sobota, 30 stycznia 2016

Ulubieńcy stycznia

Koniec miesiąca zawsze oznacza ulubieńców, w styczniu prezentują się oni raczej skromnie, ale to dlatego, że ostatnio używam tych samych kosmetyków, poza tym mam sporo kolorówki, z której jestem bardzo zadowolona i stwierdziłam, że trochę tego jest i należą im się osobne posty. 


Jeden nie-kosmetyk to silikonowa myjka masująco-peelingująca do twarzy z wibo. Bardzo go lubię, w dotyku jest to miły i miękki silikon, jednak w kontakcie z twarzą wydaje się dość szorstki dlatego używam go tylko raz w tygodniu u i obchodzę się z nim delikatnie i nie dociskam mocno do skóry. Uważam, że osoby o skórze normalnej (nie skłonnej do podrażnień) i tłustej mogą po niego z powodzeniem sięgać częściej. Stosuję go z dobrze pieniącym się żelem, moim zdaniem to z jakiej jest firmy nie robi tutaj różnic, ważne jest tylko to, żeby wytwarzał piankę, która w połączeniu z płatkiem dobrze czyści. Poza tym bez piany nie chciałabym szorować tym płatkiem po twarzy. Jest miły w użyciu i łatwy do utrzymania w czystości, kosztuje 4,99 zł i jest dostępny w Rossmannie. Jedyny minus jaki widzę to, to, że czasem wyślizguje się z mokrej dłoni. 


Matowe pomadki w kredce w Golden Rose znają już chyba wszyscy. Kosztują ok. 11 zł i możecie je oczywiście kupić w sklepach i stoiskach GR, a jeśli tak jak ja nie macie ich w okolicy, znajdziecie je niemal w każdej drogerii internetowej. Kredki są dostępne w wielu odcieniach, ja zdecydowałam się na słynny nr 10, to zgaszony, przybrudzony róż, bardzo mi się podoba i pasuje niemal do każdego makijażu i okazji. Kredka ławo się aplikuje i utrzymuje na ustach do kilku godzin, ładnie też schodzi, obawiałam się, że po jakimś czasie zostanie mi tylko kontur (a bardzo mi się to nie podoba), ale okazało się, że pomadka znika z ust równomiernie. Bardzo komfortowo się ją nosi, nie jest kredowa i nie ściąga ust, pod tym względem bardziej przypomina nawilżające pomadki. Nie jest to typowy suchy mat (nie przepadam za takim wykończeniem), bardziej przypomina satynowe wykończenie. 
Lakier essie w kolorze island hopping totalnie skradł moje serce. Używałam go cały styczeń, teraz też mam na paznokciach. I powiem szczerze, nie jestem w stanie stwierdzić co to za kolor, trochę róż, fiolet, brąz, szarość. Jest przepiękny i nie wiem jak to się stało, że wcześniej wcale go nie zauważałam. Kupiłam go przez przypadek, pojechałam do superpharm ponieważ essie wliczało się do poromocji 1+1 za grosz, chciałam coś jasnego, najlepiej sugar daddy, a że była promocja to postanowiłam coś do niego dobrać. W rezultacie tego jasnego nie nałożyłam jeszcze ani razu. 


Na koniec jedyny produkt z pielęgnacji - masło do ciała the body shop indian nighy jasmine. Co prawda producent określił to jako krem do ciała, ale dla mnie to typowe masło z tbs. Jak to pachnie! Cudownie! Kiedy go używam zapach wypełnia całą łazienkę i pokój. Nie jest to typowy jaśmin, ale zupełnie nie potrafię tego określić, to taki ciepły, mocny, otulający zapach. Nie sięgam po niego codziennie ponieważ myślę, że w taki sposób może się szybko znudzić. Jeśli chodzi o jego właściwości to tak jak zawsze z tbs, bardzo dobrze nawilża i natłuszcza, mimo ciężkiej formuły wchłania się dość szybko, jest wydajny i bezproblemowo się rozprowadza. 
To już wszyscy ulubieńcy, miłego weekendu Wam życzę!

czwartek, 28 stycznia 2016

nowości w kolorowce - podkłady

Mam ostatnio ochotę na makijaż, nie wiem czy też tak macie, ale ja czasem tak mam, że wystarczy mi tylko podkład i tusz do rzęs, a innym razem mam ochotę na testowanie nowości i robienie pełnego makijażu razem z różem, rozświetlaczem i konturowaniem.


