czwartek, 30 czerwca 2016

Ulubieńcy czerwca

Zastanawiałam się nad tym, czy w ogóle publikować ulubieńców czerwca, mam aż dwa produkty do demakijażu i początkowo myślałam, żeby o nich stworzyć osobny post, ale ostatecznie stwierdziłam, że tak lubię ten duet, że umieszczę go w ulubieńcach, poza tym jak to tak, miesiąc bez żadnego kosmetycznego podsumowania:)


Zatem do rzeczy, bo produktów jest niewiele!
Odświeżający żel do mycia twarzy Vichy purete thermale towarzyszy mi przy porannym myciu twarzy i przy wieczornym demakijażu. Żel dobrze się pieni, jest wydajny, ładnie pachnie i dobrze oczyszcza skórę. Nie ma po nim uczucia ściągnięcia ani pieczenia, nie przesusza skóry. 
Lubię zmyć pierwszą warstwę makijażu właśnie jakimś produktem z wodą. Generalnie żele do mycia twarzy z Vichy, zawsze dobrze się u mnie sprawdzają, warto szukać ich w drogeriach internetowych, mają lepsze ceny.


Do demakijażu oczu używam płynu micelarnego z olejkiem z garniera. Słyszałam wiele negatywnych opinii na jego temat, jednak byłam tak ciekawa tego produktu, że musiałam sprawdzić na własnej skórze:) Wiadomo, że nie ma produktów, które dobrze sprawdzą się u każdego, ale ja jestem z garniera bardzo zadowolona. 
Mam wrażliwe oczy, noszę soczewki kontaktowe, a ten płyn zupełnie mnie nie podrażnia, co bardzo ważne, nie mam po nim wrażenia, że widzę przez mgłę. Ma dwufazową formułę złożoną z olejku i płynu micerlanego, wystarczy wstrząsnąć, obie formuły szybko się ze sobą mieszają (i równie szybko wytrącają). Płyn szybko i skutecznie rozpuszcza makijaż i zostawia skórę wokół oczu przyjemnie gładką. Zdaniem producenta nie ma potrzeby zmywania produktu ze skóry, ja czasem go zmywam np. kiedy myję jeszcze raz twarz, a czasem zostawiam, nie tworzy tłustego, ciężkiego filmu na skórze. Produkt ma 400 ml i można go upolować w promocji za ok. 15 zł. Polecam, sama z pewnością kupię kolejne opakowanie.


Po balsamie do ust burt's bees spodziewałam się raczej miękkiej formuły i słodkiego miodowego zapachu. Nic z tych rzeczy, produkt ma formę stałą i bardzo zbitą, trzeba go podważyć paznokciem żeby wyciągnąć z opakowania (swoją drogą metalowego i bardzo ładnego), pachnie świeżo i mentolowo. Dobrze sprawdza się do ust, zwłaszcza podczas upałów, przez zapach i to, że się nie topi. Jednak zdecydowanie lepiej niż do ust sprawdza się do skórek, zmiękcza je i nawilża. Przez swoją formułę jest też bardzo wydajny. Jestem ciekawa innych produktów tej firmy, szkoda, że nie są dostępne w Polsce. 
Na koniec jedyny produkt z kolorówki. Puder healthy balance z bourjois to mój ogromny pudrowy ulubieniec! mam go w kolorze 52 wanilla, jest jasny i lekko wpadający w żółte tony. Rozprowadza się jak marzenie, jest bardzo drobno zmielony i aksamitnie gładki. Trochę pyli przy aplikacji, ale wcale mi to nie przeszkadza. Dobrze utrwala makijaż, nie wygląda na twarzy tak sucho i nienaturalnie. Bardzo podoba mi się ten efekt. Lubię też plastikowe opakowanie tego produkty, fajnie, że ma lusterko. W cenie regularnej jest drogi, kosztuje ok. 50 zł, zdecydowanie warto szukać go na promocjach i w sklepach internetowych.
To już wszyscy moi ulubieńcy, znacie te produkty? 

niedziela, 26 czerwca 2016

"lato wybuchło z całych sił..."

Ostatnie kilka upalnych dni wdało się we znaki z pewnością nie tylko mnie, było duszno i upalnie, ale i tak uwielbiam lato! W piątek po pracy byłam bardzo zmotywowana żeby posprzątać całe mieszkanie, wstawić pranie i zrobić hybrydy, tym oto sposobem wczoraj tylko leżałam pod wiatrakiem, jadłam arbuza i piłam wodę z cytryną i pomarańczą, moja aktywność ograniczyła się do czytania książki. Po intensywnym tygodniu lubię takie domowy chill. Dzisiaj pada od rana więc dzień zapowiada się podobnie. 


Pozostając w letnich klimatach szukam filtra do twarzy, obecnie testuję avene spf 50, ale średnio mi się podoba, zużyję próbki i poszukam czegoś innego. Krem jak to typowy filtr ma białą, dość gęstą konsystencję, na twarzy rozprowadza się dobrze, ale pozostawia tłusty, lepki film na którym makijaż nie wygląda zbyt dobrze. Szukam czegoś trochę lżejszego. 


