sobota, 19 sierpnia 2017

Pourlopowe migawki

Uwielbiam ten beztroski klimat nad polskim morzem. Chillout w dresie, kilometrowe spacery brzegiem Bałtyku, czytanie książek na molo, czytanie książek na plaży, gorfy z bitą śmietaną i truskawkami, otrzepywanie stóp z piasku. Dla mnie jest w tym coś takiego sentymentalnego. Wspomnienia z dzieciństwa, wyjazd pod namioty na studiach, pierwsze wakacje z narzeczonym. Uwielbiam to uczucie kiedy zmęczona po podróży idę wieczorem nad morze. woda mnie uspokaja, szum fal koi, chociaż jest w Polsce i na świecie wiele miejsc, które chcę odwiedzić na półwysep helski zawsze jadę uśmiechnięta i spokojna. Dobrze mieć takie miejsce. 


Nasz plan tegorocznego urlopu przewidywał weekend w trójmieście, a następnie tydzień w Jastarni. 
W Gdańsku i Gdyni jest tyle ciekawych rzeczy do obejrzenia, że zawsze jak tutaj jesteśmy brakuje nam czasu. Tym razem poza plażą miejską, gdańską starówką (najlepiej zwiedzaną nocą) i Jarmarkiem Dominikańskim odwiedziliśmy dwa muzea. 



Od razu zaznaczam, że na oba trzeba mieć dużo czasu i wygodne buty. Muzeum Emigracji w Gdyni polecam Wam bardzo! Temat opuszczenia swojego rodzimego kraju jest tutaj potraktowany z różnych perspektyw, niemal od początku istnienia Polski aż do czasów współczesnych. Eksponatów jest dużo, a informacji jeszcze więcej. Zdecydowanie warto zobaczyć, uważam, że jest to miejsce w Polsce trochę niedoceniane :)


Natomiast Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku z pewnością jest Wam znane, jeśli chcecie się tam wybrać polecam kupić bilety, co najmniej z kilkudniowym wyprzedzeniem, można to zrobić na stronie internetowej. Muzeum jest ogromne, z zewnątrz już sama jego architektura robi duże wrażenie, a to co jest w środku dopiero sprawia, że człowiekowi aż brakuje słów. Świetny obiekt zarówno dla dorosłych jak i dla dzieci. Sale są podzielone tematycznie np. "terror", "opór", "za żelazną kurtyną". Zrobiłam tylko jedno zdjęcie, żeby mieć co tutaj wstawić, poza tym byłam całkowicie skupiona na tym co wiedzę. A zdecydowanie jest co, zobaczyć. Filmy, zdjęcia, dokumenty, modele samolotów, mundury etc. 


Bardzo lubię Jastarnię, oczywiście poza leżeniem na plaży i jedzeniem lodów/gofrów dużo spacerowaliśmy brzegiem morza - doszliśmy tak do Juraty i Chałup. Do Helu już pojechaliśmy pociągiem. Przeczytałam trzy książki, odpoczęłam, pojeździłam trochę na loangboardzie, piłam kawę mrożoną i jadłam rybę z frytkami. 



Urlop uważam za udany i nie mogę się doczekać naszych kolejnych wyjazdów. Choćby takich tylko weekendowych ;) 

środa, 16 sierpnia 2017

Urlopowa kosmetyczka - pielęgnacja

W poniedziałek wieczorem wróciliśmy z urlopu, było wspaniale :) Przed postem z migawkami wspomnę na blogu szybko o kosmetykach, które zabrałam na nasz dziesięciodniowy wyjazd. Zdjęcia zrobiłam przed urlopem i wtedy też miałam napisać tego posta, ale stwierdziłam, że po powrocie będę mogła powiedzieć o tych produktach coś więcej. 


Do twarzy spakowałam: miniaturę żelu micelarnego z Tołpy rosacal (sprawdził się świetnie, już wcześniej miałam ten żel i byłam z niego bardzo zadowolona, świetnie myje twarz i zmywa makijaż, to był jedyny produkt, który spakowałam do demakijażu). 
Przy okazji wizyty w Rossmannie kupiłam Garnier aqua bomb mist z SPF 30, spodziewałam się po tym produkcie czegoś lepszego. Nie wiem dlaczego producent nazwał to mgiełką ponieważ ten sprej jest zdecydowanie suchy, absolutnie nie nawilża ani nie odświeża. Poza tym trzeba bardzo uważać, żeby nie oddychać podczas jego aplikacji ponieważ zostaje w gardle, smakuje okropnie. Stwierdziłam, że do twarzy go raczej nie zużyję, a że ma dość wysoki SPF nałożyłam go na nogi, nie wiem jak to się stało, ale pierwszy raz chyba od dziesięciu lat sparzyłam sobie skórę na słońcu! Nałożyłam tego produktu całkiem sporo, a zamiast zabezpieczonej skóry miałam czerwoną, piekącą, podrażnioną skórę na całej nodze. 