Na promocji w Rossmannie z ciekawości kupiłam podkład skin match protect fundation z Astora. Nie wiem dlaczego, ale zwykle omijam produkty ten firmy. Błąd! Podkład sprawdza się u mnie bardzo dobrze i jestem z niego tak zadowolona, że z pewnością sięgnę za jakiś czas po kolejne opakowanie. Podkład jest zapakowany w wąskie szklane opakowanie z pompką. Jest dość lekki i rzadki, bardzo łatwo rozprowadza się na twarzy bez względu na to czy aplikujemy go dłońmi, pędzlem czy gąbką.  
Daje bardzo ładny naturalny efekt, ma krycie raczej od delikatnego do średniego, nie tworzy maski na twarzy, nie pozostawia smug, ładnie stapia się ze skórą. Jest bardzo lekki i z pewnością bardzo dobrze będzie się sprawdzał wiosną i latem. Nie podkreśla suchych skórek, powiedziałabym nawet, że ma delikatne działanie nawilżające. Nie jest długotrwały, na mojej twarzy utrzymuje się do 8 godzin, jednak schodzi bardzo równomiernie. Mam kolor 103 porcelain i teraz jest dla mnie troszkę za ciemny, ale z kolei jaśniejszy kolor był niemal biały. Tak go lubię, że nadal używam, dodaję tylko kropeczkę podkładu z rimmela chyba w kolorze 090.
Rozumiem, że ze względu na lekką formułę, nie jest to produkt, który wytrwa na twarzy od rana do wieczora i ze względu na jego pozostałe zalety wcale mi to nie przeszkadza. Nie miałam jeszcze podkładu, który tak naturalnie wyglądałby na twarzy.


Nieco inne oczekiwania miałam od podkładu revlon colorstay do skóry normalnej i suchej (mam chyba najbardziej popularny w Polsce kolor 150 buff). Czytałam o tym produkcie wiele dobrego i muszę przyznać, że jego sława jest zasłużona. Podkład jest zapakowany w szklany pojemniczek z wielką dziurą pod zakrętką, nie wiem jak to się dzieje, że podkład którego regularna cena w drogerii to ok. 60 zł ( ja oczywiście kupiłam przez internet za ok. 30 zł) nie ma pompki. Podkład jest raczej gęsty i trzeba trochę poczekać aż wycieknie z opakowania, nie lubię tego. Poza tym przez takie ciągłe otwieranie do środka opakowania dostaje się powietrze i uważam, że nie ma co trzymać tego podkładu przez wiele miesięcy, chociaż producent rekomenduje, że podkład po otwarciu można przechowywać przez dwa lata.
Revlon bardzo dobrze kryje, ale zauważyłam, że zdecydowanie nie nadaje się do aplikacji palcami, w ten sposób jakoś traci na pigmentacji i generalnie mu to nie służy. Bardzo dobrze nakłada się gąbeczką, ładnie stapia się z twarzą i ma rewelacyjne krycie. Kolor jest świetnie dopasowany, a sam podkład długotrwały (wytrzymuje na mojej suchej cerze cały dzień od nałożenia do demakijażu), zauważyłam też, że inne kosmetyki kolorowe np. róż, bronzer dobrze się na nim utrzymują.  Ma dość ciężką formułę i lubi wchodzić w załamania dlatego trzeba zwracać na to uwagę i faktycznie dobrze go zaaplikować, kiedy nie mam wiele czasu na makijaż odpuszczam sobie ten produkt. Jednak na większe wyjścia sprawdza się rewelacyjnie.
Tyle u mnie, światła do zdjęć jak zawsze nie ma. Idę sobie zrobić kawę i zjeść tego różowego pączka:) 

