sobota, 23 kwietnia 2016

zakupy - część 2 i ostatnia

Przyznaję, że ten miesiąc jest zupełną odwrotnością mojej zakupowej-kosmetycznej wstrzemięźliwości. Na swoje usprawiedliwienie powiem tylko tyle, że z pewnością te produkty się nie zmarnują i z radością je zużyję.  Część z nich już od kilkunastu dni używam. 


Może zacznijmy od moich sprawdzonych pewniaków - na cieplejsze miesiące jakoś mi się tak zachciało pięknie pachnących produktów z the body shop. Na początku miesiąca kupiłam duet o zniewalającym zapachu różowego grapefruita (jeśli jeszcze nie wąchałyście serdecznie zachęcam:). Żel pod prysznic 250 ml w cenie 14,90 zł przeceniony z 25,90 zł oraz masło o pojemności 200 ml w cenie 39,90 zł przecenione z zabójczej kwoty 69 zł. Generalnie podczas mojej wizyty niemal wszystko było w promocji, pani ekspedientka mi powiedziała, że całą stara szata graficzna jest właśnie wyprzedawana. Ciekawe jaka będzie nowa, ta dotychczasowa bardzo mi się podobała. 



Drugim duetem pod prysznic i do nawilżenia to kosmetyki z organique. Cukrowa peelingująca pianka do ciała o zapachu owocowego koktajlu bardzo przypadła mi do gustu i teraz najczęściej po nią sięgam. Pięknie pachnie, dobrze się pieni, jest wydajna i lekko peelinguje więc nadaje się do częstego stosowania. Jeśli macie tak jak ja suchą skórę wato przetestować. 
Kupiłam też balsam do ciała z masłem shea truskawka i agawa. Jak to pięknie pachnie! Uwielbiam. Poza tym ten produkt to oczywiście nie balsam, a mocno zbite masło z bardzo dobrym składem. Z pewnością jeszcze o nim wspomnę. Na próbę kupiłam opakowanie 200 ml.


Miałam wcześniej z vaseline produkt do ust z masłem kakaowym i byłam z tego produktu bardzo zadowolona, z ciekawości i miłości do róży sięgnęłam po kolejny balsam, ale z tego jestem mniej zadowolona. Wydaje mi się, że nie nawilża tak dobrze jak tamto. 


W czasie promocyjnego weekendu (zniżki z TwojegoStylu) kupiłam 3 produkty z golden rose: kremowy róż w sztyfcie nr 102 (to taka bezdrobinkowa brzoskwinia), kredkę do oczu nr 307 (piękny, głęboki kobalt, idealny na wiosnę, poza tym kredka jest miękka i dobrze napigmentowana) i krem bb w kolorze 01 light. 


Przy okazji jeszcze szybko wspomnę o produktach marki sephora (dzisiaj kupionych, ehhh). Z pewnością wiecie, że właśnie w tej perfumerii trwa promocja -40% na kolorówkę ich własnej marki. Jeśli przyniesiecie jedno puste opakowanie po kolorowym kosmetyku, możecie skorzystać z tej zniżki aż na 6 produktów, oczywiście jeśli przyniesiecie 2 promocja obejmuje 12 etc. Jeśli nie macie po drodze do sklepu stacjonarnego to w sklepie online też jest promocja -30%. 
Błyszczyki z serii ulta shine lip gel w cenie regularnej (45 zł) są moim zdaniem dość drogie, w niższej cenie 27 zł to co innego:) Najbardziej spodobał mi się kolor 03 natural look. To taka lekka brzoskwinia, z faktycznie bardzo mokrym wykończeniem. Kupiłam kolejną kredkę do oczu w kolorze 32 tango night (bardzo ciekawy produkt, w czarnej bazie są zatopione fioletowe drobinki i w zależności od światła kredka wygląda na czarną albo fioletową) i tusz do rzęs outrageous curl ulta black z bardzo małą szczoteczką, już jutro go użyję i jestem bardzo ciekawa jak się u mnie sprawdzi. Skusiłam się też na jeden produkt z pielęgnacji - różaną maskę do ust. Zaraz idę sobie robić wieczorne spa i na pewno jej użyję. 
Przy okazji dostałam kolejną próbkę podkładu Diorskin Forever, bardzo mi się podoba jak wygląda na twarzy, ale jego cena sprawia, że mimo super efektu mocno się zastanawiam.
To już wszystkie moje nowości, trochę tego jest. Tym samym ominę kolejne dni promocji w Rossmannie. 
A co Wam ostatnio wpadło nowego do kosmetyczki?
Miłego wieczoru! 