Bardzo natomiast spodobało mi się przeciwsłoneczne mleczko do ciała z mineralnym filtrem spf 30 z clinique. Ma lekką, rzadką konsystencję, bardzo dobrze i szybko rozprowadza się na skórze. Tworzy film, ale bardzo lekki i sprawiający, że skóra jest miękka i gładka. Miałam tylko próbki, ale jak dla mnie ten produkt zapowiada się bardzo obiecująco. Wiem, że clinique w ofercie ma też krem z filtrem do twarzy i jestem ciekawa jak działa, jeśli podobnie jak mleczko do ciała to jest spora szansa, że go kupię. 


Przy okazji jeszcze tylko wspomnę, że jakiś czas temu zgubiłam swoją pęsetę, przeszukałam całe mieszkanie i nie mam pojęcia gdzie jest. Musiałam kupić coś nowego, żeby nie zarosnąć jak dziki agrest:) Wybór padł na pęsetę z tigera za 4 zł. Jestem z niej bardzo zadowolona, jej końcówki mocno do siebie przylegają i chwytają nawet małe i cienkie włoski. Przy okazji ma też ładny, słodki design. 
Zużyłam ostatnio eos w wersji jagody acai i otworzyłam w jego miejsce nowe jajeczko tym razem blueberry nectar. Jak to pięknie pachnie, jak jogurt albo jakiś mleczny lizak. Wiem, że zdania na temat eos'ów są bardzo podzielone, ja je lubię, zużyłam już kilka opakowań i zawsze z radością sięgam po kolejne, tym bardziej, że mam wiele wariantów smakowych do wyboru, na mojej liście do wypróbowania mam jeszcze wersje granat i malina oraz wiciokrzew i melon.  


Jakie macie plany na dzisiaj? Ja piję kawę z lodami (uwielbiam!) i czytam 'dom sióstr', na razie jestem po dwustu stronach i bardzo mi się ta historia podoba. Ostatnio moja lista książek do przeczytania robi się coraz dłuższa, ale lubię to i mam nadzieję, że na urlopie uda mi się trochę nadrobić zaległości. W końcu droga do Gdańska jest długa:)
Tytuł posta to fragment piosenki "sierpień" zespołu Coma, jeśli ktoś nie zna to polecam posłuchać. Nie wiem dlaczego, ale zawsze jak robi się upalnie to przypomina mi się początek tej piosenki. 
Tyle u mnie, miłej niedzieli!

czwartek, 23 czerwca 2016

Wyjazdowa kosmetyczka

Ostatni weekend spędziłam w Karpaczu, niby to był tylko 3 dni, ale dochodzę do wniosku, że w sumie bez względu na długość wyjazdu trzeba zabrać te same produkty, bo jak tak bez kremu albo antyperspirantu (swoją drogą kończę teraz zwykłą kulkę z garniera, pakowałam ją rano w dniu wyjazdu i zapomniałam zabrać do zdjęć)? 


Tym samym zapraszam Was na szybki przegląd tego co zabrałam, zacznijmy od bardzo okrojonej pielęgnacji: pastę do zębów, filtr i szampon do włosów zabrała moja koleżanka, ja miałam spakować żel pod prysznic, wzięłam żel z bath and body works paris amour (bardzo lubię tę nutę zapachową, koleżanka też była zadowolona:), do tego żel do mycia twarzy purete thermale z vichy (jestem z niego zadowolona, planuję wspomnieć o tym produkcie w innym poście), moją ulubioną chłodzącą pandę czyli cool eye stick z tony moly. 


Jak wiecie, co jakiś czas wracam do mojego pewniaka czyli kremu antirougurs fort z avene, lubię go używać zwłaszcza przed upalnym latem i zimą, to czas kiedy moja wrażliwa skóra najbardziej cierpi. Nie mogłam pominąć mojego ulubionego zapachu czyli Aqua di Gioia. Jedyny produkt, który zabrałam, a którego wcale nie użyłam było masło truskawka i guawa z organique, szczerze mówiąc w piątek wróciłyśmy do hotelu o 2 w nocy, a w sobotę niewiele wcześniej, sił wystarczyło mi tylko na szybki prysznic:) 


Wiem, że spakowałam sporo kosmetyków kolorowych, ale w planach była uroczysta kolacja i chciałam z tej okazji zrobić sobie jakiś make up. Zabrałam same dobre, sprawdzone kosmetyki. Zdecydowaną większość z nich już wcześniej na blogu prezentowałam: 



paleta too faced chocolate bar, róż down boy z the balm, rozświetlacz z mac'a czyli mineralize skinfinish w kolorze lightscapade, puder healthy balance z bourjois (będzie w ulubieńcach!), bazę pod cienie too faced shadow insurance, tusz sephora outrageous curl, resztkę korektora astor perfect stay, błszczyk sephora w kolorze natural look, podkład astor skin match protect, matową kredkę do ust z golden rose w kolorze 10, wodoodporną kredkę do oczu sephora w kolorze 32 tango night i żel do brwi z wibo. 
wszystkich tych kosmetyków użyłam i jak zawsze sprawdziły się bardzo dobrze. 
Janusz jak zawsze pomagał mi w pakowaniu, on nigdy nie może tego przegapić:


Tyle u mnie, powiem Wam, że jakoś nie mogę się zebrać po tym weekendzie, na szczęście zaraz będzie kolejny!

piątek, 17 czerwca 2016

Przeczytałam 'slow life'

Jestem świeżo po lekturze 'slow life zwolnij i zacznij żyć' Joanny Glogazy, przeczytałam już kilka recenzji tej książki i chciałabym dodać też coś od siebie. Zacznę od tego, że książkę czyta się bardzo przyjemnie, jest ładnie wydana (ciekawy format, estetyczne zdjęcia), napisana w prosty sposób bez zbędnych udziwnień. Musiałam ją sobie dawkować, wydzielać rozdziały, żeby mieć czas na refleksję i nie pochłonąć wszystkiego w jeden wieczór.


Idea slow life jest mi bliska, troszczę się o to, żeby mieć czas dla siebie, dzielę dni na pracę i relaks, dbam o relację z bliskimi mi ludźmi. Nie chcę być korposzczurem biegnącym za targetem.
Cenię sobie indywidualizm, ale zauważyłam to, że internet (blogi, instagram, yt) w pewnym momencie za bardzo na mnie wpływał. Oczywiście wyłącznie w aspekcie konsumpcyjnym, chciałam mieć te wszystkie pomadki, tusze, biżuterię etc. Na szczęście nie trwało to długo i szybko zauważyłam, że przeszkadza mi taki owczy pęd, nie podoba mi się to, że teraz wszystkie dziewczyny chcą wyglądać tak samo, mieć takie same paznokcie, makijaże, konta na instagramie, buty i śniadania. Oczywiście nadal podoba mi się wiele rzeczy pokazywanych na filmach i zdjęciach, ale teraz biorę na to dużą poprawkę i pięć razy się zastanawiam czy jest mi to potrzebne i czy faktycznie chcę to mieć.


Ta książka nie zaskoczyła mnie tak bardzo jak 'slow fashion', jednak uświadomiła mi kilka rzeczy. Przede wszystkim to, że mogę odpoczywać, cieszyć się czasem tylko dla siebie bez wyrzutów sumienia. Nachodziły mnie czasem takie myśli, że przecież wszyscy coś robią, są zajęci, narzekają na zmęczenie i brak czasu, a ja sobie tak beztrosko leżę z gazetą na kanapie. Niepotrzebnie, dobrze jest usłyszeć, że nie ma sensu tak myśleć i trzeba utrzymywać w życiu równowagę, cytując Asię 'odpoczynek to nie nagroda za zjechanie się do maksymalnych limitów. To Twój obowiązek wobec siebie i innych. Zaniedbując go zaciągasz wobec siebie dług, który w pewnym momencie przyjdzie ci spłacić - wypaleniem, chorobą, nagłym wybuchem frustracji'. 
Jednak najważniejsze dla mnie przesłanie płynące z tej książki to stwierdzenie, że 'możemy wszystko, ale nie wszystko na raz'.


Przy okazji lektury naszła mnie taka refleksja, że teraz bez żadnych zmian i postanowień tak sobie po prostu dryfuję, płynę z prądem, a wcześniej robiłam zdecydowanie więcej kreatywnych rzeczy (m.in. pisałam opowiadania, robiłam kolaże), nawet nie pamiętam kiedy to porzuciłam, chciałabym znowu zadbać o bardziej twórczą stronę siebie. Nie chcę być tylko odbiorcą, ale również twórcą, na co wcześniej wcale nie zwracałam uwagi! Muszę się nad tym zastanowić, zobaczę, może zrobię z tego jakiś post? Zauważyłam, że jak coś opublikuję na blogu mam większą motywację, żeby to zrobić. 
Podsumowując serdecznie Wam polecam lekturę 'slow life' spędzicie z tą książką kilka przyjemnych wieczorów i z pewnością dowiecie się czegoś nowego, spojrzycie na pewne przeczy z innej perspektywy, nabierzecie dystansu. Zdecydowanie warto.
Miłego weekendu! 

środa, 15 czerwca 2016

BB cream beauty balm z golden rose

Jak widać po zużyciu robiłam do tego produktu wiele podejść, niestety każde kończyło się niepowodzeniem (podziwiam moją wytrwałość). Nie lubię pisać tego typu postów, tak jak nie lubię trafiać na buble, jednak jeśli jeszcze (jakimś cudem) nie kupiłyście słynnego kremu bb z golden rose to ostrzegam Was: nie warto.


