sobota, 31 grudnia 2016

Podsumowanie roku

Tradycyjnie zasiadam do pisania podsumowania mijającego roku. I też już tradycyjnie napiszę, że to był dobry rok (z tego się bardzo cieszę), kończę 2016 zdrowa i szczęśliwa, a im jestem starsza tym bardziej doceniam takie wartości. 


To dla mnie zawsze najbardziej emocjonalny post. Co zmieniło się w tym roku? Niewiele, ale był to wyłącznie pozytywne zmiany. Przeprowadziliśmy się do większego mieszkania, z dziewczyny zmieniłam status na narzeczoną i bez wątpienia był to najbardziej wzruszający moment w ubiegłym roku. Chyba powoli (bardzo powoli) muszę zacząć ogarniać ślubne kwestie. 
Miałam sporo czasu dla siebie, kupiłam matę do akupresury i często się na niej relaksowałam, spędziłam tydzień nad morzem, jak co roku zaliczyliśmy kilka weekendowych wypadów np do Poznania, Krakowa, Wrocławia, nauczyłam się robić paznokcie hybrydowe i przeczytałam 63 książki (trochę więcej niż sama sobie założyłam). 


Sylwestra spędzamy w domu, tylko we dwoje (nie licząc psa:), zamawiamy sushi, pijemy wino i oglądamy tvn w piżamach i wiecie co? Cieszę się na taką noc jak szalona! 

Życzę Wam, aby przyszły rok był czasem wypełnionym dobrymi wydarzeniami, dobrą energią i dobrymi ludźmi. Spełnienia marzeń!

środa, 28 grudnia 2016

Ulubieńcy grudnia

Kończy się ostatni miesiąc w roku, a to oznacza, że czas na ulubieńców! Mam Wam dzisiaj do pokazania produkty do makijażu i pielęgnacji. Przy okazji przypomniałam sobie, że czas zastanowić się nad kosmetycznym podsumowaniem roku. 


Wykończyłam tonik z Sylveco, był niesamowicie wydajny i szczerze mówić już chciałam czegoś nowego, w takiej zwykłej drogerii sięgnęłam po tonik z Ziaji z ich nowej serii z jagodami acai. Produkt jest przeznaczony do skóry zmęczonej, pozbawionej blasku i wrażliwej. Pomyślałam, że to coś dla mnie. Tonik kosztował ok. 8 zł za 200 ml, ma atomizer, co zawsze jest mile widziane. Pachnie łanie, tak delikatnie, w składzie mamy m.in. ekstrakt z jagód acai, glicerynę i pantenol. U mnie sprawdza się bardzo dobrze, używam go rano i wieczorem. Nie podrażnia, nie uczula, dla mnie bardzo przyzwoity produkt, po który sięgam z przyjemnością. 


Oczyszczająca maseczka z Avon z serii planet spa jest dla mnie wielkim zaskoczeniem. Widać po tubce, że zużycie jest duże, a to dlatego, że ten produkt sprawdza się u mnie świetnie, od razu jednak zaznaczam, że nie robi tego, co obiecuje producent. Ta maska nie oczyszcza twarzy, przynajmniej ja nie zauważyłam żadnego działania np. na pory, natomiast świetnie nawilża i koi moją zaczerwienioną skórę. W okresie zimowym jest dla mnie zbawieniem. Nadaje się do częstego stosowania i faktycznie używam jej 2-3 razy w tygodni, już ją prawie zdenkowałam i nie zauważyłam żadnego niepożądanego działania np. zapychania. Maska ma szary kolor i bardzo kremową formułę, jej nakładanie to czysta przyjemność, o dziwo zmywa się też całkiem łatwo. Zapłaciłam za nią ok. 10 zł i na pewno kupię kolejne opakowanie. 


