terror", "opór", "za żelazną kurtyną". Zrobiłam tylko jedno zdjęcie, żeby mieć co tutaj wstawić, poza tym byłam całkowicie skupiona na tym co wiedzę. A zdecydowanie jest co, zobaczyć. Filmy, zdjęcia, dokumenty, modele samolotów, mundury etc. 


Bardzo lubię Jastarnię, oczywiście poza leżeniem na plaży i jedzeniem lodów/gofrów dużo spacerowaliśmy brzegiem morza - doszliśmy tak do Juraty i Chałup. Do Helu już pojechaliśmy pociągiem. Przeczytałam trzy książki, odpoczęłam, pojeździłam trochę na loangboardzie, piłam kawę mrożoną i jadłam rybę z frytkami. 



Urlop uważam za udany i nie mogę się doczekać naszych kolejnych wyjazdów. Choćby takich tylko weekendowych ;) 

środa, 16 sierpnia 2017

Urlopowa kosmetyczka - pielęgnacja

W poniedziałek wieczorem wróciliśmy z urlopu, było wspaniale :) Przed postem z migawkami wspomnę na blogu szybko o kosmetykach, które zabrałam na nasz dziesięciodniowy wyjazd. Zdjęcia zrobiłam przed urlopem i wtedy też miałam napisać tego posta, ale stwierdziłam, że po powrocie będę mogła powiedzieć o tych produktach coś więcej. 


Do twarzy spakowałam: miniaturę żelu micelarnego z Tołpy rosacal (sprawdził się świetnie, już wcześniej miałam ten żel i byłam z niego bardzo zadowolona, świetnie myje twarz i zmywa makijaż, to był jedyny produkt, który spakowałam do demakijażu). 
Przy okazji wizyty w Rossmannie kupiłam Garnier aqua bomb mist z SPF 30, spodziewałam się po tym produkcie czegoś lepszego. Nie wiem dlaczego producent nazwał to mgiełką ponieważ ten sprej jest zdecydowanie suchy, absolutnie nie nawilża ani nie odświeża. Poza tym trzeba bardzo uważać, żeby nie oddychać podczas jego aplikacji ponieważ zostaje w gardle, smakuje okropnie. Stwierdziłam, że do twarzy go raczej nie zużyję, a że ma dość wysoki SPF nałożyłam go na nogi, nie wiem jak to się stało, ale pierwszy raz chyba od dziesięciu lat sparzyłam sobie skórę na słońcu! Nałożyłam tego produktu całkiem sporo, a zamiast zabezpieczonej skóry miałam czerwoną, piekącą, podrażnioną skórę na całej nodze. 


Na szczęście dalej jest już tylko lepiej :) Masełko do ust z Nuxe stosowałam tylko na noc i tak dobrze nawilżało usta, że mimo wiatru i słońca nie miałam żadnych problemów z ich przesuszeniem.
Do twarzy używałam miniatury kremu z the body shop nutriganics smoothing day cream, mimo faktu, że producent poleca go do stosowania na dzień, sięgałam po niego dwa razy dziennie i doskonale się sprawdził. Zależało mi przede wszystkim na tym, żeby dobrze nawilżał i nie podrażniał, krem spełnił z powodzeniem te oczekiwania, poza tym szybko się wchłania i dobrze rozprowadza się i trzyma na nim makijaż. Nie potrzebowałam niczego więcej. 
Sun Ozon filtr do twarzy SPF 30 to już moje trzecie opakowanie, jest bardzo znany więc chyba nie ma sensu się nad nim dłużej rozwodzić :) Tani, skuteczny, dostępny w Rossmannie.
Jak urlop to relaks na całego! Spakowałam dwie maski w płachcie. Purederm coconut essence mask sprawdziła się bardzo dobrze i z pewnością ją jeszcze kupię. Była bardzo mocno nasączona, przyjemnie chłodziła twarz w te upały, nawilżyła i nawet ukoiła moją cerę. 


Natomiast maska Lift z Bielendy nie zrobiła zupełnie nic, przede wszystkim była słabo nasączona, taki suchy płat nie chciał się trzymać twarzy, o żadnym lifcie nie było mowy. 
Zawsze w podróż pakuję nawilżane chusteczki. Tez cleanic akurat bardzo ładnie pachniały i super się sprawdzały to przetarcia dłoni, butów, rozlanej zupy i wielu innych :)
Do ciała spakowałam małe opakowanie szamponu Joanna Naturia z miodem i cytryną. Bardzo przyzwoity produkt, robi to, co ma robić czyli dobrze myje włosy, dobrze się pieni (wiadomo, SLS) i nie sprawia, że włosy szybciej się przetłuszczają.


