piątek, 23 czerwca 2017

Ulubieńcy maja i czerwca

Zbliża się koniec miesiąca czas na podsumowanie ulubionych kosmetyków, tym razem wyjątkowo z 2 miesięcy, ale wiecie jak jest cytując Tołstoja "to nie czas się spieszy, to my nie nadążamy".
Jak to często bywa mam same kosmetyki pielęgnacyjne. 


Zacznę od kremu do rąk z Yope, wybrałam wersję zielona herbata i mięta. Muszę przyznać, że dawno mnie żaden zapach w kosmetykach tak nie urzekł i jednocześnie zaskoczył. Mięty nie ma tutaj dla mnie wcale, jest za to mocna, aromatyczna, czarna (tak, czarna) herbata. To zapach z mojego dzieciństwa, u mojej prababci herbata pachniała dokładnie jak ten krem. Na pewno się domyślacie jak bardzo lubię po niego sięgać. Poza tym jak zwykle w przypadku kosmetyków tej marki produkt nie zawiera olei mineralnych, parabenów, silikonów, pegów i sztucznych barwników. Mamy za to olejki roślinne, witaminę e, masło shea i olej kokosowy.


Krem łatwo się rozprowadza i szybko wchłania jak na tak bogaty skład. Przed chwilą go użyłam i moje place nie kleją się do klawiatury;)  Poza tym ma piękne opakowanie, może nie jest najbardziej praktyczne na świecie, ale jak cieszy oko!

Kiedy pierwszy raz powąchałam linię Ritual of Sakura wiedziałam, że z tego będzie miłość:) To lekki, słodki, kwiatowy zapach z bardzo delikatną pudrową nutą. To zapach taki jak lubię - trzymający się blisko ciała i lekki. Idealny na lato. Jest to mgiełka więc nie ma trwałości perfum, ale wcale mi to nie przeszkadza, unikam ostatnio intensywnych zapachów.


Teraz zostały mi już tylko kosmetyki do twarzy. Żel myjący Biolaven od dawna był na mojej zakupowej liście, wiele osób go poleca i wcale się nie dziwię. Żel lekko się pieni, dobrze sprawdza się jako produkt do demakijażu, nie podrażnia cery i oczu. Jest też wydajny, w opakowaniu mamy tylko 150 ml, a wystarczył mi na ten sam czas co produkty w dużo większych opakowaniach. 
Ma dość specyficzny zapach, wiem, że wiele osób za nim przepada, ale mnie się niestety nie podoba, na szczęście zaraz po zmyciu produktu nie ma po nim śladu.

Woda różana z Make Me Bio towarzyszy mi codziennie rano i wieczorem. Sięgam po nią aby się trochę orzeźwić, obudzić, albo używam zamiast toniku. Ma aplikator, który faktycznie tworzy, delikatną mgiełkę. To, co najbardziej podoba mi się w tym produkcie to skład - róża damasceńska i woda. Tylko tyle, świetnie mi służy. Polecam, zwłaszcza do cery naczynkowej. Zostało mi już 1/4 opakowania i z pewnością kupię kolejne.


Z tej samej marki sięgnęłam po bio krem pod oczy z witaminą e i ekstraktem z ogórka
Miałam nadzieję, że będzie miał taki ogórkowy, rześki zapach, (co ja dzisiaj mam z tymi zapachami:), ale niestety produkt pachnie tak zwyczajnie, kremowo. Na szczęście działanie mnie nie rozczarowało. Już na drugim miejscu w składzie mamy masło shea, dalej znajdziemy witaminę e i olej ze słodkich migdałów. Krem nawilża i sprawia, że cienka skóra wokół oczu jest zabezpieczona, gładka i elastyczna. Absolutnie nie podrażnia, nadaje się na dzień pod makijaż. Bardzo lubię nałożyć sobie na noc trochę grubszą warstwę tego produktu. Jeśli szukacie dobrego kremu, z dobrym składem i bardzo przyzwoitą ceną warto się nim zainteresować.


To tyle u mnie, życzę Wam udanego weekendu. Do następnego!

czwartek, 15 czerwca 2017

Makijażowe pogadanki

Mam Wam dzisiaj do przedstawienia trzy produkty, o których wcześniej nie pisałam i dwa, które już wystąpiły na blogu, ale koniecznie chciałam o nich jeszcze wspomnieć.


Pomysł na wpis wpadł mi do głowy dosłownie przed chwilą, kiedy robiłam makijaż. Sięgnęłam po pędzel do rozcierania cieni nr E05 marki własnej drogerii Hebe. Przyznaję, że nie było łatwo go kupić, kilka razy przywitała mnie tylko pusta półka. Pędzle są wykonane w włosia syntetycznego, mój egzemplarz jest bardzo ładnie wykonany, mam go już kilka miesięcy i nie wypadł z niego ani jeden włosek. Nie pamiętam jaka jest jego cena regularna, ale wydaje mi się, że zapłaciła za niego ok. 13 zł. Jak na pędzel moim zdaniem jest to cena bardzo przyzwoita.


