sobota, 30 lipca 2016

Ulubieńcy lipca

W tym miesiącu jestem wyjątkowo punktualna i przykładna, dzień przed końcem lipca publikuję ulubieńców. Jest tutaj sama pielęgnacja (wiem, żadna nowość), ale muszę zaznaczyć, że mam kilka świetnych makijażowych produktów, ale testuję je jeszcze trochę za krótko, żeby wydawać ostateczną opinię. 


Tym czasem przejdźmy do tego, co ostatnio sprawdziło się u mnie bardzo dobrze: zacznę od szamponu dove oxygen moisture, miałam już kiedyś jego próbkę i tak mi się spodobał, że wiedziałam, że prędzej czy później po niego sięgnę, na jakiś czas o nim zapomniałam, a kiedy w końcu podczas zakupów mi się przypomniał od razu włożyłam go do koszyka. 
Szampon jest przezroczysty, ma żelową konsystencję i bardzo dobrze się pieni. Wspaniale oczyszcza włosy (daje mi jeden dzień więcej), absolutnie ani razu mu się nie zdarzyło ich przeciążyć. Sprawia, że są lekkie, miękkie i lejące. Poza tym pachnie słodkimi owocami. Dla mnie sam produkt nie ma wad. Inaczej jest jednak z opakowaniem:) Chociaż prosta ładnie wygląda to ma taki felerny korek, że mokrymi rękami trzeba się trochę namęczyć, żeby je otworzyć. Cena regularna to ok. 15 zł, nie jest to mało za 250 ml pojemności, ale jego działanie sprawia, że jest wart tych pieniędzy. Jest też odżywka z tej serii, ale ja mam teraz produkt przeznaczony do włosów farbowanych. 


Jeśli tak jak ja nie lubicie peelingów z parafiną polecam Wam Le Petite Marseillais nawilżający peeling pod prysznic. Jest to produkt wypełniony dużą ilością drobinek brązowego cukru. Ma w składzie masło shea i olejek arganowy, przyjemnie pachnie czymś słodkim. Dobrze ściera martwy naskórek, ale nie jest bardzo ostry, nadaje się do całego ciała. Ma mniejszą pojemność niż produkty tego typu więc można go ze sobą zabrać na wyjazd. Cena też jest przystępna, za 150 ml zapłaciłam ok. 10 zł. 


Ja wiem, że o masłach z the body shop pisałam już miliony razy, ale co poradzę, że bardzo je lubię i super się u mnie sprawdzają. Nie będę się niepotrzebnie rozgadywać, powiem tylko, że jak zawsze dobrze nawilżają i całkowicie się wchłaniają, ja ostatnio jakoś mam awersję do produktów pozostawiających tłusty film. Zapach różowego grapefruita jest zdecydowanie moim ulubionym z całej serii. Mam też żel do kompletu. 
Na sam koniec słodki (dosłownie) cukiereczek czyli mgiełka do ciała z bath and body works french lavender and honey. Miałam kiedyś miniaturę balsamu do ciała i ten zapach mnie totalnie urzekł. To trudne do opisania połączenie kwiatów, owoców i lekkiej miodowej nuty. Wiem, że nazwa tego zapachu może odrzucać, ale uwierzcie mi, jeśli lubicie słodkie zapachy warto go powąchać. Kupiłam małą pojemność 88 ml, przez ostatnie 3 tygodnie zużyłam jej dość sporo i teraz żałuję, że nie kupiłam dużego opakowania. 
Mówiłam, że będzie na blogu sporo zdjęć z koszykiem? Miłego weekendu:)

czwartek, 28 lipca 2016

Matowa paletka z Kobo

Jak zapewne wiecie mam tylko jedną, dość dużą paletę cieni, brakowało mi jednak czegoś matowego, dlatego zdecydowałam się na matt eye shadow set z Kobo.


