poniedziałek, 28 marca 2016

a w marcu

Miałam trochę wolnego czasu i postanowiłam spróbować kolorowanek dla dorosłych. Zawsze mi się wydawało, że to raczej nie jest zajęcie dla mnie, że bym się przy tym tylko nudziła i marnowała czas, ostatecznie mój chłopak mnie namówił, w empiku kupiłam 365 dni bez stresu (można chociaż pomarzyć). Zdecydowałam się akurat na tę kolorowankę ponieważ obrazki są w niej dość małe (a myślałam, że takie mniejsze to może faktycznie pokoloruje, bo na te duże z pewnością brakłoby mi czasu i chęci) i ma cytaty, a ja cytaty i różnego rodzaju 'złote myśli' bardzo lubię. 



Muszę Wam powiedzieć, że chociaż początkowo byłam negatywnie nastawiona i raczej temu pomysłowi niechętna, to okazało się, że takie kolorowanie faktycznie trochę odpręża i relaksuje. Jak zawsze moja praktyczna natura zwyciężyła i koloruję przy okazji robienia czegoś innego - np. przesłuchuję nową płytę, słucham jakieś audycji w radio etc. 
Pozostając przy papierniczych sprawach koniecznie muszę Wam pokazać notatnik w ptaki. Kupiłam go na dawanda.pl, od razu zaznaczam, że samego serwisu nie lubię i nic więcej tam nie kupię. Fajnie, że zrzeszają różnych twórców, ale ostatecznie przy kupowaniu kilku przedmiotów od różnych osób za każdą przesyłkę płaci się osobno. Długo czekałam na zaksięgowanie przelewu i na paczkę. 




Sam notatnik jest został wykonany w Finlandii, a nie w Chinach. Jest szyty, w twardej oprawie, faktycznie widać, że był zrobiony z dużą dbałością. Design okładki bardzo mi się podoba. Zeszyt ma grube kartki w linie i służy mi do zapisywania niemal wszystkiego. Notuję tutaj pomysły na wpisy na blogu, listę książek do przeczytania, cele na ten rok, filmy do obejrzenia, generalnie wszystko to, co wpadnie mi do głowy i nie chcę o tym zapomnieć. Żeby trochę sobie te notatki urozmaicić kupiłam różne naklejki w Tigerze, kosztowały ok. złotówki.
Przed świętami kupiłam wedlowskie ptasie mleczko - biała czekolada z nadzieniem o smaku truskawkowego koktajlu. Jakie to jest pyszne! Od czasu do czasu można sobie pozwolić:) to, co prawda edycja limitowana, ale na pewno można je jeszcze dostać.



Jak zawsze jakaś herbata musi się tutaj znaleźć. Co poradzić, uwielbiam i piję herbatę codziennie. Lubię też mieć wybór. Idzie wiosna i mam ochotę na bardziej owocowe i delikatne smaki. Zielona herbata z tesco granat i wiśnia, pachnie pięknie, ma dobry skład i faktycznie smakuje wiśnią. Natomiast irving herbata biala poziomka z mandarynką to mój zdecydowany faworyt. Jest delikatna i świeża. Pachnie słodką poziomką i jest bardzo smaczna.


Jak wspominałam na początku miałam trochę wolnego czasu, dlatego mogłam nadrobić serialowe zaległości i w końcu obejrzałam 5 sezon Suits. Początkowo byłam trochę rozczarowana, myślałam sobie - znowu ta sama fabuła, ale w połowie sezonu następuje dość zaskakujący zwrot akcji. Ogólnie lubię amerykańskie, prawnicze seriale. Jedynym polskim serialem, który obecnie oglądam są Przyjaciółki. Podoba mi się to, że akcja nie jest mocno przesłodzona, są w niej jakieś elementy z prawdziwego życia. 


W końcu udało nam się iść do kina na Deadpool. Sama jestem zaskoczona tym jak mi się ten film podobał. Chamski, przewidywalny, a jednocześnie niesamowicie śmieszny humor. Przełamanie czwartej ściany, generalnie świetna rozrywka. Jeśli jeszcze nie oglądałyście, albo tak jak ja nie lubicie filmów o superbohaterach Marvela, ten akurat zdecydowanie warto zobaczyć. Zapewniam Was, że jest zupełnie inny niż reszta tego typu filmów. 

Most szpiegów to z kolei bardzo dobre kino sensacyjne. Akcja toczy się szybko, może jest trochę przewidywalna, ale dla bardzo dobrej gry aktorskiej Toma Hanksa warto film zobaczyć. 
Pokój którym wiele osób się zachwyca dla mnie był rozczarowaniem. Czytałam książkę i muszę przyznać, że film jest wierną ekranizacją, ale jest dla mnie jakiś taki niespójny. Jest w nim też wiele odniesień do książki, które nie są wyjaśnione i widzowie, którzy jej nie przeczytali nie do końca będą wiedzieć o co chodzi. Spodziewałam się czegoś lepszego. 


Na koniec mój najnowszy zakup - chusta ze Stradivariusa. Już ją noszę, jest idealna na wiosnę, będzie pasowała do białych, różowych, granatowych, szarych i niebieskich ubrań. Ma frędzle, jest dość duża, ale miękka i lejąca, przez co bardzo dobrze się układa. Ładnie wygląda zawiązana blisko szyi albo puszczona luźno wzdłuż ciała. Pasuje do parki i dżinsowej kurtki. Niestety jest w poliestru, ale tak mi się spodobała, że nie mogłam jej sobie odmówić. Widziałam, że w sklepie online jeszcze jest. Kosztowała ok 46 zł.
Tyle działo się u mnie w marcu, już nie mogę się doczekać ciepłej, wiosennej pogody za oknem. Dzisiaj jest pierwszy taki dzień i zaraz zabieram Janusza na długi spacer.
Takie poniedziałki to ja lubię:) 

piątek, 25 marca 2016

najpiękniejszy w kosmetyczce

Generalnie nigdy nie byłam ogromną fanką rozświetlaczy, moim zdaniem dopiero od niedawna w ofercie drogeryjnej są ciekawe produkty tego typu. Jeszcze kilka lat wcześniej to były produkty napakowane brokatem i świecące się na kilometr, nie mające się nijak do tego, co teraz nazywamy rozświetlaczem.


Do tej pory miałam tylko dwa tego typu produkty, jeden jeszcze na studiach, a drugi to słynny różowy rozświetlacz z MUA. Nie planowałam nowego zakupu aż na filmiku Call Me Blondieee zobaczyłam MAC mineralize skinfinish w kolorze Lightscapade. 
Bardzo mi się spodobał, stwierdziłam, że to może być TO, czyli delikatne, bezdrobinkowe rozświetlenie. Obejrzałam masę swatchy w internecie, jednak cena 126 zł sprawiała, że wolałam go nie zamawiać online. Podczas pobytu w Poznaniu poszłam do MAC'a z postanowieniem, że chcę tylko zobaczyć ten kosmetyk na żywo. I wtedy przepadłam:) I oczywiście wróciłam do domu z tym rozświetlaczem. 


Mamy tutaj aż 10 gramów, bardzo drobno zmielonego, mineralnego pudru. W środku kosmetyk przypomina mi trochę kamień, w jasnozłotej bazie mamy żyłki innych kolorów: niebieskiego, pomarańczowego, różowego. 
Całość tworzy na twarzy efekt widocznego, ale zdrowego i naturalnego rozświetlenia. Nie miałam wcześniej rozświetlacza, który jednocześnia dawałby zauważalny i naturalne efekt. Nie ma tutaj żądnych drobinek, ani widocznego koloru tylko samo rozświetlenie. Moim zdaniem przez ten miks kolorów, będzie się nadawał zarówno do ciepłych jak i chłodnych odcieni skóry. 
Jest bardzo łatwy w aplikacji, nakładam go większym pędzlem do oczu i lekko rozcieram. Podczas nakładania palcami moim zdaniem traci trochę na pigmentacji i efekt jest jeszcze delikatniejszy. Trzeba tutaj dodać, że pyli podczas używania pędzla, mnie to wcale nie przeszkadza.