wtorek, 26 stycznia 2016

O blogowaniu

Jak widzicie piszę ostatnio (hmm... od jakiś kilku miesięcy) rzadziej, jakoś nie mogę zasiąść do laptopa i wystukać notatki na bloga, światła do robienia zdjęć nie ma ect. Poza tym używam i kupuję mniej kosmetyków niż wcześniej, zużywam sukcesywnie to co mam, bez robienia zapasów jak na wojnę. 


Jestem też nieco zmęczona tą formułą, dlatego powstają posty trochę bardziej lifestylowe, o tym co mi się podobało, co mnie zachwyciło w danym miesiącu, o książkach, krótkich wyjazdach. 
Bardzo lubię ten internetowy beauty światek składający się z blogów i youtube, wiele się tutaj nauczyłam, dowiedziałam o kosmetykach, po które teraz sięgam z przyjemnością, jest to dla mnie forma zdobywania wiedzy, inspiracji ale też odpoczynku i relaksu. Obecnie jednak doszłam do momentu, kiedy potrzebuję od tego odpoczynku. Ostatnio oglądałam jakiś filmik i dziewczyna powiedziała, że nie wyobraża sobie życia bez tego eyelinera, że ma 5 w szufladzie i teraz jest spokojna. Ja taka nie jestem, chociaż niektóre produkty mnie zachwycają, albo marzę o ich zakupie chociaż są cholernie drogie i pewnie niewarte tych kilku stów to nadal zdaję sobie sprawę z tego, że to tylko rzeczy. 
Nie piszę tego posta żeby się wyżalić albo powiedzieć, że to już koniec mojej niemal pięcioletniej przygody z blogowaniem, nic z tych rzeczy, uwielbiam pisać tego bloga i w znacznej mierze robię to dla siebie, chciałam tylko, żebyście poznali moje zdanie. I wiedzieli, że potrzebuję chwili oddechu, pooglądam sobie seriale pod kocem, pójdę do teatru i za jakiś czas stwierdzę, że ok potrzebuję kilku nowych tuszy i napiszę o tym post. Bo przecież nie można od tak zrezygnować z czegoś, co sprawia tyle radości. 
Cieszę się bardzo, że nadal tutaj zaglądacie, że codziennie odwiedzacie to miejsce. I obiecuję, że nadal będziemy się tutaj spotykać, zobaczymy tylko jak często, wiecie przecież, że regularność w blogowaniu nie jest moją mocną stroną:) 

środa, 20 stycznia 2016

Pod prysznicem

Dawno nie było takiego wpisu, a ja bardzo lubię czytać/słuchać o takich podstawowych produktach, ponieważ szybko się zużywają i możemy zaraz je zastąpić jakąś nowością. 
Zwykle jesienią i zimą sięgam po bardziej otulające zapachy typu wanilia czy kokos, teraz jednak tęsknię za wiosną i stawiam na zapachy również słodkie, ale bardziej owocowe.