Cienie zamknięte są w małej, plastikowej palecie. Podoba mi się to, że jest magnetyczna i można zużyty cień zastąpić innym. Niestety jest to jedyny plus tego opakowania, poza tym widać, że to raczej nie najlepszej jakości plastik, do cieni dołączony jest też aplikator (który się urwał, a ani razu go nie użyłam), z drugiej strony zakończony beznadziejnym pędzelkiem. Opakowanie ma lusterko, jednak jest ono takie wąskie, że ja nie dam rady się w nim pomalować na wakacjach. Z drugiej jednak strony paleta kosztuje 29,90 zł za 5 cieni, więc nie ma co się dziwić, że opakowanie jest takie sobie, ostatecznie ważne jest wnętrze:)


Dwa pierwsze egzemplarze czyli śmietankowy i beżowy nadają się do stosowania na całą powiekę, ładnie się rozprowadzają, dwa kolejne czyli cień w ciepłym kolorze kakao i ciemny, brudny szary idealnie nadają się do załamania powieki i przyciemnienia zewnętrznego kącika oka, ostatni cień to po prostu czarny. Wszystkie cienie są mocno napigmentowane i bardzo trwałe, noszę je cały dzień bez bazy. Różnią się tylko aplikacją, jaśniejsze kolory są łatwiejsze w nakładaniu, ciemniejsze trudniej się blendują, trzeba mieć lekką rękę i trochę wprawy, żeby nie narobić sobie plam. 
Cienie osypują się, ale na szczęście tylko podczas nakładania na pędzelek, więc nie ma obaw, że ubrudzicie sobie twarz:) 



Na zdjęciu nie widać najjaśniejszego cienia, ale uwierzcie mi, że na powiece jest widoczny i ładnie wyrównuje jej koloryt.
Kiedy czytałam recenzję tej paletki trudno mi było wyrobić sobie zdanie, wszystkie opinie wskazywały na to, że jednak ma więcej minusów niż plusów, ja jednak się z tym nie zgadzam. Jeśli nie jesteście zupełnie początkujące i szukacie matowych cieni warto rozważyć jej zakup. Paleta jest bardzo funkcjonalna (mała, magnetyczna) i samowystarczalna, mamy tutaj jasny bazowy cień, cienie do załamania powieki i czarny do ewentualnych kresek. 
Fakt, że może nie są najłatwiejsze w pracy, ale to w końcu maty i w dodatku w bardzo atrakcyjnej cenie. Poza tym ich długotrwałość i to, że się nie osypują podczas nakładania wiele rekompensuje. 
Jestem zdecydowanie na tak i paleta na pewno pojedzie ze mną na urlop.
Kobo ma w swojej ofercie jeszcze paletę cieni satynowych nude eye shadow set i też jestem jej ciekawa, ale muszę jeszcze coś zużyć zanim ją kupię. 

niedziela, 24 lipca 2016

O sandałach, pokemonach i nowej kosmetyczce

Nie kupuję kosmetyczek, te które mam dobrze sprawdzają się na wyjazdy, a w torebce noszę tak mało kosmetyków, że taki przedmiot jest mi w zasadzie zbędny, ale... tej kosmetyczce z tigera po prostu nie mogłam się oprzeć! 


Koniecznie musiałam ją kupić i znaleźć dla niej zastosowanie:) Jest prostokątna, na zamek, w kolorze malinowo-czerwonym, a to, co ją wyróżnia to rozbrajający napis: beauty is my duty. Rozumiecie, że nie mogłam przejść obok niej obojętnie? Kosztowała 10 zł, kupiłam ją wczoraj więc na pewno jeszcze jest dostępna. 


Spakowałam do niej kilka produktów, które zawsze mam w torebce i tym samym zyskałam jedną boczną kieszonkę torebko wolną. Oto co zawsze mam w torebce: balsam do ust eos, krem do rąk tej samej marki, błyszczyk z clarins i mały krem z filtrem na niespodziewany sytuacje. Mam jeszcze żel antybakteryjny z the body shop, który został gdzieś na dnie torebki podczas robienia zdjęcia. 
Będąc z tigerze kupiłam jeszcze metalowy koszyk-domek, obecnie mieszkają w nim owoce, ale na pewno jeszcze wiele razy zobaczycie go na blogu. Kosztował 15 zł, były jeszcze inne pastelowe kolory do wyboru. 


Po zakupach poszliśmy do parku, od tak zjeść lody i poczytać książkę na ławce, bardzo lubię takie chwile. Generalnie kiedy jest ciepło chętnie czytam w plenerze, mój chłopak w tym czasie łapie pokemony:) Sama nie korzystam z tej aplikacji, ale jestem pod ogromnym wrażeniem jej popularności. Idea wykorzystania gps'u i przestrzeni miejskiej do tego typu aktywności podoba mi się i nie rozumiem skrajnie negatywnych opinii na tema pokemon go. Po pierwsze to zabawa, która faktycznie łączy pokolenia, a po drugie zawsze to powód do wyjścia z domu i zrobienia kilku kilometrów na nogach bo pokemony same się nie znajdą, ani nie wyklują:) Oczywiście, że są osoby, które używają jej bezmyślnie np. jak ten człowiek w USA jadąc samochodem i powodując karambol, ale to już w żaden sposób nie jest wina samej aplikacji. 


Pozostając w temacie 'internetów' po prostu muszę to napisać: co się ostatnio stało z 'damskim' youtube'm?? Uważam, że jakość przedstawianych tam treści systematycznie się pogarsza, może to kwestia sezonu ogórkowego ale kto wymyśla produkcje typu challenge sto warstw pomadki albo tuszu? Jaki jest w tym merytoryczny przekaz? A potem oczywiście pojawia się kolejny filmik o tym jak sto warstw czegoś zmyć. Nie mam na to komentarza, ale trochę mnie to rozczarowuje. Jeszcze kilka lat temu yt był ciekawym miejscem pełnym inspiracji, porad i wiedzy. Teraz same challenge albo vlogi, nie oglądam tego, zakładam, że wiele osób to lubi, ale mnie osobiście szkoda czasu na oglądanie jak obca osoba je śniadanie:) Jakie jest Wasze zdanie w tym temacie?


Zmieniając temat - jeśli tak jak ja szukacie sandałów polecam Wam wizytę w ccc, szczerze przyznaję, że chciałam kupić popularne birkenstocki, ale moja stopa wygląda w nich fatalnie i bardzo się cieszę, że najpierw je przymierzyłam stacjonarnie zamiast od razu zamawiać przez internet. 
Na pocieszenie kupiłam biało-brązowe sandały na trochę wyższej, korkowej podeszwie z wiązaniem na kostce. Bardzo mi się podobają i są naprawdę wygodne. Ich regularna cena to 89 zł, teraz można dostać je na wyprzedaży za 55 zł. 
Mam nadzieję, że za Wami pozytywne weekend. Ja dzisiejszy wieczór spędzam w mój ulubiony sposób czyli tak:


Serdecznie Wam polecam książki Emilly Giffin, jeśli lubicie ciekawe, nielukrowane historie o związkach, nie tylko damsko-męskich, ale też relacjach między siostrami, rodzicami a dziećmi albo przyjaciółmi warto przeczytać. Może tytuły są nieco tandetne, ale uwierzcie mi, że treść jest daleka od przewidywalnego, taniego harlequina. 
Zaczęłam dzisiaj i nie mogę się oderwać. Jeśli szukacie lektury na wakacje polecam zainteresować się jej książkami, jak dla mnie każda kolejna jest lepsza. 
Do następnego!

piątek, 22 lipca 2016

Mini recenzja produktów too faced

Paletę chocolate bar uwielbiam, często po nią sięgam, mam ją już długo i nadal jestem z niej zadowolona. Na polskim rynku pojawia się coraz więcej produktów tej marki, byłam ciekawa co jeszcze mają do zaoferowania i kiedyś przy okazji wizyty w Sephorze skusiłam się na zestaw pięciu miniatur. 


Nie ukrywam, że kupiłam go przede wszystkim dlatego, że chciałam przetestować słynną maskarę better then sex. Jednak jeszcze jej nie otwierałam, ponieważ mój tusz z Sephory okazał się niesamowicie wydajny. Na pewno jak już sprawdzę jak się sprawuje to dam znać. Wiem, że opinie na jej temat są bardzo skrajne.
Zacznę od mojego ulubionego produktu z tego zestawienia czyli bazy pod cienie. Shadow insurance sprawdza się u mnie bardzo dobrze, była nawet w ulubieńcach. Robi to, co ma robić: przedłuża trwałość cieni oraz poprawia ich pigmentację. Łatwo się rozprowadza i jest też bardzo wydajna. Dobry produkt, po który sięgam z przyjemnością. 


Sprawdziłam też na własnej skórze Hangover replenishing face primer. To jest moja pierwsza w życiu baza pod makijaż, nie mam większych problemów z trwałością podkładu dlatego zwykle nie mam potrzeby używania takich produktów. Sięgnęłam po nią kilka razy w bardzo upalne dni i faktycznie dobrze się sprawdza. Po aplikacji tworzy lepką, ale niewyczuwalną warstwę na twarzy, do której produkty kolorowe się niemalże przyklejają. Dobrze się sprawdza, ale nie jest to w mojej kosmetyczce produkt niezbędny. 
Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie płynna pomadka Melted w kolorze chihuahua. Pomadka mieści się w tubce z gąbkowym aplikatorem, bezproblemowo nakłada się na usta, jest bardzo komfortowa w noszeniu. Pomadka nie ma typowego suchego matowego wykończenia, dla mnie to coś na pograniczu matu i satyny.
Nie wypływa poza kontur ust, równomiernie schodzi. Bardzo mi się podoba. Kolor to połączenie różu z brązem (z przewagą brązu), sama nigdy bym po niego nie sięgnęła, ale okazało się, że dobrze mi pasuje. Ma dobrą pigmentację, tworzy na ustach jednolitą warstwę bez żadnych nierówności i prześwitów. Nie mogę narzekać na brak produktów do ust, gdybym miała ich trochę mniej sięgnęłabym po inne kolory z melted.


