niedziela, 28 lutego 2016

a w lutym

Spędziliśmy wspaniały weekend w Poznaniu. Jak wiele razy mówiłam, bardzo lubię takie krótkie wycieczki, to idealny sposób na to, żeby odpocząć, zrelaksować się i trochę rozpieścić. 
Pogoda bardzo nam dopisała, było bardzo wiosennie i słonecznie jak na luty.


Nie mieliśmy żadnego konkretnego planu, ostatecznie udało nam się m.in. pospacerować po rynku, zobaczyć wystawę w muzeum archeologicznym i iść do palmiarni (bardzo polecam!). 
Stolica wielkopolski bardzo nam się spodobała i z pewnością jeszcze tam wrócimy. 



Nie obyło się oczywiście bez śniadania w słynnej 'weranda cafe', jak nad innymi miejscami się nie zastanawiałam, tak od razu wiedziałam, że tę kawiarnię chce koniecznie odwiedzić. Wszystko było pyszne, obsługa bardzo sympatyczna, a wnętrze niebanalne i zachwycające. Aż nie chce się z werandy wychodzić. Na zakończenie tego rozpustnego weekendu zjedliśmy jeszcze wielkie lody w kawiarni Sowa. 



Były też małe zakupy. Magnes musi być. Do tego jeszcze najpiękniejszy rozświetlacz na świecie MAC landscape (zasłużył na osobny wpis i niedługo się takowy pojawi) i mini duo (kredka i maskara) z Este Lauder.

Jak zawsze muszę Wam jakąś herbatę zaprezentować, w lutym z ogromną chęcią sięgałam po herbatki z lidla o smaku pomarańczowym i owoców egzotycznych. Faktycznie nie tylko pachną, ale też smakują owocami i co dla mnie najważniejsze nie mają tego okropnego hibiskusa w składzie. 


Jakiś czas temu kupiłam tacę w Pepco, kosztowała 19,90 zł, są dostępne z różnymi napisami i w różnych wariantach kolorystycznych, ja zdecydowałam się na białą z napisem lovely home.
Uwielbiam ją, docelowo stoją na niej świeczniki, ale używam jej też czasem do śniadania albo do herbatki i czegoś słodkiego. 



W tym miesiącu obejrzałam dwa bardzo dobre filmy. 'Big short' to cała masa informacji w pigułce na temat światowego kryzysu z 2008 roku. Akcja toczy się niesamowicie szybko, czasem jest chaotyczna, ale bardzo wciągająca. Film jak to ostatnio bywa trwa ponad dwie godziny, ale wale tego nie czuć. Jest zabawny i ciekawy. Nie tylko dla ekonomistów i bankierów:)
Jeśli lubicie filmy Tarantino koniecznie musicie zobaczyć 'Nienawistną ósemkę'. Zastanawiałam się czy ten film będzie mi się podobał (nie przepadam za klimatami z westernu), poza tym wszyscy mnie ostrzegali, że pierwsza godzina bardzo się dłuży i raczej byłam przygotowana na coś średniego. Jednak okazało się, że film był świetny, wspaniałe zdjęcia, taka samo jak muzyka. Historia jak zawsze bardzo krwawa, ale z ciekawym twistem. Polecam!


To tyle u mnie. Życzę Wam spokojnego, niedzielnego popołudnia. 

środa, 24 lutego 2016

Przyszłam sobie pogadać #3

Mam dwa nowe produkty, które nie za bardzo miałam w jakim poście umieścić, dlatego stwierdziłam, że po prostu przyjdę sobie pogadać. Mam przejściowe problemy z moim laptopem, generalnie muszę stwierdzić, że samsung ativ book 9 od początku stwarzał mi problemy, przy włączaniu wywala mu blue screen'y, a teraz przestał się łączyć z internetem, muszę go oddać do serwisu.
Tym samym korzystając z wolnej chwili i laptopa mojego chłopaka opowiem Wam o całkiem ciekawej nowości z AA profesjonalny zabieg mezoterapia nawilżająca. 