Odkąd go kupiłam używam codziennie, teraz bez niego makijaż jest dla mnie niekompletny. W porównaniu do innych produktów dostępnych np. w drogeriach jego cena jest dość wysoka, ale biorąc pod uwagę wspaniały efekt i jego niesamowitą wydajność jest wart każdej złotówki na niego wydanej. Poza tym jest wydajny i ma dużą gramaturę, myślę, że spokojnie przez pięć lat będę go używać. 
Lightscapade spełnia wszystkie moje wymaganie i nie szukam już innego rozświetlacza. Uwielbiam ten produkt i uważam, że jest trochę niedoceniany. Moim zdaniem dla osób z jasną cerą sprawdzi się lepiej niż słynny soft and gentle. 
Co o nim sądzicie? Jakie są Wasze ulubione rozświetlacze?

sobota, 19 marca 2016

wiosenne zapachy

Jak wiecie nowe zapachy kupuję bardzo rzadko, generalnie nie mam wielu perfum, nie lubię być za bardzo przytłoczona ilością. Poza tym perfumy do najtańszych kosmetyków nie należą, a znam siebie i wiem, że nie zużyłabym dziesięciu różnych flakonów. Poza tym, co Wam dzisiaj pokarzę mam jeszcze tylko kokosową mgiełkę z Yves Rocher i Eternity CK.


Zwykle nie mam ochoty na nic nowego, ale w lutym, chyba już z tej tęsknoty za wiosną chciałam czegoś innego, jakieś zapachowej odmiany. Od początku roku chodziły mi po głowie Manifesto z YSL, jak w opakowaniu pachną pięknie, tak na mnie wybija się jakaś mydlana nuta i oczywiście po tym jak ich użyłam na sobie bolała mnie głowa więc już wiedziałam, że to perfumy nie dla mnie. 
Przy innej wizycie w Douglasie przetestowałam Acqua di Gioia Giorgio Armani i od razu się zakochałam. To bardzo świeży zapach, moim zdaniem czuć po nim że jest zielony, taki rześki. Oczywiście jest to zapach kwiatowy, bo praktycznie tylko takie mi się podobają.
Dostałam go w prezencie od mojego chłopaka i teraz najczęściej po niego sięgam. Wiem, że to nie jest najnowszy zapach, ani jakoś bardziej popularny, ale moim zdaniem to zalety. Nie lubię używać perfum, którymi pachnie wiele kobiet, tak było kiedyś np. z zielonym jabłuszkiem z DKNY. 


Acqua di Gioia jest zapachem, który na mnie utrzymuje się cały dzień, a np. na szaliku jeszcze dłużej. Nie jest jednak agresywny, tylko taki trzymający się przy skórze. Nie wiem jak Wy, ale ja bardzo coś takiego lubię. Uważam, że jest coś zmysłowego w zapachach, które czuć tylko blisko, a nie na cały pokój.
Podstawa to cedr i cukier. Nuty serca: piwonia, różowy pieprz, jaśmin (uwielbiam jaśmin!). Nuty głowy: cytryna z Amalfii, mięta. 
O DKNY Pure a drope of rose już pisałam na blogu (klik), zimą po nie nie sięgałam, teraz znów do nich wróciłam i cóż, uwielbiam ten zapach. To świeżo ścięte kwiaty, jest tutaj też taka trawiasta nuta. Jeśli odstraszają Was różane wonie i tak warto powąchać DKNY, wcale nie są ciężkie ani pudrowe. Przeciwnie to lekki, delikatny zapach, idealny na wiosnę i lato. Nigdzie nie mogłam znaleźć podziału na nuty głowy i serca, natomiast w tym zapachu mamy m.in: cedr, czarną porzeczkę, imbir, lilię wodną, białą nektarynkę i oczywiście różę. 