Na koniec największe rozczarowanie tego zestawu czyli chocolate soleil w kolorze medium/dark. Słyszałam o nim same pozytywne opinie i w sumie nie wiem jak to jest, ale u mnie sprawdza się beznadziejnie. Nałożony na twarz bardzo nierówno się rozprowadza, nie da się uniknąć smug i nierównych plam koloru, wygląda to okropnie, jakbym miała brudną twarz. Dawałam mu wiele szans, próbowałam różnymi pędzlami, na różnych podkładach, niestety za każdym razem wygląda tak samo. Używam go czasem jako cień do podkreślenia załamania powieki i tylko w takim przeznaczeniu do czegoś się nadaje.  Żałuję bardzo ponieważ liczyłam na to, że będę go ze sobą zabierać do mojej wakacyjnej kosmetyczki, ma do tego idealne, małe opakowanie, ale niestety zostaje w domu, a właściwie w ciemnym kącie toaletki:) 
Znacie te produkty? Co o nich myślicie?
Miłego weekendu!

środa, 20 lipca 2016

moje dwie wyjątkowe torebki

Torebki i ja to wieloletnia miłość, są kobiety, które uwielbiają buty, ja jednak zdecydowanie wolę torebki. Przerobiłam już ich ogromną ilość, jeszcze kilka lat temu potrafiłam w roku kupić ich z 5, teraz ta liczba zdecydowanie zmalała. 


W październiku ubiegłego roku zdecydowałam się na torebkę typu listonoszka z firmy Paulina Schaedel, mój model to mimi large bag w kolorze caffe latte (to dziwny kolor, pomieszanie beżu z szarością). 
Fakt, że nie jest to najtańsza torebka, kosztuje 210 zł, plus koszty przesyłki, jednak zdecydowanie jest warta każdej wydanej na nią złotówki. Jeśli się wahacie, zdecydowanie warto ją zamówić. Torebka ma długi, regulowany pasek, jest wykonana ze skóry ekologicznej i jest to materiał bardzo wytrzymały i odporny na odkształcenia. Poza tym ja nie mam absolutnie parcia na skórzane produkty i wcale nie uważam, żeby naturalna skóra była bardziej wytrzymała niż inne materiały, czasem jest wręcz przeciwnie. 


Od momentu kiedy dostarczył mi ją kurier nosiłam ją codziennie aż do początku lipca, co daje niemal 9 miesięcy. Torebka ma złote okucia, a z boku breloczek z frędzlami (można go odczepić). Po tak długim czasie złote elementy się nie przetarły ani nie odbarwiły. Co bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło. 
Jest to torebka o trochę większych wymiarach niż te małe listonoszki, jest tym samym bardzo pojemna, zmieścimy tutaj telefon, portfel, klucze, notatnik/kalendarz i jakiś owoc albo kanapkę, bez kalendarza zmieści się składany parasol z rossmanna:) Dodam jeszcze, że torebka przychodzi bardzo ładnie zapakowana, w zestawie jest też woreczek. Teraz dam jej trochę odpocząć, a na jesień z pewnością do niej wrócę. Jakoś nie umiem zrobić jej ładnego zdjęcia, ale na stronie producenta dokładnie widać każdy egzemplarz. 


Moja Paulina mieszka teraz w szafie ponieważ na lato kupiłam sobie torebkę marki me&bags
Poza tym, że na ich stronie jest duży wybór i miałam problem z tym, na który model ostatecznie się zdecydować podoba mi się też to, że jest to polska marka (z mojego kochanego Krakowa) i szyją w Polsce. 


