poniedziałek, 1 lutego 2016

nowości z kolorówki - puder, cień w kremie i róż

Tak jak ostatnio pisałam jakoś mnie naszło na makijaż. Choć jak wiecie zawsze byłam większą fanką pielęgnacji, a teraz proporcje bardzo się tutaj wyrównały:)


W listopadzie na promocji w Rossmannie kupiłam lirene city matt mineralny puder matujący 01 transparentny i zdecydowanie jest to najgorszy kosmetyk z tego zestawienia. Nie wiem co mnie naszło, że wrzuciłam go do koszyka. Zdecydowanie nie jest to puder mineralny, nie jest też transparentny. W opakowaniu ma malutkie drobinki, które zauważyłam dopiero w domu, na szczęście wcale ich na twarzy nie widać, ale kto pcha srebrny brokat do matującego produktu? Jak zawsze nie jestem w stanie stwierdzić jak produkt sprawdza się w kwestii matowienia ponieważ moja cera nie przetłuszcza się nadmiernie, a pudru używam żeby utrwalić podkład i jako bazy do roztarcia innych suchych produktów (bronzer, róż, rozświetlacz) 
Puder ma dość intensywny zapach, taki mydlany, kojarzy mi się z takimi najtańszymi, przeterminowanymi kosmetykami. Stosuję go od około 2 miesięcy, duże denko widać na zdjęciach. Bardzo pyli przy nakładaniu więc pewnie dlatego jest średnio wydajny. Puder ma pojemność 9 gram i w cenie regularnej kosztuje ok. 23 zł i uważam, że w tej cenie można kupić dużo lepszy produkt. Bardziej wydajny, bez drobinek, okropnego zapachu.


Na tej samej promocji do koszyka wrzuciłam maybelline color tatoo creamy mattes w kolorze creme de rose 91. Co tu dużo mówić - bardzo ten produkt lubię. Szybko się aplikuje, uważam, że najlepiej palcem ponieważ cień rozgrzewa się pod wpływem ciepła i dobrze łączy z powieką, ma na oku jednolitą fakturę, koryguje i ujednolica kolor powieki. Jest dość jasny i samodzielnie na oku wygląda bardzo naturalnie, niemalże jakby nic na powiece nie było, podoba mi się to i często tak maluję się do pracy. Cień doskonale nadaje się też jako baza pod inne produkty, trzeba tylko odczekać chwilę aż zaschnie ponieważ na takim mokrym produkcie cienie o suchej konsystencji nie rozcierają się dobrze, tylko tworzą plamy. Na color tatoo makijaż oka jest nie do zdarcia, a wiem co mówię bo miałam go na weselu i sylwestrze:) Jego regularna cena to ok 25 zł i zdecydowanie jest wart tych pieniędzy. Odkąd go kupiłam używam codziennie i na pewno jak mi się skończy kupię kolejne opakowanie, może w innym kolorze, podoba mi się jeszcze creme de nude. 

Na koniec nabytek z końca grudnia - róż down boy z the balm. Uważam, że jak za 9,9 g bardzo dobrego produktu cena ok. 60 zł jest jak najbardziej do zaakceptowania. Down boy to zgaszony bezdrobinkowy róż, który na policzkach nie wygląda na zupełny mat, ma w sobie taką lekką satynę. W zależności od tego na jaki podkład jest zaaplikowany utrzymuje się nawet cały dzień. 
Ładnie się rozciera, ale trzeba z nim uważać i nabierać małą ilość ponieważ jest mocno napigmentowany. Nałożony na policzki sprawia, że twarz staje się bardziej wyraźna i wygląda na zdrową i wypoczętą. Wiosną i latem wolę typowo ciepłe brzoskwiniowe róże, ale na zimę ten kolor bardzo mi odpowiada i pasuje do większości makijaży. 
Producent na opakowaniu zapewnia, że jest to nie tylko róż ale także cień do powiek. W tym temacie się nie wypowiem, nie testowałam. Róż jest zapakowany w śliczne kartonowe pudełeczko z lusterkiem i charakterystycznym dla the balm napisem so many men so little time. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz