sobota, 20 maja 2017

Ministerstwo Dobrego Mydła - peeling, olejek i oczywiście mydło

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam stronę internetową dziewczyn z ministerstwa przepadłam. Bardzo podoba mi się idea takich małych, polskich, rodzinnych firm, które w dodatku robią coś świetnego. Wiedziałam, że z pewnością prędzej czy później się na te kosmetyki skuszę. I nie żałuję. 


Zacznę od produktu, który jest bardzo popularny w internetach czyli od peelingu. Na początek, to co człowiek zauważa od razu czyli niesamowity, piękny zapach. Peeling pachnie słodko, trochę jak karmel z lekko wyczuwalną śliwkową nutą. Na opakowaniu jest informacja, że jest to produkt jadalny, powiem Wam, że to kusi, ale jeszcze nie próbowałam :) 


Peeling ma bardzo zbitą konsystencję, jest pełen cukru trzcinowego. Poza tym mamy tutaj same dobre składniki, takie jak: olej ze śliwki, ze słodkich migdałów, z pestek winogron i awokado, masło kakaowe i shea. Jest to produkt, który wcale się nie pieni, natomiast idealnie nadaje się do masażu, drobinki są duże i mocno ścierne, więc trzeba uważać. Wspaniale ściera martwy naskórek, pobudza krążenie, a dzięki olejkom nawilża skórę, nie jest to jednak przesadnie mocne natłuszczenie. 
Podsumowując jego wydajność, działanie i piękny zapach dla mnie to produkt idealny. Bardzo lubię peelingi i jak to skończę to na pewno kupię ponownie.
Olejek z pestek śliwki pachnie z kolei trochę jak marcepan. Zapakowany jest w szklaną, ciemną buteleczkę z wygodną pipetką. 


Zużyłam już pół buteleczki i, co tu dużo mówić, jestem bardzo zadowolona. Jest to olej naturalny, tłoczony na zimno i nierafinowany. Ja używam go do demakijażu (bardzo lubię masować twarz tym olejkiem), na noc zamiast kremu i do pielęgnacji skórek wokół paznokci. W każdej roli sprawdza się świetnie. Jest to olej dość ciężki i mocno nawilżający więc dla mojej suchej cery sprawdza się świetnie, po nałożeniu na noc następnego dnia cera jest nawilżona, miękka i wygląda tak zdrowo. Mam ochotę na inne olejki z Ministerstwa. 


Na koniec mydło hibiskusowe, kiedy do mnie przyszła taka zgrabna kostka z wytłoczonym wzorem, aż żal było mi ją użyć. Pachnie delikatnie, ma w sobie lekko kwaśną nutę. Jak widać na zdjęciu w mydle zatopione są kawałeczki kwiatu hibiskusa. Poza tym w mydle mamy i.in. białą glinkę, olej kokosowy, oliwę z oliwek. Mydło jest bardzo wydajne, poza tym mycie się produktem wytwarzanym ręcznie w małych partiach to dużo większa przyjemność niż zmydlanie zwykłej białej kostki produkowanej w milionach :) 
Po kolejne kosmetyki z Ministerstwa na pewno wrócę, ciekawią mnie jeszcze masła do ciała.
To tyle u mnie, dzisiaj noc muzeów, ja się wybieram, a Wy?
Do następnego!

środa, 17 maja 2017

30. Urodziny

Miałam wczoraj urodziny, jak stwierdził mój kolega "zmiana kodu na trójkę z przodu", nie wiem jak Wam, ale kiedy ja byłam dzieckiem wydawało mi się, że jak będę miała trzydzieści lat to już będę nawet trochę stara, na pewno z mężem i dwójką dzieci :) Cóż, wiele jeszcze przede mną. 
Tymczasem stwierdzam, że jest dobrze. Trenuję bycie wdzięczną, wiem, że jestem szczęśliwa i staram się nie szukać dziury w całym.
Jestem jeszcze bardziej zakochana w moim narzeczonym, niż na początku naszego związku, mam rodzinę i przyjaciół. I psa. Wszyscy jesteśmy zdrowi. Mam pracę i remont mieszkania na głowie, ale jak już się przeprowadzimy to już na nasze i skończy się era wynajmowania. Uwielbiam czytać książki, leżeć na plaży nad Bałtykiem, kocham Gdańsk i Kraków. W tym roku znów wakacje w Jastarni, cieszę się!