Jest to bawełniana torebka typu worek, nie ma żadnego zapięcia, ale sznurki na których jest powieszona mocno ją trzymają. Mój model to basic kwiaty - połączenie szarej tkaniny o ciekawej fakturze z białym materiałem w motywy roślinne i motyle. Dla mnie to super wybór na lato. Torebka jest dość duża, w takim sensie, że sporo w niej zmieścimy, ale nie jest tak ogromna, że człowiek wygląda z nią karykaturalnie. Moim zdaniem nada się nawet dla dość niskich dziewczyn. Uszy były dla mnie trochę za długie, więc zawiązałam sobie ten węzeł trochę wyżej i już wszystko gra. Torebka ma dwie kieszonki z boku, idealne na telefon, błyszczyk i klucze. 


Jak na razie jestem z niej bardzo zadowolona, widzę, że me&bags zdobywa coraz większą popularność w sieci, ale na ulicy jeszcze nikogo nie widziałam z tą torebką. 
Jest jasna i z pewnością trochę się ubrudzi, na stronie jest jednak informacja, że można prać w pralce w temperaturze 30 stopni. Na pewno zabiorę ją ze sobą na urlop. 
A jakie są Wasze ulubione torebki?

niedziela, 17 lipca 2016

a w czerwcu

Jakoś ta połowa lipca zleciała mi ekspresowo, w czerwcu za bardzo nie zapisywałam tego, o czym chciałabym wspomnieć na blogu i niestety wyszło tak, że jakoś mało rzeczy mogę sobie przypomnieć. 
W czerwcu udało nam się spędzić klika dni ciesząc się pogodą gdzieś za miastem. Tak jak wspominałam w podsumowaniu maja bardzo lubię takie chwile, można się zrelaksować i przyjemnie spędzić czas inaczej niż tylko przed laptopem:) 




Byłam na trzy dni w Karpaczu, cieszę się, że udało mi się pojechać tym bardziej, że w żądnych górzystych terenach nie byłam od lat, jakoś zawsze wybieramy kierunek morze. Może nie widać tego na zdjęciach, ale pogoda nie dopisała, było raczej chłodno i deszczowo, ale i tak bawiłam się bardzo dobrze. Każdy taki wyjazd jest u mnie mile widziany i na każdy się cieszę. Teraz jestem na etapie odliczania dni do urlopu, zostało ich jeszcze 19! 


Jak zawsze muszę polecić coś z kategorii jedzeniowej: często zdarza mi się kupować od 'pana kanapki' różnego rodzaju sałatki (niezamierzony rym:) ale, że nie jest to z korzyścią dla mojego portfela postanowiłam, że będę robić je sobie sama bo to przecież nie jest żadna filozofia. Tym samym przedstawiam Wam moją ulubioną sałatkę czerwca czyli tortellini (ja najbardziej lubię te wypełnione serem), do tego posiekana czerwona cebula, papryka, zielony ogórek, trochę czosnku, pieprz i sól, majonez zmieszany z jogurtem naturalnym. Pyszna! 


Jeśli lubicie miętę polecam Wam z Biedronki miętę z czarnym bzem, smakuje dość charakterystycznie, z pewnością nie każdemu przypadnie do gustu, ale jeśli lubicie takie trochę inne połączenia warto spróbować. 


Na dzień dziecka dostałam od mamy książkę "ósme życie" Nino Haratischwili, może nie jest to książka totalna jak np. "małe życie", ale zdecydowanie warto przeczytać. To opowieść o kilku pokoleniach rodziny Jaszi, o tajemnicy związanej z gorącą czekoladą, o nieszczęściach, zdradach, miłościach, tęsknotach. Powieść jest napisana ładnym językiem, zdecydowanie przyjemnie się czyta. Jeśli tak jak ja lubicie sagi rodzinne to warto zabrać ze sobą tę książkę na wakacje. 


Na koniec bajka i serial. Byliśmy w kinie na 'gdzie jest Dory' i muszę się przyznać, że sama jestem zaskoczona tym, jak bardzo mi się ta animacja podobała. Jak wiecie nie przepadam za bajkami, ale ta była taka zabawna i wzruszająca, że oglądało się ją wyjątkowo przyjemnie. Pomijając fakt, że poza mną i moim chłopakiem wszyscy na widowni byli z dziećmi:) 
Zaczęliśmy oglądać serial 'blind spot' sam pomysł jest bardzo ciekawy - z porzuconej w mieście sportowej torby wychodzi naga dziewczyna, całe jej cało jest pokryte tatuażami, niczego nie pamięta, FBI rozwiązując to, do czego tatuaże są nawiązaniem zawsze trafiają na trop jakiegoś przestępstwa, jednak niestety akcja czasem przypomina seriale z lat 90. Może nie jest to produkcja najwyższych lotów, ale jeśli akurat nie macie nic innego do obejrzenia, warto chociaż spróbować. 
To tyle w temacie podsumowania czerwca, jeszcze tylko kilka dni i trzeba będzie pisać post o tym, co było ciekawego w lipcu!

wtorek, 12 lipca 2016

Maski

Mam ostatnio ogromną ochotę na testowanie różnego rodzaju masek. Teraz jakoś tak jak nigdy wcześniej doceniam ich działanie oraz to jak idealnie wpasowują się w domową pielęgnację i pomagają zrelaksować. 