Gdzieś czytałam pozytywną recenzję innego zabiegu z tej samej serii i stwierdziłam, że za 5,99 zł warto spróbować. Poza tym lubię testować produkty do domowego spa. 
Zdaniem producenta: to profesjonalny zabieg aktywnie nawilżający w 3 krokach do wykonania w domu. Poszczególne etapy programu zostały zainspirowane zabiegami stosowanymi w gabinetach kosmetycznych. Substancje aktywne dobrano specjalnie tak, aby zmaksymalizować ich synergiczne działanie. Efekt widoczny już po pierwszym zabiegu - skóra w pełni nawilżona, doskonale gładka i miękka w dotyku. 


Produkt jest przeznaczony dla skóry wrażliwej i skłonnej do alergii, mimo to obawiałam się czy mnie nie podrażni, ale nic takiego się nie stało. Po zabiegu skóra jest elastyczna, bardzo miękka, wygładzona i pozbawiona wszystkich suchych skórek. Efekt bardzo mi się podoba i z pewnością za jakiś czas ponownie sięgnę po ten produkt. Dostępne są jeszcze warianty: przeciwzmarszczkowy, antygrawitacyjny, rozjaśniający i wygładzający. Jest w czym wybierać. 


W tej samej drogerii kupiłam gąbkę do makijażu z firmy Donegal. Więcej informacji na opakowaniu nie ma, trzeba przyznać, że producent w tym przypadku zachował się bardzo skromnie, zero obietnic. Po tym jak używałam gąbki z ebelin bardzo spodobał mi się taki sposób aplikacji podkładu. I nadal wolę kupić tańszą gąbeczkę, ponieważ szybko się zużywają, brudzą i po prostu trzeba je wymienić. Ta kosztowała 15 zł. 
Gąbka ma standardowo kształt jajka z zaostrzonym czubkiem, oczywiście w kolorze różowym. Pierwsze wrażenie jest takie, że gąbka w dotyku jest bardzo zbita, twarda i dość mała, na szczęście po namoczeniu staje się bardziej miękka, elastyczna i zwiększa swoją objętość.
Wystarczy tylko kilka ruchów, żeby 'występlować' całą twarz. Gąbka sprawdza się bardzo dobrze, nie mogę jej porównać do beauty blendera, ale jak na moje potrzeby jest całkowicie odpowiednia. Nałożony podkład ładnie stapia się ze skórą i wygląda lekko i naturalnie. Nie ma żadnych smug.
Minus jest tylko taki, że początkowo podczas mycia gąbka farbuje wodę na różowo, nie jest też łatwo ją doczyścić, trzeba się trochę pomęczyć, a rano nie zawsze mam na to czas. 


Gąbka nie pije podkładu, nakładam nią tyle kosmetyku, co zawsze. Dobrze sprawdza się zarówno przy bardziej lekkich jak i cięższych formułach.
Reasumując za kilkanaście złotych kupiłam różowe jajko, z którego działania jestem bardzo zadowolona. Robi dobrze to, co ma robić. Podoba mi się efekt jaki uzyskuje na twarzy i chętnie po gąbkę z donegal sięgam. Jestem też ciekawa gąbki z real technics, ze względu na jej trochę inny kształt. Za jakiś czas na pewno się skuszę. 


Tyle u mnie, wracam pod koc z kawą i makaronikami z Lidla. Czytam właśnie 'sekrety urody Koreanek' i nie mogę się nadziwić jak ślicznie wydana jest ta książka. Słodsza od ciastek! 

niedziela, 21 lutego 2016

Produkty do ust

Miłość do produktów do ust trwa w najlepsze, stwierdziłam, że pokażę Wam czego aktualnie używam. Część to nowości, jest też jeden odgrzewany kotlet i produkt, którego używam cały czas tylko w innych smakach/zapachach.


