poniedziałek, 31 lipca 2017

Ulubieńcy lipca

Koniec miesiąca to czas ulubieńców! Jak zawsze z przewagą pielęgnacji. 


Zacznę od produktu, który bardzo pozytywnie mnie zaskoczył, a kupiłam go praktycznie przez przypadek, przy okazji innych zakupów w Superpharm był w cenie 9,90 zł, akurat skończył mi się płyn micelarny, nie miałam na oku niczego innego więc bez większego zastanowienia go wzięłam. Dermedic Hydrain Hialuro to płyn micelarny przeznaczony do skóry suchej i bardzo suchej, zalecany przez producenta do codziennego oczyszczania wrażliwych okolic oczu i twarzy, również dla osób nietolerujących tradycyjnych sposobów demakijażu. Muszę przyznać, że jest to produkt delikatny, absolutnie nie podrażnia mojej wrażliwej cery i równie wrażliwych oczu, ładnie rozpuszcza i domywa makijaż. Poza tym bardzo przyjemnie pachnie, nie zostawia lepiącego filmu na twarzy. Sięgam po niego z przyjemnością, zużyłam już połowę i nie mam żadnych uwag :)


Po tym jak wykończyłam peeling gommage z tonymoly szukałam jakiegoś drogeryjnego zastępstwa, muszę przyznać, że wybór jest praktycznie żaden, w sklepie Ziaji znalazłam peeling gommage wygładzający z serii Sopot Spa i muszę przyznać, że dobrze się u mnie sprawdza. Produkt ma dość lepką konsystencję i taki solny zapach, charakterystyczny dla całej linii, dla mnie całkiem przyjemny. Producent zalega aby pozostawić produkt na twarzy 10 minut, zawsze trzymam go dłużej, tak ok. 15 i wtedy widzę lepszy efekt. Peeling faktycznie złuszcza skórę, nie podrażniając jej, niweluje suche skórki i świetnie wygładza. Z tego co pamiętam kosztował ok. 10 zł. Jeśli szukacie telikatnego peelingu do wrażliwej skóry warto się nim zainteresować. 


W temacie twarzy mam Wam do polecenie jeszcze jeden produkt - Bioderma sensibio mask. Maska przeznaczona, jak cała seria do cery z zaczerwienieniami, naczynkowej. Maska ma kremową konsystencję, łatwo się nakłada i równie łatwo zmywa, a jak już wiele razy mówiłam ważne dla mnie jest to, źeby bez problemu usunąć maseczkę z twarzy, dla mnie to żaden relaks kiedy wiem, że będę zmywała produkt dłużej niż miałam go na twarzy, a do tego jeszcze ubrudzę pół łazienki :)


Maska przyjemnie koi podrażnioną, zaczerwienioną skórę i świetnie nawilża. Stosuję ją 1-2 razy w tygodniu, jest bardzo dobrym uzupełnieniem codziennej pielęgnacji. Jeśli macie cerę z taką jak ja, na pewno docenicie jej zalety.


Jeden produkt z kolorówki, nie wiem czy już kiedyś nie znalazł się w ulubieńcach, nie lubię odgrzewanych kotletów, ale musiałam ten produkt tutaj wrzucić ponieważ przez jakiś czas leżał zapomniany, a teraz jak sobie o nim przypomniałam sięgam po niego niemal codziennie i już prawie go wykończyłam. Mówię tutaj o pomadce w płynie z melted Too Faced, moja miniatura jest w kolorze Chihuahua i totalnie za nim przepadam, zwłaszcza teraz kiedy jestem bardziej opalona prezentuje się na moich ustach świetnie i bardzo dobrze się w nim czuje. To ciepły brąz z lekką nutą różu. Ma matowe wykończenie, ale nie zasycha i na ustach nosi się bardzo komfortowo. Pasuje do każdego makijażu. Uwielbiam!