Miałam w tym roku niesamowicie przesuszone stopy, daruję Wam szczegółowy opis tego, jak wyglądały, nie był to przyjemny widok, poza tym miałam tak ściągniętą skórę, że to było aż niekomfortowe. Stałam w drogerii i czytałam składy wszystkich kremów do stóp, ostatecznie zdecydowałam się na Lirene ultra zmiękczający krem-maska do stóp ponieważ mocznik ma na drugim miejscu. Nie ma się tutaj za bardzo nad czym rozwodzić - krem działa. Nałożyłam grubszą warstwę na noc, założyłam bawełniane skarpetki i rano widziałam, już sporą zmianę. Stosowany systematycznie tylko na noc doprowadził moje stopy do świetnej formy:) Pachnie średnio, jest też dość rzadki, ale stosuję go leżąc już w łóżku, więc wybaczam mu te minusy. 


Na koniec dwa produkty z kolorówki. Podkład w sztyfcie z Bell kupiłam w ciemno, spodobał mi się jego beżowy kolor (oznaczenie koloru było tylko na folii, ale wydaje mi się, że to był odcień 01). Podkład ma przyjemną formułę, jest dość kremowy, łatwo się rozprowadza z opakowania i rozciera na twarzy, wygląda bardzo naturalnie. Nie tworzy smug, nie oksyduje. Na mojej suchej skórze sprawdza się bardzo dobrze, jest trwały, ma średnie krycie. Jedyny minus, to jego wydajność mamy tutaj 6,5 g w cenie ok. 25 zł, jak widać na zdjęciu zostało mi go już bardzo mało, a miałam ten produkt z 1,5 miesiąca przy czym oczywiście nie używałam go codziennie. warto go kupić w promocji, tym bardziej, że w Hebe często jest oferta na kosmetyki z Bell 1+1. 
Ostatni ulubieniec to tusz do rzęs również kosmetyk z Avon Big false lashes. Tusz jest wyposażony w tradycyjną, całkiem sporą szczoteczkę. Jest to produkt, który przede wszystkim pogrubia, efekt jest mocno widoczny nawet przy jednej warstwie, trzyma się przez cały dzień, nie osypuje się. Wydaje mi się, że ta maskara ma w sobie takie drobniutkie włoski, które osadzają się na rzęsach mocno je podkreślając. Jeśli szukacie dobrego tuszu w niskiej cenie (zapłaciłam za niego ok. 15 zł) warto po niego sięgnąć.
To już moi wszyscy ulubieńcy grudnia, co Wam się sprawdziło w tym miesiącu?
Do następnego!

niedziela, 18 grudnia 2016

Świątecznie

Nie wiem jak u Was, ale u mnie właśnie pada śnieg. Wczoraj kupiliśmy żywą choinkę, do świąt jeszcze tylko tydzień, więc stwierdziłam, że wpadnę dzisiaj na chwilę na bloga pokazać Wam rzeczy, które sprawiają, że ten przedświąteczny i zimowy czas jest jeszcze lepszy.


Jak wiecie nie wyobrażam sobie życia bez czytania, w ubiegłym roku dostałam w prezencie od mamy książkę Agnieszki Maciąg "smak świąt", jest pięknie wydana, w środku znajdziemy różnego rodzaju porady, przepisy i dobre myśli. Do tego obowiązkowo zwykła herbata z pomarańczą, to mój ulubiony zimowy napój, do tego ciepły koc i mamy popołudnie idealne. 



Polecam Wam też zakup chociaż jednego typowo świątecznego kubka, mój Mikołaj jest z ubiegłorocznej kolekcji Home&you, ale widziałam, że w tym roku są podobne. Bardzo podobają mi się też kubki ze Starbucks'a. Jeśli macie tę kawiarnię w swoim mieście warto zajrzeć i zobaczyć, co mają ładnego.
Nie może zabraknąć gorącej czekolady. Ta z nestle niestety nie jest dostępna w Polsce, bardzo żałuję bo czekolada o smaku after eight była przepyszna! 


Uwielbiam wszelkiego rodzaju świeczniki, uważam, że nic nie stwarza takiego klimatu jak światło świec. Zimą kiedy popołudnia są ciemne niemal codziennie zapalam świece. 


Dostałam w tym roku śnieżną kulę z bałwankiem w środku. Takie przedmioty kojarzą mi się z dzieciństwem. jest piękna, szklana i ciężka. Wcale nie przypomina tych plastikowych koszmarków:) Bardzo ją lubię i przynajmniej raz dziennie potrząsam i wywołuję śnieżną burzę w środku.