Nie wiem skąd pozytywne opinie o tym produkcie, zastanawiam się też u kogo to może się sprawdzić i nie jestem w stanie wymyślić. Ten krem ma wady, które moim zdaniem będą widoczne na każdej cerze. Przy okazji jeszcze zaznaczę, że moje cera nie jest wymagająca i większość drogeryjnych podkładów bardzo dobrze się u mnie sprawdza. 


To co w nim najgorsze to kolor w którym są mocno widoczne różowe tony. Dlaczego nigdzie wcześniej o tym nie przeczytałam? Oczywiście na wyspie w galerii handlowej kolor był tak prześwietlony, że wydawał mi się po prostu jasny. Gdybym to wiedziała nie kupiłabym go nigdy. Nałożony na twarz nie dostosowuje się do koloru cery tylko mocno widać w nim ten świński koloryt, sorry, ale nie rozumiem tego. Krem jest dostępny w 6 kolorach, pozostałe były dla mnie zdecydowanie za ciemne, wzięłam najpopularniejszą 1 i bardzo żałuję. Może inne kolory są bardziej neutralne?
Następnym problemem jest aplikacja, dla mnie produkt typu krem bb powinien dać się bezproblemowo nałożyć palcami. Niestety nie ten. Produkt z golden rose bardzo smuży, nie da się go nałożyć ani palcami ani nawet pędzlem, jedynie stemplowanie gąbką typu jajko daje jako taki efekt, a i tak idealnie i naturalnie nie jest. 
Ponadto krem podkreśla suche skórki i mimo faktu, że ma raczej krycie lekkie powiedzmy do średniego jest mocno widoczny na twarzy. Spodziewałam się czegoś zupełnie innego i nie jestem w stanie zrozumieć idei tego kosmetyku. 


Jego regularna cena to 29,90 zł, kupiłam go ze zniżką, ale gdybym wiedziała o nim to, co wiem teraz nie wzięłabym go nawet za darmo. Dawno już nie trafiłam na tak wielkiego makijażowego bubla. Dla mnie ten produkt nadaje się tylko do kosza. 
Miałyście ten krem bb? Co o nim sądzicie? I skąd ta jego sława?

poniedziałek, 13 czerwca 2016

A w maju

W maju kwitną konwalie czyli jedne z moich ulubionych kwiatów! Uwielbiam ich zapach i wygląd. Niestety szybko usychają i trzeba wymieniać kwiaty na nowe. Podoba mi się to, że ładnie się prezentują nawet włożone do zwykłej szklanki. Niestety nie udało mi się ani razu kupić piwonii. 



W maju wiele dni spędziliśmy na dworze. Kiedy jest słonecznie aż żal siedzieć w domu. W takie dni pakujemy jedzenie na grilla, książkę i psa i jedziemy gdzieś za miasto. Bardzo lubię takie dni, czytanie na leżaku, jedzenie truskawek prosto z koszyka, własnie z takimi chwilami kojarzy mi się lato. Jak na razie czerwiec upływa nam na podobnym lenistwie. 




Byliśmy też na chwilę w Katowicach przy okazji wstąpiliśmy na zlot food trucków. Lubię takie inicjatywy. Było całkiem sporo ciekawych jedzeniowych opcji, ostatecznie zdecydowałam się na meksykańską tortille. Mega mi się spodobał ten mural:



W maju miałam urodziny i dostałam m.in srebrny naszyjnik z Yes z kolekcji zodiak, na okrągłej tarczy ułożona jest konstelacja byk. Bardzo mi się podoba, łańcuszek ma regulowaną długość i noszę go teraz niemal codziennie. 

Początek maja był deszczowy i chłodny, dostałam od mojego chłopaka voucher do spa na masaż całego ciała gorącymi olejkami. Pierwszy raz byłam na takim zabiegu i muszę przyznać, że to było niesamowicie przyjemne i odprężające doświadczenie. Polecam, zwłaszcza jeśli nie macie wiele czasu, a chcecie się zrelaksować (taki masaż trwa około godziny). Na pewno to powtórzę!



Jak zawsze w podsumowaniu ubiegłego miesiąca muszą się znaleźć rzeczy z kategorii jedzenie. Truskawki jadłam kilogramami, bardzo lubię i żałują, że są tylko przez kilka tygodni. Najbardziej smakują mi solo albo jako koktajl. Koniecznie muszę wam też polecić musli z Lidla. Jeśli tak jak ja lubicie musli to pewnie wiecie, że w większości z nich są płatki owsiane i mnóstwo rodzynek. Tutaj producent gwarantuje 50% owoców i nasion i faktycznie płatki są pełne m.in. kawałków daktyli, suszonych bananów, kandyzowanej papai i ananasa, orzechów pekan, orzechów laskowych. 


W Tesco odkryłam masło orzechowe terra sana które w składzie ma tylko orzechy, brzmi trochę dziwnie, ale wcale nie jest takie oczywiste i trudno znaleźć masło z samych orzechów bez innych wypełniaczy. 