Na szczęście dalej jest już tylko lepiej :) Masełko do ust z Nuxe stosowałam tylko na noc i tak dobrze nawilżało usta, że mimo wiatru i słońca nie miałam żadnych problemów z ich przesuszeniem.
Do twarzy używałam miniatury kremu z the body shop nutriganics smoothing day cream, mimo faktu, że producent poleca go do stosowania na dzień, sięgałam po niego dwa razy dziennie i doskonale się sprawdził. Zależało mi przede wszystkim na tym, żeby dobrze nawilżał i nie podrażniał, krem spełnił z powodzeniem te oczekiwania, poza tym szybko się wchłania i dobrze rozprowadza się i trzyma na nim makijaż. Nie potrzebowałam niczego więcej. 
Sun Ozon filtr do twarzy SPF 30 to już moje trzecie opakowanie, jest bardzo znany więc chyba nie ma sensu się nad nim dłużej rozwodzić :) Tani, skuteczny, dostępny w Rossmannie.
Jak urlop to relaks na całego! Spakowałam dwie maski w płachcie. Purederm coconut essence mask sprawdziła się bardzo dobrze i z pewnością ją jeszcze kupię. Była bardzo mocno nasączona, przyjemnie chłodziła twarz w te upały, nawilżyła i nawet ukoiła moją cerę. 


Natomiast maska Lift z Bielendy nie zrobiła zupełnie nic, przede wszystkim była słabo nasączona, taki suchy płat nie chciał się trzymać twarzy, o żadnym lifcie nie było mowy. 
Zawsze w podróż pakuję nawilżane chusteczki. Tez cleanic akurat bardzo ładnie pachniały i super się sprawdzały to przetarcia dłoni, butów, rozlanej zupy i wielu innych :)
Do ciała spakowałam małe opakowanie szamponu Joanna Naturia z miodem i cytryną. Bardzo przyzwoity produkt, robi to, co ma robić czyli dobrze myje włosy, dobrze się pieni (wiadomo, SLS) i nie sprawia, że włosy szybciej się przetłuszczają.


Małe masełko i żel pod prysznic z the body shop o zapachu mleka migdałowego i miodu to moje nowe, zapachowe odkrycie. Uwielbiam! Zapach jest taki mleczny, czysty, słodki, z przyjemnością sięgałam po te kosmetyki i oba zużyłam na urlopie do dna. Z pewnością jeszcze do nich wrócę.
Do higieny intymnej zużyłam miniaturę żelu z Białego Jelenia. Nie podrażniał, nie wysuszał wrażliwej skóry, nie mam do niego żadnych uwag :) 
Czy było coś kosmetycznego, czego mi zabrakło? Niestety tak, jak wspominałam wcześniej pierwszy raz od dekady miałam skórę podrażnioną słońcem. Dobrze znam swoje potrzeby, pakuje się w przemyślany sposób i nigdy produkt po opalaniu nie był mi po prostu potrzebny. Do teraz. Nie było za dużego wyboru (gdybym ja to wiedziała wcześniej, to kupiła bym po prostu żel z aloesu), więc zdecydowałam się na Dax Sun łagodzący balsam po opalaniu ponieważ miał pandenol na drugim miejscu w składzie. Muszę przyznać, że ten produkt przyniósł mi wiele ulgi, na razie nie schodzi mi skóra i mam nadzieję, że tak zostanie :) 


To tyle w kwestii pielęgnacji, wszystko zmieściło mi się do jednej kosmetyczki, wszystkiego używałam i poza tym bublem z garniera, wszystkie kosmetyki dobrze mi służyły na urlopie. 

czwartek, 3 sierpnia 2017

A w lipcu

Lipiec w kwestii pracy, jak co roku był strasznie ciężki i wymagający, szczerze przyznaję, że z niecierpliwością czekam na mój dwutygodniowy urlop. A poniżej przedstawiam rzeczy i wydarzenia, które umiliły mi miniony miesiąc.


W tx maxx kupiłam pierwszą świeczkę z WoodWick o zapachu gruszki, jej regularna cena to 49,90 zł, ja zapłaciłam za nią 19,90 zł więc tym bardziej się cieszę. Bardzo podoba mi się jej słodki, owocowy zapach, idealny na lato, mimo faktu, że nie jest duża zapach unosi się w całym pokoju. Jednak to, co podoba mi się w tej świecy najbardziej to drewniany knot, który strzela jak drewno w kominku. Spędziłam w towarzystwie tej świecy kilka bardzo relaksujących, spokojnych wieczorów. Z pewnością zaopatrzę się w inne wersje zapachowe, myślę, że jesienią będą się sprawdzały jeszcze lepiej. 