Nie może zabraknąć choinki, w tym roku (pierwszy raz!) zdecydowaliśmy się na żywe drzewko, wybór padł na jodłę kaukaską, słyszałam, że igły mniej się z niej sypią niż np. ze świerku, zobaczymy. Na mojej choince są tylko trzy szklane bombki (z empiku), reszta to ozdoby z drewna, papieru i materiału, takie podobają mi się najbardziej. Poza tym nie mogłam znaleźć szklanych bombek, niemal wszystkie był plastikowe. Nie mam dziecka ani kota i chciałam delikatne szklane bombki:) Janusza drzewko wcale nie interesuje, raz je powąchał i tyle. 



Zrobiłam sobie manicure z choinką i Mikołajem, to po prostu wodne naklejki na paznokcie nałożone na lakier z semilac w kolorze buiscit. Czerwień to kolor my love.
To już wszystko, jak widzicie nie dorobiłam się jeszcze żadnego świątecznego swetra ani skarpetek. 


Kto jeszcze nie może się doczekać świąt?  

wtorek, 13 grudnia 2016

Ulubieńcy listopada

Czas na najbardziej spóźnionych ulubieńców roku, nie ma tego dużo (jak zawsze), już się trochę z tym postem ociągałam dlatego od razu przechodzę do rzeczy - mam dzisiaj coś z kolorówki, produkt do włosów i do mycia ciała.


Anti-breakage serum z Ogx to nic innego jak olejek do włosów z mleczkiem kokosowym i proteinami. Pachnie pięknie, jest też niesamowicie wydajny ponieważ jest to produkt o gęstej, tłustej formule - jedna pompka stanowczo wystarczy do moich średniej długości włosów. Aplikuję ten produkt mniej więcej od wysokości ucha ku końcówkom włosów. Trzeba z nim uważać ponieważ nałożony w zbyt dużej ilości obciąża włosy i skleja w strączki. Natomiast jeśli zachowamy umiar ładnie wygładza końcówki i je nawilża.Sprawia, że nie mam na głowie suchej strzechy, jeśli tak jak ja macie rozjaśniane włosy z pewnością wiecie o czym mówię. 
Poza tym serum sprawdza się bardzo dobrze nałożone na noc jako taka odżywcza i nawilżająca maska. W tej opcji też trzymam się z daleka od nasady włosów, nakładam kilka pompek, tak że włosy są prawie mokre, zaplatam w warkocz i idę spać. Włosy po umyciu są miękkie, sprężyste, gładkie i oczywiście nawilżone. Taki zabieg robię nie częściej niż raz w tygodniu, ponieważ boję się przeproteinowania. Serum dostępne jest w wielu drogeriach internetowych, a stacjonarnie możecie je kupić w Hebe. 


Olejek do mycia ciała z Isany kupiłam z myślą, że będę nim czyściła gąbki i pędzle do makijażu. Sprawdza się w tej roli rewelacyjnie, ponieważ mamy tutaj olejki, które rozpuszczają podkłady czy korektory oraz bazę myjącą. Ja jednak należę do osób, które doceniają właściwości olejku przede wszystkim na własnej skórze:) Jeśli macie skórę ściągniętą i suchą polecam wypróbowanie tego olejku. W kontakcie z wodą tworzy delikatną emulsję, która lekko się pieni. Myje i jednocześnie nawilża, po osuszeniu ciała, nie ma konieczności używania balsamu czy masła. Jest to też produkt bardzo wydajny. Wiem, że jego lekko rybny zapach może odstraszyć, ale ja go nawet polubiłam, poza tym po wyjściu spod prysznica na ciele nie ma po nim śladu. 


Na koniec produkt do ust czyli Wibo million dollar lips w kolorze 01. Od razu zaznaczam, że nie było go łatwo dostać, w wielu Rossmannach był wyprzedany, ale w końcu udało mi się do kupić i to jeszcze w promocyjnej cenie ok. 8 zł. Nie dziwię się, że tak wiele osób poleca ten produkt ponieważ jest świetny! 
To matowa pomadka z aplikatorem typowym dla błyszczyków. Zaraz po aplikacji zastyga na ustach i wcale ich nie ściąga, to mi się chyba podoba najbardziej - komfort noszenia tej pomadki, wcale nie czuć jej na ustach. Trzyma się ładnych kilka godzin, po czym równo schodzi z ust. Oczywiście podczas jedzenia i picia ten proces następuje szybciej, ale nadal pomadka całkowicie schodzi z ust, nie pozostawiając np. żadnej obrzydliwej obwódki. Dostępna jest w kilku kolorach, ja zdecydowałam się na ciemniejszy, zgaszony róż. Myślę, że ten kolor będzie pasował wielu typom urody. 
To już wszyscy moi ulubieńcy, bardzo skromnie w tym listopadzie:)
Do następnego!

niedziela, 4 grudnia 2016

a w listopadzie

Byliśmy na weekend we Wrocławiu. Bardzo lubię to miasto, już wielokrotnie je odwiedzaliśmy, a tym razem celem naszej podróży było afrykarium, przy okazji zobaczyliśmy też jarmark świąteczny i wstąpiliśmy do shrimp house - serdecznie Wam to miejsce polecam, jest malutkie, z kartą zawierającą tylko 6 pozycji, ale podają świetne krewetki z jeszcze lepszymi sosami (zwłaszcza mango), atmosfera i jedzenie było tak dobre, że nawet nie pomyślałam o zrobieniu zdjęcia:) 


Zwykle jak gdzieś jedziemy dużo spacerujemy, tym razem poszliśmy z rynku do zoo na nogach, trochę nam to zajęło, ale było warto, lubię przebywać na dworze w takie mroźne i słoneczne dni. Afrykarium zdecydowanie jest warte odwiedzenia, robi duże wrażenie. 


Zrobiłam też malutkie zakupy - kupiłam śliczną, szarą czapkę (niestety jest z akrylu, ale za to została uszyta w Polsce) z wielkim (oczywiście sztucznym) pomponem oraz korektor z mac (pro longwear w kolorze nc 20). 


W listopadzie byliśmy w kinie na 'Doktorze Strange' i jak średnio za filmami Marvela przepadam (mam duży przesyt bohaterów produkowanych taśmowo), tak ten podobał mi się bardzo. Jest zabawny, ma spektakularne efekty specjalne i całkiem znośną historię. 



'Belfer' był reklamowany wszędzie, tyle osób o nim mówiło, że w końcu sama postanowiłam przekonać się, co to za serial. To opowieść o typowej polskiej prowincji gdzie szemrani biznesmeni (w tym miejscowy burmistrz i komendant) trzymają władzę nad całym miasteczkiem, ludzie są zastraszani, a szkolna młodzież ma swoje tajemnice. Generalnie historia jest ciekawa, wiem, że zdania na temat zakończenia są podzielone, mnie osobiście bardzo się podobało, chociaż domyślałam się kto zabił, ostateczna motywacja była dla mnie sporym zaskoczeniem. Jeśli jeszcze nie widzieliście to warto nadrobić. 



Z inspiracji jedzeniowych mam Wam tylko do pokazania pięknie podaną zimową herbatę (ostatnio wybieram ją częściej niż kawę) i rogala na św. Marcina (uwielbiam!).


Przeczytałam w listopadzie kilka książek i zacznę od mojego największego rozczarowania czyli prozy Remigiusza Mroza. Przeczytałam 'Kasację', podjęłam jeszcze jedną próbę, ale dokończyć 'Zaginięcia' nie mogę. Nie wiem skąd taka popularność tych książek, dla mnie historie są przewidywalne, dialogi się powtarzają w nieskończoność, a sami bohaterowie czyli Chyłka i Kordian zwany Zordonem są płaskie jak naleśniki. Może później faktycznie jest lepiej, ale jakoś nie mam siły się o tym przekonać. 


Za to mogę Wam polecić 'Słowika', to wojenna historia dwóch sióstr, jak zawsze mamy tutaj rodzinne kłótnie, miłość, kolaboracje, bohaterstwo i romans, zdaje sobie sprawę, że tego typu książki są do siebie fabularnie podobne, nie zmienia to jednak faktu, że 'słowika' czyta się bardzo przyjemnie, to taka historia, której nie chce się szybko skończyć. 


