poniedziałek, 28 grudnia 2015

kosmetyczne podsumowanie roku

Dzisiaj jest ostatni poniedziałek tego roku, za kilka dni sylwester więc nie pozostaje mi nic innego jak opublikować kosmetycznych ulubieńców tego roku. Wcale nie musiałam się długo zastanawiać nad wyborem, po prostu zebrałam te rzeczy z półek i oto są:


aż 3 rzeczy do makijażu, jak na mnie to całkiem sporo. Koniecznie musiałam tutaj umieścić paletę chocolate bar too faced. Dostałam ją w połowie maja i używam bardzo, bardzo często. Mamy tutaj 16 cieni o różnym wykończeniu (satynowe, z drobinkami, maty), które nadają się do stworzenia makijażu na każdą okazję. Używam tej palety kiedy maluje się do pracy, na jakieś wieczorne wyjście, na wesele, na sylwestra też z pewnością po nią sięgnę. Cienie dobrze się rozprowadzają i ładnie blendują (minusem jest to, że trochę się osypują), na mojej powiece bez bazy trzymają się cały dzień albo całą noc:) Zwłaszcza ciemne cienie są nie do zdarcia. 


W tym roku miałam wyjątkowe szczęście do tuszy: bardzo dobrze sprawdzała się u mnie maskara 2000 calorie i lash sensacional z maybelline, ale ostatecznie doszłam do wniosku, że najlepszy był collistar mascara infinito. Mała silikonowa szczoteczka docierała do każdej rzęsy, ładnie rozdzielając bez efektu umazanego całego oka. Tusz dobrze podkreślał rzęsy, a przy tym nie sklejał. Utrzymywał się cały dzień i nie kruszył. Łatwo się zmywał przy demakijażu. Nie pamiętam ile miesięcy go miałam, ale byłam zdziwiona tym, że przez tak długi czas tusz był dobrzy do użytku.

O błyszczyku clarins natural lip perfector wspominałam tyle razy, że na pewno nikogo nie zdziwi to, że się tutaj znalazł. Bardzo ładny naturalny kolor (05 candy shimmer), odżywienie i nawilżenie ust, a do tego przyjemny, słodki zapach. Nakładam go bardzo często, nadaje się do każdego makijażu i nie tylko nie podkreśla suchych skórek, ale sprawia, że usta są miękkie i wypielęgnowane. Kiedy po niego sięgam mam wrażenie, że zrobiłam coś dobrego dla swoich ust:)

Im dłużej używałam odżywczą pomadkę z peelingiem z sylveco tym bardziej mi się ten kosmetyk podobał. Początkowo myślałam, że połączenie drobinek ściernych z pomadką to raczej taka fanaberia i gadżet. Jednak okazało się, że to bardzo dobry kosmetyk pielęgnacyjny. Pomadka kosztuje tylko kilka złotych, a w jej składzie znajdziemy m.in. wosk pszczeli, olej sojowy, lanolinę, masło karite i masło kakaowe. Drobinki ścierające to po prostu kryształki cukru trzcinowego, które po prostu rozpuszczają się na ustach. Pomadkę aplikują na noc, albo wtedy kiedy już bez makijażu siedzę w domu (ponieważ nie wygląda powalająco na ustach), kilka razy przejeżdżam sztyftem po wargach, a potem jeszcze masuję usta pocierając jedną wargą o drugą aż drobinki się rozpuszczą, następnie nie zmywam pomadki tylko ją tak zostawiam. Usta są wypielęgnowane, miękkie, gładkie i nawilżone. Oczywiście bez odstających, suchych skórek.


Pozostając w tematyce ścierania relaksujący scrub cukrowy z pat & rub był ze mną prawie 10 miesięcy. To niesamowicie wydajny kosmetyk, poza tym ma aż 500 ml pojemności. Połączenie trawy cytrynowej z kokosem pachnie pięknie. Poza tym jest zrobiony w 100% z naturalnych składników, nie mamy tutaj silikonów, pegów ani pochodnych ropy naftowej. Natomiast w składzie znajdziemy cukier trzcinowy, oliwę z oliwek, masło shea, masło z awokado, olej babassu, wosk pszczeli. Jak widać peeling ma bardzo bogatą formułę, jest zbity i tłusty. Po wyjściu z wanny skóra jest odżywiona i mocno nawilżona, absolutnie nie ma potrzeby stosowania balsamu czy masła. Używałam peelingu na suchą skórę, ponieważ na mokrej tylko się ślizga (przez zawartość olejków) zamiast ścierać:) 

W tym roku bardzo polubiłam wszelkiego rodzaju produkty z atomizerem (mgiełki, toniki, lotiony). Nie marnujemy produktu wylewając go na wacik, poza tym oszczędzamy czas bo to tylko 2-3 psiknięcia i gotowe. Sephora softening facial mist to produkt, który towarzyszył mi przez dobrych kilka miesięcy. Bardzo ładnie pachnie, nawilża, odświeża i rano skutecznie mnie budził. Ma atomizer, który aplikuje na twarz delikatną mgiełkę a nie wodospad. Nie zawiera parabenów ani alkoholu, jest natomiast bardzo delikatny, przyjemnie łagodzi i koi. Absolutnie mnie nie podrażniał, nie ściągał skóry. Sięgałam po tę mgiełkę z wielką przyjemnością. 

Na koniec zapach: pure dkny a drop of rose. Flakon kupiłam jakoś wiosną/latem i używam aż do teraz. Może to przez tą raczej ciepłą pogodę nie mam ochoty na nic cięższego. Te perfumy pachną różą, ale nie jest to duszący, pudrowy zapach tylko taki świeży, bardziej trawiasty. Uwielbiam je, to taki zapach, który trzyma się blisko skóry, jest wyczuwalny, ale nie z daleka. Ponieważ ja nie przepadam za agresywnymi, ciężkimi zapachami, które wypełniają całe pomieszczenie.
To już wszyscy wielomiesięczni ulubieńcy, wyszła z tego szczęśliwa siódemka:) 
A jakie kosmetyki zawładnęły waszymi kosmetyczkami w 2015 roku?

4 komentarze:

  1. Tę paletę widziałam w ulubieńcach niejednej blogerki :) Bardzo mam na nią smaka ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Paleta ma piękne kolory! Gdyby nie to, że mam sporo cieni pewnie bym się na nią skusiła. A o tym produkcie z Sephory słyszałam i nawet miałam ją kupić ale akurat jej nie było. Pozdrawiam :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. rozumiem, ja ją przygarnęłam po tym jak zużyłam wszystkie moje pojedyncze cienie:)

      Usuń
    2. Oo to podziwiam! U mnie idzie to opornie ;).

      Usuń