Małe masełko i żel pod prysznic z the body shop o zapachu mleka migdałowego i miodu to moje nowe, zapachowe odkrycie. Uwielbiam! Zapach jest taki mleczny, czysty, słodki, z przyjemnością sięgałam po te kosmetyki i oba zużyłam na urlopie do dna. Z pewnością jeszcze do nich wrócę.
Do higieny intymnej zużyłam miniaturę żelu z Białego Jelenia. Nie podrażniał, nie wysuszał wrażliwej skóry, nie mam do niego żadnych uwag :) 
Czy było coś kosmetycznego, czego mi zabrakło? Niestety tak, jak wspominałam wcześniej pierwszy raz od dekady miałam skórę podrażnioną słońcem. Dobrze znam swoje potrzeby, pakuje się w przemyślany sposób i nigdy produkt po opalaniu nie był mi po prostu potrzebny. Do teraz. Nie było za dużego wyboru (gdybym ja to wiedziała wcześniej, to kupiła bym po prostu żel z aloesu), więc zdecydowałam się na Dax Sun łagodzący balsam po opalaniu ponieważ miał pandenol na drugim miejscu w składzie. Muszę przyznać, że ten produkt przyniósł mi wiele ulgi, na razie nie schodzi mi skóra i mam nadzieję, że tak zostanie :) 


To tyle w kwestii pielęgnacji, wszystko zmieściło mi się do jednej kosmetyczki, wszystkiego używałam i poza tym bublem z garniera, wszystkie kosmetyki dobrze mi służyły na urlopie. 

czwartek, 3 sierpnia 2017

A w lipcu

Lipiec w kwestii pracy, jak co roku był strasznie ciężki i wymagający, szczerze przyznaję, że z niecierpliwością czekam na mój dwutygodniowy urlop. A poniżej przedstawiam rzeczy i wydarzenia, które umiliły mi miniony miesiąc.


W tx maxx kupiłam pierwszą świeczkę z WoodWick o zapachu gruszki, jej regularna cena to 49,90 zł, ja zapłaciłam za nią 19,90 zł więc tym bardziej się cieszę. Bardzo podoba mi się jej słodki, owocowy zapach, idealny na lato, mimo faktu, że nie jest duża zapach unosi się w całym pokoju. Jednak to, co podoba mi się w tej świecy najbardziej to drewniany knot, który strzela jak drewno w kominku. Spędziłam w towarzystwie tej świecy kilka bardzo relaksujących, spokojnych wieczorów. Z pewnością zaopatrzę się w inne wersje zapachowe, myślę, że jesienią będą się sprawdzały jeszcze lepiej. 


W tym miesiącu przeczytałam kilka książek, ale jedna jest na tyle interesująca, że koniecznie chcę Wam ją polecić. "Happy uroda" Kasi Bem bardzo wpisuje się w to, na czym mi teraz zależy. Autorka udowadnia, że piękno jest w nas, że spokój, pogoda ducha, radość, wdzięczność to wartości uzupełniające nasze piękno, nie tylko wklepywanie kremu i demakijaż ma znaczenie :) Znajdziemy tutaj wiele informacji o jodze, medytacji, masażu twarzy, a także dokładne rozpisane domowe spa. Jeśli szukacie w życiu spokoju, warto przeczytać.



Udało nam się pojechać na weekend do Warszawy, odwiedziliśmy znajomych, poza rozmowami do późnych godzin nocnych i gry w planszówki widzieliśmy Muzeum Warszawy. Bardzo ciekawe miejsce, znajdziemy tutaj przedmioty codziennego użytku, obrazy, popiersia, pocztówki, a wszystko ściśle związane z Warszawą i jej mieszkańcami. Ja po prostu bardzo lubię muzea, relaksuje mnie przebywanie w takich miejscach. Jedyne do czego, niestety muszę się przyczepić to brak wyznaczonych kierunków zwiedzania, nie tylko my poruszaliśmy się po tych przestrzeniach nieco chaotycznie. 



W związku z moimi wakacyjnymi wyjazdami kupiłam sobie nową kosmetyczkę. Jest piękna, różowa, w kropeczki i wisienki, przesłodka. Jest też bardzo pakowna, zrobiłam już przymiarkę i spokojnie zmieściłam tutaj wszystkie kosmetyki na nasz tegoroczny urlop. Kosmetyczka jest przedzielona na dwie komory (ale można tę podziałkę usunąć), ma też dwie małe kieszonki. Kupiłam ją na aliexpres za ok. 6 zł. 


W lipcu byliśmy dwa razy w kinie. Na najnowszych minionkach czyli "Gru, Dru i Minionki", to była świetna animacja, jak wszystkie z tej serii, śmieszna i poprawiająca humor. Jeśli jeszcze nie znacie minionków, koniecznie nadróbcie zaległości. 
Mój chłopak chciał iść na najnowszy film o spidermanie jak tylko zobaczył pierwszy trailer, pewnie było to jakieś dobre pół roku temu :) Muszę przyznać, że "Spiderman Homecoming" to całkiem znośne kino, moim zdaniem bardziej przeznaczone dla nastolatków, ze względu na wiek głównego bohatera i jego szkolne problemy. Jeśli jednak szukacie nieskomplikowanego, filmu z dobrym humorem możecie wybrać się do kina na przygody Petera Parkera.
Teraz czekam na kolejny film o Thorze.


Na sam koniec tylko jedna rzecz jedzeniowa - koktajl z borówek. Jakoś wcześniej nigdy nie wpadłam na pomysł, żeby zmiksować borówki, ale akurat złożyło się tak, że nie miałam truskawek ani malin, za to wielką ochotę na koktajl, z braku czegokolwiek innego wzięłam borówki, mleko i syrop klonowy. Tak powstało coś przepysznego. Mój ulubiony smak tego lata. 

To tyle u mnie, nie było tego dużo, mam nadzieję, że sierpień będzie ciekawszy :)
Już teraz życzę Wam miłego weekendu! Do następnego!