W tym miesiącu przeczytałam kilka książek, ale jedna jest na tyle interesująca, że koniecznie chcę Wam ją polecić. "Happy uroda" Kasi Bem bardzo wpisuje się w to, na czym mi teraz zależy. Autorka udowadnia, że piękno jest w nas, że spokój, pogoda ducha, radość, wdzięczność to wartości uzupełniające nasze piękno, nie tylko wklepywanie kremu i demakijaż ma znaczenie :) Znajdziemy tutaj wiele informacji o jodze, medytacji, masażu twarzy, a także dokładne rozpisane domowe spa. Jeśli szukacie w życiu spokoju, warto przeczytać.



Udało nam się pojechać na weekend do Warszawy, odwiedziliśmy znajomych, poza rozmowami do późnych godzin nocnych i gry w planszówki widzieliśmy Muzeum Warszawy. Bardzo ciekawe miejsce, znajdziemy tutaj przedmioty codziennego użytku, obrazy, popiersia, pocztówki, a wszystko ściśle związane z Warszawą i jej mieszkańcami. Ja po prostu bardzo lubię muzea, relaksuje mnie przebywanie w takich miejscach. Jedyne do czego, niestety muszę się przyczepić to brak wyznaczonych kierunków zwiedzania, nie tylko my poruszaliśmy się po tych przestrzeniach nieco chaotycznie. 



W związku z moimi wakacyjnymi wyjazdami kupiłam sobie nową kosmetyczkę. Jest piękna, różowa, w kropeczki i wisienki, przesłodka. Jest też bardzo pakowna, zrobiłam już przymiarkę i spokojnie zmieściłam tutaj wszystkie kosmetyki na nasz tegoroczny urlop. Kosmetyczka jest przedzielona na dwie komory (ale można tę podziałkę usunąć), ma też dwie małe kieszonki. Kupiłam ją na aliexpres za ok. 6 zł. 


W lipcu byliśmy dwa razy w kinie. Na najnowszych minionkach czyli "Gru, Dru i Minionki", to była świetna animacja, jak wszystkie z tej serii, śmieszna i poprawiająca humor. Jeśli jeszcze nie znacie minionków, koniecznie nadróbcie zaległości. 
Mój chłopak chciał iść na najnowszy film o spidermanie jak tylko zobaczył pierwszy trailer, pewnie było to jakieś dobre pół roku temu :) Muszę przyznać, że "Spiderman Homecoming" to całkiem znośne kino, moim zdaniem bardziej przeznaczone dla nastolatków, ze względu na wiek głównego bohatera i jego szkolne problemy. Jeśli jednak szukacie nieskomplikowanego, filmu z dobrym humorem możecie wybrać się do kina na przygody Petera Parkera.
Teraz czekam na kolejny film o Thorze.


Na sam koniec tylko jedna rzecz jedzeniowa - koktajl z borówek. Jakoś wcześniej nigdy nie wpadłam na pomysł, żeby zmiksować borówki, ale akurat złożyło się tak, że nie miałam truskawek ani malin, za to wielką ochotę na koktajl, z braku czegokolwiek innego wzięłam borówki, mleko i syrop klonowy. Tak powstało coś przepysznego. Mój ulubiony smak tego lata. 

To tyle u mnie, nie było tego dużo, mam nadzieję, że sierpień będzie ciekawszy :)
Już teraz życzę Wam miłego weekendu! Do następnego! 

poniedziałek, 31 lipca 2017

Ulubieńcy lipca

Koniec miesiąca to czas ulubieńców! Jak zawsze z przewagą pielęgnacji. 


Zacznę od produktu, który bardzo pozytywnie mnie zaskoczył, a kupiłam go praktycznie przez przypadek, przy okazji innych zakupów w Superpharm był w cenie 9,90 zł, akurat skończył mi się płyn micelarny, nie miałam na oku niczego innego więc bez większego zastanowienia go wzięłam. Dermedic Hydrain Hialuro to płyn micelarny przeznaczony do skóry suchej i bardzo suchej, zalecany przez producenta do codziennego oczyszczania wrażliwych okolic oczu i twarzy, również dla osób nietolerujących tradycyjnych sposobów demakijażu. Muszę przyznać, że jest to produkt delikatny, absolutnie nie podrażnia mojej wrażliwej cery i równie wrażliwych oczu, ładnie rozpuszcza i domywa makijaż. Poza tym bardzo przyjemnie pachnie, nie zostawia lepiącego filmu na twarzy. Sięgam po niego z przyjemnością, zużyłam już połowę i nie mam żadnych uwag :)