Ten post pisałam przede wszystkim dla siebie, mam nadzieję, że za kilka lat, kiedy do niego wrócę uśmiechnę się i sobie przypomnę, że było fajnie!

A na zakończenie zdjęcie kilku prezentów. Czy to nowe wydanie "Harrego Pottera" nie jest przepiękne?


Do następnego!

wtorek, 9 maja 2017

Maski: Holika Holika, Vianek, Bielenda, Perfecta

Masek w płachcie nikomu przedstawiać nie trzeba, jakiś czas temu totalnie zawojowały internety i są chyba najczęściej kupowanymi i używanymi produktami w kategorii koreańskiej pielęgnacji. 
Całkowicie to rozumiem przede wszystkim dlatego, że są łatwe w aplikacji, nie trzeba ich rozrabiać, ani trudzić się przy ich zmywaniu. Oczywiście dla mnie tradycyjne maski nadal mają wiele zalet i dobrze służą mojej cerze.


Przez jakiś czas testowałam różne maski i teraz przyszedł czas (w końcu!) na ich krótką charakterystykę. Zacznę od produktów dla mnie niestety słabych z serii jucy z Holika Holika miałam dwie maski: borówkową i pomidorową (od razu zaznaczę, że nie pachniała jak przecier, raczej tak po protu kosmetycznie:)  


Zdaniem producenta wersja pomidorowa miała rewitalizować i dodawać skórze blasku, a borówka przywracać blask szarej cerze. Nie zauważyłam praktycznie żadnego działania, po aplikacji moja skóra była tylko odświeżona, ale to bardziej zasługa tego, że maski tego typu są po prostu zimne. Nic ciekawego i więcej po nie nie sięgnę.
Pozostając przy marce Holika Holika sięgnęłam jeszcze po maskę z maslem shea i awokado. Oba te produkty były przeznaczone do skóry suchej i miały nawilżać, tutaj faktycznie działanie mi się podobało. Maski były dobrze nasączone, nie podrażniały, a po aplikacji cera była nawilżona, gładka i sprężysta. Chętnie do nich wrócę, albo przetestuję inne wersje z tej serii. 


Natomiast maska for angry cat ze Skin79 była zdecydowanie najlepsza. Zdaniem producenta zły kot jest kojący i nawilżający. wysoko w składzie ma glicerynę oraz aloes, ładnie pachnie, jest wykonana z grubego, idealnie wyciętego materiału. I muszę przyznać, że bardzo podoba mi się to, że na masce faktycznie mamy głowę kota:) Szkoda tylko, że jest ze wszystkich pokazanych dzisiaj produktów najdroższa (15 zł).
Szybko przechodzę do masek w tradycyjnej formie. L'oreal wyprodukował maski z glinkami, najbardziej ciekawiła mnie czerwona, ale niestety dostałam próbki tylko czarnej i zielonej. 
Dla mojej wrażliwej cery te produkty są za mocne, ściągają i podrażniają. Podejrzewam, że zdecydowanie lepiej sprawdzą się u osób z cerą normalną lub tłustą.
Maska odżywiająca z perfekty kiedyś była moim wielkim ulubieńcem, pamiętając to jak dobrze się u mnie kiedyś sprawdzała kupiłam ją tak przy okazji, nałożyłam i muszę przyznać, że nie jestem tak zachwycona jak kiedyś. Może ze zmianą opakowania zmienił się również skład? Nie wiem, ale teraz maska nie jest nawilżająca, tylko po prostu tłusta i pozostawia na skórze nieprzyjemny film. Została mi jej jeszcze połówka i jakoś nie mam na nią już ochoty. Szkoda.