Czytałam wiele pozytywnych recenzji tego produktu i szczerze mówiąc nie rozumiem zachwytów. Dla mnie pędzel jest średni. Ma włosie odpowiedniej długości, nie jest za bardzo zbity, ale moim zdaniem jest zbyt miękki i gładki. Mój ulubiony pędzel do blendowania z Hakuro jest dużo bardziej szorstki, dzięki temu cień dobrze trzyma się cienia i faktycznie rozciera niemal do mgiełki. Ten z Hebe owszem rozciera, ale nie mogę nim uzyskać takiego bardzo delikatnego przejścia między kolorami. Doceniam to, że nie jest z naturalnego włosia, że jest łatwo dostępny i tani, jednak drugi raz bym go nie kupiła. Jak już go mam to owszem, używam, ale zdecydowanie nie jest to mój faworyt. 


Niestety również moim faworytem nie jest mineralny podkład matujący z Ingrid cosmetics. Swoją drogą też kupiłam go w Hebe. Jego zalety to: jasny, neutralny odcień, pompka i niska cena (kupowałam go chyba w marcu i zapłaciłam za niego ok. 15 zł). Niestety jego wada sprawia, że nie da się tego produktu używać samodzielnie. Nałożony na twarz tworzy efekt niemalże betonowej maski, ja rozumiem, że on ma matowić, ale on sprawia, że twarz jest tak sucha i płaska, że wygląda to okropnie. Jest po prostu ciężki i zdecydowanie widać to na twarzy. Zużyłam go już niemal połowę, najpierw próbowałam go okiełznać na wszystkie sposoby (gąbką, pędzlem, w mniejszej ilości), ostatecznie z braku rezultatów poddałam się i teraz używam tylko odrobiny, żeby rozjaśniać nim za ciemne podkłady.
Jako dodatek do gazety tusz lash creator volume & care z Deborah Milano kupiłam w cenie 13 zł i tyle moim zdaniem można za ten produkt zapłacić, jego regularna cena 35 zł, to jednak za dużo, jak na taki średni produkt.
Tusz ma standardową szczoteczkę, w odpowiedniej wielkości do oka, nie wiem jak Wy, ale ja unikam tych wielgachnych szczot. Kilka pierwszych użyć było naprawdę kiepskich, tuszu praktycznie nie było widać, bardzo delikatnie podkreślał rzęsy, po około 2 tygodniach stał się bardziej suchy i efekt na oczach stał się też bardziej widoczny. Nie jest to jednak efekt wow, zachowuje się jak taka przeciętna maskara z drogerii. Zużyję, ale więcej do niego nie wrócę.


O produktach z MAC już pisałam tutaj. Dlatego nie będę się powtarzać, chciałam tylko napisać, że pudru mineralize skinfinish używam od początku roku niemal codziennie (za każdym razem gdy robię makijaż sięgam po ten produkt) i zużyła może połowę. Jak sobie pomyślę o drogeryjnych pudrach za 20, 30 zł, które sięgają dna po trzech miesiącach stwierdzam, że zostaję przy MAC'u.


Im jest cieplej tym bardziej doceniam zalety Fix +, wcześniej wydawało mi się, że to tylko taki gadżet, ale w naprawdę ciepłe dni sięgam po niego z ogromną przyjemnością. Ładnie scala cały makijaż, przedłuża go i ściąga pudrowość. Lubię i kupię kolejny egzemplarz.

To tyle u mnie, do następnego!

niedziela, 11 czerwca 2017

A w kwietniu i maju

Pochłania nas generalny remont, ale jesteśmy już blisko końca, myślę, że do końca czerwca na spokojnie się przeprowadzimy, ze względu na to, że nie samymi farbami i zaprawami człowiek żyje udało mi się przez ostatnie dwa miesiące uzbierać kilka rzeczy Wam do polecenia.


Uwielbiam kupować książki, ostatnio do mojej biblioteczki wpadły kolejne trzy tytuły: "Dubaj. Prawdziwe oblicze" (właśnie czytam), "Delhi. Stolica ze złota i snu" (jak widać lubię książki podróżnicze) oraz "Smak szczęścia". 



W maju udało mi się też spędzić kilka weekendów za miastem, czytając sobie w spokoju na kocu albo leżaku i tak właśnie skończyłam "Wierność. Wspomnienia o Zbigniewie Herbercie", każdy kto mnie zna wie, że to mój ulubiony poeta. Z okazji urodzin kupiłam sobie "Face paint. Story of make up". przyznaję, że z braku czasu jeszcze jej nie skończyłam, ale zdecydowanie jest to jedna z ładniej wydanych publikacji, która wpadła w moje ręce. 


Poza czytaniem w wolnych chwilach graliśmy w memory. Uwielbiam! Nie mamy aż tyle czasu, żeby kilka godzin siedzieć przy planszówkach, a partyjka w memory trwa mniej niż pół godziny. To wydanie bardzo mi się podoba, kupiliśmy je w Tigerze.



