środa, 16 sierpnia 2017

Urlopowa kosmetyczka - pielęgnacja

W poniedziałek wieczorem wróciliśmy z urlopu, było wspaniale :) Przed postem z migawkami wspomnę na blogu szybko o kosmetykach, które zabrałam na nasz dziesięciodniowy wyjazd. Zdjęcia zrobiłam przed urlopem i wtedy też miałam napisać tego posta, ale stwierdziłam, że po powrocie będę mogła powiedzieć o tych produktach coś więcej. 


Do twarzy spakowałam: miniaturę żelu micelarnego z Tołpy rosacal (sprawdził się świetnie, już wcześniej miałam ten żel i byłam z niego bardzo zadowolona, świetnie myje twarz i zmywa makijaż, to był jedyny produkt, który spakowałam do demakijażu). 
Przy okazji wizyty w Rossmannie kupiłam Garnier aqua bomb mist z SPF 30, spodziewałam się po tym produkcie czegoś lepszego. Nie wiem dlaczego producent nazwał to mgiełką ponieważ ten sprej jest zdecydowanie suchy, absolutnie nie nawilża ani nie odświeża. Poza tym trzeba bardzo uważać, żeby nie oddychać podczas jego aplikacji ponieważ zostaje w gardle, smakuje okropnie. Stwierdziłam, że do twarzy go raczej nie zużyję, a że ma dość wysoki SPF nałożyłam go na nogi, nie wiem jak to się stało, ale pierwszy raz chyba od dziesięciu lat sparzyłam sobie skórę na słońcu! Nałożyłam tego produktu całkiem sporo, a zamiast zabezpieczonej skóry miałam czerwoną, piekącą, podrażnioną skórę na całej nodze. 


Na szczęście dalej jest już tylko lepiej :) Masełko do ust z Nuxe stosowałam tylko na noc i tak dobrze nawilżało usta, że mimo wiatru i słońca nie miałam żadnych problemów z ich przesuszeniem.
Do twarzy używałam miniatury kremu z the body shop nutriganics smoothing day cream, mimo faktu, że producent poleca go do stosowania na dzień, sięgałam po niego dwa razy dziennie i doskonale się sprawdził. Zależało mi przede wszystkim na tym, żeby dobrze nawilżał i nie podrażniał, krem spełnił z powodzeniem te oczekiwania, poza tym szybko się wchłania i dobrze rozprowadza się i trzyma na nim makijaż. Nie potrzebowałam niczego więcej. 
Sun Ozon filtr do twarzy SPF 30 to już moje trzecie opakowanie, jest bardzo znany więc chyba nie ma sensu się nad nim dłużej rozwodzić :) Tani, skuteczny, dostępny w Rossmannie.
Jak urlop to relaks na całego! Spakowałam dwie maski w płachcie. Purederm coconut essence mask sprawdziła się bardzo dobrze i z pewnością ją jeszcze kupię. Była bardzo mocno nasączona, przyjemnie chłodziła twarz w te upały, nawilżyła i nawet ukoiła moją cerę. 


Natomiast maska Lift z Bielendy nie zrobiła zupełnie nic, przede wszystkim była słabo nasączona, taki suchy płat nie chciał się trzymać twarzy, o żadnym lifcie nie było mowy. 
Zawsze w podróż pakuję nawilżane chusteczki. Tez cleanic akurat bardzo ładnie pachniały i super się sprawdzały to przetarcia dłoni, butów, rozlanej zupy i wielu innych :)
Do ciała spakowałam małe opakowanie szamponu Joanna Naturia z miodem i cytryną. Bardzo przyzwoity produkt, robi to, co ma robić czyli dobrze myje włosy, dobrze się pieni (wiadomo, SLS) i nie sprawia, że włosy szybciej się przetłuszczają.


Małe masełko i żel pod prysznic z the body shop o zapachu mleka migdałowego i miodu to moje nowe, zapachowe odkrycie. Uwielbiam! Zapach jest taki mleczny, czysty, słodki, z przyjemnością sięgałam po te kosmetyki i oba zużyłam na urlopie do dna. Z pewnością jeszcze do nich wrócę.
Do higieny intymnej zużyłam miniaturę żelu z Białego Jelenia. Nie podrażniał, nie wysuszał wrażliwej skóry, nie mam do niego żadnych uwag :) 
Czy było coś kosmetycznego, czego mi zabrakło? Niestety tak, jak wspominałam wcześniej pierwszy raz od dekady miałam skórę podrażnioną słońcem. Dobrze znam swoje potrzeby, pakuje się w przemyślany sposób i nigdy produkt po opalaniu nie był mi po prostu potrzebny. Do teraz. Nie było za dużego wyboru (gdybym ja to wiedziała wcześniej, to kupiła bym po prostu żel z aloesu), więc zdecydowałam się na Dax Sun łagodzący balsam po opalaniu ponieważ miał pandenol na drugim miejscu w składzie. Muszę przyznać, że ten produkt przyniósł mi wiele ulgi, na razie nie schodzi mi skóra i mam nadzieję, że tak zostanie :) 


