sobota, 22 kwietnia 2017

Przeszłam pół miasta za gąbką i zakupy w Rossmannie

Jak Wam ostatnio wspominałam chciałam kupić sobie przede wszystkim podkład na promocji w Rossmannie i o dziwo udało się bez większych komplikacji :) 


Postanowiłam się nie pchać jak szalona, tylko na spokojnie wczoraj wieczorem po pracy podeszłam do Rossmanna, tłumów zdecydowanie nie było, powiedziałabym, że poza mną przy szafach stały ze trzy osoby. Wybrałam podkład, po który przyszłam czyli Lirene perfect tone w kolorze 120 natural, pomadkę z Borjois rouge edition souffle de velvet w kolorze 02 coquelic'oh i maskarę z Lovely curling pump up, przyznaję od razu, że tusz wzięłam wyłącznie dlaczego, że pobrałam aplikację i chciałam załapać się na zniżkę -55%. Poza tym oczywiście lubię ten produkt:) 



Byłam miło zaskoczona, wszystkie produkty kupiłam zupełnie nowe, czyste i nieotwierane. Poza tym sprawdzałam przed promocją ceny interesujących mnie produktów i tym razem ceny nie były zawyżone, przyjemna odmiana. 
Przy okazji dorzuciłam do zdjęcia peeling do ust sugar lips z evree, kupiłam go wcześniej, ale z tego co wiem również łapie się na promocje. Fajny produkt, a przeceniony kosztuje ok. 7,50 zł. 


Niestety wczoraj po eos'ach nie było nawet śladu, ale pani ekspedientka powiedziała mi, że w sobotę będzie dostawa kosmetyków. Poszłam, było strasznie. Ludzi pół miliona przy tych półkach, wzięłam ostatniego malinowego eosa, czekoladę do kawy i od razu poszłam do kasy.


A potem przeszłam pół miasta w poszukiwaniu majowego numeru Glamour z dodatkiem w postaci gąbki blend it! Ile ja odwiedziłam kiosków, żabek, freshów i małpek:) Ale w końcu się udało, niestety nie było żadnego wyboru ponieważ na półce został tylko jeden egzemplarz z gąbką w kolorze zielonym, a spełnieniem moich zakupowych marzeń była opcja kolorystyczna biało-szara, ale nie ma co narzekać.
Teraz siedzę pod kocem, niby świeci słońce, ale strasznie zmarzłam. Zaraz zrobię sobie kawę i poprzeglądam trochę internety.

Do następnego!

wtorek, 18 kwietnia 2017

Szukam nowego podkładu, przeczytane książki i czerwona glinka

Zacznę od tego, że moja blogowa nieobecność jest wynikiem tego, że początek kwietnia to nie był dla mnie najlepszy czas, pojawiło się kilka poważnych spraw do ogarnięcia i musiałam się tym zająć. Poza tym przed nami generalny remont całego mieszkania i kolejna przeprowadzka, już teraz wiem, że będę miała zdecydowanie miej czasu na internety, mam nadzieję, że jakoś nam to szybko pójdzie. 
Pogoda też nie zachęca do żadnych aktywności, aktualnie za oknem wieje i pada śnieg, stwierdziłam jednak, że jak teraz nic nie napiszę to nie wiem kiedy mi się trafi kolejna okazja:)


Wiem, że od 20 kwietnia zaczyna się w Rossmannie akcja promocyjna -49% na kolorówkę, szukam podkładu ponieważ mój ulubieniec z Clarins już się niestety skończył. 
W gazecie była dołączona próbka podkładu z perfect tone z Lirene w kolorze 120 natural, myślałam, że będzie dla mnie za ciemny, ale i tak postanowiłam go przetestować. Jakie było moje zdziwienie kiedy okazało się, że kolor mi pasuje, wygląda bardzo naturalnie i tak świeżo, nie ściemniał i nie podkreślał suchych skórek. Jest lekki, krycie ma raczej delikatne, tak jak zapewnia producent. Jestem na tak i stwierdzam, że się na niego skuszę, jego regularna cena to ok. 35 zł. 
W kinie natomiast dostałam próbkę refresher skin z Rimmela i to była dla mnie totalna porażka. Podkład wcale nie kryje, ma bardzo mokre wykończenie, a kolor 100 ivory tylko podkreślał różowość mojej twarzy. Zdecydowanie będę go omijała z daleka.


Pewnie większość z Was zna ten sposób, ja również go znałam, ale do tej pory jakoś nigdy się nie zebrałam, żeby nałożyć na włosy maseczkę z glinki. W domu mam tylko glinkę czerwoną (dla mnie najlepsza do cery naczynkowej), przyznaję, że nie jest łatwo nałożyć taką maskę na skalp, ale efekt jest świetny. Włosy są super domyte, dłużej świeże, sypkie i widocznie odbite u nasady. Jeśli lubicie dodać swoim włosom objętości warto czasem zamiast kosmetyków do stylizacji nałożyć na skórę głowy taką glinkę. 


Przeczytałam ostatnio nową książkę Cobena "już mnie nie oszukasz" i przyznam, że podobała mi się. Myślałam, że mnie niczym nie zaskoczy i że znam zakończenie, jednak okazało się, że w niektórych kwestiach się myliłam, to lubię! Tak jak sushi i maski w płachcie :)


Dzisiaj mam zamiar doczytać ostatnie 60 stron książki mojej ulubionej pisarki Jodi Picoult. "Małe wielkie rzeczy" to historia pielęgniarki oskarżonej o morderstwo noworodka, mamy tutaj jak zawsze wydarzenia opisane z kilku perspektyw w tym przypadku jest to przede wszystkim Ruth - ciemnoskóra pielęgniarka oraz Turk ojciec dziecka i zwolennik ideologii white power. Nie ma tutaj łatwych rozwiązań, jest natomiast wiele rzeczy do przemyślenia, kwestie nienawiści, rasizmu, dyskryminacji. Jak zwykle w przypadku tej autorki bardzo dobra rzecz, zdecydowanie warta przeczytania. 
To tyle u mnie, mam nadzieję do szybkiego następnego spotkania :)