Żele pod prysznic z Lirene lubię bardzo, dobrze się pienią i nie mam po nich uczucia ściągnięcia skóry, oczywiście również jej nie nawilżają, ale moim zdaniem to zadanie dla masła/balsamu, a nie produktu myjącego. 
Za 400 ml szampańskiej truskawki zapłaciłam w drogerii ok. 8 zł. Początkowo wydawało mi się, że to będzie typowo chemiczny zapach, ale okazało się, że żel pachnie kompotem truskawkowym. Bardzo słodko i owocowo. Jak widać po zużyciu bardzo chętnie sięgałam po ten żel. 
Produkty z Bath and Body Works to dla mnie przykład bardzo dobrego marketingu. Te kosmetyki są pięknie zapakowane i wspaniale pachną. Wyglądają jak słodkie, kolorowe cukierki. Sklepy w Polsce są tylko dwa (i również wyglądają zachęcająco), produkty nie tylko nie należą do najtańszych, ale biorąc pod uwagę ich skład i gramaturę są po prostu drogie. Nie zmienia to jednak faktu, że co jakiś czas chce się po nie sięgnąć. 
Paris Amour to słodki, perfumowany zapach, nie jestem w stanie stwierdzić co mi przypomina, lubię go, jest słodki i kwiatowy. Zdaniem producenta to francuskie tulipany, kwiaty jabłoni i różowy szampan. Żele z bbw są bardzo wydajne i mocno się pienią (wiadomo SLS). Nie jest to oczywiście kosmetyczny niezbędnik, a ze względu na cenę lepiej kupić taki żel w promocji.


Razem z żelem dostałam w świątecznym prezencie scrub cukrowy z tej samej linii zapachowej. Peeling ma zbitą, gęstą konsystencję i dość trudno go wycisnąć z tubki, zdecydowanie lepiej sprawdziłby się tutaj słoik. Drobinki ścierne są duże i ostre, trzeba z nimi uważać, nie polecałabym stosowania tego produktu na dekolt ponieważ może mocno podrażnić delikatną skórę. Plus jest taki, że zdecydowanie jest to produkt mocny i skuteczny, skóra po aplikacji jest sprężysta i miękka. Nie ma również potrzeby stosowania po peelingu balsamu do ciała ponieważ zawarte olejki sprawiają, że skóra jest nawilżona i pokryta lekkim filmem, ale takim przyjemnym, a nie ociekającym tłuszczem:)
W składzie mamy olejek z awokado, słonecznikowy i olejek ze słodkich migdałów, niestety znajdziemy tutaj również barwniki i substancje zapachowe. Lubię pen produkt i z pewnością chętnie go zużyję, natomiast uważam, że jest wiele innych tańszych produktów o podobnych właściwościach.


Nawilżający balsam pod prysznic do suchej skóry o zapachu kokosa to dla mnie genialny produkt. Pachnie lekko kokosem (zdecydowanie nie jest to ciężki, słodki zapach), ma konsystencję typową dla balsamu, nie za rzadki ani nie za gęsty i bardzo dobrze się rozprowadza. Nie jest to jednak produkt jak np. balsamy pod prysznic z Nivea czy Eveline ponieważ tego produktu nie zmywamy z ciała. 
Po prysznicu aplikuję ten balsam na zupełnie suchą skórę (zdaniem producenta balsam absorbuje wodę z powierzchni skóry dodatkową ją nawilżając), następnie lekko osuszam ręcznikiem i gotowe. Teraz kiedy po wyjściu spod prysznica jest mi zimno i akurat nie mam ochoty stać i nakładać masła w tej zimnej łazience:)
Firma Jergens jest raczej w Polsce trudno dostępna (trzeba szukać na allegro albo po prostu przez internet), dlatego dobrą alternatywą będzie po prostu stosowanie na mokrą skórę olejków, któych ostatnio oferta jest coraz większa. 
Szampon dla dzieci z babydream jest dla mnie rozczarowaniem. Nie wiem co się stało, ponieważ jeszcze kilka lat temu często go kupowałam i byłam bardzo zadowolona. Wcześniej szampon bardzo dobrze oczyszczał moje włosy i sprawiał, że były miękkie. Teraz niesamowicie je plącze i wytrzymałabym to gdyby efekt był tego wart. Niestety szampon nie domywa włosów, zaraz po umyciu i wysuszeniu wcale nie wyglądają świeżo. A wieczorem to już jest zupełny dramat. Zużyję do mycia pędzli i golenia nóg, ale nie do tego go kupiłam:)

niedziela, 17 stycznia 2016

resibo olejek do demakijażu

Czas przerwać ciszę na blogu i opowiedzieć Wam o olejku do demakijażu z resibo. Jest to ostatnio bardzo, bardzo popularny produkt, ale nie ma się czemu dziwić ponieważ działa rewelacyjnie!