Przeczytałam też 'Harrego Pottera i  przeklęte dziecko', od razu zaznaczam, że nie lubię czytać niczego w formie scenariusza, uważam, że autorzy mogli pokusić się o napisanie powieści, ale jest jak jest. Cała historia jest ciekawa, przyjemnie się czyta i muszę przyznać, że wspaniale było po latach wrócić do Harrego, Hermiony i Rona, dowiedzieć się jak wygląda ich dorosłość. Jeśli jako dzieciaki byliście zachwyceni przygodami Harrego koniecznie przeczytajcie tę najnowszą książkę. 

To tyle w kwestii listopada, jakiś mi taki podejrzanie krótki ten post wyszedł.
Miłej niedzieli i do następnego. 

czwartek, 1 grudnia 2016

W końcu grudzień!

Uwielbiam! Tym bardziej, że tegorocznej zimy już kilka razy padał śnieg. Z utęsknieniem czekam na święta, a tymczasem postanowiłam zrobić mikołajkowo-świąteczną listę kosmetycznych zachcianek, oczywiście nie kupię ani nie dostanę wszystkich, ale może to być też inspiracją dla innych:) 



Najbardziej spodobał mi się zestaw z Tonymoly (dostępny w Sephorze, cena 85 zł) mamy tutaj bananowy krem do rąk, wiśniowy balsam do ust i krem peelingujący (ciekawa sprawa, chętnie bym sprawdziła to na własnej skórze:). W zeszłym roku dostałam zestaw z Clarins daily energizer i byłam z tych kosmetyków bardzo zadowolona. Mamy tutaj krem w regularnej pojemności oraz miniatury żelu do mycia twarz i toniku, jako gratis dodane kosmetyczkę (cena 99 zł, dostępność: Douglas, Sephora, sklep internetowy Clarins). Clinique pepstart tutaj w cenie nawilżającego kremu otrzymujemy jeszcze miniaturę kremu pod oczy i żelu do mycia twarzy, jako dodatek występuje oczywiście kosmetyczka (cena ok. 100 zł, w zależności od sklepu, dostępność: Sephora, Douglas i sklep internetowy Clinique). Podobają mi się  też pielęgnacyjne zestawy do ciała z the body shop (mamy tutaj różne przedziały cenowe w zależności od tego w jakiej pojemności i ile produktów wybieramy) oraz z soap and glory, niestety ich oferta nie jest w Polsce dostępna, ale warto sprawdzić sklepy internetowe:)



Nie szukam dla siebie zestawu z makijażem, ponieważ mam wszystko czego potrzebuję, ale gdybym miała wymienić zestawy, które uważam za godne uwagi to jest ot zestaw z Clinique, w cenie 99 zł mamy produkty do makijażu oczu i ust, z tego co pamiętam w sensownej cenie był też zestaw kosmetyków marki Pupa - podkład i korektor w sztyfcie. Abstrahując od zestawów uważam, że paleta w barwach dobranych do obdarowywanej osoby to zawsze dobry pomysł. 
Dwa zestawy z tuszami, które pojawiają się co roku to Lancome hypnose oraz Helena Rubinstein lash queen mascara, bardzo mi się podobają, zdecydowanie są na mojej liście do przetestowania, ale nie wiem kiedy się przełamię, żeby wydać 170 zł na tusz do rzęs:) 



Na sam koniec chciałam wspomnieć o kosmetycznych kalendarzach, może idea jest całkiem ciekawa, ale ceny w granicach od 150 do nawet 500 zł to moim zdaniem zwyczajne marnowanie pieniędzy. Domyślam się, że wspaniale jest odkrywać codziennie nowe okienko z kosmetyczną niespodzianką, ale jak dla mnie te kilkaset złotych lepiej przeznaczyć na jeden czy dwa kosmetyki, o których myślimy od długiego czasu niż kilkadziesiąt miniaturek. Po wyrzuceniu wielkiego kartonu podejrzewam, że nawet nie zauważyłabym kiedy te mini produkty zużyłam, albo porozrzucałam po kosmetyczkach:) 
Dlatego zdecyduje się na kalendarz z milki i codziennie będę jadła małą czekoladkę:)
To tyle u mnie, co sądzicie o zestawach i kalendarzach?
Do następnego!