Od mamy dostałam puszkę mlecznych krówek, jak to krówki są supersłodkie i tak sobie jem jedną na kilka dni. Bardzo podoba mi się opakowanie. 
Kończąc przegląd spożywki polecam Wam zieloną herbatę lipton citrus zing. Ta herbata ma bardzo świeży, lekki aromat. Gasi pragnienie i idealnie nadaje się na ciepłe dni. Ja już prawie całą wypiłam. 


Wspomnę jeszcze o świecach, które z ogromną przyjemnością testowałam w minionym miesiącu. Są to małe świece z kringle candle, wyglądają jak wosk, ale po zdjęciu wieczka mamy normalny knot. Producent określa, że świeca pali się średnio 12 godzin. Moim zdaniem to całkiem sporo, jak na takiego maluszka, świece nie są też drogie kosztują ok. 12 zł. Mam wersje zapachowe: mango, coconut pineaple, freestone peach i peony. Wszystkie świece mają bardzo ładne, naturalne zapachy, nie ma w nich sztucznych nut, pachną tak jak powinny, to znaczy freestrone peach pachnie brzoskwiniowo a coconut pineaple jak słodkie połączenie kokosa i ananasa. Są wyczuwalne, ale jest to dość delikatny zapach, nadają się raczej do mniejszych pomieszczeń. Nigdy nie miałam dużej świecy z kringle, ale myślę, że ze względu na dwa knoty i zdecydowanie większą powierzchnię palenia zapach. Dla mnie takie małe świece to dobra opcja, żeby wypróbować jakiś zapach, sprawdzić czy nas nie męczy, czy nie boli od niego głowa. 


Na koniec zdjęcie mojego nieodłącznego towarzysza Janusza, który patrzył na mnie jednym okiem kiedy pisałam ten post. Tyle działo się u mnie w maju, miłego tygodnia Wam życzę! 

sobota, 11 czerwca 2016

Letnie nowości w mojej szafie

W poprzednim poście mówiłam Wam, że wybieram się na zakupy, aby trochę uzupełnić zawartość mojej szafy. Nie znalazłam tylko żadnej sukienki. Niemniej jednak, jak na to, że nie przepadam za takimi zakupami uważam, że poszło mi całkiem dobrze. I od razu zaznaczam, że zdjęć ubrań to ja nie umiem robić. W tle możecie zobaczyć mój nowy regał z biedronki. 


Zacznę od rzeczy, która podoba mi się najbardziej - granatowy, bawełniany t-shirt w małe łódeczki. Jest prześliczny! Znalazłam go na dziale męskim, na metce jest też wyraźnie zaznaczone, że to męska koszulka, wcale mi to nie przeszkadza, a co ciekawe leży idealnie, jest taliowany i ma dobrą długość (jest z reserved, cena regularna to 49,90 zł). 


Zapisując się do newslettera reserved do niedzieli dostajemy -40% zniżki, skorzystałam i kupiłam dwie pary spodni dresowych. Oliwkowo-zielone bawełniane z przeszyciami na nogawkach i ściągaczami na dole bardzo mi się podobają. Będą pasowały do czarnych, białych i granatowych rzeczy (cena bez promocji: 59,90 zł). Kupiłam też granatowe dresy, zawsze się przydadzą, tym bardziej, że moja poprzednia para jest już zupełnie znoszona. Też mają kieszenie i ściągacze (cena bez promocji 49,90 zł).


Ostatnia rzecz z reserved to biała bluzka, z przodu ma motyw kwiatów, z tyłu jest gładka. Przód jest wykonany z mojej ulubionej wiskozy, a tył z poliestru. Wzór tak mi się spodobał, że wróciła ze mną do domu (cena bez promocji 59,90 zł). 


Nie wiem już nawet ile ja przymierzyłam kimon! Większość z nich była dla mnie zdecydowanie za długa i wyglądałam w nich jak w podomce. Ostatecznie zdecydowałam się na rzecz z top secret przez producenta nazwana damskim ponczo:) Wiem, że na wieszaku nie prezentuje się okazale, wisi trochę jak smętna szmatka, ale nałożona na czarną albo granatową bazę wygląda bardzo ładnie, ma tylko jeden rozmiar, ale nie jest za szerokie, ani zbyt długie, sięga mi do bioder. Na końcach ma niebieskie frędzle (cena 79,90 zł). 


W żadnej wzorzystej sukience nie wyglądałam ładnie, dlatego zdecydowałam się na luźne spodnie z h&m, są czarne, w niebiesko-różowo-pomarańczowe kwiaty. Są lekkie (z wiskozy, tak!) i ładnie się układają (cena 59,90 zł), do kompletu wzięłam też czarną koszulkę (jest na zdjęciu obok kimona, cena 39,90 zł), też jest z wiskozy i świetnie leży. Lubię takie zwykłe, ale dobrze wyglądające ubrania. 
Przy okazji muszę napisać, że coraz mniej rozumiem przemysł modowy i coraz trudniej mi coś kupić (dlatego tak mnie dziwią te zakupy:). Ubrania są w coraz dziwniejszych kształtach, nie podobają mi się te wszystkie crop topy ani t-shirty, które wyglądają jak dwa zeszyte kwadraty, coraz więcej ubrań jest zupełnie niewykończonych. Od grudnia próbuję kupić biały t-shirt, który nie będzie prześwitywał i nie mogę nic takiego znaleźć. Może Wy wiecie gdzie taki dostać?
I co ostatnio ciekawego sobie kupiłyście? Miłego weekendu. 