Na sam koniec drażetki Merz Spezial, już wcześniej o nich wspominałam tutaj. W czerwcu wykończyłam trzecie, ostatnie opakowanie i muszę przyznać, że jestem z jego działania bardzo zadowolona. Włosy są mocniejsze, zdecydowanie mniej wypadają, a miesiąc po zakończeniu kuracji sytuacja nie uległa zmianie, bardzo mi na tym zależało, żeby efekt utrzymał się jeszcze jakiś czas po. Poza tym zauważam tę zmianę nie tylko ja, moja mama ostatnio czesała mi warkocza dobieranego (nie umiem go sobie zrobić sama) i była pod wrażeniem jak dużo mam włosów :) Pełna kuracja to 3 opakowania (każde po 60 tabletek) i już w jej połowie zauważyłam efekty.
Jeśli macie problem z wypadającymi włosami serdecznie Wam Merz Spezial polecam.

To tyle u mnie, życzę Wam miłego tygodnia, ja już się nie mogę doczekać jego końca, w piątek w nocy jedziemy nad morze :) 


sobota, 29 lipca 2017

Byłam na początku miesiąca na zakupach

I wpadło mi do koszyka trochę kolorówki. Bardzo rzadko robię takie zakupy, ponieważ nie popieram stwierdzenia, że kosmetyki do makijażu się używa, a nie zużywa i staram się robić zakupy dopiero jak jakiś produkt sięgnie dna. Tym razem jednak nie mogłam się powstrzymać i kupiłam produkty, bez których spokojnie mogłabym żyć :) 


Już wcześniej oglądałam tę mini paletkę Smashbox Double Exposure. 
Może najpierw dane techniczne - paletka jest naprawdę malutka (wielkości karty kredytowej) i płaska, idealna na wyjazdy ponieważ nie zajmuje dużo miejsca, jest wykonana z grubego plastiku i ma nawet lusterko. Jej regularna cena to ok. 80 zł, kiedy była w Sephorze promocja, kosztowała ok. 40 zł, wtedy już się nie zastanawiałam:)


 Bardzo podoba mi się zestawienie cieni, mamy tutaj dwa brązy, jasny cień bazowy, róż, fiolet, granat i takie różowe złoto, jedyny cień, który zdecydowanie nie jest dla mnie to ten pierwszy - taki szaro-srebrny, nie wyobrażam sobie na jaką okazję mogłabym go użyć :) Poza tym uważam, że cała kompozycja jest kompletna i dobrze dobrana. Na urlop wezmę tylko ją. Cienie się nie osypują, ale są miękkie i łatwo się nakładają, nawet te jasne kolory są dobrze napigmentowane i widoczne na oku. Moi ulubieńcy to: peony, quartz i copper. Do trwałości również nie mam zastrzeżeń. 


Do tej pory miałam tylko jeden rozświetlacz (mój ukochany MAC landscapade), byłam jednak bardzo ciekawa produktów marki Becca więc zdecydowałam się na zestaw dwóch miniaturek - w formie płynnej i prasowanej, obie w kolorze opal. Co mogę powiedzieć? Są piękne! MAC był dla mnie teraz już trochę za jasny, dlatego pomyślałam o czymś trochę ciemniejszym i bardziej złotym. Opal okazał się świetnym wyborem. Początkowo myślałam, że częściej będę sięgała po produkt prasowany, ale okazało się, że jakoś bardziej podoba mi się w wersji płynnej. Kolor ma delikatniejszy, a przez to, że jest mokry tworzy bardzo ładną taflę na skórze. 
Jednak trzeba uważać ponieważ nie z każdym podkładem się lubi, z mojej twarzy ściera Diorskin forever i zdecydowanie nie wygląda to estetycznie. Na szczęście zawsze mam alternatywę i mogę sięgnąć po pudrową Becce. Cena tego zestawu to 75 zł. Jestem z tych produktów bardzo zadowolona, w pełni rozumiem ich popularność. Teraz chętnie bym sięgnęła po inne produkty tej marki, podobają mi się zwłaszcza róże.


Do zakupów poprosiłam (i dostałam:) próbkę podkładu born this way z Too Faced. Poza tym, że kolor vanilla przez swoje żółte tony pasuje mi świetnie nie wiedzę więcej zalet tego podkładu. No może jeszcze to, że bardzo łatwo się nakłada i praktycznie nie czuć go na skórze. Krycie ma raczej lekkie, ale jego trwałość to żart! Na mojej suchej i raczej bezproblemowej cerze podkłady bez bazy (nawet najtańsze) trzymają się niemal cały dzień, ten się wyciera dosłownie po godzinie, a po trzech nie ma po nim ani śladu, na nosie i brodzie był zupełnie wytarty, poza tym ma być nawilżający a niestety podkreśla suche skórki i pory. Od podkładu za 160 zł wymagam czegoś więcej niż łatwej aplikacji. Miałam na niego ochotę, ale po tej próbce zdecydowanie nie kupię.