Zacznę od produktu, który w kosmetyczce mam najdłużej - kredka z astora, wszystko już się z niej starło i musiałam przejrzeć bloga, żeby znaleźć jej oznaczenie -  009 burnt rose. Przez jakiś czas kredka leżała zapomniana, aż w końcu stwierdziłam, że została mi jej tak mniej-więcej połowa i trzeba ją zużyć. Sięgnęłam i nie mogłam się nadziwić jak to się stało, że ją tak rzuciłam w kąt. Kredka sunie gładko po ustach, nie podkreśla suchych skórek, a nawet trochę nawilża. Ma kolor cukierkowego różu, który sprawia, że twarz wygląda promiennie. Bardzo mi się podoba i używam jej z ogromną przyjemnością. 
Clarins natural lip perfector w kolorze 05 już był na blogu tak często jak żaden inny kosmetyk, ale nic nie poradzę, trzeba o nim tutaj wspomnieć ponieważ nadal sięgam po niego z tym samym entuzjazmem co na początku. Wygląda bardzo ładnie na ustach, pasuje do każdego makijażu, słodko pachnie i nawilża. Jest też bardzo wydajny, używam go i używam, a końca nie widać. Z pewnością za jakiś czas sięgnę po kolejny egzemplarz.



Pozostając przy produktach z clarins w lutym w Douglasie dostępne są w promocyjnej cenie 55 zł instant light lip comfort oil. Do wyboru mamy wersję miodową i malinową, zdecydowałam się na drugą opcje i pachnie świetnie. Jak lody z polewą malinową. Poza tym olejek ma genialny aplikator, dużą, miękką gąbeczkę. Nie daje praktycznie żadnego koloru, natomiast tworzy na ustach bardzo mocno błyszczącą taflę, ja lubię błyszczyki i taki efekt bardzo mi się podoba. Ma gęstą formułę, trochę się klei, jednal wcale mi to nie przeszkadza, lubię mieć go na ustach. Do tego nawilżą i pielęgnuje. 
Jakiś czas temu opublikowałam post o pielęgnacji ust (klik), od tego czasu zużyłam już te dwa masełka z eos i z the body shop. Bardzo często sięgam po pomadki/masełka do ust, tym samym zużywam te produkty niesamowicie szybko. Teraz wyciągnęłam z szafki eos'a w wersji z mleczkiem kokosowym. Niestety nie pachnie kokosem, a czymś słodko-mlecznym, nie nawilża też tak dobrze jak wersja miętowa. Zauważyłam, że w eosach stopień nawilżenia jest uzależniony od wersji smakowej/zapachowej, też tak uważacie?


Od jakiegoś czasu mam też w kosmetyczce dwie pomadki z MAC. Angel w wykończeniu frost to pomadka o trudnym do zdefiniowania kolorze, to taki nudo-róż, nie wygląda na ustach jak korektor, ale zdecydowanie nie jest dla każdego, kupiłam tą pomadkę trochę w ciemno na stronie Douglasa (akurat była promocja -20%) i podoba mi się jak na mnie wygląda, ale testowała ją też moja przyjaciółka i  jej ta pomadka zupełnie nie pasowała. Dlatego zdecydowanie polecam najpierw zapoznać się z nią na żywo.
Plumful z błyszczącym wykończeniem lustre to mój ogromny ulubieniec, to pomadka w kolorze zgaszonego różu z lekką domieszką fioletu, to taki 'lepszy kolor' naszych naturalnych ust. Można jej nasycenie stopniować, jest idealna dla brunetek.
Gdybym miała do końca życia używać tylko jednej pomadki bez wahania wybrałabym tę. Poważnie, nie mam innego produktu o aż tak twarzowym kolorze:) Jestem z pomadek mac zadowolona, podobają mi się ich unikatowe kolory, ich zapachy, łatwość aplikacji, estetyczne opakowania, jednak nie powiedziałabym, że mają powalającą trwałość. Pod tym względem są moim zdaniem przeciętne, utrzymują się na ustach mniej więcej tyle co pomadki z drogeryjnych półek.

sobota, 13 lutego 2016

Bo walentynki

W ubiegłym roku napisałam post o kosmetykach, dwa lata temu wspomniałam o filmach i książkach o miłości, teraz natomiast przyszłam sobie od tak pogadać. 