czwartek, 21 kwietnia 2016

też byłam w Rossmannie

Rossmanowskie promocje na kolorówkę dwa razy do roku dominują tematykę na blogach i yt. Też byłam na zakupach, jasne, że -49% to duża obniżka, ale nie dałam się zwariować, na początku kwietnia zrobiłam małe kolorówkowe zakupy, więc teraz ograniczyłam się tylko do jednego pudru i podkładu. 


Kupiłam puder bourjois healthy balance w kolorze 52 wanilla. Mam obecnie puder sypki z wibo, z którego nie jestem zbyt zadowolona, dlatego chcę go szybko skończyć i szukałam mu jakiegoś dobrego zastępstwa. Ten z bourjois ładnie pachnie, jest jasny, drobno zmielony i był zapieczętowany naklejką, którą dopiero ja ściągnęłam w domu. A to jak wiadomo na promocjach w Ross jest dość istotne:) 


Skusiłam się też na podkład, który już miałam (kupiłam go na poprzedniej promocji) i byłam z niego bardzo zadowolona. Astor skin match protect foundation w kolorze 103 porcelain. Wzięłam ten odcień już z myślą o wakacjach, teraz mam jeszcze dwa podkłady do wykończenia dlatego astora nawet nie otwieram. 
I to były już całe moja szalone zakupy z obowiązującej teraz przeceny na pudry, podkłady, korektory, róże i bronzery. Pozostałe kosmetyki mam w zadowalającej mnie ilości:)


Moje skórki są w opłakanym stanie - suche i pozadzierane. Nawilżam je teraz co wieczór, ale szukałam też czegoś co ułatwi mi ich przesuwanie z pazkoncia (nie jestem zwolennikiem wycinania). Czytałam wiele pozytywnych opinii o sally hansen instant cuticle remover więc ostatecznie właśnie na ten produkt się zdecydowałam i jestem bardzo ciekawa jak u mnie się sprawdzi. 
Przy okazji jeszcze Wam wspomnę, że niemal zawsze kupuję rossmannowskie wkłady do rolek do czyszczenia ubrań, Bardzo dobrze zbierają włosy, sierści i inne tego typu zanieczyszczenia z ubrań. 


Do koszyka włożyłam też sante musli bez dodatku cukru (opakowanie już rozciełam, ponieważ jadłam musli dzisiaj na śniadanie z jogurtem naturalnym, są pyszne!) i herbatę teekanee love o smaku granatu i brzoskwini. Wczoraj już ją sobie zrobiłam, smakuje mi. Jest słodka w zapachu i smaku.
To tyle, w kolejnych tygodniach promocji planuję zakup tylko jednego tuszu do rzęs.
Miłego dnia!

wtorek, 12 kwietnia 2016

Przyszłam sobie pogadać #5

W końcu nadszedł czas skreślenia jakieś pozycji z mojej noworocznej wish list. Sama sobie zrobiłam prezent i kupiłam srebrne kolczyki-skrzydełka z Lilou, Zdjęcie oczywiście nie oddaje ich uroku. Są delikatne, bardzo ładnie wyglądają na uchu i nadają się na każdą okazję. Oczywiście noszę je teraz codziennie. 


Podczas ostatniej wizyty w Rossmannie odkryłam najpiękniejszy zapach mydła, jaki kiedykolwiek wąchałam. Mydła z BBW mogą się schować:) Wiosenna limitowana edycja mydła do rąk z Isany pachnie ciastem z rabarbarem. Pięknie i wspaniale, ma taką kwaśną nutę, ale jest w nim też zdecydowanie coś słodkiego. Uwielbiam!