Wróciłam też do malowania, nie jest to oczywiście nic wielkiego, ale akwarele bardzo mnie relaksują. Trzymam pędzel w dłoni, a moje myśli sobie spokojnie płyną. Warto szukać takich zajęć. 
Tęsknię za naszymi weekendowymi wypadami w różne miejsca w Polsce, ale ze względu na napięty grafik (i budżet;) remontowy chwilowo nie ma na to szans, udało nam się w pewną słoneczną (na szczęście) sobotę odwiedzić znajomych w Opolu. Ostatni raz byłam tam jeszcze na studiach, jak to miasto się zmieniło, jest jeszcze ładniejsze. 


Mogę tak spacerować bez końca.
Będąc przy chodzeniu mam Wam do pokazania moje nowe adidasy. Bardzo mi się podoba to jak z ostrego różu przechodzą w czerń. Poza tym są miękkie, bardzo lekkie i tak wygodne jak moje ulubione new balance. Model to little racer k aw4057. 


W kwietniu przyszły do nas w końcu bilety na koncert (kupiliśmy je w marcu:). Tak, w przyszłym roku Metallica gra w Krakowie i jedziemy! Bardzo się cieszę, pisząc o muzyce muszę zaznaczyć, że koniecznie chciałabym kiedyś pojechać na koncert Rammstein. 


Jeszcze tylko szybko wspomnę, że przy okazji corocznej integracyjnej imprezy z pracy miałam okazję polecieć szybowcem. Niesamowite emocje, świetne przeżycie. Jeśli kiedykolwiek się nad tym zastanawialiście serdecznie polecam. Jak się tak obserwuje to z ziemi to wydaje się, że taki lot trwa tylko chwilę (i faktycznie jest to tylko kilka minut), ale można sobie pooglądać widoki. 


Na koniec rzeczy jedzeniowe, nie może ich zabraknąć:) Z okazji urodzin mój narzeczony zabrał mnie na obiad i zjadłam kaczkę tak pięknie podaną, że aż musiałam zrobić jej zdjęcie:



W maju jadłam też przepyszne wegańskie curry i koniecznie muszę zrobić takie w domu.
Wróciłam też do zielonych koktajli, a przy okazji zakupów w Lidlu odkryłam bardzo dobrą truskawkową herbatę. O dziwo smakuje mi mimo hibiskusa w składzie:) Nie jest słodka i faktycznie pachnie i smakuje truskawkami. 



To tyle u mnie, życzę Wam słonecznej niedzieli! Do następnego. 

sobota, 20 maja 2017

Ministerstwo Dobrego Mydła - peeling, olejek i oczywiście mydło

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam stronę internetową dziewczyn z ministerstwa przepadłam. Bardzo podoba mi się idea takich małych, polskich, rodzinnych firm, które w dodatku robią coś świetnego. Wiedziałam, że z pewnością prędzej czy później się na te kosmetyki skuszę. I nie żałuję. 


Zacznę od produktu, który jest bardzo popularny w internetach czyli od peelingu. Na początek, to co człowiek zauważa od razu czyli niesamowity, piękny zapach. Peeling pachnie słodko, trochę jak karmel z lekko wyczuwalną śliwkową nutą. Na opakowaniu jest informacja, że jest to produkt jadalny, powiem Wam, że to kusi, ale jeszcze nie próbowałam :) 


Peeling ma bardzo zbitą konsystencję, jest pełen cukru trzcinowego. Poza tym mamy tutaj same dobre składniki, takie jak: olej ze śliwki, ze słodkich migdałów, z pestek winogron i awokado, masło kakaowe i shea. Jest to produkt, który wcale się nie pieni, natomiast idealnie nadaje się do masażu, drobinki są duże i mocno ścierne, więc trzeba uważać. Wspaniale ściera martwy naskórek, pobudza krążenie, a dzięki olejkom nawilża skórę, nie jest to jednak przesadnie mocne natłuszczenie. 
Podsumowując jego wydajność, działanie i piękny zapach dla mnie to produkt idealny. Bardzo lubię peelingi i jak to skończę to na pewno kupię ponownie.
Olejek z pestek śliwki pachnie z kolei trochę jak marcepan. Zapakowany jest w szklaną, ciemną buteleczkę z wygodną pipetką. 


Zużyłam już pół buteleczki i, co tu dużo mówić, jestem bardzo zadowolona. Jest to olej naturalny, tłoczony na zimno i nierafinowany. Ja używam go do demakijażu (bardzo lubię masować twarz tym olejkiem), na noc zamiast kremu i do pielęgnacji skórek wokół paznokci. W każdej roli sprawdza się świetnie. Jest to olej dość ciężki i mocno nawilżający więc dla mojej suchej cery sprawdza się świetnie, po nałożeniu na noc następnego dnia cera jest nawilżona, miękka i wygląda tak zdrowo. Mam ochotę na inne olejki z Ministerstwa. 