Kiedy czytałam posty z poprzednich lat doszłam do wniosku, że jednak sporo się zmieniło. Nadal nie uważam, że walentynki są najważniejszym świętem, ale mam do nich nieco cieplejszy stosunek niż wcześniej. Zauważyłam też, że marketing w tym roku jest jakiś taki mniej nachalny. Jedna czerwona półka w Rossmannie, dwie w Empiku i to praktycznie wszystko. Serduszka nie wysypują się z każdej witryny. My w tym roku zostajemy w domu, jakoś wolę gdzieś jechać/iść do kina/teatru/na kolację od tak bez okazji. 14 lutego zawsze w restauracjach i kinach są tłumy ludzi, ja za tym nie przepadam. 
Tak mi się jeszcze przypomniało, że nie rozumiem argumentu: 'nie obchodzę walentynek, uważam, że trzeba sobie okazywać miłość codziennie, a nie raz do roku', cóż myślę, że ludzie którzy nie okazują sobie uczuć na co dzień nie robią wyjątku na walentynki. 
Podoba mi się, że jest to kolejny powód, żeby się trochę rozpieścić:) Sama sobie zrobiłam prezent i kupiłam kolczyki z Yes, pasują do mojego łańcuszka. 


Przyszło mi też do głowy, że chętnie przeczytałabym ponownie 'dziennik Bridget Jones'. Wszystkie trzy części bardzo mi się podobały, czytając śmiałam się na głos. Mam to stare, pierwsze wydanie, chciałabym sobie kupić te z nowymi, białymi okładkami. I znowu pośmiać się z jej irracjonalnych przygód. 


Miłość jak wiadomo to bardzo powszechny motyw w popkulturze, często ckliwa, przesłodzona i przewidywalna aż do bólu. Jeśli macie ochotę posłuchać czegoś w trochę innej odsłonie polecam Wam 'nikt tak pięknie nie mówił, że się boi miłości' Pidżamy Porno, 'mimo wszystko' Hey i 'karmelove' Marceliny i Piotra Roguckiego.
Na koniec mały kosmetyczny akcent czyli moje walentynkowe paznokcie:)


Jakie są Wasze plany na jutro?

sobota, 6 lutego 2016

niechciej lista

To będzie zestawienie takie trochę na przekór. Rzeczy, którymi wiele dziewczyn się zachwyca, poleca i używa, a mnie jakoś zupełnie do nich nie ciągnie. 
Jajko beauty blender. Generalnie bardzo lubię nakładać podkład gąbeczką, taka metoda aplikacji sprawia, że produkt ładnie stapia się ze skórą i wygląda naturalnie. Nie twierdze, że beauty blender nie jest innowacyjny albo lepszy od innych jajek, czytałam o nim bardzo wiele pozytywnych opinii. Uważam jednak, że ok. 70 zł za gąbkę, która za kilka miesięcy będzie brudna, dziurawa i do wyrzucenia, to stanowczo za dużo. 
Siostry Lou. Może to być dla Was wielkie zaskoczenie, ale wcale mi się te rozświetlacze nie podobają. Mary-Lou Manizer jako jedyna jest dość jasna, ale i tak stanowczo zbyt złota i rzucająca się w oczy jak dla mnie. Cindy-Lou jest dla mnie za różowa, natomiast Betty tak ciemna i brązowa, że moim zdaniem wcale nie nadaje się dla dziewczyn w naszej szerokości geograficznej. Sięgając po rozświetlacz zawsze szukam czegoś mniej rzucającego się w oczy.