Kupiłam też nowe płatki kosmetyczne również z Isany. Są świetne, absolutnie się nie rozwarstwiają, nie zostawiają żadnych kawałków waty na twarzy. Są mocno 'zszyte', tanie i mają bardzo dobrą jakość. Jak mi się skończy to wielkie opakowanie (140 sztuk) to na pewno kupię kolejne.


Przy okazji wspomnę szybko o książce 'sekrety urody Koreanek - elementarz pielęgnacji'. Książka jest bardzo ładnie wydana, różowa i słodka, cieszy oko. Bardzo przyjemnie się czyta, musiałam ją sobie dawkować, żeby nie przeczytać jej w jeden wieczór. Może nie ma tutaj porad, które zrewolucjonizowałyby moją pielęgnację, ale przekonałam się, że za rzadko sięgam po maski i planuję to teraz nadrobić. Poza tym w książce jest sporo ciekawych informacji na temat podejścia do pielęgnacji cery w Korei, o tym, że mężczyźni też dbają o cerę, a całodzienne przebywanie w spa jest tam elementem kultury. 



Kupiłam też 'smakowitą Ellę'. Jakiś czas temu stwierdziłam, że jedząc dużo produktów z pszenicy czuję się źle, nie mam uczulenia na gluten, ale trochę poczytałam o jakości pszenicy i jestem przerażona. Nie jestem jakimś jedzeniowym freakiem, zdaję sobie sprawę z tego, że przetworzone produkty nie są zdrowe, nie planuję popadać w paranoję, ale chciałam zdecydowanie ograniczyć spożywanie pszenicznych produktów. Jakie było moje zdziwienie kiedy chciałam kupić makaron razowy i po przeczytaniu składu okazało się, że to mąka pszenna i barwnik. Kupiłam książkę Eli ze względu na to, że szukam przepisów na dobre i zdrowsze posiłki. Podoba mi się to jak książka jest wydana (twarda oprawa, ładne, estetyczne zdjęcia) i to, że są w niej przepisy do których używamy ogólnie dostępnych produktów. Szukanie jakiś dziwnych składników zawsze mnie zniechęca:)

niedziela, 10 kwietnia 2016

ulubieńcy marca

Z dużym poślizgiem, spowodowanym przeprowadzką, brakiem czasu i zepsutym laptopem zapraszam na ulubieńców minionego miesiąca.


Zacznę od produktu, który najbardziej mnie zaskoczył - eeste lauder advanced night repair eye. Ten krem zbiera różne opinie, zwykle jednak mało pozytywne. Na stronie Douglas możemy przeczytać m.in, że: Ten jedwabisty krem-żel pomaga znacząco zmniejszyć widoczność wszystkich kluczowych oznak starzenia się wrażliwej skóry wokół oczu: drobnych linii, zmarszczek, opuchnięć, cieni pod oczami, przesuszenia skóry czy nierównomiernego kolorytu. 