Po tym jak wykończyłam peeling gommage z tonymoly szukałam jakiegoś drogeryjnego zastępstwa, muszę przyznać, że wybór jest praktycznie żaden, w sklepie Ziaji znalazłam peeling gommage wygładzający z serii Sopot Spa i muszę przyznać, że dobrze się u mnie sprawdza. Produkt ma dość lepką konsystencję i taki solny zapach, charakterystyczny dla całej linii, dla mnie całkiem przyjemny. Producent zalega aby pozostawić produkt na twarzy 10 minut, zawsze trzymam go dłużej, tak ok. 15 i wtedy widzę lepszy efekt. Peeling faktycznie złuszcza skórę, nie podrażniając jej, niweluje suche skórki i świetnie wygładza. Z tego co pamiętam kosztował ok. 10 zł. Jeśli szukacie telikatnego peelingu do wrażliwej skóry warto się nim zainteresować. 


W temacie twarzy mam Wam do polecenie jeszcze jeden produkt - Bioderma sensibio mask. Maska przeznaczona, jak cała seria do cery z zaczerwienieniami, naczynkowej. Maska ma kremową konsystencję, łatwo się nakłada i równie łatwo zmywa, a jak już wiele razy mówiłam ważne dla mnie jest to, źeby bez problemu usunąć maseczkę z twarzy, dla mnie to żaden relaks kiedy wiem, że będę zmywała produkt dłużej niż miałam go na twarzy, a do tego jeszcze ubrudzę pół łazienki :)


Maska przyjemnie koi podrażnioną, zaczerwienioną skórę i świetnie nawilża. Stosuję ją 1-2 razy w tygodniu, jest bardzo dobrym uzupełnieniem codziennej pielęgnacji. Jeśli macie cerę z taką jak ja, na pewno docenicie jej zalety.


Jeden produkt z kolorówki, nie wiem czy już kiedyś nie znalazł się w ulubieńcach, nie lubię odgrzewanych kotletów, ale musiałam ten produkt tutaj wrzucić ponieważ przez jakiś czas leżał zapomniany, a teraz jak sobie o nim przypomniałam sięgam po niego niemal codziennie i już prawie go wykończyłam. Mówię tutaj o pomadce w płynie z melted Too Faced, moja miniatura jest w kolorze Chihuahua i totalnie za nim przepadam, zwłaszcza teraz kiedy jestem bardziej opalona prezentuje się na moich ustach świetnie i bardzo dobrze się w nim czuje. To ciepły brąz z lekką nutą różu. Ma matowe wykończenie, ale nie zasycha i na ustach nosi się bardzo komfortowo. Pasuje do każdego makijażu. Uwielbiam!


Na sam koniec drażetki Merz Spezial, już wcześniej o nich wspominałam tutaj. W czerwcu wykończyłam trzecie, ostatnie opakowanie i muszę przyznać, że jestem z jego działania bardzo zadowolona. Włosy są mocniejsze, zdecydowanie mniej wypadają, a miesiąc po zakończeniu kuracji sytuacja nie uległa zmianie, bardzo mi na tym zależało, żeby efekt utrzymał się jeszcze jakiś czas po. Poza tym zauważam tę zmianę nie tylko ja, moja mama ostatnio czesała mi warkocza dobieranego (nie umiem go sobie zrobić sama) i była pod wrażeniem jak dużo mam włosów :) Pełna kuracja to 3 opakowania (każde po 60 tabletek) i już w jej połowie zauważyłam efekty.
Jeśli macie problem z wypadającymi włosami serdecznie Wam Merz Spezial polecam.

To tyle u mnie, życzę Wam miłego tygodnia, ja już się nie mogę doczekać jego końca, w piątek w nocy jedziemy nad morze :) 


sobota, 29 lipca 2017

Byłam na początku miesiąca na zakupach

I wpadło mi do koszyka trochę kolorówki. Bardzo rzadko robię takie zakupy, ponieważ nie popieram stwierdzenia, że kosmetyki do makijażu się używa, a nie zużywa i staram się robić zakupy dopiero jak jakiś produkt sięgnie dna. Tym razem jednak nie mogłam się powstrzymać i kupiłam produkty, bez których spokojnie mogłabym żyć :) 


Już wcześniej oglądałam tę mini paletkę Smashbox Double Exposure. 
Może najpierw dane techniczne - paletka jest naprawdę malutka (wielkości karty kredytowej) i płaska, idealna na wyjazdy ponieważ nie zajmuje dużo miejsca, jest wykonana z grubego plastiku i ma nawet lusterko. Jej regularna cena to ok. 80 zł, kiedy była w Sephorze promocja, kosztowała ok. 40 zł, wtedy już się nie zastanawiałam:)


 Bardzo podoba mi się zestawienie cieni, mamy tutaj dwa brązy, jasny cień bazowy, róż, fiolet, granat i takie różowe złoto, jedyny cień, który zdecydowanie nie jest dla mnie to ten pierwszy - taki szaro-srebrny, nie wyobrażam sobie na jaką okazję mogłabym go użyć :) Poza tym uważam, że cała kompozycja jest kompletna i dobrze dobrana. Na urlop wezmę tylko ją. Cienie się nie osypują, ale są miękkie i łatwo się nakładają, nawet te jasne kolory są dobrze napigmentowane i widoczne na oku. Moi ulubieńcy to: peony, quartz i copper. Do trwałości również nie mam zastrzeżeń. 


