niedziela, 31 grudnia 2017

Posumowanie roku

Tradycyjnie w ostatni dzień roku czas na małe podsumowanie. Gdybym miała ten rok opisać jednym słowem powiedziałabym "zmiany", ale jak wiecie uważam, że zmiany są dobre i zawsze podchodzę do nich z pozytywnym nastawieniem. 


Za mną wiele stresujących sytuacji, jedna wizyta w szpitalu, jedna zepsuta pralka, ale wiem, że mam też za co dziękować i okazywać wdzięczność. To kolejny rok przeżyty w spokoju i zdrowiu, razem z rodziną, przyjaciółmi i moim najlepszym na świecie (nadal ;) narzeczonym. 
W tym roku zmieniłam pracę, wprowadziliśmy się do własnego mieszkania, wcześniej robiąc w nim generalny remont. 
W 2017 przeczytałam 56 książek, odwiedziłam 4 muzea, obejrzałam retransmisję baletu Bolszoi, byłam na 4 koncertach, ale niestety tylko raz w teatrze (wynik do poprawy w przyszłym roku:).
Żegnam rok 2017 bez żalu, szczęsliwa, w dobrym humorze, czekam na to, co przyniesie kolejny rok. 
Jak zawsze piszę tego posta w towarzystwie mojego najwierniejszego Janusza:


Życzę Wam wspaniałej zabawy sylwestrowej, mam nadzieję, że rok 2018 będzie przepełniony wspaniałymi wydarzeniami, dobrą energią i spełnionymi marzeniami.

piątek, 29 grudnia 2017

Ulubieńcy grudnia

Koniec miesiąca to czas na ulubieńców, mam kilka pielęgnacyjnych kosmetyków, które zasłużyły na to miano w grudniu, bez zbędnego przedłużania zaczynamy:


olejek w balsamie z Nivea to moje ogromne i bardzo pozytywne zaskoczenie! Mimo olejku w nazwie produkt jest bardzo lekki, absolutnie nie ma w nim nic tłustego i bardzo szybko się wchłania, wręcz ekspresowo. Po jego zastosowaniu skóra jest miękka, nawilżona i ładnie pachnąca. Nie jest to oczywiście najwyższy poziom nawilżenia, jaki możemy spotkać w kosmetykach, dla mnie to taki produkt do codziennego stosowania, ewentualnie na zmianę z czymś o cięższej formule. Zużyłam już 3/4 opakowania i z pewnością kupię go ponownie. Jest jeszcze dostępny w innych wersjach: róża, kakao i wanilia, ale ten z kwiatem wiśni spodobał mi się najbardziej.


Po kilku latach wróciłam do maseczki z Flosleku przeznaczonej do cery naczynkowej. Zgodnie z zaleceniem producenta maskę należy nakładać przez 7 dni codziennie, a następnie 2-3 razy w tygodniu. Tak też zrobiłam :) Ze względu na aktualne warunki atmosferyczne, ogrzewanie, zmianę temperatur moja cera często się czerwieni, czasem aż mnie piecze i wtedy nakładam ten produkt jako kompres. Maseczka łagodzi zaczerwienienia, koi skórę i szybko przynosi ulgę. Dodatkowo ma kremową konsystencję więc łatwo się nakłada i równie łatwo zmywa. Jeśli Wasza cera reaguje podobnie, polecam wypróbować krem-maskę z Flosleku. Oczywiście najważniejsze jest to, że działa, ale jest też łatwo dostępna (kupowałam w superpharmie) i w dobrej cenie (ok. 19 zł).
Z chęcią zużyję do końca, a wczoraj zamówiłam maskę z Nacomi również do cery z zaczerwienieniami, jestem jej bardzo ciekawa. 