Stosuję ten krem od miesiąca, kupiłam go na promocji w Douglasie za chyba 39 zł w zestawie z mini korektorem z serii double wear. Mój egzemplarz ma pojemność 5 ml, przez ten czas nie zużyłam jeszcze nawet połowy więc wydajność oceniam zdecydowanie na plus. Krem ma przyjemną kremowo-żelową konsystencję, po nałożeniu tworzy lekko wyczuwalną okluzyjną warstwę na skórze. Bardzo mi się to podoba. Poza tym nie podrażnia moich wrażliwych oczu, bardzo dobrze nawilża (nie stosuję już kremu pod oczy na dzień), uelastycznia i lekko wygładza skórę. 
Jedyne czego nie zrobił to w żaden sposób nie rozjaśnił moich zasinień pod oczami, ale uważam, że żaden krem nie może tego zrobić. Jestem z jego działania bardzo zadowolona i sięgam po niego wieczorem z ogromną przyjemnością. 
Moim zdaniem jedynym minusem tego kremu jest jego cena, ok. 250 zł za 15 ml.
Skusiłam się też ostatnio na całonocną maskę Origins Drink Up Intensive. Maska jest zapakowana w miękką, plastikową tubkę o pojemności 100 ml i w promocji zapłaciłam za nią 80 zł, nadal uważam, że to jest dużo, ale szukałam właśnie maski, którą można nałożyć na twarz na całą noc zamiast kremu. Znalazła się w ulubieńcach, więc jak łatwo się domyślić działa bardzo dobrze. Ma przyjemny brzoskwiniowy zapach, bezproblemowo aplikuje się na twarz, jest taka kremowo-półprzezroczysta więc absolutnie nie brudzi poduszki, nie spływa też z twarzy. Rano po przebudzeniu zmywam skórę płynem micelarnym i gotowe. Maska bardzo dobrze nawilża i odżywia, a na takim efekcie mi właśnie zależało. Cera ma ujednolicony koloryt, jest sprężysta, gładka i taka wypoczęta. Po zastosowaniu tej maski makijaż wygląda bardzo ładnie. 


Naszło mnie ostatnio na peeling mechaniczny. Wiem, że peelingi enzymatyczne są lepsze w działaniu i planuję sobie kupić coś takiego z owocowymi enzymami, ale jakoś po tej zimie miałam ochotę na mocniejsze, manualne ścieranie. Clinique 7 day scrub cream stosuję przede wszystkim na strefę T, zwłaszcza na czoło, na którym zawsze mam najwięcej suchych skórek. Peeling ma kremową konsystencję, w której są zatopione bardzo drobne, ale ostre drobinki ścierne. Producent uważa, że można go stosować codziennie, dla mnie to stanowczo za często, ale stosowany raz, dwa razy w tygodniu daje bardzo dobre rezultaty. Tworzy bardzo dobrą parę z maską z Origins. 
Na koniec sole do kąpieli z Isany. Uwielbiam, kosztują ok 2 zł i jest to mój ulubiony produkt do kąpieli w wannie. Sole bardzo ładnie pachną, w zależności od wariantu barwią wodę na różne kolory (na niebiesko, fioletowo, pomarańczowo) i szybko się rozpuszczają. Nie ma nic gorszego niż sól, która nie chce do końca się rozpuścić i podczas kąpieli kuje w tyłek:) Wypróbowałam wszystkie dostepne warianty, ale moje ulubione to: fiołek i koniczyna oraz lawenda i wanilia. Po kąpieli skóra jest leciutko nawilżona, nie jest tłusta i można użyć balsamu. Podoba mi się to, że sole absolutnie nie przesuszają skóry. 


To już wszyscy moi spóźnieni ulubieńcy. Co u Was się sprawdziło w marcu?
Spokojnej niedzieli! 

wtorek, 5 kwietnia 2016

blogowa nieobecność

Jeśli śledzicie mnie na instagramie to wiecie, że zupełnie spontanicznie na początku miesiąca zmieniliśmy mieszkanie, na dużo większe, widniejsze i generalnie ładniejsze. Rzeczy przewiezione, kartony rozpakowane, ale internet będzie dopiero w piątek. Z tego też powodu nie pojawia się na blogu nic nowego. A mam jeszcze w zanadrzu bardzo ciekawych ulubieńców marca, obecnie używaną kolorówkę i nowości jakie mi ostatnio wpadły do kosmetyczki. 
Pogoda sprzyja działaniu i nie mogę się doczekać, aż w końcu normalnie będę mogła usiąść i coś napisać. Do piątku jednak trwa mój internetowy odwyk:)
Aktualnie jestem też trochę zmęczona i czekam tylko na chwilę kiedy będę mogła położyć się i poczytać. 
Żeby nie wrzucać posta tak zupełnie bez zdjęć pokarzę Wam moją nową toaletkę (i centrum dowodzenia:) z Ikea:


Trochę było pracy przy jej składaniu, ale efekt bardzo, bardzo mi się podoba.
Tyle u mnie. Byle do piątku!