środa, 8 czerwca 2016

lista zakupów

Jak na brak kosmetyków nie mogę narzekać, tak w zawartości szafy mam pewne braki. Dlatego zrobiłam listę rzeczy, które z pewnością mi się przydadzą w następnych miesiącach. Tak mnie ta wizja lata i urlopu pozytywnie nastraja, że aż postanowiłam zrobić kiczowaty collage:)



A teraz do rzeczy! Mam tylko dwie letnie sukienki, teraz będę szukała czegoś w moim ulubionym granatowym kolorze i czegoś we wzory, nie mam ani jednej takiej rzeczy w szafie, a ostatnio bardzo mi się wzorzyste tkaniny podobają. Jak zawsze szukam czegoś z dobrym naturalnym składem czyli najlepiej z bawełny i wiskozy, to się sprawdza u mnie najlepiej. Poza tym nie wyobrażam sobie nosić w upale sukienki z poliestru, w której czułabym się jak kurczak w spożywczej folii:) Obie sukienki są ze sklepu Top Secret. Coraz bardziej podobają mi się rzeczy w oliwkowych odcieniach, wydaje mi się jednak, że nie pasują do mojej twarzy dlatego stawiam na spódnicę (zalando), do tego granatowa/biała/czarna góra i strój gotowy. 


W tym roku też jedziemy nad polskie morze, w ubiegłym sierpniu było wręcz upalnie, nie wiem jak będzie teraz dlatego na mojej liście jest też bluza dresowa, zawsze się przyda. Ta ze zdjęcia jest z Zalando (t-shirt też), jest w dobrej cenie (ok. 50 zł) i jest w 100% z bawełny. Nic się tak nie niszczy jak t-shirty, na lato potrzebuję przynajmniej jeden biały (chyba postawię na coś prostego z gap'a) i jeden w moje ulubione paski! Zastanawiam się też nad kimonem (h&m), lubię wszelkiego rodzaju narzutki i myślę, że jakieś cienkie kimono tak do zarzucenia w letni wieczór dobrze się u mnie sprawdzi:)


Myślę też nad espadrylami, bardzo mi się podobają, ale za każdym razem jak je przymierzam są niewygodne, większość z nich ma twardą podeszwę, która prawie się nie zgina podczas noszenia. Poszukiwania trwają, zobaczymy co z tego wyjdzie. Potrzebuję też sandałków, właśnie w takim kolorze naturalnej skóry, będą pasowały do wszystkiego. Na koniec spodnie dresowe, zastanawiam się jeszcze nad kolorem: szare czy granatowe? A może obie? Uwielbiam dresy, mój chłopak się ze mnie śmieje, ale w dresie i new balance'ach mogłabym chodzić codziennie. 


Jak widać paleta kolorów jest mocno ograniczona, ale nic nie poradzę, że źle się czuje w czerwonym czy neonowym różu. To już wszystkie podstawowe rzeczy, których brakuje w mojej szafie. Średnio lubię zakupy, ale w piątek planuję się wybrać do galerii, zobaczymy co z tego wyjdzie. Jak nic nie kupię to zamówię przez internet:) 

poniedziałek, 6 czerwca 2016

ulubieńcy maja

Mój ulubiony miesiąc w roku przyniósł wielu ciekawych ulubieńców, co zaskakujące większość z nich to kosmetyki kolorowe!


Mac strobe cream to nawilżająco-rozświetlający produkt idealnie sprawdzający się jako baza pod makijaż. Oczywiście go nie utrwali, nie taka jest jego rola, ale sprawia, że cera jest gładka i podkład rozprowadza się na niej niezwykle łatwo. Poza tym faktycznie widocznie rozświetla skórę i jest to bardzo ładny zdrowy blask, nie mający nic wspólnego z brokatem. Bardzo lubię go używać, świetnie się sprawdza zwłaszcza na większe wyjścia. Szybko się wchłania i jest niesamowicie wydajny, wystarczy bardzo mała ilość, żeby pokryć kremem całą twarz. Polecam, zwłaszcza zakup podróżnej (30 ml) wersji, ponieważ kosztuje 43 zł podczas gdy pełnowymiarowe opakowanie (50 ml) jest w cenie 140 zł, totalne szaleństwo, kto na to wpadł? 