Jeśli szukacie kosmetyku do demakijażu z dobrym składem, delikatnie działającego i w całkiem przystępnej cenie to polecam Wam piankę z cosnature. Jej jedyny minus to zapach sztucznej cytryny, taki trochę jak odświeżacz do łazienki, na szczęście czuć go tylko podczas aplikacji, poza tym mamy zdecydowanie więcej plusów. Pianka jest bardzo wydajna, nadaje się jako samodzielny produkt do demakijażu, jak również do zmywania olejku z twarzy (i tak stosuję ją najczęściej), absolutnie nie podrażnia (aplikuję na całą twarz, w tym również na powieki) i nie przesusza. 
Używam jej z dużą przyjemnością.
Na koniec również kosmetyk do demakijażu: płyn dwufazowy z Nivea. Słyszałam o nim wiele pozytywnych opinii i cóż, nie dziwię się. Wybrałam wersję dla oczu wrażliwych i muszę przyznać, że po aplikacji oczy nie są zaczerwienione, nie pieką. Wszystko w tym produkcie mi odpowiada, nie jest zbyt tłusty, obie fazy dobrze się ze sobą łączą i nie wracają za szybko do pierwotnego stanu, nie podrażnia, nie ma po aplikacji wrażenia, że widzę przez mgłę. Doskonale radzi sobie nawet z ciemnym makijażem, szybko go rozpuszcza, nie ma potrzeby mocnego tarcia. Fakt, że nie przetestowałam wielu dwufazowych produktów do demakijażu, skutecznie do takich formuł zniechęciła mnie ziaja, po której miałam wrażenie, że wypali mi oczy, ale cieszę się, że sięgnęłam po ten produkt, ponieważ sprawdza się u mnie świetnie.
To tyle moich ulubieńców, jakie kosmetyki Wam umilały grudzień?
Do następnego!

niedziela, 17 grudnia 2017

Świąteczne klimaty

Czujecie już klimat świąt? Ja bardzo :) Uwielbiam ten czas w roku. Zawsze staram się go maksymalnie wykorzystać, w znacznej mierze na zimowe przyjemności - gorąca czekolada z piankami, spacer po jarmarku bożonarodzeniowym, wieczory pod kocem przy świecach o zapachu jabłek z cynamonem etc.
W zeszłym tygodniu postanowiłam wyciągnąć moje świąteczne ozdoby, ale okazało się, że poduszki z biedronki są już mocno sprane i wysłużone, trzeba je zamienić na coś innego, a reszta ozdób to wyłącznie rzeczy 'okołochoinkowe'. Tym samym mam Wam do pokazania moje świąteczne nowości:


Poduszka z pepco (14,99 zł), bardzo podoba mi się to połączenie kolorystyczne, poza jeleniem były jeszcze z motywem serca i gwiazdy. 


Nic więcej mi się w pepco nie podobało więc weszłam do Kika, kupiłam tam czerwony świecznik (8,99 zł), bardzo ładnie wygląda z palącą się świecą w środku oraz białą, ceramiczną miseczkę w kształcie gwiazdy (z tego co pamiętam kosztowała 12,99 zł).
Nie wiem, kto zjadł resztę cukierków ;)


Nie mogło się obyć bez kilku czerwonych dodatków: gwiazdy betlejemskiej (lidl 9,99 zł), ceramicznej latarenki (jysk 19,99 zł), drewnianego renifera (znowu Kik 8,99 zł) oraz choinki (rossmann, po raz kolejny nie jestem pewna ceny, coś około 10 zł). 




To niemal wszystkie moje świąteczne ozdoby, jak widzicie nie ma tego bardzo dużo. Wszystkie te rzeczy kupowałam tydzień temu, zatem zdecydowana większość z nich jest jeszcze dostępna.


Na koniec najważniejsze czyli choinka. W tym roku, tak jak w poprzednim zdecydowaliśmy się na żywą (uwielbiam za nieregularny kształt, kolor i oczywiście zapach) jodłę kaukaską ubrana jest w ozdoby m.in. z drewna, papieru, szydełkowe. Muszę przyznać, że bardzo mi się podoba, tutaj również kolor dominujący to czerwony, uważam, że bardzo pasuję to mojego biało-szarego wnętrza.
A jaki świąteczny kolor dominuje u Was? Biały, złoty, srebrny, a może też czerwony?
To tyle u mnie, życzę nam, aby ten tydzień do świąt zleciał szybko!
Do następnego!