Do tej pory miałam tylko jeden rozświetlacz (mój ukochany MAC landscapade), byłam jednak bardzo ciekawa produktów marki Becca więc zdecydowałam się na zestaw dwóch miniaturek - w formie płynnej i prasowanej, obie w kolorze opal. Co mogę powiedzieć? Są piękne! MAC był dla mnie teraz już trochę za jasny, dlatego pomyślałam o czymś trochę ciemniejszym i bardziej złotym. Opal okazał się świetnym wyborem. Początkowo myślałam, że częściej będę sięgała po produkt prasowany, ale okazało się, że jakoś bardziej podoba mi się w wersji płynnej. Kolor ma delikatniejszy, a przez to, że jest mokry tworzy bardzo ładną taflę na skórze. 
Jednak trzeba uważać ponieważ nie z każdym podkładem się lubi, z mojej twarzy ściera Diorskin forever i zdecydowanie nie wygląda to estetycznie. Na szczęście zawsze mam alternatywę i mogę sięgnąć po pudrową Becce. Cena tego zestawu to 75 zł. Jestem z tych produktów bardzo zadowolona, w pełni rozumiem ich popularność. Teraz chętnie bym sięgnęła po inne produkty tej marki, podobają mi się zwłaszcza róże.


Do zakupów poprosiłam (i dostałam:) próbkę podkładu born this way z Too Faced. Poza tym, że kolor vanilla przez swoje żółte tony pasuje mi świetnie nie wiedzę więcej zalet tego podkładu. No może jeszcze to, że bardzo łatwo się nakłada i praktycznie nie czuć go na skórze. Krycie ma raczej lekkie, ale jego trwałość to żart! Na mojej suchej i raczej bezproblemowej cerze podkłady bez bazy (nawet najtańsze) trzymają się niemal cały dzień, ten się wyciera dosłownie po godzinie, a po trzech nie ma po nim ani śladu, na nosie i brodzie był zupełnie wytarty, poza tym ma być nawilżający a niestety podkreśla suche skórki i pory. Od podkładu za 160 zł wymagam czegoś więcej niż łatwej aplikacji. Miałam na niego ochotę, ale po tej próbce zdecydowanie nie kupię.

Na sam koniec lakier do paznokci - semilac 015 plum. Ja wiem, że lato, że pastele i neony, ale co poradzę, że uwielbiam ciemne paznokcie nawet przy upałach :) Ten kolor to ciemna, nasycona śliwka, nie ma tutaj żadnych innych tonów, nie wpada w brąz ani czerń, tak jak się nazywa tak wygląda i jestem z tego bardzo zadowolona.

To tyle z moich nowości, życzę Wam miłego weekendu! 

sobota, 8 lipca 2017

A w czerwcu

Na szczęście czerwiec był ostatnim miesiącem remontu i przeprowadzki. Tym samym nie było za wiele czasu na kino, plener albo jakiś weekendowy wyjazd, odbijemy sobie to w następnych miesiącach! Jestem zmęczona, ale szczęśliwa, że to już koniec. Poniżej zdjęcie jednej ze ścian, oczywiście szarej :) 


Pozostając jeszcze w temacie wnętrz koniecznie muszę zaznaczyć, że latem uwielbiam świeże kwiaty w wazonach. Wyglądają pięknie i ożywiają przestrzeń wokół.



Najczęściej sama sobie kupuję goździki albo różne polne kwiaty, mój chłopak natomiast praktycznie zawsze kupuje mi róże.
Na tle mojej nowej kuchni możecie zobaczyć złotego ananasa, którego kupiłam w tigerze (25 zł). Muszę przyznać, że jest trochę kiczowaty, ale bardziej mnie to urzeka niż mi przeszkadza. Poza tym tego lata motyw ananasów jest dosłownie wszędzie! Jeśli nie chcecie wydawać dużo na takie tymczasowe fanaberie warto zajrzeć właśnie do tigera.


