poniedziałek, 30 listopada 2015

A w listopadzie

Starałam się nie leżeć za wiele pod kocem, chociaż w miesiącach jesiennych i zimowych to moje ulubione domowe akcesorium:) Generalnie uważam, że listopad jak żaden inny miesiąc idealnie nadaje się do leżenia w ciepłym łóżku z kubkiem czegoś ciepłego. 


Uwielbiam białą herbatę sypaną z z brzoskwinią z tigera. Ma świetny skład i faktycznie smakuje brzoskwiniami. Poza tym jest zapakowana w bardzo ładną puszkę, idealnie nadaje się na prezent. 


Powoli kupuję już świąteczne ozdoby, wyciągnę też pudełko z rzeczami z ubiegłego roku i tak w pierwszy weekend grudnia zacznę dekorować mieszkanie, nie mogę się już doczekać, uwielbiam ten przedświąteczny klimat, wszystko czerwone, zapach pomarańczy i kupowanie prezentów. Ale miało być o listopadzie:) 


Byłam dwa razy w kinie. Uwielbiam filmy z Bondem, Spectre mimo skrajnych recenzji podobał mi się bardzo. Piękne zdjęcia, poza tym człowiek odpowiedzialny za kostiumy spisał się świetnie agent 007 wygląda wspaniale. Cała fabuła też jest spójna i bardzo wciągająca. Oczywiście jak zawsze Bond musi rozwalić pół Londynu i zaprzeczyć prawom fizyki, ale to cechy charakterystyczne dla tej serii. Lubię Daniela Craig'a w tej roli, sprawia, że widzimy w Bondzie kogoś dojrzałego, kto wiele przeszedł, a nie tylko przebiegłego agenta jej Królewskie Mości. Jedyne do czego mogę się przeczepić to epizodyczna rola Monici Belluci, miałam wrażenie, że producenci chcą ją gdzieś na siłę umieścić, żeby potem móc reklamować Specter również jej nazwiskiem. 


Widziałam również drugą część Listów do M, ogólnie komedie romantyczne to nie jest mój ulubiony rodzaj filmów, ale czasem mam ochotę na coś takiego. Spodziewałam się tematyki podobnej do pierwszej części i tutaj oczywiście głównymi wątkami są miłość i święta, ale całość jest zdecydowanie bardziej smutna. Poza tym film trwa tylko 103 minuty, a miałam wrażenie, że reżyser stara się w tym czasie upchnąć jak najwięcej i niektóre wątki są potraktowane bardzo po macoszemu, a szkoda bo gdyby film był dłuższy o 20 minut (co jest obecnie standardem) dałoby się zrobić z tego coś lepszego. 


Stwierdziłam, że wielu filmów będących klasyką kina wcale nie widziałam, dlatego wczoraj obejrzałam Przełamując fale Larsa von Trier'a. Wiedziałam, że to będzie smutna, przygnębiająca opowieść i dokładnie tak było. Film jest świetnie nakręcony, dużo scen jest bardzo oszczędnych w formie, a jednocześnie niemal intymnych. To historia małżeństwa, w którym ona jest w nim zakochana bezgranicznie, on ulega wypadkowi i gdy leży sparaliżowany w szpitalu namawia ją do romansowania z przypadkowymi mężczyznami. To film, w którym nic nie jest proste, a działania bohaterów trochę jak w greckim dramacie prowadzą do nieuchronnej katastrofy. To zdecydowanie film, na który trzeba mieć nastrój. 


W listopadzie mamy też z moim chłopakiem rocznice do świętowania. Tym razem stwierdziliśmy, że zostajemy w domu, każde z nas zamówiło coś innego do jedzenia i tak sobie siedzieliśmy w spokoju przy świecach. 
A jutro już grudzień! 

sobota, 28 listopada 2015

ulubieńcy listopada

W ostatnim czasie moja skóra jest bardzo, bardzo przesuszona dlatego oczywistym jest, że stawiam na nawilżenie. Niestety skończyły się moje bogate masła do ciała i muszę je szybko czymś zastąpić ponieważ kolana i łokcie mam ostatnio takie suche, że nakładam na nie wazelinę kosmetyczną, ale ona nie znalazła się w ulubieńcach. 