środa, 13 grudnia 2017

Ulubieńcy listopada

W listopadzie dużo się działo i kwestie kosmetyczne odeszły na dalszy plan, nie zmienia to jednak faktu, że kilka bardzo dobrych produktów mam Wam do polecenia, jak zawsze brak kolorówki, ale mam jej ostatnio jakoś tak mało :)


Maska z glinką L'oreal to genialny produkt, jeśli macie włosy przetłuszczające się. Stosujemy ją na suche włosy przed myciem, niestety producent na opakowaniu nie określił przez jaki czas trzeba trzymać produkt na włosach, ja zmywam ją po ok. 15 minutach. Maska działa dokładnie w ten sam sposób, co maski z glinki, które możemy sobie samodzielnie rozrobić, zasycha na włosach i trzeba poświęcić trochę czasu, żeby ją myć, ale efekt jest tego wart. W zamian dostajemy włosy bardzo oczyszczone i uniesione u nasady. Maska ładnie pachnie i faktycznie włosy się po niej mniej przetłuszczają. W mojej już widać denko, ale na pewno kupię kolejne opakowanie.


Lubię olejki do demakijażu, tym razem sięgnęłam po Vianek łagodzący olejek do demakijażu z maceratem z rumianku. W składzie mamy tutaj m.in. olejek z pestek winogron, kokosowy, słonecznikowy. Produkt jest delikatny, absolutnie nie podrażnia, z powodzeniem rozpuszcza cały makijaż, w tym tusz, cienie, kredki. Jest lżejszy niż np. olejek z Resibo. Sięgam po niego z przyjemnością. 


Na koniec dwa produkty, które stosowałam razem czyli serum advanced night repair oraz krem revitalizing supreme + oba z Estee Lauder. Byłam tego serum bardzo, bardzo ciekawa, czytałam i słyszałam wiele pozytywnych opinii i sama chciałam się przekonać czy jest takie dobre. Co powiedzieć? Jest! Serum ma lekką konsystencję, szybko się wchłania, podczas rozprowadzania delikatnie się klei, ale wcale mi to nie przeszkadzało. Jest też bardzo wydajne 7 ml miniaturka wystarczyła mi na niemal miesiąc stosowania raz dziennie. Moja cera jesienią i zimą nie wygląda zbyt dobrze, a to serum sprawiło, że cera jest bardziej rozświetlona, odżywiona, miękka. 


Krem sprawdza się równie dobrze, ma bogatą konsystencję, łatwo się rozprowadza i bardzo dobrze nawilża, stanowi dobrze dobrane uzupełnienie dla serum. Tutaj jednak przeszkadzała mi jedna rzecz - zapach. Ten krem pachnie ciężko, kojarzył mi się z kwiatami z cmentarza, wiem nieprzyjemne skojarzenie, ale tak właśnie było. Nie zmienia to faktu, że chętnie za jakiś czas ponownie sięgnę po tę parę. Zestaw miniatur kosztuje 49 zł w sephorze i myślę, że to idealny sposób na zaserwowanie swojej cerze takiej terapii odżywczej.
Jacy są Wasi ulubieńcy listopada?
Do następnego!

sobota, 9 grudnia 2017

Świąteczna chciejlista

Żyjemy w świecie wiecznie nowych potrzeb, chociaż staram się podchodzić do zakupów racjonalnie i nie kupować wszystkiego, co mi się podoba, albo jest tanie, albo kiedyś mi się przyda, to nadal jest wiele rzeczy, które chętnie bym przygarnęła.
Stwierdziłam, że zrobię sobie taką listę do zrealizowania w najbliższych miesiącach. Zobaczymy co z tego wyjdzie. 