Pewnie jestem ostatnią osobą na świecie, ale... w czerwcu odkryłam netflix. Wiedziałam wcześniej, że istnieje, ale jakoś nie byłam nim zainteresowana, a jak już w końcu za namową mojego chłopaka kliknęliśmy subskrypcje to przepadłam. Teraz oglądam dwa seriale "house of cards" i "breaking bed" oba już wcześniej znałam, ale zatrzymałam się w obu przypadkach na pierwszym sezonie, teraz nadrabiamy zaległości. 
Poza serialami netflix oferuje duży wybór filmów fabularnych i dokumentalnych, jesienią i zimą zdecydowanie będzie co robić:)


Czerwiec to miesiąc wyprzedaży, nie poszalałam za bardzo, nie miałam czasu, ale w sumie też nic takiego nie wpadło mi w oko. Ostatecznie kupiłam bluzeczkę w biało-granatowo-czerwone wzorki z reserved, szary t-shirt z c&a (jest z nowej kolekcji kosztowała 39,90 zł) z bardzo ładnym kwiatowym haftem i to, co cieszy mnie najbardziej czyli dresowe spodnie z h&m w cenie 20 zł! Są miękkie i mają ściągacze przy kostkach. Zdecydowanie jestem dresiarą :)


Spełniłam moje małe obuwnicze marzenie i kupiłam białe conversy. To nie jest ten standardowy model, te mają krótsze wiązanie i sznurówki przyszyte na stałe. Bardziej mi się podobają niż ten najbardziej popularny model, a do tego są niesamowicie wygodne. Na zdjęciu widać, że bardzo intensywnie ich używałam, zaraz wyglądują w pralce i znowu będą bielutkie. 


Na sam koniec musiało znaleźć się coś jedzeniowego, prawda? O dziwo nie mam w tym miesiącu Wam do polecenia żadnej herbaty, za to w końcu sięgnęłam po batoniki z dobrej kalorii. Mają naprawdę świetne, proste i krótkie składy, poza tym są bardzo dobre, nie jadłam jeszcze wszystkich, ale zdecydowanie kokos i orzech to mój faworyt. 


To tyle u mnie, życzę nam pięknego, słonecznego lipca!

piątek, 23 czerwca 2017

Ulubieńcy maja i czerwca

Zbliża się koniec miesiąca czas na podsumowanie ulubionych kosmetyków, tym razem wyjątkowo z 2 miesięcy, ale wiecie jak jest cytując Tołstoja "to nie czas się spieszy, to my nie nadążamy".
Jak to często bywa mam same kosmetyki pielęgnacyjne. 


Zacznę od kremu do rąk z Yope, wybrałam wersję zielona herbata i mięta. Muszę przyznać, że dawno mnie żaden zapach w kosmetykach tak nie urzekł i jednocześnie zaskoczył. Mięty nie ma tutaj dla mnie wcale, jest za to mocna, aromatyczna, czarna (tak, czarna) herbata. To zapach z mojego dzieciństwa, u mojej prababci herbata pachniała dokładnie jak ten krem. Na pewno się domyślacie jak bardzo lubię po niego sięgać. Poza tym jak zwykle w przypadku kosmetyków tej marki produkt nie zawiera olei mineralnych, parabenów, silikonów, pegów i sztucznych barwników. Mamy za to olejki roślinne, witaminę e, masło shea i olej kokosowy.


Krem łatwo się rozprowadza i szybko wchłania jak na tak bogaty skład. Przed chwilą go użyłam i moje place nie kleją się do klawiatury;)  Poza tym ma piękne opakowanie, może nie jest najbardziej praktyczne na świecie, ale jak cieszy oko!

Kiedy pierwszy raz powąchałam linię Ritual of Sakura wiedziałam, że z tego będzie miłość:) To lekki, słodki, kwiatowy zapach z bardzo delikatną pudrową nutą. To zapach taki jak lubię - trzymający się blisko ciała i lekki. Idealny na lato. Jest to mgiełka więc nie ma trwałości perfum, ale wcale mi to nie przeszkadza, unikam ostatnio intensywnych zapachów.


Teraz zostały mi już tylko kosmetyki do twarzy. Żel myjący Biolaven od dawna był na mojej zakupowej liście, wiele osób go poleca i wcale się nie dziwię. Żel lekko się pieni, dobrze sprawdza się jako produkt do demakijażu, nie podrażnia cery i oczu. Jest też wydajny, w opakowaniu mamy tylko 150 ml, a wystarczył mi na ten sam czas co produkty w dużo większych opakowaniach. 
Ma dość specyficzny zapach, wiem, że wiele osób za nim przepada, ale mnie się niestety nie podoba, na szczęście zaraz po zmyciu produktu nie ma po nim śladu.

Woda różana z Make Me Bio towarzyszy mi codziennie rano i wieczorem. Sięgam po nią aby się trochę orzeźwić, obudzić, albo używam zamiast toniku. Ma aplikator, który faktycznie tworzy, delikatną mgiełkę. To, co najbardziej podoba mi się w tym produkcie to skład - róża damasceńska i woda. Tylko tyle, świetnie mi służy. Polecam, zwłaszcza do cery naczynkowej. Zostało mi już 1/4 opakowania i z pewnością kupię kolejne.