Na koniec mydło hibiskusowe, kiedy do mnie przyszła taka zgrabna kostka z wytłoczonym wzorem, aż żal było mi ją użyć. Pachnie delikatnie, ma w sobie lekko kwaśną nutę. Jak widać na zdjęciu w mydle zatopione są kawałeczki kwiatu hibiskusa. Poza tym w mydle mamy i.in. białą glinkę, olej kokosowy, oliwę z oliwek. Mydło jest bardzo wydajne, poza tym mycie się produktem wytwarzanym ręcznie w małych partiach to dużo większa przyjemność niż zmydlanie zwykłej białej kostki produkowanej w milionach :) 
Po kolejne kosmetyki z Ministerstwa na pewno wrócę, ciekawią mnie jeszcze masła do ciała.
To tyle u mnie, dzisiaj noc muzeów, ja się wybieram, a Wy?
Do następnego!

środa, 17 maja 2017

30. Urodziny

Miałam wczoraj urodziny, jak stwierdził mój kolega "zmiana kodu na trójkę z przodu", nie wiem jak Wam, ale kiedy ja byłam dzieckiem wydawało mi się, że jak będę miała trzydzieści lat to już będę nawet trochę stara, na pewno z mężem i dwójką dzieci :) Cóż, wiele jeszcze przede mną. 
Tymczasem stwierdzam, że jest dobrze. Trenuję bycie wdzięczną, wiem, że jestem szczęśliwa i staram się nie szukać dziury w całym.
Jestem jeszcze bardziej zakochana w moim narzeczonym, niż na początku naszego związku, mam rodzinę i przyjaciół. I psa. Wszyscy jesteśmy zdrowi. Mam pracę i remont mieszkania na głowie, ale jak już się przeprowadzimy to już na nasze i skończy się era wynajmowania. Uwielbiam czytać książki, leżeć na plaży nad Bałtykiem, kocham Gdańsk i Kraków. W tym roku znów wakacje w Jastarni, cieszę się!

Ten post pisałam przede wszystkim dla siebie, mam nadzieję, że za kilka lat, kiedy do niego wrócę uśmiechnę się i sobie przypomnę, że było fajnie!

A na zakończenie zdjęcie kilku prezentów. Czy to nowe wydanie "Harrego Pottera" nie jest przepiękne?


Do następnego!

wtorek, 9 maja 2017

Maski: Holika Holika, Vianek, Bielenda, Perfecta

Masek w płachcie nikomu przedstawiać nie trzeba, jakiś czas temu totalnie zawojowały internety i są chyba najczęściej kupowanymi i używanymi produktami w kategorii koreańskiej pielęgnacji. 
Całkowicie to rozumiem przede wszystkim dlatego, że są łatwe w aplikacji, nie trzeba ich rozrabiać, ani trudzić się przy ich zmywaniu. Oczywiście dla mnie tradycyjne maski nadal mają wiele zalet i dobrze służą mojej cerze.


Przez jakiś czas testowałam różne maski i teraz przyszedł czas (w końcu!) na ich krótką charakterystykę. Zacznę od produktów dla mnie niestety słabych z serii jucy z Holika Holika miałam dwie maski: borówkową i pomidorową (od razu zaznaczę, że nie pachniała jak przecier, raczej tak po protu kosmetycznie:)  


Zdaniem producenta wersja pomidorowa miała rewitalizować i dodawać skórze blasku, a borówka przywracać blask szarej cerze. Nie zauważyłam praktycznie żadnego działania, po aplikacji moja skóra była tylko odświeżona, ale to bardziej zasługa tego, że maski tego typu są po prostu zimne. Nic ciekawego i więcej po nie nie sięgnę.
Pozostając przy marce Holika Holika sięgnęłam jeszcze po maskę z maslem shea i awokado. Oba te produkty były przeznaczone do skóry suchej i miały nawilżać, tutaj faktycznie działanie mi się podobało. Maski były dobrze nasączone, nie podrażniały, a po aplikacji cera była nawilżona, gładka i sprężysta. Chętnie do nich wrócę, albo przetestuję inne wersje z tej serii. 


Natomiast maska for angry cat ze Skin79 była zdecydowanie najlepsza. Zdaniem producenta zły kot jest kojący i nawilżający. wysoko w składzie ma glicerynę oraz aloes, ładnie pachnie, jest wykonana z grubego, idealnie wyciętego materiału. I muszę przyznać, że bardzo podoba mi się to, że na masce faktycznie mamy głowę kota:) Szkoda tylko, że jest ze wszystkich pokazanych dzisiaj produktów najdroższa (15 zł).
Szybko przechodzę do masek w tradycyjnej formie. L'oreal wyprodukował maski z glinkami, najbardziej ciekawiła mnie czerwona, ale niestety dostałam próbki tylko czarnej i zielonej. 
Dla mojej wrażliwej cery te produkty są za mocne, ściągają i podrażniają. Podejrzewam, że zdecydowanie lepiej sprawdzą się u osób z cerą normalną lub tłustą.
Maska odżywiająca z perfekty kiedyś była moim wielkim ulubieńcem, pamiętając to jak dobrze się u mnie kiedyś sprawdzała kupiłam ją tak przy okazji, nałożyłam i muszę przyznać, że nie jestem tak zachwycona jak kiedyś. Może ze zmianą opakowania zmienił się również skład? Nie wiem, ale teraz maska nie jest nawilżająca, tylko po prostu tłusta i pozostawia na skórze nieprzyjemny film. Została mi jej jeszcze połówka i jakoś nie mam na nią już ochoty. Szkoda.