Moja tegoroczna miłość do czerwieni nie mija i mam ochotę na czerwony kardigan, na koszulkę z pln textylia z czerwonymi ustami oraz na kolejną torebkę marki Paulina Schaedel, tak również czerwoną, model to mimi bag. 
Czytam dużo i zawsze mam na oku kolejną książkę do przeczytania. Tutaj też się ograniczam, sporo książek pożyczam, albo kupuję ebooki w promocyjnych cenach, jednak "Historię Designu" chcę mieć na swoim regale przede wszystkim dlatego, że to duży album, do przeczytania i oglądania.
Nie mam szlafroka, a ostatnio jakoś tak mi zimno i wieczorami na piżamę zakładam jakiś duży kardigan, chętnie bym go zmieniła właśnie na szlafrok. Koniecznie z dobrym składem, najlepiej z wiskozy albo bawełny, wszelkie poliestry odpadają :)
Musiałam, po prostu musiałam umieścić tutaj kilka kosmetycznych rzeczy. Bardzo chętnie przetestowałabym z Diora więcej kolorówki niż tylko podkład. W tym świątecznym zestawie mamy tusz pump'n'volume oraz miniaturę paletki z pięcioma cieniami, idealnymi do dziennego makijażu.
Jestem ciekawa nowego kremu rozświetlającego z resibo, podoba mi się filozofia tej marki w kwestii składów kosmetyków i designu opakowań. Poczekam jeszcze na jakieś recenzje.
Na koniec koncentrat z Yoskine na plamy i przebarwienia, sama nie zwróciłabym uwagi na ten kosmetyk, ale jakiś czas temu dostałam próbkę i bardzo mi się spodobał. Ma lekką, jedwabistą konsystencję, ładny zapach i szybko się wchłania. Tyle mogę powiedzieć po tej próbce. Zdaniem producenta odżywia, nawilża, niweluje przebarwienia i zaczerwienienia. Chętnie sprawdzę.

Co wam ostatnio wpadło w oko albo do koszyka? :)
To tyle u mnie, zbieram się na koncert Comy, a Wam życzę miłego wieczoru!
Do następnego.

piątek, 10 listopada 2017

Jesienni umilacze

Jesień zagościła się już na dobre. Trzeba przyzwyczaić się do myśli, że teraz ciepło będzie dopiero w kwietniu :) Wszystko ma jednak swoje plusy i minusy, można narzekać, że ciemno, że zimno, ale można też cieszyć się z wolnego popołudnia spędzonego pod kocem z książką.
Mam Wam dzisiaj do pokazania kilka drobiazgów, które umilają mi jesień.


Nie mogłam wyjść z Home and You bez tego kubka. Jest najpiękniejszy :) Szary, w serduszka, z kwadratowym (i bardzo wygodnym uchem) i jasnym środkiem. Nie mogło być lepiej. Od bardzo dawna (wydaje mi się, że od ubiegłych wakacji) nie kupiłam żadnej nowej skorupy, więc czuję się usprawiedliwiona. 


Wykończyłam wszystkie świece zapachowe, a nie wyobrażam sobie jesiennych wieczorów bez światła i zapachu świec. Najczęściej kupuję je w tk maxx, ponieważ mam tam duży wybór różnych marek i są bardzo przystępne cenowo. Tym razem wybrałam sparkling champagne, która pachnie delikatnie i słodko, nie umiem do niczego jej porównać. Bardzo podoba mi się wieczko, jest takie brokatowe i świąteczne.


Do nowego kubka dokupiłam gorącą czekoladę :) Nie wiem jak Wy, ale ja od czasu do czasu lubię się tak rozpieścić, do tego jeszcze kocyk, książka i jest idealnie. Małe rzeczy, które cieszą. Mnie najbardziej smakuje ta z Whittard'a, tym razem postawiłam na klasyczną, mleczną wersję. Już raz ją piłam i  jak zawsze było pysznie. Jest kremowa i nie za słodka. Szkoda, że są w Polsce raczej słabo dostępne (albo ja o czymś nie wiem?). Swoje opakowanie kupiłam również w tk maxx.
A jeśli już jesteśmy przy gorącej czekoladzie to tylko szybko wspomnę, że najlepsze małe pianki idealne właśnie do gorącej czekolady, mleka albo kakao są dostępne w tigerze.


Kiedy tylko Radzka powiedziała, że we współpracy z wydawnictwem Helion wydaje kalendarz wiedziałam, że go kupię. Co roku kupując kalendarz szukam czegoś ciekawego, ładnego i inspirującego. W końcu będę z niego korzystała cały rok :) Wygląda tak:


W środku:




Jego regularna cena to 39,90 i uważam, że mamy tutaj rewelacyjny stosunek ceny do jakości. Kalendarz ma bardzo ładną oprawę graficzną, jest z gumką (bardzo to lubię) i ma białe, kartki , co również bardzo mi się podoba. Zamówiłam go w przedsprzedaży, kiedy był jeszcze kilka złotych tańszy.
Z myślą o uzupełnieniu mojego kalendarza kupiłam w Empiku naklejki planerki. Wybrałam wersję minimalistyczną biało-szarą i drugą, zupełnie kolorową.