Na sam koniec podróż sentymentalna. poznałam ten zapach dzięki mojej przyjaciółce, używałam go w liceum i na studiach. Lubię do nich wracać i uważam, że to trochę niedoceniany zapach. 
W Sunflowers Elizabeth Arden podstawą jest mech i drzewo sandałowe. Nuta serca to herbata i jaśmin (tak, znowu jaśmin). Nuta głowy melon i brzoskwinia. Trzeba przyznać, że skład tych perfum, przynajmniej dla mnie jest bardzo zachęcający. Poza tym Słoneczniki są relatywnie bardzo dostępne cenowo. Dla mnie jest to owocowo-kwiatowy, trochę słodki i bardzo interesujący zapach. Jeszcze nie spotkałam innego kosmetyku, który pachniałby podobnie. 
A jakie zapachy Wy wybieracie na wiosnę?
Miłego weekendu.

wtorek, 15 marca 2016

maskary z covergirl

Wiedziałam, że moja dobra passa do tuszy prędzej czy później się skończy, stało się to jednak zupełnie nieoczekiwanie:) 


O maskarze lushblast volume słyszałam same pozytywne opinie, spodziewałam się wiele - objętości, rozdzielenia, ładnego podkreślenia rzęs. 
Kiedy dostałam ją aż z Kanady nie mogłam się doczekać aż zacznę jej używać. Pierwsze wrażenie było bardzo słabe, tusz był rzadki, wcale nie było go widać na rzęsach, nałożenie drugiej warstwy nie poprawiało sytuacji. Kiedy poszłam do pracy tak pomalowana koleżanka mi powiedziała, że chyba zapomniałam nałożyć tusz bo wcale nie widać mi oczu. Cóż, stwierdziłam, że trochę poczekam aż tusz podeschnie, po dwóch tygodniach efekt nadal był taki sam, a jak już w końcu tusz trochę wysechł to zaczął mi strasznie sklejać rzęsy. Już po pierwszej warstwie zamiast rozdzielonych rzęs miałam cztery pajęcze nóżki. Poza tym tusz długo schnie, trzeba sporo czasu, żeby przestał się odbijać na powiece.  


Nie mogę powiedzieć o tym tuszu niczego dobrego: zero rozdzielenia, zero objętości. Odnoszę wrażenie, że tylko u mnie się ten tusz nie sprawdził. Lushblast ma dość sporą silikonową szczoteczkę z krótkimi włoskami, zwykle takie szczotki dobrze współgrają z moimi krótkimi rzęsami. 
Miałam jeszcze jedną maskarę z tej samej marki - the super sizer i co najgorsze ona działała u mnie w ten sam sposób. Chociaż miała zupełnie inną szczoteczkę - małą, z włoskami o różnej długości efekt na rzęsach był początkowo tak samo mizerny jak w przypadku wersji w pomarańczowym opakowaniu. Producent obiecuje 400% objętości od jednego kącika oka do drugiego, dla lepszego efektu można obracać szczoteczką. Nie działa, męczyłam się z tymi tuszami dwa miesiące, nawinie sądząc, że coś się zmieni. Niestety, najpierw zero podkreślenia, jakbym nic na rzęsach nie miała, a po jakimś czasie posklejane, smutne strączki. 



Testowałam dwa różne tusze, z innymi szczoteczkami, zdecydowanie coś w formule covergirl nie jest dla mnie. Z jednej strony spore rozczarowanie, z drugiej w sumie nie jest tak źle. Gdyby się u mnie idealnie sprawdzały musiałabym się postarać, żeby je kupić, a teraz ze spokojem mogę wrócić do tuszy z maybelline, które sprawdzają się u mnie najlepiej. 

piątek, 11 marca 2016

Pod prysznicem

Mam już ochotę na typowo wiosenne, kwiatowe zapachy. Sięgnęłam po żel pod prysznic świeża róża z yves rocher i jestem zachwycona. To zapach ściętych kwiatów, przyjemnie orzeźwiający, owszem czuć tutaj różę, ale absolutnie nie jest to zapach przytłaczający czy pudrowy. Jest bardzo podobny do perfum DKNY pure drop of rose. Stanowią bardzo zgrany duet.