Olejek przychodzi do nas ze ściereczką z mikrofibry, całość jest zapakowana w bardzo estetyczną tekturową tubę. Kosmetyk jest wyposażony w pompkę, która bardzo ułatwia aplikację. 
Cała filozofia marki (naturalne składniki, nie testowane na zwierzętach) i design opakowań bardzo trafia w mój gust. 
Olejek ma pojemność 150 ml i kosztuje 49 zł, możemy kupić go na stronie producenta (zapisując się na newsletter dostajemy kupon rabatowy) albo innych stronach internetowych np. mintishop. 


Olejek zawiera 99,9% naturalnych składników, m.in. olej lniany, z pestek winogron, manuka, z awokado. Pachnie dość specyficznie, ale nie jest to bardzo mocny zapach i można się do niego przyzwyczaić. Jest bardzo wydajny, jedna pompka z powodzeniem wystarcza do demakijażu twarzy. Olejek bez pocierania rozpuszcza cały makijaż: tusz, kredkę, nawet konturówkę w żelu z Inglota, z którą zawsze miałam problem. Obietnica producenta: usuwa wszelkie zanieczyszczenia, rozpuszcza sebum. Bez dyskomfortu zmywa nawet wodoodporny makijaż. Pozostawia skórę miękką i odżywioną. Do każdego typu cery: odżywia i nawilża suchą, reguluje tłustą i mieszaną. 
Ze wszystkim się zgadzam. Masaż twarzy olejkiem jest bardzo przyjemny, zmywam makijaż z oczu i nie mam żadnego uczucia pieczenia, ściągnięcia czy podrażnienia. Poza tym zmywanie olejku ściereczką namoczoną w ciepłej wodzie jest moim ulubionym elementem wieczornej pielęgnacji. Uwielbiam ten moment:)


Z pewnością na długi czas pozostanę przy metodzie demakijażu olejkami, nie trzeba skóry trzeć, używać wacików, poza tym makijaż rozpuszcza się bardzo szybko, a skóra jest miękka i odżywiona. 
Jestem z tego kosmetyku bardzo zadowolona, do zamówienia dostałam próbki odżywczego kremu do twarzy i kremu pod oczy, jeszcze ich nie używałam, ale jak przypadną mi do gustu kupię pełnowymiarowe opakowanie. 

środa, 6 stycznia 2016

A miałam nie planować:)

Stwierdziłam, że przecież nie samymi kosmetykami człowiek żyje i przy okazji (kolejnego:) wolnego dnia zastanowiłam się nad bardziej kulturalnymi zamierzeniami na najbliższe miesiące. Publikacja tego na blogu ma mnie dodatkowo motywować, poza tym czekam na rekomendacje od Was. 
Wiem, że miałam mniej planować, ale jakoś nie mogłam się powstrzymać.


Chciałabym jechać na weekend do Poznania, to kolejne na mojej liście polskich miast, w którym nigdy nie byłam. Zawsze stolica wielkopolski była mi nie po drodze, dlatego stwierdziłam, że nie ma co trzeba to nadrobić. Muszę muszę tylko poszukać ciekawych miejsc do odwiedzenia. 
Na majowy weekend już zaplanowaliśmy ze znajomymi Pragę. Mam nadzieję, że się uda, chociaż z takimi wielomiesięcznymi planami bywa różnie.



Do kina i teatru bardziej lubię chodzić w tygodniu, po pierwsze wiem, że po pracy czeka mnie taka przyjemność, a po drugie te pracujące dni jakoś mi wtedy szybciej mijają. W styczniu koniecznie chcę zobaczyć "Moralność pani Dulskiej" w nowej, trochę uwspółcześnionej aranżacji. Generalnie w tym roku, podobnie jak w poprzednim planuje wiele wizyt w kinie i teatrze.