Maska metaliczna z Bielendy to dopiero ciekawostka. Zdaniem producenta nano platyna, węgiel i aktywny magnez mają skórę regenerować, działać przeciwzapalnie, nawilżająco, a jednocześnie działać antybakteryjnie, oczyszczająco i ściągająco. Cóż mogę powiedzieć - moim zdaniem się nie udało. Maska ma bardzo intensywny zapach i niestety podrażniła moją cerę i oczy tak mocno, że nie byłam w stanie wytrzymać z nią te 10 minut. Nigdy więcej. 
Na szczęście na koniec mam dwa wspaniałe produkty. Vianek łagodząca maseczka odżywcza z glinką białą i olejem kokosowym to prawdziwy kompres na suchą, zaczerwienioną skórę. Ładnie pachnie, ma gęstą treściwą konsystencję i zgodnie z nazwą łagodzi i przynosi ulgę. Dla mnie świetna i na pewno sięgnę po kolejne saszetki.
Podobnie jak w przypadku hydrożelowych płatków pod oczy z Perfecty. Bardzo je lubię i z chęcią sięgam po nie gdy mam zmęczone spojrzenie, piasek pod powiekami albo opuchliznę. Bardzo dobrze się trzymają tam gdzie je nałożymy, są naprawdę zimne i przynoszą wspaniałe uczucie odświeżenia. 

To tyle u mnie, do następnego!

środa, 3 maja 2017

akcja pielęgnacja, blend it i smaczne herbaty

Wolny dzień zaczęłam od akcji pielęgnacji ;) Muszę się trochę speelingować i nawilżyć. O peelingu z TonyMoly już Wam pisałam, nadal bardzo go lubię, zostało mi go jeszcze na jakieś dwa użycia, jak go wykończę ponownie kupię jakiś peeling typu gommage, taka forma pozbywania się obumarłego naskórka bardzo mi odpowiada i absolutnie nie podrażnia mojej cery.
Peeling do ust z Evree też dobrze się u mnie sprawdza, owszem jest dość tłusty, ale wcale mi to nie przeszkadza i z przyjemnością sięgam po ten produkt. Pachnie chemiczną poziomką, ale liczyłam się z tym, że tak będzie kiedy go kupowałam :)


Na włosy nałożyłam odżywkę z owsem z Yves Rocher, jakiś czas temu zużyłam dwa opakowania i bardzo ją lubiłam, nawilża i wygładza włosy (a moje suche końcówki zdecydowanie tego potrzebują), sprawia też, że łatwiej się rozczesują. Jedyny minus to mydlany zapach, który niestety utrzymuje się na włosach aż dwa dni.
Na twarz nałożyłam maskę w płachcie z Skin 79 i muszę przyznać, że bardzo mi się spodobała. Nie tylko dlatego, że nakładamy na twarz mordkę kota:) Maska dobrze przylega do twarzy, jest mocno nasączona, ładnie pachnie, a po aplikacji skóra jest gładka, nawilżona i ma ujednolicony koloryt. Nie odpowiada mi tylko cena, ok. 15 zł tak na jeden raz to niemało, w cenie 4 takich masek można kupić coś o wiele bardziej wydajnego.


Pamiętacie jak zwiedziłam pół miasta w poszukiwaniu gazety z gąbką? Muszę przyznać, że się opłacało. Gąbka blend it sprawuje się u mnie bardzo dobrze. Po namoczeniu jest bardzo miękka i sprężysta, praktycznie nie pochłania podkładu, za to ładnie go rozprowadza na twarzy. Po każdym użyciu myję ją żelem do mycia twarzy z Biolaven i gąbka całkowicie się domywa. Po dobrym tygodniu codziennego stosowania wygląda jak nowa, nie ma ani jednej plamki z podkładu czy korektora.


W ubiegłym tygodniu przy okazji wizyty w sklepie Yves Rocher powąchałam żel pod prysznic o zapachu mango. Jak to pachnie! Jak słodkie, przed chwilą obrane ze skórki mango, aż mam ochotę je zjeść. Nie  mogłam się oprzeć i kupiłam od razu żel w komplecie z balsamem do ciała.