Maska metaliczna z Bielendy to dopiero ciekawostka. Zdaniem producenta nano platyna, węgiel i aktywny magnez mają skórę regenerować, działać przeciwzapalnie, nawilżająco, a jednocześnie działać antybakteryjnie, oczyszczająco i ściągająco. Cóż mogę powiedzieć - moim zdaniem się nie udało. Maska ma bardzo intensywny zapach i niestety podrażniła moją cerę i oczy tak mocno, że nie byłam w stanie wytrzymać z nią te 10 minut. Nigdy więcej. 
Na szczęście na koniec mam dwa wspaniałe produkty. Vianek łagodząca maseczka odżywcza z glinką białą i olejem kokosowym to prawdziwy kompres na suchą, zaczerwienioną skórę. Ładnie pachnie, ma gęstą treściwą konsystencję i zgodnie z nazwą łagodzi i przynosi ulgę. Dla mnie świetna i na pewno sięgnę po kolejne saszetki.
Podobnie jak w przypadku hydrożelowych płatków pod oczy z Perfecty. Bardzo je lubię i z chęcią sięgam po nie gdy mam zmęczone spojrzenie, piasek pod powiekami albo opuchliznę. Bardzo dobrze się trzymają tam gdzie je nałożymy, są naprawdę zimne i przynoszą wspaniałe uczucie odświeżenia. 

To tyle u mnie, do następnego!

środa, 3 maja 2017

akcja pielęgnacja, blend it i smaczne herbaty

Wolny dzień zaczęłam od akcji pielęgnacji ;) Muszę się trochę speelingować i nawilżyć. O peelingu z TonyMoly już Wam pisałam, nadal bardzo go lubię, zostało mi go jeszcze na jakieś dwa użycia, jak go wykończę ponownie kupię jakiś peeling typu gommage, taka forma pozbywania się obumarłego naskórka bardzo mi odpowiada i absolutnie nie podrażnia mojej cery.
Peeling do ust z Evree też dobrze się u mnie sprawdza, owszem jest dość tłusty, ale wcale mi to nie przeszkadza i z przyjemnością sięgam po ten produkt. Pachnie chemiczną poziomką, ale liczyłam się z tym, że tak będzie kiedy go kupowałam :)


Na włosy nałożyłam odżywkę z owsem z Yves Rocher, jakiś czas temu zużyłam dwa opakowania i bardzo ją lubiłam, nawilża i wygładza włosy (a moje suche końcówki zdecydowanie tego potrzebują), sprawia też, że łatwiej się rozczesują. Jedyny minus to mydlany zapach, który niestety utrzymuje się na włosach aż dwa dni.
Na twarz nałożyłam maskę w płachcie z Skin 79 i muszę przyznać, że bardzo mi się spodobała. Nie tylko dlatego, że nakładamy na twarz mordkę kota:) Maska dobrze przylega do twarzy, jest mocno nasączona, ładnie pachnie, a po aplikacji skóra jest gładka, nawilżona i ma ujednolicony koloryt. Nie odpowiada mi tylko cena, ok. 15 zł tak na jeden raz to niemało, w cenie 4 takich masek można kupić coś o wiele bardziej wydajnego.


Pamiętacie jak zwiedziłam pół miasta w poszukiwaniu gazety z gąbką? Muszę przyznać, że się opłacało. Gąbka blend it sprawuje się u mnie bardzo dobrze. Po namoczeniu jest bardzo miękka i sprężysta, praktycznie nie pochłania podkładu, za to ładnie go rozprowadza na twarzy. Po każdym użyciu myję ją żelem do mycia twarzy z Biolaven i gąbka całkowicie się domywa. Po dobrym tygodniu codziennego stosowania wygląda jak nowa, nie ma ani jednej plamki z podkładu czy korektora.


W ubiegłym tygodniu przy okazji wizyty w sklepie Yves Rocher powąchałam żel pod prysznic o zapachu mango. Jak to pachnie! Jak słodkie, przed chwilą obrane ze skórki mango, aż mam ochotę je zjeść. Nie  mogłam się oprzeć i kupiłam od razu żel w komplecie z balsamem do ciała.


Szkoda, że pogoda nie dopisuje, jest zimno i zbiera się na deszcz. Dobrze, że w pozostałe dni było trochę cieplej i udało nam się spędzić trochę czasu z Januszem na dworze.
Dzisiaj nie pozostaje mi nic innego jak herbatka i książka. Przy okazji polecę Wam dwie herbaty z Vitax z serii friuts & vege. Mają dobre składy i ciekawe kompozycje smakowe. Wersja z burakiem, lubczykiem i truskawką jest słodka, natomiast marchewka, malina i imbir to trochę ostrzejsza i bardziej rozgrzewająca propozycja. Obie smakują mi bardzo.