Kiedy jakiś czas temu dowiedziałam się o maskach tonikowych bardzo chciałam ich spróbować, ale nigdzie nie mogłam kupić takich materiałowych masek do nasączania. Ostatecznie znalazłam je w Hebe i od razu kupiłam kilka opakowań, z tego co pamiętam jeden zestaw zawierający 12 masek kosztuje ok. 6 zł. Jak to działa? Bardzo prosto, wyciągam z folii taką 'tabletkę', nasączam tonikiem i nakładam na twarz na ok. 20 minut. Najbardziej lubię do tego tonik hibiskusowy z Sylveco ponieważ jest trochę gęstszy niż takie zwykłe toniki. Poza tym w wyjątkowo upalne dni wkładam butelkę toniku na chwilę do lodówki, nie ma nic lepszego niż chłodna maska nałożona na rozgrzaną skórę:) Po aplikacji skóra jest elastyczna i nawilżona. 


Pozostając w tematyce masek w płacie muszę koniecznie wspomnieć o moich ulubionych produktach z firmy LomiLomi, stosowałam już różne warianty i za każdym razem byłam zadowolona. Z pewnością o tym wiecie ponieważ nie raz już ta marka pojawiała się na blogu. Maska jest dobrze nasączona, ale nie spływa z twarzy, daje przyjemne uczucie ukojenia, po jej zastosowaniu twarz jest nawilżona, miękka i wypoczęta. Też są dostępne w Hebe.


Rewitalizująca maska peel-off  z Biocosmetics jest najlepszym produktem z całego zestawienia. Niestety trzeba ją rozrobić z wodą, a uzyskanie gładkiej konsystencji zajmuje trochę czasu, ale efekt jest tego wart. Trzeba nałożyć ją jednolitą warstwą, ponieważ w miejscach, gdzie nałożymy za cienką warstwę maska pokruszy się zamiast gładko oderwać od twarzy. 
Zdaniem producenta maska algowa jest odpowiednia zarówno dla kobiet jak i mężczyzn, w każdym wieku i z każdym rodzajem cery. No nie wiem, ale mogę Was zapewnić, że jest dobra dla osób z cerą wrażliwą, delikatną i naczynkową. Maska ma za zadanie rewitalizować, nawilżać, usuwać oznaki zmęczenia, niwelować ziemistość i niedotlenienie. 


Efekt po użyciu tej maski, przynajmniej na mojej cerze jest mocno zauważalny. Skóra ma ujednolicony koloryt, jest uspokojona, nawilżona, elastyczna, gładka, wygląda o wiele lepiej. Kosz takiej maski to ok. 13 zł, opakowanie 40 g mnie wystarcza na 4 aplikacje. 
Na koniec tylko krótko wspomnę avene antirougeurs calm, to maska półprzezroczystej, żelowej konsystencji, nałożona na moją zawsze trochę suchą cerę częściowo się wchłania. Na mojej naczynkowej cerze też sprawdza się bardzo dobrze. Stosowałam ją wyłącznie w sytuacjach kiedy moje cera była zaogniona, zaczerwieniona, podrażniona i muszę przyznać, że maska przynosi ukojenie, wycisza rumień i niweluje wrażenie piekących, rozgrzanych policzków. Myślę, że kupię pełnowymiarowe opakowanie.
To tyle, macie może mi do polecenia jakieś maski?

czwartek, 7 lipca 2016

Chciejlista

Ostatnio zużyłam wiele kosmetyków pielęgnacyjnych i kolorowych, tym samym mam miejsce i okazję do tego, żeby zaopatrzyć się w nowe produkty.