To już wszystkie moje jesienne zakupy. Czas na wygodne ubranie i stuprocentowy relaks. Moje plany na szalony piątkowy wieczór wyglądają tak: 


I muszę przyznać, że bardzo się z tego cieszę! Życzę Wam wspaniałego weekendu i do następnego!

poniedziałek, 6 listopada 2017

A w październiku

Nie udało mi się w weekend zrobić podsumowania minionego miesiąca ponieważ byłam w Warszawie, na szczęście dzisiaj jeszcze mam wolny dzień więc zabieram się za pisanie. 
Październik był dla mnie miesiącem bardzo stacjonarnym, dużo czasu spędziliśmy w domu, od razu zaznaczam - wcale się przy tym nie nudząc :) 


Zacznę od rzeczy ubraniowych - przede wszystkim kupiłam czerwoną kurtkę, nie było to takie łatwe, ponieważ praktycznie żadna kurtka w tym kolorze mi się nie podobała, przejrzałam pierdyliardy stron internetowych, aż w końcu poszłam do Carry i praktycznie przy samym wejściu wisiało dokładnie to czego szukałam. Kurtka do bioder, w ładnym odcieniu czerwieni, z kapturem z całkiem akceptowalnym (i odpinanym) futerkiem. Nawet się nie zastanawiałam, szybko przymierzyłam i od razu kupiłam. Przy okazji do koszyka wpadły mi czarne rękawiczki z wdzięcznym motywem serduszek, śliczne są!


Kiedy tylko przestawało padać chodziliśmy z Januszem na długie jesienne spacery, by później lekko zmarznięci wrócić do ciepłego mieszkania, napić się herbaty i wspólnie coś obejrzeć na Netflixie.



Obejrzeliśmy wszystkie trzy sezony serialu "Black mirror", mamy tutaj raczej przerażającą wizję tego, jak technologia może wpływać na życie człowieka, serial porusza bardzo różne aspekty od wspomnień, przez miłość, zdradę aż do śmierci. To taki serial, po obejrzeniu którego człowiek mocno zastanawia się nad tym, co właśnie widział.
Bardzo dużo słyszałam o dokumencie "what the health", to film ukazujący przemysł żywieniowy oraz medyczne aspekty jedzenia mięsa i nabiału. Kiedy postanowiłam go w końcu zobaczyć byłam trochę rozczarowana, uważam, że jeśli człowiek żyje w miarę świadomie nie zobaczy w tej produkcji niczego sensacyjnego ani odkrywczego. Poza tym, ja zawsze do wielu rzeczy podchodzę z dużym dystansem.


To, co mi się natomiast spodobało to "the minimalist", po obejrzeniu tego dokumentu zrobiło mi się jakoś tak przyjemniej i lepiej. Jak można się domyślić po tytule to film o ograniczeniu posiadania, o większym dystansie do rzeczy, bardziej racjonalnym kupowaniu. Jeśli interesuje Was ten temat polecam znaleźć trochę wolnego czasu i obejrzeć.
Kończąc telewizyjne klimaty wspomnę tylko szybko o dwóch filmach. Jeśli szukacie śmiesznej (naprawdę śmiesznej) komedii polecam francuski film "alibi.com", główny bohater prowadzi firmę zajmującą się zapewnianiem profesjonalnych alibi dla osób, które zdradzają swoich partnerów. To taka typowa komedia pomyłek, ale oglądając ją śmiałam się na głos, co zdarza mi się niesamowicie rzadko. 
Byliśmy w kinie na kolejnym filmie Marvela "Thor Ragnarok". Fajny, zabawny, utrzymany dla mnie jednak trochę za bardzo w klimacie "obrońców galaktyki", co nie zmienia faktu, że obejrzałam go z dużą przyjemnością :) 
Czas na muzykę (dawno nic na ten temat nie było, prawda?) ciągle ostatnio za mną chodzi Ofenbach "Katchi", na pewno wszyscy to znają, słyszeli w radiu milion razy, ale koniecznie musiałam o tym wspomnieć. W temacie trochę mniej znanych utworów bardzo mocno polecam Mikromusic "tak mi się nie chce" (właśnie teraz tego słucham) - wszystko się tutaj zgadza, niecodzienny tekst, bardzo ciekawy teledysk i oczywiście muzyka. A jeśli jeszcze nie słyszeliście Comy "lajki" też warto, fajna, rytmiczna i ironiczna piosenka.
Byliśmy też na koncercie zespołu Strachy na Lachy jak zawsze nie zrobiłam żadnego zdjęcia, ale uważam, że koncerty są od tego, żeby się dobrze bawić, śpiewać, tańczyć i słuchać, a nie od tego, żeby stać z telefonem nad głową próbując z tej ciemnicy wydobyć jakieś ostre zdjęcie :) 


