wtorek, 15 marca 2016

maskary z covergirl

Wiedziałam, że moja dobra passa do tuszy prędzej czy później się skończy, stało się to jednak zupełnie nieoczekiwanie:) 


O maskarze lushblast volume słyszałam same pozytywne opinie, spodziewałam się wiele - objętości, rozdzielenia, ładnego podkreślenia rzęs. 
Kiedy dostałam ją aż z Kanady nie mogłam się doczekać aż zacznę jej używać. Pierwsze wrażenie było bardzo słabe, tusz był rzadki, wcale nie było go widać na rzęsach, nałożenie drugiej warstwy nie poprawiało sytuacji. Kiedy poszłam do pracy tak pomalowana koleżanka mi powiedziała, że chyba zapomniałam nałożyć tusz bo wcale nie widać mi oczu. Cóż, stwierdziłam, że trochę poczekam aż tusz podeschnie, po dwóch tygodniach efekt nadal był taki sam, a jak już w końcu tusz trochę wysechł to zaczął mi strasznie sklejać rzęsy. Już po pierwszej warstwie zamiast rozdzielonych rzęs miałam cztery pajęcze nóżki. Poza tym tusz długo schnie, trzeba sporo czasu, żeby przestał się odbijać na powiece.  


Nie mogę powiedzieć o tym tuszu niczego dobrego: zero rozdzielenia, zero objętości. Odnoszę wrażenie, że tylko u mnie się ten tusz nie sprawdził. Lushblast ma dość sporą silikonową szczoteczkę z krótkimi włoskami, zwykle takie szczotki dobrze współgrają z moimi krótkimi rzęsami. 
Miałam jeszcze jedną maskarę z tej samej marki - the super sizer i co najgorsze ona działała u mnie w ten sam sposób. Chociaż miała zupełnie inną szczoteczkę - małą, z włoskami o różnej długości efekt na rzęsach był początkowo tak samo mizerny jak w przypadku wersji w pomarańczowym opakowaniu. Producent obiecuje 400% objętości od jednego kącika oka do drugiego, dla lepszego efektu można obracać szczoteczką. Nie działa, męczyłam się z tymi tuszami dwa miesiące, nawinie sądząc, że coś się zmieni. Niestety, najpierw zero podkreślenia, jakbym nic na rzęsach nie miała, a po jakimś czasie posklejane, smutne strączki. 



Testowałam dwa różne tusze, z innymi szczoteczkami, zdecydowanie coś w formule covergirl nie jest dla mnie. Z jednej strony spore rozczarowanie, z drugiej w sumie nie jest tak źle. Gdyby się u mnie idealnie sprawdzały musiałabym się postarać, żeby je kupić, a teraz ze spokojem mogę wrócić do tuszy z maybelline, które sprawdzają się u mnie najlepiej. 

2 komentarze:

  1. Od dawna miałam ochotę wypróbować tusze Covergirl, ale ze względu na utrudnioną dostępność pozostaję przy maskarach dostępnych w naszych drogeriach :) Tym razem ewidentnie niewiele tracę :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja mam już swój tusz numer jeden:)

    OdpowiedzUsuń