To tyle u mnie, odpoczywajcie dzisiaj i do następnego! 

poniedziałek, 1 maja 2017

Ulubieńcy marca i kwietnia

Początek miesiąca to czas ulubieńców. Nie planowałam dzisiaj wcale korzystać z laptopa, wcześniej byliśmy w parku na spacerze, przeczytałam pół książki i już brałam się za robienie obiadu, a później idę do kina i stwierdziłam, że albo teraz napiszę post albo wcale:)
Zatem szybko przechodzę do rzeczy: mam Wam do pokazania produkty pielęgnacyjne i jeden zapach.


Kiedy kupowałam masło do ciała z Bielendy w wersji kokosowej nie sądziłam, że aż tak je polubię. Zdjęcia robiłam trochę wcześniej, aktualnie zużyłam cały duży słoiczek i jestem bardzo zadowolona. Masło pięknie pachnie, delikatnie, trochę jak rafaello, na pewno nie jest to przesłodzony kokos. Nie ma zbitej konsystencji charakterystycznej dla maseł, raczej taką 'śmietankową', ale przy rozprowadzaniu czuć, że zawiera olejki. Świetnie pielęgnuje skórę, dobrze się wchłania, zapach po kilku chwilach też się ulatnia, ani razu nie miałam tak, że nie chciałam sięgnąć po ten produkt, nie czułam się nim zmęczona i nie miałam ochoty użyć w tym czasie czegoś innego, a to u mnie prawdziwa rzadkość. Serdecznie polecam, są jeszcze dostępne wersje z pomarańczą albo z masłem karite.


Do ust sięgałam po balsam reve de miel z Nuxe i co tu dużo mówić, uwielbiam ten produkt! Jest gęsty i zbity, przez co bardzo wydajny, wystarczy tylko odrobinka, łatwo się rozprowadza i pozostawia na ustach delikatną warstwę, jednak nadal są matowe. Ja używam go tylko na noc i to mi w zupełności wystarcza do utrzymania ust w dobrym, nawilżonym stanie:) Balsam zawiera masło shea, miód akacjowy i wyciąg z grejpfruta (ten ostatni sprawia, że pięknie, cytrusowo pachnie)
Teraz ten kosmetyk jest dostępny w różnych szatach graficznych, ja mam akurat z różową zakrętką. 


Pozostając w temacie cytrusów znowu używam mgiełki do ciała satsuma z The Body Shop. Uwielbiam ten zapach gorzkiej pomarańczy, zdecydowanie tęsknię za ciepłem i słońcem, wiosna jakoś się nie spieszy, dlatego staram się ją przywołać takim lekkim, letnim zapachem.
Od kilku miesięcy do rąk używam nektarowego kremu dr Irena Eris spa resort Hawaii. Jak on pachnie! Delikatnie, słodko i kwiatowo. Poza tym ma moje ulubione opakowanie czyli z pompką typu airless. Jest lekki, ale bardzo dobrze nawilża, miałam w tym roku duży problem z przesuszeniem dłoni, teraz sięgam po ten krem tylko raz dziennie, a właściwie wieczorem, leżąc już w łóżku:) Taka częstotliwość całkowicie mi wystarcza. Kupiłam go na promocji w Douglasie za ok. 30 zł i nie żałuje. Jak dla mnie to najlepszy krem do rąk, jaki do tej pory miałam. Zdecydowanie lepszy niż np. kremy z L'Occitane.
Last but not least Sylveco lipowy płyn micelarny. Jest wspaniały, wiem, że dzisiaj o wszystkim wypowiadam się w samych superlatywach, ale na tym przecież polegają ulubieńcy:) Ten płyn ma same zalety: dobry i krótki skład, jest skuteczny i absolutnie nie podrażnia. 
Nie mogłam uwierzyć, że płyn micelarny może tak szybko i skutecznie rozpuszczać makijaż, zwłaszcza z oczu, nie wiem jak Wy, ale ja zawsze najwięcej problemów mam z tuszem do rzęs. 
Płyn jest przy tym bardzo delikatny, nie powoduje zaczerwienienia/pieczenia ani mojej naczynkowej twarzy ani wrażliwych oczu. 
To już wszyscy moi ulubieńcy, do następnego!