Na sam koniec jak zawsze jedzenie. Odkryłam w październiku DayUp czyli "woreczki" ze zdrowym jedzeniem, np. z jabłkiem, bananem, miodem, kokosem, tapioką, maliną, jest kilka różnych opcji. Taka porcja jest naprawdę pożywna, lubię je brać do pracy na drugie śniadanie. Mają dobry skład i są bardzo smaczne, zwłaszcza te z tapioką. Ja je najczęściej kupuję w Lidlu.



Wspięłam się na wyżyny moich kulinarnych umiejętności i zrobiłam sama chińszczyznę, w sensie z przepisu, ale nie mamy tutaj niczego z woreczka ani słoika. Sos słodko kwaśny, który smakuje i pachnie wspaniale, a jest z samych zdrowych rzeczy. Przepis znalazłam dzięki dziewczynom prowadzącym kanał Marka na youtube, jest tutaj (KLIK), ja dodaje jeszcze obowiązkowo ananasa.
To tyle u mnie, a co Wam się spodobało w październiku? Dajcie znać i do następnego!

niedziela, 29 października 2017

Ulubieńcy października

Koniec miesiąca to zawsze czas ulubieńców. Wiem, że od kilku dni pogoda to przeważający temat rozmów, ale po prostu muszę na początku wspomnieć, że to, co dzieje się obecnie u mnie za oknem to jakieś nieporozumienie, wieje okropnie, a do tego świata nie widać za ścianą deszczu. 


Przynajmniej nie wspomniałam o tym jak czas szybko leci :) A teraz już do rzeczy, mam tutaj dla Was samych ulubieńców pielęgnacyjnych, u mnie do jednak żadna nowość. 
Zacznę od maski do włosów L'biotica Biovax maska intensywnie regenerująca olejek z opuncji i mango. Opakowanie charakterystyczne dla tej marki czyli plastikowy słoiczek zawierający 250 ml, do tego producent zawsze dołącza czepek oraz próbkę jedwabiu w płynie. 


Wiem, że w przypadku tego produktu zapach jest kwestią sporną, mnie akurat się podoba, jest słodki, trochę owocowy, słowem przyjemny. Maskę łatwo się nakłada (ma przyjemną konsystencję balsamu do ciała) i równie łatwo zmywa. Nie obciąża włosów, nie przyspiesza przetłuszczania. Po aplikacji włosy są sypkie, miękkie, lśniące, nawilżone. Produkt nie zawiera slsów, parafiny, silikonów i parabenów. Kilka lat temu używałam tych masek bardzo często, zrobiłam długą przerwę, ale muszę przyznać, że to bardzo przyjemny powrót do dobrze działającego kosmetyku.


Zużyłam sporo maseczek do twarzy, przyszedł więc czas na coś nowego. L'oreal maska czysta glinka z ekstraktem z alg morskich pozytywnie mnie zaskoczyła już po pierwszej aplikacji. Jak wiadomo mam cerę wrażliwą, naczynkową, dlatego zawsze kiedy sięgam po nowy kosmetyk zwracam uwagę na to, aby mnie nie podrażnił, tutaj na szczęście nic takiego nie miało miejsca. Maska ma intensywny, niebieski kolor i podczas aplikacji wyglądamy jak bohaterowie "Avatara", przyznaję, że bardzo mi się to podoba. Poza tym maska ma taki trochę męski zapach, jednak przy nakładaniu na twarz przestaje być wyczuwalny, absolutnie mi nie przeszkadza. Faktycznie mamy tutaj glinkę już na drugim miejscu w składzie, zaraz po wodzie. Producent zapewnia, że maska redukuje zaskórniki i zwęża pory nie wysuszając skóry. Faktycznie nie przesusza, a po zmyciu produktu twarz jest oczyszczona, gładka, ale nie ściągnięta. Używałam jej w zależności od potrzeby raz lub dwa razy w tygodniu i jak na razie nie zauważyłam zmiany w kwestii porów i zaskórników. 
Maska jest bardzo wydajna, na opakowaniu jest informacja, że wystarczy na 10 aplikacji, moim zdaniem na trochę więcej. Jeśli nie lubicie sami mieszać glinek, a szukacie czegoś co odświerzy i oczyści waszą twarz, bez podrażnienia warto przetestować ten produkt. 
Dodam jeszcze, że bardzo podoba mi się opakowanie - prosty, szklany słoiczek z białą nakrętką.