Pozostając w temacie makijażu twarzy ostatnio częściej sięgałam po podkład revlon colorstay, mój kolor to 150 buff. Zauważyłam, że ostatnio pojawia się wiele negatywnych opinii na temat tego produktu, że wcześniej był lepszy, że formuła została zmieniona. Nie wiem, jest to mój pierwszy egzemplarz, zamówiłam go ze strony mintishop. Podkład jest gęsty, moim zdaniem najlepiej nakładać go gąbką, wtedy ładnie scala się z cerą i wygląda bardzo ładnie. Nie podkreśla suchych skórek, nie smuży podczas aplikacji, a co najważniejsze jest super trwały. Zawsze kiedy zależy mi na tym, żeby mój makijaż wytrwał wiele godzin stawiam na colorstay. Ostatnio byłam na weselu, makijaż robiłam ok. 13:00, a podkład trzymał się na mojej twarzy do 3 w nocy! Jest to też produkt bardzo wydajny, ze względu na mocne krycie i konsystencję. Bardzo lubię ten produkt i z pewnością jeszcze do niego wrócę. 


Maskara z sephory outrageous curl jest dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Kiedy w perfumerii zobaczyłam tą małą, krótką szczoteczkę zastanawiałam się mocno czy to się u mnie sprawdzi, ale Pani ekspedientka (o dziwo sympatyczna i nienachalna, co zwykle się nie zdarza) zapewniła mnie, że będę zadowolona. Zdecydowanie miała rację! Już pierwsza warstwa tuszu mocno podkreśla rzęsy, są pogrubione i podkręcone, druga warstwa zapewnia już taki raczej dramatyczny efekt, który, co dziwne bardzo mi się podoba. Maskara trochę skleja rzęsy, ale moim zdaniem przy tak mocnym ich podkreśleniu jest to nieuniknione. Efekt bardzo mi się podoba i zdecydowanie nie są to 'pajęcze nóżki'. Wracając jeszcze raz do szczoteczki - jest silikonowa, mała i ma krótkie włoski, myślałam, że trzeba się będzie sporo namachać, jednak wcale tak nie jest, maluje się nią jak każdym innym tuszem, przy czym małą szczoteczką łatwiej jest pomalować rzęsy blisko wewnętrznego kącika oka. Uwielbiam ten produkt, mam go w kolorze ultra black i faktycznie jest mocno czarny. Ma tylko jeden minus - demakijaż. Najlepiej zmyć go płynem micelarnym albo typowym produktem do demakijażu oczu. Nie polecam zmywania olejkiem ponieważ podczas masażu na całej okolicy oka tworzy się wielka czarna plama, identyczna jak u pandy. Biorąc jednak pod uwagę jego trwałość (wcale się nie kruszy) nie ma się co dziwić, że jest trochę upierdliwy przy zmywaniu:)
Ja swój egzemplarz kupiłam w promocji -20%, cena regularna to 59 zł i zdecydowanie warto tyle za ten tusz zapłacić. 
Co do zasady nie potrzebuję bazy pod cienie, ale ostatnio kupiłam zestaw miniatur z too facet i była w nim również baza shadow insurance więc postanowiłam wypróbować. Miniatura ma 5g i nie wiem kiedy ją zużyję ponieważ wystarczy dosłownie odrobinka na obie powieki. Baza poprawia pigmentację cieni i przedłuża ich trwałość. Nie wiem czy wpływa w jakikolwiek sposób na zbieranie się cieni w załamaniu, ponieważ nigdy mi się to nie dzieje. Dobrze natomiast działa w przypadku 'mokrej' kredki z miss sporty, to na nią jedyny sposób i odkąd mam tę bazę w końcu zaczęłam tej kredki używać. A kiedyś już ją potraktowałam jako bubla. 


Na koniec w końcu coś z pielęgnacji. Hydrożelowa maska z kwasem hialuronowym została mi polecona przez tą samą Panią w sephorze. Była akurat na promocji, kosztowała ok. 8 zł więc wzięłam dwie i bardzo żałuję, że nie więcej ponieważ jak po nią wróciłam to już ich nie było, a na stronie nie potrafię jej znaleźć. Maska od wewnątrz ma żelową warstwę, która idealnie przylega do okolicy oczu, nic się nie odkleja ani nie zsuwa. Jest przyjemnie chłodna i niesamowicie można się z nią zrelaksować. Kiedy używałam jej pierwszy raz zasnęłam na kwadrans:) Maska ściąga opuchliznę, odświeża spojrzenie, nawilża i wygładza delikatną skórę. Działa zdecydowanie lepiej niż wszystkie płatki pod oczy, których używałam. Uwielbiam ją i chcę kupić więcej.
Na koniec produkt do paznokci, a dokładnie do skórek. Sally Hansen instant cuticle remover po prostu działa! W końcu znalazłam produkt, który faktycznie rozpuszcza skórki i zdecydowanie ułatwia ich odsunięcie. Zanim zdecydowałam się na zakup przeczytałam wiele opinii i wszystkie były pozytywne, nie dziwię się. Producent zaleca, żeby nałożyć żel na 15 sekund, ja trzymam go dłużej, tak do pół minuty, a następnie odsuwam skórki patyczkiem. Stosuję ten żel średnio raz na dwa, trzy tygodnie i jestem bardzo zadowolona. 