To tyle w kwestii pielęgnacji, wszystko zmieściło mi się do jednej kosmetyczki, wszystkiego używałam i poza tym bublem z garniera, wszystkie kosmetyki dobrze mi służyły na urlopie. 

czwartek, 3 sierpnia 2017

A w lipcu

Lipiec w kwestii pracy, jak co roku był strasznie ciężki i wymagający, szczerze przyznaję, że z niecierpliwością czekam na mój dwutygodniowy urlop. A poniżej przedstawiam rzeczy i wydarzenia, które umiliły mi miniony miesiąc.


W tx maxx kupiłam pierwszą świeczkę z WoodWick o zapachu gruszki, jej regularna cena to 49,90 zł, ja zapłaciłam za nią 19,90 zł więc tym bardziej się cieszę. Bardzo podoba mi się jej słodki, owocowy zapach, idealny na lato, mimo faktu, że nie jest duża zapach unosi się w całym pokoju. Jednak to, co podoba mi się w tej świecy najbardziej to drewniany knot, który strzela jak drewno w kominku. Spędziłam w towarzystwie tej świecy kilka bardzo relaksujących, spokojnych wieczorów. Z pewnością zaopatrzę się w inne wersje zapachowe, myślę, że jesienią będą się sprawdzały jeszcze lepiej. 


W tym miesiącu przeczytałam kilka książek, ale jedna jest na tyle interesująca, że koniecznie chcę Wam ją polecić. "Happy uroda" Kasi Bem bardzo wpisuje się w to, na czym mi teraz zależy. Autorka udowadnia, że piękno jest w nas, że spokój, pogoda ducha, radość, wdzięczność to wartości uzupełniające nasze piękno, nie tylko wklepywanie kremu i demakijaż ma znaczenie :) Znajdziemy tutaj wiele informacji o jodze, medytacji, masażu twarzy, a także dokładne rozpisane domowe spa. Jeśli szukacie w życiu spokoju, warto przeczytać.



Udało nam się pojechać na weekend do Warszawy, odwiedziliśmy znajomych, poza rozmowami do późnych godzin nocnych i gry w planszówki widzieliśmy Muzeum Warszawy. Bardzo ciekawe miejsce, znajdziemy tutaj przedmioty codziennego użytku, obrazy, popiersia, pocztówki, a wszystko ściśle związane z Warszawą i jej mieszkańcami. Ja po prostu bardzo lubię muzea, relaksuje mnie przebywanie w takich miejscach. Jedyne do czego, niestety muszę się przyczepić to brak wyznaczonych kierunków zwiedzania, nie tylko my poruszaliśmy się po tych przestrzeniach nieco chaotycznie. 



W związku z moimi wakacyjnymi wyjazdami kupiłam sobie nową kosmetyczkę. Jest piękna, różowa, w kropeczki i wisienki, przesłodka. Jest też bardzo pakowna, zrobiłam już przymiarkę i spokojnie zmieściłam tutaj wszystkie kosmetyki na nasz tegoroczny urlop. Kosmetyczka jest przedzielona na dwie komory (ale można tę podziałkę usunąć), ma też dwie małe kieszonki. Kupiłam ją na aliexpres za ok. 6 zł. 


W lipcu byliśmy dwa razy w kinie. Na najnowszych minionkach czyli "Gru, Dru i Minionki", to była świetna animacja, jak wszystkie z tej serii, śmieszna i poprawiająca humor. Jeśli jeszcze nie znacie minionków, koniecznie nadróbcie zaległości. 
Mój chłopak chciał iść na najnowszy film o spidermanie jak tylko zobaczył pierwszy trailer, pewnie było to jakieś dobre pół roku temu :) Muszę przyznać, że "Spiderman Homecoming" to całkiem znośne kino, moim zdaniem bardziej przeznaczone dla nastolatków, ze względu na wiek głównego bohatera i jego szkolne problemy. Jeśli jednak szukacie nieskomplikowanego, filmu z dobrym humorem możecie wybrać się do kina na przygody Petera Parkera.
Teraz czekam na kolejny film o Thorze.


Na sam koniec tylko jedna rzecz jedzeniowa - koktajl z borówek. Jakoś wcześniej nigdy nie wpadłam na pomysł, żeby zmiksować borówki, ale akurat złożyło się tak, że nie miałam truskawek ani malin, za to wielką ochotę na koktajl, z braku czegokolwiek innego wzięłam borówki, mleko i syrop klonowy. Tak powstało coś przepysznego. Mój ulubiony smak tego lata. 

To tyle u mnie, nie było tego dużo, mam nadzieję, że sierpień będzie ciekawszy :)
Już teraz życzę Wam miłego weekendu! Do następnego!