Szkoda, że pogoda nie dopisuje, jest zimno i zbiera się na deszcz. Dobrze, że w pozostałe dni było trochę cieplej i udało nam się spędzić trochę czasu z Januszem na dworze.
Dzisiaj nie pozostaje mi nic innego jak herbatka i książka. Przy okazji polecę Wam dwie herbaty z Vitax z serii friuts & vege. Mają dobre składy i ciekawe kompozycje smakowe. Wersja z burakiem, lubczykiem i truskawką jest słodka, natomiast marchewka, malina i imbir to trochę ostrzejsza i bardziej rozgrzewająca propozycja. Obie smakują mi bardzo.

To tyle u mnie, odpoczywajcie dzisiaj i do następnego! 

poniedziałek, 1 maja 2017

Ulubieńcy marca i kwietnia

Początek miesiąca to czas ulubieńców. Nie planowałam dzisiaj wcale korzystać z laptopa, wcześniej byliśmy w parku na spacerze, przeczytałam pół książki i już brałam się za robienie obiadu, a później idę do kina i stwierdziłam, że albo teraz napiszę post albo wcale:)
Zatem szybko przechodzę do rzeczy: mam Wam do pokazania produkty pielęgnacyjne i jeden zapach.


Kiedy kupowałam masło do ciała z Bielendy w wersji kokosowej nie sądziłam, że aż tak je polubię. Zdjęcia robiłam trochę wcześniej, aktualnie zużyłam cały duży słoiczek i jestem bardzo zadowolona. Masło pięknie pachnie, delikatnie, trochę jak rafaello, na pewno nie jest to przesłodzony kokos. Nie ma zbitej konsystencji charakterystycznej dla maseł, raczej taką 'śmietankową', ale przy rozprowadzaniu czuć, że zawiera olejki. Świetnie pielęgnuje skórę, dobrze się wchłania, zapach po kilku chwilach też się ulatnia, ani razu nie miałam tak, że nie chciałam sięgnąć po ten produkt, nie czułam się nim zmęczona i nie miałam ochoty użyć w tym czasie czegoś innego, a to u mnie prawdziwa rzadkość. Serdecznie polecam, są jeszcze dostępne wersje z pomarańczą albo z masłem karite.


Do ust sięgałam po balsam reve de miel z Nuxe i co tu dużo mówić, uwielbiam ten produkt! Jest gęsty i zbity, przez co bardzo wydajny, wystarczy tylko odrobinka, łatwo się rozprowadza i pozostawia na ustach delikatną warstwę, jednak nadal są matowe. Ja używam go tylko na noc i to mi w zupełności wystarcza do utrzymania ust w dobrym, nawilżonym stanie:) Balsam zawiera masło shea, miód akacjowy i wyciąg z grejpfruta (ten ostatni sprawia, że pięknie, cytrusowo pachnie)
Teraz ten kosmetyk jest dostępny w różnych szatach graficznych, ja mam akurat z różową zakrętką. 


Pozostając w temacie cytrusów znowu używam mgiełki do ciała satsuma z The Body Shop. Uwielbiam ten zapach gorzkiej pomarańczy, zdecydowanie tęsknię za ciepłem i słońcem, wiosna jakoś się nie spieszy, dlatego staram się ją przywołać takim lekkim, letnim zapachem.
Od kilku miesięcy do rąk używam nektarowego kremu dr Irena Eris spa resort Hawaii. Jak on pachnie! Delikatnie, słodko i kwiatowo. Poza tym ma moje ulubione opakowanie czyli z pompką typu airless. Jest lekki, ale bardzo dobrze nawilża, miałam w tym roku duży problem z przesuszeniem dłoni, teraz sięgam po ten krem tylko raz dziennie, a właściwie wieczorem, leżąc już w łóżku:) Taka częstotliwość całkowicie mi wystarcza. Kupiłam go na promocji w Douglasie za ok. 30 zł i nie żałuje. Jak dla mnie to najlepszy krem do rąk, jaki do tej pory miałam. Zdecydowanie lepszy niż np. kremy z L'Occitane.
Last but not least Sylveco lipowy płyn micelarny. Jest wspaniały, wiem, że dzisiaj o wszystkim wypowiadam się w samych superlatywach, ale na tym przecież polegają ulubieńcy:) Ten płyn ma same zalety: dobry i krótki skład, jest skuteczny i absolutnie nie podrażnia. 
Nie mogłam uwierzyć, że płyn micelarny może tak szybko i skutecznie rozpuszczać makijaż, zwłaszcza z oczu, nie wiem jak Wy, ale ja zawsze najwięcej problemów mam z tuszem do rzęs. 
Płyn jest przy tym bardzo delikatny, nie powoduje zaczerwienienia/pieczenia ani mojej naczynkowej twarzy ani wrażliwych oczu. 
To już wszyscy moi ulubieńcy, do następnego!

sobota, 22 kwietnia 2017

Przeszłam pół miasta za gąbką i zakupy w Rossmannie

Jak Wam ostatnio wspominałam chciałam kupić sobie przede wszystkim podkład na promocji w Rossmannie i o dziwo udało się bez większych komplikacji :) 