Na koniec dwa kosmetyki od Nacomi. Mus do ciała kokosowo-bananowy shake pachnie obłędnie, jest słodki, ale nie męczący. To mus o zbitej konsystencji, który pod wpływem ciepła skóry roztapia się i zmienia w olejek. Jest dość tłusty, ale dobrze się rozprowadza, tworzy na skórze przyjemną, okluzyjną warstwę, dlatego dla mnie jest to produkt do stosowania wyłącznie na wieczór. Bardzo dobrze nawilża, a na tym w okresie jesienno-zimowym zależy mi najbardziej. Nadaje się też do masażu. To kolejny w tym zestawieniu bardzo wydajny kosmetyk, myślę, że posłuży mi do wiosny.
Na koniec pianka peelingująco-myjąca o zapachu mango, tak zgadliście! Kolejny słodki zapach, ale uwielbiam takie kiedy za oknem szaleje wiatr i jest zimno. Pianka przypomina mi bardzo produkt z organique, jest natomiast tańsza i ma większą pojemność (180 ml). Mamy tutaj faktycznie konsystencję lekkiej pianki, w której są zatopione kryształki cukru. Nie jest to typowy peeling, dlatego nadaje się nawet do codziennego stosowania. Dobrze się pieni, nie przesusza, a przez ten zapach jest moim kolejnym prysznicowym umilaczem.


To tyle u mnie, nie będę oryginalna, ale uciekam pod koc czytać książkę. Ponownie czytam "Cień wiatru", chcę sobie przypomnieć historię zanim sięgnę po ostatni tom czyli "labirynt duchów"
Mimo tej pogody życzę Wam udanej niedzieli!

sobota, 21 października 2017

Ritual of sakura

Zestaw kupiłam w Sephorze, niestety nie pamiętam ile kosztował tak dawno to było, wszystkie kosmetyki już zużyłam, dobrze zatem, że zdjęcia zrobiłam odpowiednio wcześnie :) 


Sakura to nic innego jak kwiat wiśni, dla mnie ten zapach jest piękny, kwiatowy, delikatny, czysty (jeśli można tak powiedzieć o zapachu), niemęczący. Wszystkich kosmetyków używałam razem, oczywiście niektóre były bardziej wydajne, ale do samego końca ten zapach był dla mnie absolutnie przyjemny. Podoba mi się też szata graficzna i proste, białe opakowania. 
Cieszę się, że marka Rituals jest już w Polsce dostępna, z pewnością jeszcze nie raz do nich wrócę. Będąc w perfumerii nawet nie powąchałam innych zapachów, ten wybrałam jako pierwszy i spodobał mi się tak bardzo, że do zestawu od razu kupiłam jeszcze mgiełkę. 


W zestawie są dwa pełnowymiarowe kosmetyki (pianka do mycia i olejek pod prysznic) oraz dwie całkiem spore miniatury (balsam do ciała i peeling). 
Zacznę od jedynego produktu, który był taki sobie czyli od peelingu. Nie jest to bubel, ale mnie jakoś nie zachwycił, poza tym uważam, że wcale nie był wydany, 125 g zużyłam na trzy razy. Drobinki ścierne to po prostu cukier, są jednak dość drobne i ostre, dlatego trzeba uważać :) Peeling wcale się nie pieni, zawiera natomiast dużo olejków. Dla mnie był trudny w obsłudze pod prysznicem ponieważ nie za bardzo chciał się trzymać ciała i większość musiałam zbierać z podłogi. 
Natomiast pozostałe produkty sprawdziły się u mnie bardzo dobrze i chętnie do nich wrócę. 
Balsam ma dość lekką konsystencję, łatwo się rozprowadza, nie ma tutaj mowy o żadnym mazaniu się produktu po skórze, oczywiście tak jak cała seria pachnie wspaniale, szybko się wchłania i jak na swoją formułę dobrze nawilża. 