Po pomadce, kremie i rozświetlaczu z MAC'a mam ochotę na więcej, podczas mojej ostatniej wizyty dostałam próbkę podkładu studio sculpt, bardzo spodobał mi się efekt jaki daje na twarzy i kupię pełnowymiarowe opakowanie. Teraz mam tylko jeden podkład, akurat na lato w trochę ciemniejszym kolorze, dlatego studio sculpt kupię sobie na jesień i zimę. 
Drugi produkt też jest z MAC'a, kusi mnie bardzo puder mineralny, słyszałam o nim wiele pozytywnych opinii, ma być też bardzo wydajny. 
Chociaż na brak pędzli nie narzekam to chętnie uzupełniłabym swoją toaletkę o dwa egzemplarze: do różu real techniques blush brush i do bronzera zoeva nr 109. Sprawdziłam na sobie już kilka pędzli do konturowania i cały czas coś mi nie pasuje i szukam dalej. Nie miałam jeszcze pędzla z krótkim włosiem, ściętym na prosto i jestem ciekawa jak by się sprawdził.


Natomiast moje chciejstwa z pielęgnacji to: woda różana (koniecznie bez żadnych zapychaczy w składzie) i do kompletu olejek różany, podobno dobrze działa na cerę naczynkową. Do ciała olejek monoi, ale to zakup, który odkładam na trochę chłodniejsze miesiące, w upalne dni szukam lekkich formuł. 
Mam dużo produktów do ust, jak zużyję chociaż dwa to w ich miejsce z chęcią sięgnę po brzoskwiniowy balsam do ust z tony moly. Wiem, że zdania na temat opakowań tych produktów są podzielone, mnie się jednak bardzo podobają. 
Krem pod oczy kiehl's avocado kusił mnie od jakiegoś czasu, ale słyszałam na jego temat sprzeczne opinie, część osób uważa, że wspaniale nawilża, a inni, że przesusza. Wcześniej byłam bardzo ciekawa tego produktu, a teraz za ok. 100 zł trochę boję się rozczarowania. Tak czy inaczej nie mam obecnie żadnego kremu pod oczy i trzeba to zmienić:)
Na koniec produkt z Ministerstwa Dobrego Mydła, generalnie bardzo podoba mi się sama idea marki, składy, opakowania, proces wytwarzania kosmetyków. Już od dawna chcę kupić olejek z pestek śliwki, ale jakoś cały czas odkładam ten zakup. Oczywiście z chęcią sięgnęłabym po więcej produktów z Ministerstwa, kusi mnie też mydło z rozmarynem.
A na jakie produkty Wy macie ochotę?

wtorek, 5 lipca 2016

Latoumilacze

Nie mogę wprost uwierzyć, że jest już początek lipca! Jak na razie słoneczna pogoda się utrzymuje i mam nadzieję, że tak będzie aż do końca sierpnia. Z tej okazji chciałam pokazać Wam produkty, po które lubię sięgać właśnie latem. 


Maski w płacie - nie mam tutaj na myśli żadnej konkretnej marki, a sam typ produktu. Nie ma nic lepszego w gorący dzień niż chłodna, mokra maska nałożona na twarz. Używam ich naprawdę sporo i serdecznie polecam, to idealny sposób na relaks i urozmaicenie domowej pielęgnacji. Sama forma maski wpływa łagodząco na moją cerę, która nie przepada za upałami.
Woda termalna też jest zawsze w mojej kosmetyczce, jest niezbędna przy wszelkich podrażnieniach. Przyjemnie chłodzi rozgrzaną skórę i odświeża. Stosuję ją po demakijażu albo w ciągu dnia na makijaż. Uwielbiam i nie wyobrażam sobie lata bez wody termalnej. Teraz muszę się zaopatrzyć w duże opakowanie mojej ulubionej wody uriage. 


Moje włosy mają suche końcówki. Latem niemal zawsze noszę je związane, a do tego duża ilość słońca nie wpływa pozytywnie na ich kondycję dlatego zawsze po myciu nakładam olejek, żeby je nawilżyć i zabezpieczyć. Ostatnio kupiłam coconut milk anti break serum z organix, jego kokosowy zapach idealnie wpasowuje się w letnie klimaty, niestety później na włosach nie jest już wyczuwalny. 


Do włosów mam jeszcze jeden niezbędny produkt czyli suchy szampon. Letnie wyjazdy nie zawsze stwarzają okazję do umycia włosów, poza tym kiedy często związuję włosy lubię im dodać trochę objętości właśnie przy pomocy suchego szamponu. Batiste ma wiele różnych edycji limitowanych, ja najbardziej lubię zapachy egzotyczne.