Z tej samej marki sięgnęłam po bio krem pod oczy z witaminą e i ekstraktem z ogórka
Miałam nadzieję, że będzie miał taki ogórkowy, rześki zapach, (co ja dzisiaj mam z tymi zapachami:), ale niestety produkt pachnie tak zwyczajnie, kremowo. Na szczęście działanie mnie nie rozczarowało. Już na drugim miejscu w składzie mamy masło shea, dalej znajdziemy witaminę e i olej ze słodkich migdałów. Krem nawilża i sprawia, że cienka skóra wokół oczu jest zabezpieczona, gładka i elastyczna. Absolutnie nie podrażnia, nadaje się na dzień pod makijaż. Bardzo lubię nałożyć sobie na noc trochę grubszą warstwę tego produktu. Jeśli szukacie dobrego kremu, z dobrym składem i bardzo przyzwoitą ceną warto się nim zainteresować.


To tyle u mnie, życzę Wam udanego weekendu. Do następnego!

czwartek, 15 czerwca 2017

Makijażowe pogadanki

Mam Wam dzisiaj do przedstawienia trzy produkty, o których wcześniej nie pisałam i dwa, które już wystąpiły na blogu, ale koniecznie chciałam o nich jeszcze wspomnieć.


Pomysł na wpis wpadł mi do głowy dosłownie przed chwilą, kiedy robiłam makijaż. Sięgnęłam po pędzel do rozcierania cieni nr E05 marki własnej drogerii Hebe. Przyznaję, że nie było łatwo go kupić, kilka razy przywitała mnie tylko pusta półka. Pędzle są wykonane w włosia syntetycznego, mój egzemplarz jest bardzo ładnie wykonany, mam go już kilka miesięcy i nie wypadł z niego ani jeden włosek. Nie pamiętam jaka jest jego cena regularna, ale wydaje mi się, że zapłaciła za niego ok. 13 zł. Jak na pędzel moim zdaniem jest to cena bardzo przyzwoita.


Czytałam wiele pozytywnych recenzji tego produktu i szczerze mówiąc nie rozumiem zachwytów. Dla mnie pędzel jest średni. Ma włosie odpowiedniej długości, nie jest za bardzo zbity, ale moim zdaniem jest zbyt miękki i gładki. Mój ulubiony pędzel do blendowania z Hakuro jest dużo bardziej szorstki, dzięki temu cień dobrze trzyma się cienia i faktycznie rozciera niemal do mgiełki. Ten z Hebe owszem rozciera, ale nie mogę nim uzyskać takiego bardzo delikatnego przejścia między kolorami. Doceniam to, że nie jest z naturalnego włosia, że jest łatwo dostępny i tani, jednak drugi raz bym go nie kupiła. Jak już go mam to owszem, używam, ale zdecydowanie nie jest to mój faworyt. 


Niestety również moim faworytem nie jest mineralny podkład matujący z Ingrid cosmetics. Swoją drogą też kupiłam go w Hebe. Jego zalety to: jasny, neutralny odcień, pompka i niska cena (kupowałam go chyba w marcu i zapłaciłam za niego ok. 15 zł). Niestety jego wada sprawia, że nie da się tego produktu używać samodzielnie. Nałożony na twarz tworzy efekt niemalże betonowej maski, ja rozumiem, że on ma matowić, ale on sprawia, że twarz jest tak sucha i płaska, że wygląda to okropnie. Jest po prostu ciężki i zdecydowanie widać to na twarzy. Zużyłam go już niemal połowę, najpierw próbowałam go okiełznać na wszystkie sposoby (gąbką, pędzlem, w mniejszej ilości), ostatecznie z braku rezultatów poddałam się i teraz używam tylko odrobiny, żeby rozjaśniać nim za ciemne podkłady.
Jako dodatek do gazety tusz lash creator volume & care z Deborah Milano kupiłam w cenie 13 zł i tyle moim zdaniem można za ten produkt zapłacić, jego regularna cena 35 zł, to jednak za dużo, jak na taki średni produkt.
Tusz ma standardową szczoteczkę, w odpowiedniej wielkości do oka, nie wiem jak Wy, ale ja unikam tych wielgachnych szczot. Kilka pierwszych użyć było naprawdę kiepskich, tuszu praktycznie nie było widać, bardzo delikatnie podkreślał rzęsy, po około 2 tygodniach stał się bardziej suchy i efekt na oczach stał się też bardziej widoczny. Nie jest to jednak efekt wow, zachowuje się jak taka przeciętna maskara z drogerii. Zużyję, ale więcej do niego nie wrócę.