Pozostając przy temacie makijażu nie mam i nigdy nie miałam bazy pod podkład. Wolę nałożyć mniej niż więcej, uważam, że do codziennego makijażu baza jest po prostu zbędna. Nakładam nawilżający krem, na którym podkład dobrze się trzyma i tyle. Nie mam przetłuszczającej się cery i tak rozwiązanie bardzo dobrze się u mnie sprawdza, zaoszczędzając mi tym samym kupna kolejnego produktu:) 
Na koniec szczoteczka clarissonic. Ostatnio trochę mniej popularna, ale jeszcze kilka miesięcy temu była dosłownie wszędzie. Tutaj sytuacja wygląda podobnie jak w przypadku beauty blendera, doceniam innowacyjność clarissonica. Wierzę, że jest to bardzo przydatna rzecz, że dogłębnie oczyszcza i sprawia, że skóra tym samym wygląda lepiej, ale ta szczotka kosztuje 650 zł! A wymienny wkład ok. 100 zł. W cenie jednego takiego wkładu kupiłam swoją szczoteczkę z Shiseido, jest manualna więc z pewnością nie daje takiego efektu jak clarissonic, ale jest super miękka i świetnie się sprawdza. Oczywiście za jakiś czas tez trzeba ją wymienić, ale koszt jest zdecydowanie mniejszy. Nie mam praktycznie żadnych problemów z cerą dlatego uważam, że w moim przypadku taki zakup byłby zupełnie zbędny.
A jakie Waszym zdaniem popularne produkty nie są warte zakupu?

środa, 3 lutego 2016

a w styczniu

Pierwszy miesiąc nowego roku zleciał mi ekspresowo. Chyba nigdy się nie przyzwyczaję do tego, że czas tak szybko leci, jest poniedziałek, a już zaraz po nim piątek.


Przez zupełny przypadek odkryłam w empiku magazyn Label. To pięknie wydana gazeta o designie, wnętrzach, architekturze. W środku znajduje się mało reklam, za to sporo ciekawych treści i inspirujących zdjęć. Bardzo zaciekawił mi się tekst o tym, czym teraz jest luksus. Artykuły są napisane w dwóch językach po polsku i po angielsku, co bardzo mi się podoba. Label to kwartalnik i ten numer jest jeszcze w sprzedaży. Polecam Wam też ich stronę internetową KLIK. 


W styczniu miałam też trochę czasu na filmy i seriale. Obejrzeliśmy wszystkie trzy sezony świetnego 'Mostu nad Sundem', na moście łączącym Danie ze Szwecją znaleziono zwłoki kobiety, tym samym śledztwo prowadzi policja z obu tych państw. Akcja jest wciągająca i bardzo ciekawa, a bohaterowie bardziej ludzcy i prawdziwi niż ci z amerykańskich produkcji. Bardzo ładne zdjęcia, a skromne, czasem brzydkie wnętrza, te same ubrania, stare telefonu nadają całości autentyczności. Jeśli jeszcze nie widzieliście warto obejrzeć. 
Jeśli natomiast macie ochotę na animację serdecznie polecam 'w głowie się nie mieści', ja generalnie średnio za bajkami przepadam, ale ta jest świetna. Opowiada o emocjach, które mieszkają w głowie pewnej dziewczynki i zmieniają się razem z jej dorastaniem. Bardzo ciekawy pomysł. 


W tym poście nie może zabraknąć herbaty! Ostatnio moja ulubiona to taka typowo zimowa, z pomarańczą, jabłkiem, sokiem malinowym i miodem. Piłam ją litrami:)
Ostatnio polubiłam też zapiekane warzywa jako dodatek do mięsa, ryby albo tylko same na obiad. Mogą być ziemniaki z papryką, czerwoną cebulą i rozmarynem. Można też dodać marchewki, pietruszki albo buraka. 



Mocno się ostatnio ograniczam jeśli chodzi o zakupy, uważam, że mam tyle rzeczy, (zwłaszcza ubrań), że chcę wykorzystywać to co mam. Wolę też kupić jakąś lepszą (najczęściej też droższą) rzecz, która dłużej mi posłuży. Nie wybrałam się na wyprzedaże, już wiele razy mówiłam, że po prostu przepychanie się między ludźmi w centrum handlowym nie jest moją ulubioną formą spędzania wolnego czasu:) W styczniu kupiłam sobie srebrny, cieniutki łańcuszek z ażurowym kółkiem z Yes. Bardzo mi się podoba, lubię taką delikatną biżuterię. Do kompletu są jeszcze kolczyki i chyba też się na nie skuszę. 