Trochę się dzisiaj rozpisałam, mam nadzieję, że dotrwaliście do końca:) 

sobota, 4 czerwca 2016

małe życie, żelowa panda i cocount water

Nie było mnie na blogu 3 tygodnie i teraz powiem Wam dlaczego - dostałam w prezencie książkę - Małe życie Hanya Yanagihara


Nie sugerujcie się tytułem, to życie nie jest takie małe, ma ponad 800 stron i jest całkiem sporego formatu. Ta książka mnie zachwyciła i pochłonęła, jest w niej coś takiego, że wracałam z pracy, robiłam niezbędne minimum (z psem zawsze trzeba wyjść, pozmywać też:) i siadałam do lektury. Czasem robiłam sobie przerwy i z otwartą książką myślałam o tym, co przeczytałam. Przy tego typu powieści trzeba mieć otwarte horyzonty i trochę wyjść z pudełka. Większość czytelników wspominając o tej książce pisze więcej o odczuciach, które im towarzyszyły niż o samej fabule i całkowicie to rozumiem. Z pozoru to opowieść o czwórce przyjaciół, z czego zdecydowanie historia jest zdominowana przez trudną, mroczną historię Jude'a. To opowieść o traumach, molestowaniu, masochizmie, bólu, ale też o zaufaniu, przyjaźni, nowych początkach. To książka o której długo się myśli, która skłania do refleksji i której w jakiś sposób mi brakuje, po tym jak doczytałam do końca. Wiem, że to może dziwny powód nieobecności, ale ta książka mnie totalnie wciągnęła. 
Oczywiście jak zawsze muszę wam podziękować, że tutaj zaglądacie mimo braku nowych postów. Teraz postaram się trochę tą nieobecność nadrobić, opublikuję ulubieńców, post z podsumowaniem maja i jeszcze kilka innych:)


Na chwilę trzeba też wspomnieć o kosmetycznych smaczkach. Zachęcona recenzjami na yt kupiłam w Rossmannie el pod prysznic Fa coconut water, jak to pięknie pachnie! Niektóre kosmetyki pachną tak dobrze, że aż chce się je zjeść, też tak macie? Ten żel ma w sobie nuty kokosa, ale to nie jest taki mleczny, słodki zapach, pachnie świeżo i tropikalnie. Jest idealny na ciepłe dni. Nie jest może mistrzem wydajności, ale w promocji kupiłam go w cenie ok, 7 zł za 400 ml więc zdecydowanie warto. 
Jakiś czas temu na zgubę mojego portfela odwiedziłam Sephore. Akurat wszystkie maski z płatach marki własnej perfumerii były przecenione o połowę i za każdą zapłaciłam 9,90 zł.  płatków pod oczy sephora pearl eye mask nie jestem zadowolona. Są cieniutkie, wycięte dziwnie w kształt przypominający 'łyżwę' z nike przez co nie do końca pasują. Maska ma rozświetlać i odświeżać okolicę oka, po aplikacji nie zauważyłam praktycznie żadnego działania. Więcej nie kupię. 


Natomiast maska do twarzy sephora rose mask podobała mi się dużo bardziej. Maska jest w płacie, z mocnej tkaniny (nie lubię jak są takie cienkie, że prawie się rwą), jedyny minus jest taki, że jest strasznie szeroka, musiałam ją przyciąć po bokach. Poza tym maska jest mocno nasączona, ale nie zsuwa się z twarzy, dobrze przylega. Zadaniem producenta maska odświeża, rozjaśnia i nawilża skórę i tutaj faktycznie po aplikacji skóra jest miękka, nawilżona i ma ujednolicony koloryt. Po zdjęciu maski zawsze wmasowuję w skórę jej pozostałość. Jestem zadowolona z efektu, poza tym lubię taką aplikację, jest praktyczna i szybka. Po lekturze książki 'sekrety piękna Koreanek' generalnie maski w płacie zyskały na popularności i bardzo mi się to podoba. 
Na koniec kosmetyczny gadżet, który bardzo umila mi poranki. Mowa o Panda's dream so cool eye stick. To żel pod oczy w bardzo wygodnej formie sztyftu. Pachnie delikatnie, ale bardzo przyjemnie, ale co najważniejsze faktycznie chłodzi. Jego aplikacja jest niesamowicie przyjemna. Ciekawe jest to, że nie trzeba trzymać tego produktu w lodówce, on jest zimny sam z siebie:) Nie jest to krem, więc nie spodziewam się po nim nawilżenia, natomiast rano ściąga opuchliznę z oczu i pozwala się szybciej obudzić. Chciałabym w takim sztyfcie krem do całej twarzy:) 
To tyle u mnie, idę wyciągnąć pranie z pralki, a Wam życzę miłego weekendu!