A teraz coś czego nie mogę się doczekać wystawa w krakowskim muzeum narodowym - modna i już! Moda w PRL. Ekspozycję można oglądać do połowy kwietnia i jak tylko zrobi się trochę cieplej jadę! Obecna temperatura (-10!) nie zachęca mnie do wyjścia z domu, a jak już będę w Krakowie chętnie odwiedzę Kazimierz i kilka innych miejsc. 

Mam też na liście kilka książek do przeczytania, z czasem i kolejnymi nowościami wydawniczymi lista na pewno się wydłuży, obecnie prezentuje się tak:


Poza tym na kindle czeka na mnie 'królowa lodów z orchid street' i ostatni tom trylogii o Hubercie Meyerze 'florystka'. 
Nie zaplanowałam jeszcze gdzie spędzimy tegoroczny urlop. Ciągle koncepcje się zmieniają. Mam nadzieję, że na wszystkie te rzeczy wystarczy mi czasu i funduszy:) 

Zdjęcia (poza pierwszym) zostały zaczerpnięte z google grafika, w powodów oczywistych nie mam jeszcze własnych. A jakie książki, filmy i miejsca do zobaczenia tak na weekend w Polsce Wy polecacie? 

poniedziałek, 4 stycznia 2016

było czytane w grudniu

Przez świąteczne przygotowania i kilka towarzyskich spotkań nie miałam wiele czasu na czytanie. Mam Wam do zaprezentowania tylko 4 książki, ale za to same dobre.


Zacznę od tego, że zmierzyłam się z potężnym tomiskiem jakim jest 'wyznaję' Jaume Cabre
Jest to historia życia Adriana Ardevola, poznajemy go gdy jest małym chłopcem, samotnym i przebywającym w świecie książek, przechodzimy przez jego młodość wypełnioną nauką, tęsknotą i nieszczęśliwą miłością, aż po wiek dojrzały. Życie Adriana jest jednak tylko pretekstem do opowieści o skrzypcach. To wymagająca i trudna książka, trzeba ją czytać uważnie, w skupieniu ponieważ układ akapitów i interpunkcja sprawiają, że łatwo się pogubić. Autor szybko i niepostrzeżenie przeskakuje od jednego wątku do drugiego, ta książka niemal składa się z dygresji. Nie zmienia to jednak faktu, że jej czytanie to ogromna przyjemność. Nigdy wcześniej nie miałam podobnej książki w rękach i cieszę się, że ją przeczytałam.


W okresie przedświątecznym sięgnęłam po 'magię Świąt' Agnieszki Maciąg. Określenie, że ją przeczytałam jest trochę na wyrost ponieważ to taka książka-album, z pięknymi zdjęciami, przepisami i poradami. Na prezent dla kogoś albo dla siebie w tym czasie przygotowań do Bożego Narodzenia to bardzo dobra propozycja. Z pewnością jeszcze nie raz będę do niej wracać w grudniu.


Czas na kryminały, jeden z moich ulubionych gatunków literackich. Po niezbyt udanym pierwszym tomie trylogii o Hubercie Meyerze ('sprawa Niny Frank' wydana wcześniej pod tytułem 'dziewiąta runa') odczekałam kilka miesięcy i przeczytałam 'tylko martwi nie kłamią' Katarzyny Bondy. To zdecydowanie lepsza historia, wciągająca i z intrygującym twistem. Katowice są tutaj tak ciekawie opisane, że aż mam ochotę jechać i niektóre budynki zobaczyć. W centrum miasta, w mieszkaniu znanej pani seksuolog zostają znalezione zwłoki bogatego przedsiębiorcy. Co ich łączy? Dlaczego zamordowano go akurat w tym miejscu? Przy okazji poznajemy historię tej kamienicy i innego morderstwa, do którego również tutaj doszło. Książkę czyta się szybko i bardzo przyjemnie. Z chęcią sięgnę po kolejny tom czyli 'florystkę'. 