Na koniec mój ogromny ulubieniec czyli lakiery hybrydowe. Na razie używałam wyłącznie semilaków, ponieważ mają piękne kolory. Najczęściej sięgam po 056 pink smile - pastelowy róż, 032 biscuit - kremowy, pasujący do każdej okazji i bardzo popularny oraz 127 violet cream - pastelowy, rozbielony fiolet. Brakuje mi tylko jakieś pastelowej brzoskwini. Manicure hybrydowy jest niesamowicie trwały, kiedy malujecie paznokcie jednym czy dwoma kolorami bez żądnych zdobień nie jest bardzo czasochłonny, a mamy pewności, że przez najbliższe dwa tygodnie paznokcie będą wyglądały ładnie i schludnie. Przy hybrydach nie ma potrzeby pakowania na wyjazd zmywacza i lakieru. 
A co was ratuje latem? Poza filtrem i litrami żelu pod prysznic?

sobota, 2 lipca 2016

Denko, zapasy i Maroccan Dream z Bell

Czerwiec był dla mnie miesiącem bez kupowania kosmetyków. Udało się, aż sama się dziwię jak to się stało, ale faktycznie nic nie kupiłam. Prawda jest taka, że dużą łatwość sprawiał mi fakt, że wszystkie potrzebne produkty miałam, nie było zatem potrzeby iść do Rossmanna i przy okazji kupowania szamponu do włosów wrzucenia całej sterty kosmetyków do koszyka:)


Jak już wielokrotnie pisałam nie widzę potrzeby zawalania sobie półek stertami kosmetyków 'na zaś', powtarzam sobie, że przecież zawsze jest jakaś promocja. Co sądzicie o robieniu kosmetycznych zapasów? Macie takie zbiory czy może przeciwnie, uważacie, że nie ma sensu trzymać w domu kilku tych samych produktów skoro za każdym rogiem jest jakaś drogeria?

W czerwcu zużyłam kilkanaście produktów i wyczyściłam sporą część zapasów. Teraz w zapasie mam tylko mydło do rąk z Yope (jestem go bardzo ciekawa, ale cierpliwie czekam, aż zużyję moją niekończącą się Isane), równolegle używam dwóch serii żel&masło grapefriut z the Body Shop (mój ulubione zapach na lato) oraz Paris amour z Bath and Body Works (kiedy mam ochotę na coś słodszego). W przyszłym tygodniu będę w Warszawie więc na pewno zajrzę do sklepu BBW. Balsamy do ciała zużywa się dłużej, ale na żel pod prysznic albo mgiełkę na pewno się skuszę. 


W Biedronce jest teraz dostępna seria matowych pomadek Maroccan Dream z Bell. Dzisiaj przy okazji spożywczych zakupów wrzuciłam do koszyka kolor 02, w opakowaniu wyjdaje się zgaszony, ale na ustach to taki cukierkowy róż. Kolor bardzo mi się podoba i jak na razie po pierwszej aplikacji jestem zaskoczona jak ładnie ta pomadka wygląda, ponieważ większość matowych produktów tego typu jakoś mi nie pasuje. 


Pomadka ma aplikator jak błyszczyk, który moim zdaniem nabiera trochę za dużo produktu, ma dość rzadką konsystencję i jak na matowe pomadki przystało po chwili zastyga. Podoba mi się też to, że nie jest mocno wyczuwalna. Na pewno jeszcze o niej napiszę. Cena to 8,99 zł, w mojej Biedronce były dostępny wszystkie kolory, podobał mi się jeszcze 03, ciemniejszy, mocny róż.


Na sam koniec wspomnę o nawilżanych chusteczkach dla dzieci z biedronkowej serii Dada. Od razu zaznaczam, że nie używam ich jako produktu do demakijażu, uważam, że to co jest do pupy dziecka niekoniecznie nada się do usuwania tuszu z rzęs, natomiast bardzo dobrze sprawdzają się do usuwania kosmetyków kolorowych z dłoni podczas wykonywania makijażu. Wszystkie kosmetyki kolorowe trzymam w toaletce, a nie chce mi się za każdym razem wstawać i myć dłoni w łazience, dużo wygodniej jest je wycierać w taką chusteczkę. Biała toaletka i wszystkie opakowania produktów pozostają czyste. Chusteczki kosztują ok. 5 zł za 72 sztuki, więc wystarczają mi na 2,5 - 3 miesiące. Teraz zdecydowałam się na wersję lawendową i pachną mocniej niż te naturalne, ale wcale mi to nie przeszkadza. Taką chusteczką można też przetrzeć blat toaletki albo buty:) 
Tyle u mnie, miłego weekendu Wam życzę!