O produktach z MAC już pisałam tutaj. Dlatego nie będę się powtarzać, chciałam tylko napisać, że pudru mineralize skinfinish używam od początku roku niemal codziennie (za każdym razem gdy robię makijaż sięgam po ten produkt) i zużyła może połowę. Jak sobie pomyślę o drogeryjnych pudrach za 20, 30 zł, które sięgają dna po trzech miesiącach stwierdzam, że zostaję przy MAC'u.


Im jest cieplej tym bardziej doceniam zalety Fix +, wcześniej wydawało mi się, że to tylko taki gadżet, ale w naprawdę ciepłe dni sięgam po niego z ogromną przyjemnością. Ładnie scala cały makijaż, przedłuża go i ściąga pudrowość. Lubię i kupię kolejny egzemplarz.

To tyle u mnie, do następnego!

niedziela, 11 czerwca 2017

A w kwietniu i maju

Pochłania nas generalny remont, ale jesteśmy już blisko końca, myślę, że do końca czerwca na spokojnie się przeprowadzimy, ze względu na to, że nie samymi farbami i zaprawami człowiek żyje udało mi się przez ostatnie dwa miesiące uzbierać kilka rzeczy Wam do polecenia.


Uwielbiam kupować książki, ostatnio do mojej biblioteczki wpadły kolejne trzy tytuły: "Dubaj. Prawdziwe oblicze" (właśnie czytam), "Delhi. Stolica ze złota i snu" (jak widać lubię książki podróżnicze) oraz "Smak szczęścia". 



W maju udało mi się też spędzić kilka weekendów za miastem, czytając sobie w spokoju na kocu albo leżaku i tak właśnie skończyłam "Wierność. Wspomnienia o Zbigniewie Herbercie", każdy kto mnie zna wie, że to mój ulubiony poeta. Z okazji urodzin kupiłam sobie "Face paint. Story of make up". przyznaję, że z braku czasu jeszcze jej nie skończyłam, ale zdecydowanie jest to jedna z ładniej wydanych publikacji, która wpadła w moje ręce. 


Poza czytaniem w wolnych chwilach graliśmy w memory. Uwielbiam! Nie mamy aż tyle czasu, żeby kilka godzin siedzieć przy planszówkach, a partyjka w memory trwa mniej niż pół godziny. To wydanie bardzo mi się podoba, kupiliśmy je w Tigerze.



Wróciłam też do malowania, nie jest to oczywiście nic wielkiego, ale akwarele bardzo mnie relaksują. Trzymam pędzel w dłoni, a moje myśli sobie spokojnie płyną. Warto szukać takich zajęć. 
Tęsknię za naszymi weekendowymi wypadami w różne miejsca w Polsce, ale ze względu na napięty grafik (i budżet;) remontowy chwilowo nie ma na to szans, udało nam się w pewną słoneczną (na szczęście) sobotę odwiedzić znajomych w Opolu. Ostatni raz byłam tam jeszcze na studiach, jak to miasto się zmieniło, jest jeszcze ładniejsze. 


Mogę tak spacerować bez końca.
Będąc przy chodzeniu mam Wam do pokazania moje nowe adidasy. Bardzo mi się podoba to jak z ostrego różu przechodzą w czerń. Poza tym są miękkie, bardzo lekkie i tak wygodne jak moje ulubione new balance. Model to little racer k aw4057. 


W kwietniu przyszły do nas w końcu bilety na koncert (kupiliśmy je w marcu:). Tak, w przyszłym roku Metallica gra w Krakowie i jedziemy! Bardzo się cieszę, pisząc o muzyce muszę zaznaczyć, że koniecznie chciałabym kiedyś pojechać na koncert Rammstein. 


Jeszcze tylko szybko wspomnę, że przy okazji corocznej integracyjnej imprezy z pracy miałam okazję polecieć szybowcem. Niesamowite emocje, świetne przeżycie. Jeśli kiedykolwiek się nad tym zastanawialiście serdecznie polecam. Jak się tak obserwuje to z ziemi to wydaje się, że taki lot trwa tylko chwilę (i faktycznie jest to tylko kilka minut), ale można sobie pooglądać widoki. 


Na koniec rzeczy jedzeniowe, nie może ich zabraknąć:) Z okazji urodzin mój narzeczony zabrał mnie na obiad i zjadłam kaczkę tak pięknie podaną, że aż musiałam zrobić jej zdjęcie:



W maju jadłam też przepyszne wegańskie curry i koniecznie muszę zrobić takie w domu.
Wróciłam też do zielonych koktajli, a przy okazji zakupów w Lidlu odkryłam bardzo dobrą truskawkową herbatę. O dziwo smakuje mi mimo hibiskusa w składzie:) Nie jest słodka i faktycznie pachnie i smakuje truskawkami. 



To tyle u mnie, życzę Wam słonecznej niedzieli! Do następnego.