Poza tym żel ma SLS więc bardzo dobrze się pieni, trochę przesusza, ale i tak zawsze po prysznicu stosuję balsam więc nie jest to dla mnie wielkim problemem. Zapach i wydajność zdecydowanie na plus. Jeśli lubicie różane kosmetyki warto kupić ten żel.
Pozostając przy yves rocher kupiłam ostatnio szampon przywracający blask z wyciągiem z nagietka. Producent obiecuje włosy zdrowe, miękkie, gładkie i błyszczące. Wszystko się zgadza, faktycznie po użyciu szamponu włosy wyglądają bardzo dobrze, są sypkie, wygładzone i widać na nich połysk. Szampon dobrze się pieni, jest wydajny i działa zgodnie z zapewnieniami na opakowaniu. Ma tylko jeden, dla mnie dość znaczący minus - obciąża włosy. Zwykle myję włosy co drugi dzień, po tym szamponie nadają się do mycia już następnego dnia. Sięgam po niego kiedy zależy mi na tym, żeby moje włosy dobrze wyglądały, ale przez to obciążenie zdecydowanie nie nadaje się do częstego używania. Pewnie lepiej by się sprawdził na włosach suchych.


Ostatnio wykonuję demakijaż w ten sposób, że pierwszą warstwę makijażu rozpuszczam i usuwam olejkiem, a następnie ponownie myję twarz żelem. Daily energizer cleansing gel sprawdza się bardzo dobrze, robi to, co ma robić czyli myje twarz, dobrze się pieni, nie podrażnia i ładnie pachnie. Miniaturka 30 ml była dołączona do świątecznego zestawu razem z kremem i mini-tonikiem z tej samej serii. Uważam, że na rynku jest wiele dobrych żeli i nie ma sensu przepłacać za tego typu kosmetyk i tylko z tego powodu nie kupię pełnowymiarowej wersji. 


Po pozytywnych recenzjach kupiłam w Rossmannie żel do mycia twarzy i demakijażu oczu z serii Isana Young. Żel przyjemnie pachnie, dobrze się pieni i faktycznie nadaje się do zmywania makijażu z oczu. na opakowaniu ma też informację, że jest wegański. 
Niestety bardzo podrażnił mi skórę, po aplikacji miałam na policzkach ciemnoczerwony, zaogniony rumień, co nie zdarzyło mi się już od dawna. Cały wieczór zmagałam się z piekącą, podrażnioną i bolącą twarzą. 
Zużyję go do demakijażu oczu albo mycia pędzli i gąbki ponieważ boję się ponownie użyć tego żelu na całą twarz. Jak wiadomo u każdego sprawdza się coś innego i chociaż myślałam, że znajdę dobry, tani żel to niestety nie jest to produkt dla mnie. W sumie z moją cerą naczynkową nie ma się co dziwić, producent rekomenduje żel do skóry normalnej i mieszanej. 
Tyle u mnie, miłego weekendu!

wtorek, 8 marca 2016

Przyszłam sobie pogadać #4

Tęsknię już za wiosną, jednocześnie mam potrzebę zmian w mojej szafie, chciałabym kupić coś jasnego, lekkiego, z dobrym składem i nie udaje mi się to od dwóch tygodni. Wiem, że już o tym wspominałam, ale jakość ubrań jest coraz gorsza, widziałam ostatnio bluzę za 300 zł z poliestru. Wcale mi się to nie podoba, szukam ubrań z bawełny i wiskozy, ponieważ w takich tkaninach czuję się najbardziej komfortowo. Nie chcę na półce kolejnego t-shirtu, który po praniu będzie się nadawał tylko na szmatę do podłogi. Szukam też ubrań polskich firm, uszytych w Polsce, ale to już generalnie temat na inną rozmowę. Łatwo nie jest. 


Ciepła pogoda i dłuższe dni sprawiają, że mam lepszy humor i więcej energii. W lutym wróciłam do regularnego szczotkowania ciała na sucho. Wiem, że wiele osób zaleca żeby taki masaż wykonywać rano, ale zwykle nie mam na to wtedy czasu, natomiast wieczorem codziennie sięgam po szczotkę. Początkowo średnio to lubiłam, ale z czasem tak się przyzwyczaiłam, że teraz jest to dla mnie przyjemność. Mam szczotkę z rossmanna (za ok. 13 zł, już nie pamiętam) i bardzo dobrze mi służy.