W olejku pod prysznic zaskoczył mnie kolor, był zielonkawy, nie spodziewałam się tego. Jest to produkt faktycznie o olejkowej formule, natomiast w kontakcie z wodą zmienia się w delikatną, kremową myjącą emulsję. Gdy go używałam zdarzało mi się już nie stosować żadnego balsamu,
a skóra nie była przesuszona ani ściągnięta. Był też bardzo wydajny.
Na sam koniec najbardziej znany produkt z Rituals czyli pianka. Od razu zaznaczam, że również bardzo wydajna, również o pięknym zapachu. Wcześniej miałam już pianki pod prysznic, ale ta zaraz po wyciśnięciu z opakowania jest żelowa, dopiero po roztarciu w dłoniach przybiera formę pianki. Tak jak w żalach do golenia (i również dobrze sprawdza się w tej roli). Pianka robi to, co ma robić czyli myje. Może jej regularna cena (38 zł) to sporo jak na produkt, który spływa razem z wodą, ale jeśli dla Was tak jak dla mnie prysznic jest nie tylko myciem, ale też relaksem myślę, że warto
od czasu do czasu pozwolić sobie na droższy produkt. Dla mnie to był taki umilacz wieczornej pielęgnacji.


Lubicie te produkty? Jakie zapachy jeszcze polecacie?
Życzę Wam udanego weekendu i do następnego :)

niedziela, 15 października 2017

Chillowy weekend

Taka słoneczna (i ciepła) pogoda jaką mamy teraz nastraja mnie bardzo pozytywnie. Od razu mam dużo energii i dobry humor. 


Pierwszy raz od dobrych kilku tygodni udało nam się pojeździć na longboardzie. Bardzo to lubię, początkowo było tak, że tylko mój narzeczony jeździł, ale tyle o tym mówił, ostatecznie też kupił mi śliczną deskę i już nie było wyboru :) Przyznaję, że na początku się trochę bałam, ponieważ bądź co bądź to kawałek sklejki, który ucieka spod nogi i człowiek traci równowagę, ale zdecydowanie warto było spróbować. Nadal żaden ze mnie ekspert i bardzo to kaleczę, ale podoba mi się to i lubię się uczyć nowych rzeczy. Poza tym, czy deska nie komponuje się idealnie z dresami i conversami? :)


Pojechaliśmy też na spacer do lasu. Uwielbiam to, zapach lasu, słońce i spacer to idealny przepis na totalny relaks, do tego biegający, zadowolony piesek i nic więcej mi nie potrzeba. Tak, ta biała puchata kropka futra to Janusz :)


W końcu poszłam do Lilou i wymieniłam mój, mocno już przetarty sznurek na nowy. Tym razem czerwony. Jakoś nigdy nie przepadałam za tym kolorem, a ostatnio tak mi się spodobał, że powoli go wprowadzam, na razie tylko w dodatkach i małych elementach, ale marzy mi się też czerwony płaszcz. Tylko nigdzie nie mogę znaleźć tego idealnego. Poza tym czerwony idealnie będzie się komponował z moimi ulubionymi granatami i szarościami. 


Kupiłam też czerwone goździki.


Znalazłam czas na chwilę relaksu z książką na kanapie. Zaczęłam czytać "We wspólnym rytmie" Jojo Moyes, jak mi się spodoba (a podejrzewam, że tak będzie) to na pewno znajdzie się w jakimś innym poście. 


Przede mną jeszcze spokojny wieczór z herbatą, czekoladową muffinką i oglądaniem filmików na yt. Czuję się totalnie wypoczęta i zregenerowana. Cieszę się ponieważ cały przyszły tydzień ma być ładna pogoda. To miłe odstępstwo od tego ciągłego deszczu i szarości za oknem.
Mam nadzieję, że Wasz weekend też był taki chilloutowy jak mój.
Do następnego!