niedziela, 10 kwietnia 2016

ulubieńcy marca

Z dużym poślizgiem, spowodowanym przeprowadzką, brakiem czasu i zepsutym laptopem zapraszam na ulubieńców minionego miesiąca.


Zacznę od produktu, który najbardziej mnie zaskoczył - eeste lauder advanced night repair eye. Ten krem zbiera różne opinie, zwykle jednak mało pozytywne. Na stronie Douglas możemy przeczytać m.in, że: Ten jedwabisty krem-żel pomaga znacząco zmniejszyć widoczność wszystkich kluczowych oznak starzenia się wrażliwej skóry wokół oczu: drobnych linii, zmarszczek, opuchnięć, cieni pod oczami, przesuszenia skóry czy nierównomiernego kolorytu. 


Stosuję ten krem od miesiąca, kupiłam go na promocji w Douglasie za chyba 39 zł w zestawie z mini korektorem z serii double wear. Mój egzemplarz ma pojemność 5 ml, przez ten czas nie zużyłam jeszcze nawet połowy więc wydajność oceniam zdecydowanie na plus. Krem ma przyjemną kremowo-żelową konsystencję, po nałożeniu tworzy lekko wyczuwalną okluzyjną warstwę na skórze. Bardzo mi się to podoba. Poza tym nie podrażnia moich wrażliwych oczu, bardzo dobrze nawilża (nie stosuję już kremu pod oczy na dzień), uelastycznia i lekko wygładza skórę. 
Jedyne czego nie zrobił to w żaden sposób nie rozjaśnił moich zasinień pod oczami, ale uważam, że żaden krem nie może tego zrobić. Jestem z jego działania bardzo zadowolona i sięgam po niego wieczorem z ogromną przyjemnością. 
Moim zdaniem jedynym minusem tego kremu jest jego cena, ok. 250 zł za 15 ml.
Skusiłam się też ostatnio na całonocną maskę Origins Drink Up Intensive. Maska jest zapakowana w miękką, plastikową tubkę o pojemności 100 ml i w promocji zapłaciłam za nią 80 zł, nadal uważam, że to jest dużo, ale szukałam właśnie maski, którą można nałożyć na twarz na całą noc zamiast kremu. Znalazła się w ulubieńcach, więc jak łatwo się domyślić działa bardzo dobrze. Ma przyjemny brzoskwiniowy zapach, bezproblemowo aplikuje się na twarz, jest taka kremowo-półprzezroczysta więc absolutnie nie brudzi poduszki, nie spływa też z twarzy. Rano po przebudzeniu zmywam skórę płynem micelarnym i gotowe. Maska bardzo dobrze nawilża i odżywia, a na takim efekcie mi właśnie zależało. Cera ma ujednolicony koloryt, jest sprężysta, gładka i taka wypoczęta. Po zastosowaniu tej maski makijaż wygląda bardzo ładnie. 


Naszło mnie ostatnio na peeling mechaniczny. Wiem, że peelingi enzymatyczne są lepsze w działaniu i planuję sobie kupić coś takiego z owocowymi enzymami, ale jakoś po tej zimie miałam ochotę na mocniejsze, manualne ścieranie. Clinique 7 day scrub cream stosuję przede wszystkim na strefę T, zwłaszcza na czoło, na którym zawsze mam najwięcej suchych skórek. Peeling ma kremową konsystencję, w której są zatopione bardzo drobne, ale ostre drobinki ścierne. Producent uważa, że można go stosować codziennie, dla mnie to stanowczo za często, ale stosowany raz, dwa razy w tygodniu daje bardzo dobre rezultaty. Tworzy bardzo dobrą parę z maską z Origins. 
Na koniec sole do kąpieli z Isany. Uwielbiam, kosztują ok 2 zł i jest to mój ulubiony produkt do kąpieli w wannie. Sole bardzo ładnie pachną, w zależności od wariantu barwią wodę na różne kolory (na niebiesko, fioletowo, pomarańczowo) i szybko się rozpuszczają. Nie ma nic gorszego niż sól, która nie chce do końca się rozpuścić i podczas kąpieli kuje w tyłek:) Wypróbowałam wszystkie dostepne warianty, ale moje ulubione to: fiołek i koniczyna oraz lawenda i wanilia. Po kąpieli skóra jest leciutko nawilżona, nie jest tłusta i można użyć balsamu. Podoba mi się to, że sole absolutnie nie przesuszają skóry. 


To już wszyscy moi spóźnieni ulubieńcy. Co u Was się sprawdziło w marcu?
Spokojnej niedzieli! 

1 komentarz:

  1. Znam tylko te sole do kąpieli, a z pozostałych ulubieńców zaciekawiła mnie maska Origins, ostatnio głośno na blogach o kosmetykach tej marki :)

    OdpowiedzUsuń