Na sam koniec lakier do paznokci - semilac 015 plum. Ja wiem, że lato, że pastele i neony, ale co poradzę, że uwielbiam ciemne paznokcie nawet przy upałach :) Ten kolor to ciemna, nasycona śliwka, nie ma tutaj żadnych innych tonów, nie wpada w brąz ani czerń, tak jak się nazywa tak wygląda i jestem z tego bardzo zadowolona.

To tyle z moich nowości, życzę Wam miłego weekendu! 

sobota, 8 lipca 2017

A w czerwcu

Na szczęście czerwiec był ostatnim miesiącem remontu i przeprowadzki. Tym samym nie było za wiele czasu na kino, plener albo jakiś weekendowy wyjazd, odbijemy sobie to w następnych miesiącach! Jestem zmęczona, ale szczęśliwa, że to już koniec. Poniżej zdjęcie jednej ze ścian, oczywiście szarej :) 


Pozostając jeszcze w temacie wnętrz koniecznie muszę zaznaczyć, że latem uwielbiam świeże kwiaty w wazonach. Wyglądają pięknie i ożywiają przestrzeń wokół.



Najczęściej sama sobie kupuję goździki albo różne polne kwiaty, mój chłopak natomiast praktycznie zawsze kupuje mi róże.
Na tle mojej nowej kuchni możecie zobaczyć złotego ananasa, którego kupiłam w tigerze (25 zł). Muszę przyznać, że jest trochę kiczowaty, ale bardziej mnie to urzeka niż mi przeszkadza. Poza tym tego lata motyw ananasów jest dosłownie wszędzie! Jeśli nie chcecie wydawać dużo na takie tymczasowe fanaberie warto zajrzeć właśnie do tigera.


Pewnie jestem ostatnią osobą na świecie, ale... w czerwcu odkryłam netflix. Wiedziałam wcześniej, że istnieje, ale jakoś nie byłam nim zainteresowana, a jak już w końcu za namową mojego chłopaka kliknęliśmy subskrypcje to przepadłam. Teraz oglądam dwa seriale "house of cards" i "breaking bed" oba już wcześniej znałam, ale zatrzymałam się w obu przypadkach na pierwszym sezonie, teraz nadrabiamy zaległości. 
Poza serialami netflix oferuje duży wybór filmów fabularnych i dokumentalnych, jesienią i zimą zdecydowanie będzie co robić:)


Czerwiec to miesiąc wyprzedaży, nie poszalałam za bardzo, nie miałam czasu, ale w sumie też nic takiego nie wpadło mi w oko. Ostatecznie kupiłam bluzeczkę w biało-granatowo-czerwone wzorki z reserved, szary t-shirt z c&a (jest z nowej kolekcji kosztowała 39,90 zł) z bardzo ładnym kwiatowym haftem i to, co cieszy mnie najbardziej czyli dresowe spodnie z h&m w cenie 20 zł! Są miękkie i mają ściągacze przy kostkach. Zdecydowanie jestem dresiarą :)


Spełniłam moje małe obuwnicze marzenie i kupiłam białe conversy. To nie jest ten standardowy model, te mają krótsze wiązanie i sznurówki przyszyte na stałe. Bardziej mi się podobają niż ten najbardziej popularny model, a do tego są niesamowicie wygodne. Na zdjęciu widać, że bardzo intensywnie ich używałam, zaraz wyglądują w pralce i znowu będą bielutkie. 


Na sam koniec musiało znaleźć się coś jedzeniowego, prawda? O dziwo nie mam w tym miesiącu Wam do polecenia żadnej herbaty, za to w końcu sięgnęłam po batoniki z dobrej kalorii. Mają naprawdę świetne, proste i krótkie składy, poza tym są bardzo dobre, nie jadłam jeszcze wszystkich, ale zdecydowanie kokos i orzech to mój faworyt. 


To tyle u mnie, życzę nam pięknego, słonecznego lipca!