czwartek, 15 czerwca 2017

Makijażowe pogadanki

Mam Wam dzisiaj do przedstawienia trzy produkty, o których wcześniej nie pisałam i dwa, które już wystąpiły na blogu, ale koniecznie chciałam o nich jeszcze wspomnieć.


Pomysł na wpis wpadł mi do głowy dosłownie przed chwilą, kiedy robiłam makijaż. Sięgnęłam po pędzel do rozcierania cieni nr E05 marki własnej drogerii Hebe. Przyznaję, że nie było łatwo go kupić, kilka razy przywitała mnie tylko pusta półka. Pędzle są wykonane w włosia syntetycznego, mój egzemplarz jest bardzo ładnie wykonany, mam go już kilka miesięcy i nie wypadł z niego ani jeden włosek. Nie pamiętam jaka jest jego cena regularna, ale wydaje mi się, że zapłaciła za niego ok. 13 zł. Jak na pędzel moim zdaniem jest to cena bardzo przyzwoita.


Czytałam wiele pozytywnych recenzji tego produktu i szczerze mówiąc nie rozumiem zachwytów. Dla mnie pędzel jest średni. Ma włosie odpowiedniej długości, nie jest za bardzo zbity, ale moim zdaniem jest zbyt miękki i gładki. Mój ulubiony pędzel do blendowania z Hakuro jest dużo bardziej szorstki, dzięki temu cień dobrze trzyma się cienia i faktycznie rozciera niemal do mgiełki. Ten z Hebe owszem rozciera, ale nie mogę nim uzyskać takiego bardzo delikatnego przejścia między kolorami. Doceniam to, że nie jest z naturalnego włosia, że jest łatwo dostępny i tani, jednak drugi raz bym go nie kupiła. Jak już go mam to owszem, używam, ale zdecydowanie nie jest to mój faworyt. 


Niestety również moim faworytem nie jest mineralny podkład matujący z Ingrid cosmetics. Swoją drogą też kupiłam go w Hebe. Jego zalety to: jasny, neutralny odcień, pompka i niska cena (kupowałam go chyba w marcu i zapłaciłam za niego ok. 15 zł). Niestety jego wada sprawia, że nie da się tego produktu używać samodzielnie. Nałożony na twarz tworzy efekt niemalże betonowej maski, ja rozumiem, że on ma matowić, ale on sprawia, że twarz jest tak sucha i płaska, że wygląda to okropnie. Jest po prostu ciężki i zdecydowanie widać to na twarzy. Zużyłam go już niemal połowę, najpierw próbowałam go okiełznać na wszystkie sposoby (gąbką, pędzlem, w mniejszej ilości), ostatecznie z braku rezultatów poddałam się i teraz używam tylko odrobiny, żeby rozjaśniać nim za ciemne podkłady.
Jako dodatek do gazety tusz lash creator volume & care z Deborah Milano kupiłam w cenie 13 zł i tyle moim zdaniem można za ten produkt zapłacić, jego regularna cena 35 zł, to jednak za dużo, jak na taki średni produkt.
Tusz ma standardową szczoteczkę, w odpowiedniej wielkości do oka, nie wiem jak Wy, ale ja unikam tych wielgachnych szczot. Kilka pierwszych użyć było naprawdę kiepskich, tuszu praktycznie nie było widać, bardzo delikatnie podkreślał rzęsy, po około 2 tygodniach stał się bardziej suchy i efekt na oczach stał się też bardziej widoczny. Nie jest to jednak efekt wow, zachowuje się jak taka przeciętna maskara z drogerii. Zużyję, ale więcej do niego nie wrócę.


O produktach z MAC już pisałam tutaj. Dlatego nie będę się powtarzać, chciałam tylko napisać, że pudru mineralize skinfinish używam od początku roku niemal codziennie (za każdym razem gdy robię makijaż sięgam po ten produkt) i zużyła może połowę. Jak sobie pomyślę o drogeryjnych pudrach za 20, 30 zł, które sięgają dna po trzech miesiącach stwierdzam, że zostaję przy MAC'u.


Im jest cieplej tym bardziej doceniam zalety Fix +, wcześniej wydawało mi się, że to tylko taki gadżet, ale w naprawdę ciepłe dni sięgam po niego z ogromną przyjemnością. Ładnie scala cały makijaż, przedłuża go i ściąga pudrowość. Lubię i kupię kolejny egzemplarz.

To tyle u mnie, do następnego!

2 komentarze:

  1. U mnie lepiej sprawdzają się pędzle, które są miękkie, więc muszę zmacać ten egzemplarz w Hebe.

    OdpowiedzUsuń
  2. O podkładach i pudrach z mac'a słyszał wiele dobrego. Z chęcią bym po niego sięgała tylko ta cena trochę mnie przeraża.

    OdpowiedzUsuń