Moja twarz jest w porównaniu do reszty ciała w dużo lepszej kondycji, myślę, że to jeszcze zasługa nawilżającego serum z Bielendy, żeby ten stan utrzymać stosuję tołpa dermo face hydrativ nawilżający krem odprężający. Krem ma dość lekką konsystencję, szybko się wchłania (a rano dla mnie ma to spore znaczenie) i dobrze trzyma się na nim makijaż. Jednak najważniejsze oczywiście jest nawilżanie i tutaj spisuje się bardzo dobrze. Moja cera nie jest ściągnięta, tylko miękka i elastyczna. Przy okazji muszę sobie dokupić jego brata na noc:)


Jeśli tak jak ja macie chwilowo dość bardzo bogatych, wręcz tłustych peelingów z olejkami polecam Wam kokosowy peeling solny z Lirene. Fakt, liczyłam na trochę lepszy zapach (mało tu kokosa), ale jego działanie rekompensuje te braki. Nie wiem dlaczego jest zapakowany w tubę, ponieważ jest to bardzo gęsty produkt. Dobrze się rozprowadza, nie pieni, ma bardzo małe drobinki, które dobrze ścierają i polerują skórę. Poza tym po wyjściu z wanny skóra jest gładka, miękka i leciutko nawilżona, co mi się podoba ponieważ mam już przesyt mocnego natłuszczenia, po peelongu chcę żeby moja skóra była taka 'czysta'. Generalnie zawsze z obawą sięgam po peelingi solne bojąc się podrażnień, tutaj nic takiego się nie stało. Są jeszcze inne warianty z tej serii: żurawinowy i mango, z pewnością się jeszcze na jakiś skuszę.
Tyle czytałam o bananowej masce do włosów z Kallos'a, że w końcu postanowiłam po nią sięgnąć. Planowałam kupić małą pojemność, jednak nigdzie nie mogłam jej dostać, ostatecznie zdecydowałam się na litr maski (w cenie ok. 11zł) i wcale nie żałuję. To co wyróżnia ten produkt to zdecydowanie zapach słodkich bananów. Maska nawilża, wygładza i zmiękcza włosy, nie jest bogata ani ciężka więc nie obciąża moich dość cienkich włosów. Producent zaleca aby stosować ją po umyciu na lekko osuszone włosy, czasem jednak nakładam ją na włosy przed myciem i trzymam trochę dłużej. Jestem zadowolona z rezultatów, jeśli nie macie bardzo zniszczonych włosów i szukacie czegoś do codziennej pielęgnacji serdecznie polecam.


Na koniec jeden produkt z kolorówki. Mam ostatnio wyjątkowe szczęście do tuszy do rzęs. Z ciekawości przy okazji promocji w Rossmannie sięgnęłam po kultowy 2000 calorie dramatic volume max factor. Nie wiem jak to się stało, że wcześniej nie miałam tej maskary? Ma zwykłą szczoteczkę, z bardzo dużą ilością zwykłych włosków. Jest takiej standardowej wielkości i muszę przyznać, że świetnie wyczesuje rzęsy. Producent zapewnia nas o dramatycznej objętości i faktycznie tusz sprawia, że rzęsy są grube i takie mocno podkreślone, a przy tym jest bezproblemowy w demakijazu. Nie osypuje się i jest mocno czarny. Wspaniały! 
Tyle u mnie, miłego weekendu!

środa, 25 listopada 2015

Przyszłam sobie pogadać o koktajlach i organicznych produktach

Jednym z moich postanowień noworocznych było lepiej się odżywiać. I chociaż nadal zdarza mi się nic nie zjeść w pracy, to zrobiłam ogromne postępy. Opowiem wam dzisiaj o moich ulubionych przepisach na koktajle i bardzo fajnym sklepie internetowym z organiczną żywnością.


Zmieniając moje żywieniowe przyzwyczajenia chciałam jeść mniej śmieciowego jedzenia, a więcej warzyw i owoców, pić mniej zwykłego mleka i przekonać się do owsianki (czytałam wiele o tym, że dobrze wpływa na trawienie, obniża poziom cholesterolu), która była zmorą mojego dzieciństwa.
Jeśli szukacie produktów organicznych lub bezglutenowych polecam Wam sklep organiczne24.pl (klik).  