Tyle u mnie. Co Wy odkryłyście ciekawego w ubiegłym miesiącu?

poniedziałek, 1 lutego 2016

nowości z kolorówki - puder, cień w kremie i róż

Tak jak ostatnio pisałam jakoś mnie naszło na makijaż. Choć jak wiecie zawsze byłam większą fanką pielęgnacji, a teraz proporcje bardzo się tutaj wyrównały:)


W listopadzie na promocji w Rossmannie kupiłam lirene city matt mineralny puder matujący 01 transparentny i zdecydowanie jest to najgorszy kosmetyk z tego zestawienia. Nie wiem co mnie naszło, że wrzuciłam go do koszyka. Zdecydowanie nie jest to puder mineralny, nie jest też transparentny. W opakowaniu ma malutkie drobinki, które zauważyłam dopiero w domu, na szczęście wcale ich na twarzy nie widać, ale kto pcha srebrny brokat do matującego produktu? Jak zawsze nie jestem w stanie stwierdzić jak produkt sprawdza się w kwestii matowienia ponieważ moja cera nie przetłuszcza się nadmiernie, a pudru używam żeby utrwalić podkład i jako bazy do roztarcia innych suchych produktów (bronzer, róż, rozświetlacz) 
Puder ma dość intensywny zapach, taki mydlany, kojarzy mi się z takimi najtańszymi, przeterminowanymi kosmetykami. Stosuję go od około 2 miesięcy, duże denko widać na zdjęciach. Bardzo pyli przy nakładaniu więc pewnie dlatego jest średnio wydajny. Puder ma pojemność 9 gram i w cenie regularnej kosztuje ok. 23 zł i uważam, że w tej cenie można kupić dużo lepszy produkt. Bardziej wydajny, bez drobinek, okropnego zapachu.


Na tej samej promocji do koszyka wrzuciłam maybelline color tatoo creamy mattes w kolorze creme de rose 91. Co tu dużo mówić - bardzo ten produkt lubię. Szybko się aplikuje, uważam, że najlepiej palcem ponieważ cień rozgrzewa się pod wpływem ciepła i dobrze łączy z powieką, ma na oku jednolitą fakturę, koryguje i ujednolica kolor powieki. Jest dość jasny i samodzielnie na oku wygląda bardzo naturalnie, niemalże jakby nic na powiece nie było, podoba mi się to i często tak maluję się do pracy. Cień doskonale nadaje się też jako baza pod inne produkty, trzeba tylko odczekać chwilę aż zaschnie ponieważ na takim mokrym produkcie cienie o suchej konsystencji nie rozcierają się dobrze, tylko tworzą plamy. Na color tatoo makijaż oka jest nie do zdarcia, a wiem co mówię bo miałam go na weselu i sylwestrze:) Jego regularna cena to ok 25 zł i zdecydowanie jest wart tych pieniędzy. Odkąd go kupiłam używam codziennie i na pewno jak mi się skończy kupię kolejne opakowanie, może w innym kolorze, podoba mi się jeszcze creme de nude. 

Na koniec nabytek z końca grudnia - róż down boy z the balm. Uważam, że jak za 9,9 g bardzo dobrego produktu cena ok. 60 zł jest jak najbardziej do zaakceptowania. Down boy to zgaszony bezdrobinkowy róż, który na policzkach nie wygląda na zupełny mat, ma w sobie taką lekką satynę. W zależności od tego na jaki podkład jest zaaplikowany utrzymuje się nawet cały dzień. 
Ładnie się rozciera, ale trzeba z nim uważać i nabierać małą ilość ponieważ jest mocno napigmentowany. Nałożony na policzki sprawia, że twarz staje się bardziej wyraźna i wygląda na zdrową i wypoczętą. Wiosną i latem wolę typowo ciepłe brzoskwiniowe róże, ale na zimę ten kolor bardzo mi odpowiada i pasuje do większości makijaży. 
Producent na opakowaniu zapewnia, że jest to nie tylko róż ale także cień do powiek. W tym temacie się nie wypowiem, nie testowałam. Róż jest zapakowany w śliczne kartonowe pudełeczko z lusterkiem i charakterystycznym dla the balm napisem so many men so little time.