Postanowiłam się nie pchać jak szalona, tylko na spokojnie wczoraj wieczorem po pracy podeszłam do Rossmanna, tłumów zdecydowanie nie było, powiedziałabym, że poza mną przy szafach stały ze trzy osoby. Wybrałam podkład, po który przyszłam czyli Lirene perfect tone w kolorze 120 natural, pomadkę z Borjois rouge edition souffle de velvet w kolorze 02 coquelic'oh i maskarę z Lovely curling pump up, przyznaję od razu, że tusz wzięłam wyłącznie dlaczego, że pobrałam aplikację i chciałam załapać się na zniżkę -55%. Poza tym oczywiście lubię ten produkt:) 



Byłam miło zaskoczona, wszystkie produkty kupiłam zupełnie nowe, czyste i nieotwierane. Poza tym sprawdzałam przed promocją ceny interesujących mnie produktów i tym razem ceny nie były zawyżone, przyjemna odmiana. 
Przy okazji dorzuciłam do zdjęcia peeling do ust sugar lips z evree, kupiłam go wcześniej, ale z tego co wiem również łapie się na promocje. Fajny produkt, a przeceniony kosztuje ok. 7,50 zł. 


Niestety wczoraj po eos'ach nie było nawet śladu, ale pani ekspedientka powiedziała mi, że w sobotę będzie dostawa kosmetyków. Poszłam, było strasznie. Ludzi pół miliona przy tych półkach, wzięłam ostatniego malinowego eosa, czekoladę do kawy i od razu poszłam do kasy.


A potem przeszłam pół miasta w poszukiwaniu majowego numeru Glamour z dodatkiem w postaci gąbki blend it! Ile ja odwiedziłam kiosków, żabek, freshów i małpek:) Ale w końcu się udało, niestety nie było żadnego wyboru ponieważ na półce został tylko jeden egzemplarz z gąbką w kolorze zielonym, a spełnieniem moich zakupowych marzeń była opcja kolorystyczna biało-szara, ale nie ma co narzekać.
Teraz siedzę pod kocem, niby świeci słońce, ale strasznie zmarzłam. Zaraz zrobię sobie kawę i poprzeglądam trochę internety.

Do następnego!

wtorek, 18 kwietnia 2017

Szukam nowego podkładu, przeczytane książki i czerwona glinka

Zacznę od tego, że moja blogowa nieobecność jest wynikiem tego, że początek kwietnia to nie był dla mnie najlepszy czas, pojawiło się kilka poważnych spraw do ogarnięcia i musiałam się tym zająć. Poza tym przed nami generalny remont całego mieszkania i kolejna przeprowadzka, już teraz wiem, że będę miała zdecydowanie miej czasu na internety, mam nadzieję, że jakoś nam to szybko pójdzie. 
Pogoda też nie zachęca do żadnych aktywności, aktualnie za oknem wieje i pada śnieg, stwierdziłam jednak, że jak teraz nic nie napiszę to nie wiem kiedy mi się trafi kolejna okazja:)


Wiem, że od 20 kwietnia zaczyna się w Rossmannie akcja promocyjna -49% na kolorówkę, szukam podkładu ponieważ mój ulubieniec z Clarins już się niestety skończył. 
W gazecie była dołączona próbka podkładu z perfect tone z Lirene w kolorze 120 natural, myślałam, że będzie dla mnie za ciemny, ale i tak postanowiłam go przetestować. Jakie było moje zdziwienie kiedy okazało się, że kolor mi pasuje, wygląda bardzo naturalnie i tak świeżo, nie ściemniał i nie podkreślał suchych skórek. Jest lekki, krycie ma raczej delikatne, tak jak zapewnia producent. Jestem na tak i stwierdzam, że się na niego skuszę, jego regularna cena to ok. 35 zł. 
W kinie natomiast dostałam próbkę refresher skin z Rimmela i to była dla mnie totalna porażka. Podkład wcale nie kryje, ma bardzo mokre wykończenie, a kolor 100 ivory tylko podkreślał różowość mojej twarzy. Zdecydowanie będę go omijała z daleka.


Pewnie większość z Was zna ten sposób, ja również go znałam, ale do tej pory jakoś nigdy się nie zebrałam, żeby nałożyć na włosy maseczkę z glinki. W domu mam tylko glinkę czerwoną (dla mnie najlepsza do cery naczynkowej), przyznaję, że nie jest łatwo nałożyć taką maskę na skalp, ale efekt jest świetny. Włosy są super domyte, dłużej świeże, sypkie i widocznie odbite u nasady. Jeśli lubicie dodać swoim włosom objętości warto czasem zamiast kosmetyków do stylizacji nałożyć na skórę głowy taką glinkę. 


Przeczytałam ostatnio nową książkę Cobena "już mnie nie oszukasz" i przyznam, że podobała mi się. Myślałam, że mnie niczym nie zaskoczy i że znam zakończenie, jednak okazało się, że w niektórych kwestiach się myliłam, to lubię! Tak jak sushi i maski w płachcie :)


Dzisiaj mam zamiar doczytać ostatnie 60 stron książki mojej ulubionej pisarki Jodi Picoult. "Małe wielkie rzeczy" to historia pielęgniarki oskarżonej o morderstwo noworodka, mamy tutaj jak zawsze wydarzenia opisane z kilku perspektyw w tym przypadku jest to przede wszystkim Ruth - ciemnoskóra pielęgniarka oraz Turk ojciec dziecka i zwolennik ideologii white power. Nie ma tutaj łatwych rozwiązań, jest natomiast wiele rzeczy do przemyślenia, kwestie nienawiści, rasizmu, dyskryminacji. Jak zwykle w przypadku tej autorki bardzo dobra rzecz, zdecydowanie warta przeczytania. 
To tyle u mnie, mam nadzieję do szybkiego następnego spotkania :) 

niedziela, 26 marca 2017

Zmiany na wiosnę

Poza tym, że zrobiłam porządki w mieszkaniu i szafie chciałam zrobić też coś dla siebie z okazji zbliżającej się wiosny:)


Przez jesień i zimę mocno dbałam o moją cerę, zależało mi przede wszystkim na tym, żeby po tych zimnych miesiącach nie była taka zmęczona i poszarzała. Muszę przyznać, że mi się udało i moja twarz wygląda całkowicie zadowalająco, ale i tak zawsze można coś polepszyć. 
Dlatego postanowiłam wprowadzić do mojej pielęgnacji produkty z witaminą c. Na początek kupiłam booster z Perfecty fenomen C. Już go praktycznie zużyłam, produkt jest zapakowany w szklaną buteleczkę z pipetą, jest lekki, dobrze się rozprowadza i szybko wchłania.
Używałam go na dzień i na noc. Jakie zauważyłam działanie? Nawilża, nie podrażnia (a jak wiecie z moją wrażliwą cerą zawsze zwracam na to uwagę) i sprawia, że cera jest rozpromieniona i wygląda na wypoczętą, ma też bardziej wyrównany koloryt. 
Jestem z tego produktu zadowolona, z chęcią go zużyłam. Teraz mam na celowniku kosmetyki z witaminą c z Mincer Pharma.


Ponownie (który to już raz?) wróciłam do szczotkowania ciała na sucho. Uważam, że zawsze warto sięgać po szczotkę, systematyczność daje naprawdę świetne efekty - skóra jest gładka, miękka i bardziej sprężysta. Nie wiem dlaczego, ale zawsze jest tak, że przez kilka miesięcy codziennie szczotkuję całe ciało, a potem jakoś tak porzucam szczotkę i o tym zapominam. Dlatego teraz na wiosnę znowu do tego wracam, bo wiem, że warto. 


Z ogromną przyjemnością sięgam już lżejsze zapachy. Moi faworyci to mgiełka satsuma z The Body Shop - uwielbiam ten zapach gorzkiej pomarańczy oraz perfumy Aqua di Gioia czyli zapach typowo zielony, mokry i rześki.


Mam ostatnio duży problem z wypadaniem włosów. Nie zmieniłam diety, śpię po 7-8 godzin. nie mam więcej stresów, więc wydaje mi się, że może za tym stać zmiana pór roku. 
Jeszcze na studiach używałam suplementu diety merz spezial i byłam z jego działania tak zadowolona, że postanowiłam teraz znowu po nie sięgnąć. Mam 3 opakowania, które stanowią pełną kurację. W każdej buteleczce mamy 60 drażetek na 30 dni stosowania. Zaczęłam je brać dopiero w piątek więc nic więcej powiedzieć teraz nie mogę, ale za jakiś czas na pewno dam Wam znać co i jak. Tabletki mają działać nie tylko na włosy, ale również na skórę i paznokcie. W składzie zawierają  m.in. biotynę, cynk, żelazo, witaminy A, C, B6 i B12. 
Odwiedziłam stronę producenta (klik) i okazało się, że mają w swojej ofercie jeszcze kremy. Nie wiedziałam wcześniej o tym, ale zapisałam sobie te produkty na listę ponieważ jestem ich ciekawa.


Byłam dzisiaj w Empiku i wypatrzyłam Glamour z maskarą Deborah Lash creator volume & care. Nie mam żadnego kosmetyku tej marki, na szybko przeczytałam kilka pozytywnych opinii na wizażu i stwierdziłam, że spróbuję. Maskara kosztuje ok. 35 zł, gazeta razem z tuszem kosztowała 12,99 zł. W takiej cenie mogę tusze kupować:) Mam nadzieję, że się sprawdzi, bo gazeta na pewno nie jest dla mnie, praktycznie same reklamy i zdjęcia, bardzo mało tekstu.

To tyle u mnie, życzę Wam miłego popołudnia i do następnego!