Przez bardzo długi czas używałam do rąk mydeł w płynie, ostatnio chciałam jakieś zmiany i po latach wróciłam do mydeł w kostce. Na pierwszy ogień wybrałam klasyczne dove i zdecydowanie nie był to dobry wybór. Kostka myjąca (bo przecież to nie zwykłe mydło:) niesamowicie przesuszyła mi dłonie. Miałam okropnie napiętą i ściągniętą skórę. Następnie kupiłam mydło z alterra, wersję z granatem. Pachnie pięknie, dobrze się pieni, ma naturalny skład, dobrze domywa dłonie (np. z podkładu, korektora) i wcale ich nie przesusza. Zapłaciłam za nie ok. 2 zł. Zdecydowanie na jednej sztuce się nie skończy. 


Korzystając z tego, że piszę do Was 8 marca chciałam nam wszystkim złożyć życzenia z okazji dnia kobiet. Radości, siły, energii, wiary w to, co się robi, więcej czasu dla siebie i spokoju! 


Tulipany dostałam dzisiaj rano, a sama sobie z tej okazji sprawiłam sobie mały prezent. W douglasie kupiłam zestaw miniatur z Estee Lauder, mamy tutaj kultowy krem advanced night repair eye oraz korektor double wear. Taki zestaw kosztuje 39 zł i myślę, że to dobry pomysł, żeby przetestować coś nowego. 

niedziela, 6 marca 2016

Ulubieńcy lutego

Z małym poślizgiem zapraszam na ulubieńców minionego miesiąca. 
Jak to często u mnie bywa nie ma żadnego produktu z kolorówki, powiem Wam, że jest jeden produkt, który mnie totalnie zachwycił, ale zasługuje na osobny wpis ponieważ coś czuję, że to nie będzie tylko jednomiesięczne zauroczenie:)


A tymczasem polecam Wam piankę do mycia ciała z Organique. Lawenda z cytryną pachnie przepięknie, świeżo i jakoś tak kojąco. Nawet jeśli nie przepadacie za wonią lawendy warto spróbować i powąchać. Poza tym pianka tworzy delikatną, kremową pianę, dobrze myje (wiadomo, to w sumie jej jedyne zadanie) i nie przesusza skóry. Bardzo przyjemny kosmetyk, zwłaszcza podczas wieczornego prysznica. Miałam wcześniej wersję pianki z drobinkami peelingującymi i też bardzo ją lubiłam, generalnie chcę przetestować więcej kosmetyków z Organique.


Bardzo się w tym miesiącu polubiłam z produktami z Clarins. Instant light lip comfort oil już Wam przedstawiłam w poście o produktach do ust (klik). Olejek w wersji 02 raspberry sprawdza się u mnie wspaniale, pielęgnuje usta, natłuszcza, nawilża i nadaje mocny połysk. Jeśli lubicie efekt błyszczącej tafli na ustach, a przy okazji zależy Wam na odżywieniu warto rozważyć zakup.
Daily energizer cream to bardzo dobry krem właśnie na taki okres jak teraz - końcówka zimy. Moja cera nie lubi tego czasu, jest poszarzała, miejscami sucha i wygląda na zmęczoną. Krem z clarins sprawia, że twarz wygląda po prostu lepiej, jest odżywiona, nawilżona i rozświetlona. Stosuję krem na tonik z tej samej serii i jestem bardzo zadowolona z rezultatów. 
Krem idealnie nadaje się pod makijaż, szybko się wchłania i nadaje skórze satynowe wykończenie. Można nakładać podkład praktycznie zaraz po aplikacji kremu. Bez problemu pogaduje się z różnymi podkładami. To dobry krem do codziennej, podstawowej pielęgnacji cery, faktycznie dodaje jej energii.


Lubię kremy do rąk które mają lekką konsystencję, ale dobrze nawilżają, szybko się wchłaniają i ładnie pachną. Wszystkie te wymagania spełnia migdałowy krem do rąk i paznokci z the body shop. Ma lekką, dość rzadką formułę, dobrze się aplikuje i niemal od razu można wszystkiego dotykać. Nie klei się, a na dłoniach pozostaje tylko przyjemny, słodki zapach migdałów. Poza tym podoba mi się opakowanie, przypomina mi tubkę farby.
Tyle u mnie, miłej niedzieli Wam życzę.