Na koniec 'poza sezonem' Jorna Lier Horsta. W Polsce wydano trzy tomy serii o komisarzu Williamie Wistingu. I stała się rzecz, której zupełnie nie rozumiem: najpierw ukazał się tom 9 'jaskiniowiec', następnie tom 8 'psy gończe' i na końcu 7 czyli właśnie 'poza sezonem', czy wydawca potrafi to jakoś wytłumaczyć? 
Ciekawa jestem czy pierwsze książki z tej serii kiedykolwiek się u nas ukarzą. I chociaż historie łączy tylko postać głównego bohatera i spokojnie można zacząć czytanie od końca, to po co? Tym bardziej, że to dobre, przyzwoicie napisane książki. 'Poza sezonem' to krótka, zwięzła opowieść, ciekawa, z zaskakującym zakończeniem. W domku letniskowym zostają znalezione zwłoki mężczyzny, doszło tutaj również do serii włamań, poza tym nie jest to jedyny martwy człowiek w tej historii. Widać, że autor przez wiele lat pracował w policji, wszystko wydaje się w tym kryminale autentyczne. Kolejny tom już przeczytałam, a wczoraj zaczęłam 'jaskiniowca' według recenzji to najlepsza książka Horsta, zobaczymy, na pewno wspomnę o tym pod koniec stycznia. 

sobota, 2 stycznia 2016

postanowienia i pragnienia

Witam Was w nowym roku! Kontynuując blogowe tradycje czas na wpis o postanowieniach noworocznych. Zaskoczenie, bo w sumie ich nie mam, jak nigdy. Chcę kontynuować to, o czym myślałam na początku roku 2015. Jeść lepiej, podróżować i więcej czytać. Przez kolejne miesiące chcę robić więcej rzeczy spontanicznie zamiast planować z wielkim wyprzedzeniem. I tyle.


Czas na wish listę. Tutaj też nie ma tego dużo i pierwszy raz znalazła się książka. Face Paint the story of make up Lisy Eldrige zainteresowała mnie bardzo! Nie ma jeszcze polskiego tłumaczenia i z ogromną chęcią przeczytałabym ją w oryginale, już jej nawet szukałam online, ale cena w granicach 140 zł nieco ostudziła mój zapał. Poczekam trochę, może znajdę ją taniej, bo koniecznie chcę tę książkę przeczytać. 
Od dość dawna podobają mi się perfumy YSL Manifesto. To zapach kwiatowo-orientalny, jednak dość świeży. Nuty zapachowe to białe kwiaty, czarna porzeczka, bergamotka, wanilia. I jaśmin, uwielbiam perfumy z jaśminem. Dopiero jak zużyję część tego, co mam obecnie zdecyduje się na zakup. Mam nadzieję, że uda mi się w połowie roku:) 
Róż w kremie z clarins chodzi za mną od bardzo dawna, już się kiedyś na jakieś liście pragnień znalazł. Obecnie mam dwa róże (jeden nowy, drugi ze sporym denkiem) w kamieniu, chciałabym coś o innej formule, ale jego cena 115 zł nie należy do najniższych. Jednak trzeba przyznać, że ten kosmetyk ma piękne opakowanie i śliczny brzoskwiniowy kolor. Może na urodziny? 
Czas na biżuterie. Bardzo podoba mi się seria ze skrzydłami z Lilou. Ciekawy, niepowtarzalny wzór. Myślę o srebrnych kolczykach. 

To tyle, zobaczymy co uda mi się zrealizować. Chociaż muszę przyznać, że w tym roku wyjątkowo nie czuję tego, że to nowy rok, nowy rozdział, czyste strony do zapisanie i tak dalej. Czas po prostu leci, dobrze jest jak jest.