Znajdziecie tutaj certyfikowane produkty Doves Farm oraz Glebe Farm, których w sumie w żadnym innym sklepie nie widziałam. Oczywiście wszystkie produkty nie zawierają sztucznych barwników i konserwantów. Możemy wybierać spośród wielu propozycji: makaronów, mąk, płatków z błonnikiem, owsianek i ciastek. Ja zdecydowałam się na bezglutenowe musli z orzechami włoskimi i syropem klonowym, prawda, że już sama nazwa brzmi smacznie?:) Jem je na pierwsze albo drugie śniadanie, z mlekiem albo z jogurtem naturalnym i muszę przyznać, że to najsmaczniejsza granola jaką jadłam. Kupiłam też mieszankę do wypieku żurawinowo-jagodowych muffinów, jeszcze ich nie robiłam, czekają na okres przedświąteczny, chociaż nie wiem czy tyle wytrzymam, na pewno jeszcze o nich wspomnę:) Wystarczy dodać jajka, masło, jogurt i można wkładać do piekarnika. Są bezglutenowe więc jeśli macie w rodzinie kogoś, kto nie toleruje glutenu możecie je bez obaw dodać do świątecznego menu. Są też inne mieszanki na ciasta czekoladowe, marchewkowe albo imbirowe. Poza tym na stronie znajduje się zakładka inspiracje kulinarne, gdzie znajdziemy podpowiedzi jak w smaczny sposób wykorzystać dostępne na stronie produkty. Warto zajrzeć. 
A teraz czas na moje ulubione smoothie, wiem, że każdy potrafi zrobić koktajl z truskawek, dlatego chciałam Wam zaproponować coś innego: 


Pierwsza propozycja: liście szpinaku, jabłko (albo gruszka, może być też to i to), banan, wszystko zalewamy chłodną zieloną herbatą (zwykłą albo smakową) i blendujemy. Koniecznie spróbujcie, to jest pysze.
Druga propozycja: garść malin, banan, jagody goji (nie są niezbędnym składnikiem, ale jak mam to je dodaje) dwie łyżki płatków owsianych i mleko ryżowe (możecie dać oczywiście inne). Wszystko oczywiście blendujemy.
Trzecia propozycja: garść liści szpinaku albo jarmużu, kiwi, jabłko i awokado wszystko zalewam wodą. 


Czwarta propozycja to coś bardo orzeźwiającego: pomarańcza, grapefruit, gruszka i woda. Jeśli macie ochotę na trochę słodszą wersję można dodać miodu albo syropu z agawy. 
Lubię takie rozwiązania przede wszystkim dlatego, że kiedy nie mam czasu na to, żeby coś zjeść (poza tym nie lubię jeść w biegu), po prostu wypijam koktajl.
Na koniec krótka informacja o tym jak udało mi się oswoić owsiankę



Przede wszystkim nie zalewam jej mlekiem, a już zdecydowanie nie gotuję, taka breja kojarzy mi się z zupą mleczną ze szpitala. Płatki owsiane zalewam jogurtem naturalnym, mieszam i czekam aż płatki zmiękną, następnie dodaje sezonowe owoce. Najbardziej mi oczywiście smakuje z truskawkami, borówkami i brzoskwiniami, a teraz jem z bananem albo z jabłkiem i cynamonem. 

wtorek, 17 listopada 2015

Zużywanie zapasów

Moje pragmatyczne podejście ostatnio zwycięża i poza ostatnimi zakupami kolorówki w Rossmannie staram się raczej wykańczać to co mam, niż przynosić do domu nowe. Przyczyna jest taka, że zbliżają się mikołajki i święta, z pewnością dostanę jakieś kosmetyczne produkty, pewnie też coś sama sobie sprawię skuszona różnymi zestawami prezentowymi i aby móc sobie na to pozwolić denkuję to, co mam (tak post z denkiem napiszę, jak się w końcu do tego zabiorę). 


Tym samym w mojej szufladzie zostały: balsam do ust eos, szampon do włosów barwa, kokosowy żel antybakteryjny z the body shop, krem do rąk eos i dwa żele pod prysznic z le petite marseillais i bath and body works. 
Robię wielkie czystki, dwa masła do ciała są na wykończeniu, ale tak przypadły mi do gustu, że chciałam o nich wspomnieć zanim trafią do kosza. Borówkowy, wygładzający mus do ciała nacomi znalazł się w jakiś ulubieńcach, potem jednak zrobiło się upalnie i nie używałam go przez dłuższy czas, teraz do niego wróciłam i odkryłam na nowo jego zalety. To produkt o przedziwnej formule: faktycznie jest lekki jak mus, ale w kontakcie z ciepłem ciała zamienia się w olejek. Pięknie pachnie, ma w składzie olej słonecznikowy, olej ze słodkich migdałów i masło shea. Nie jest to suchy olejek dlatego wchłania się dość długo, ale za to pozostawia skórę miękką, nawilżoną, po prostu dobrze wypielęgnowaną. Poza tym przy mocnym makijażu oka stosowałam go do demakijażu, wiem, że nie jest do tego przeznaczony, ale bardzo dobrze sprawdził się w tej roli. Coraz bardziej podobają mi się produkty nacomi i mam ochotę na więcej:)


Masło do ciała shea z the body shop miałam w mniejszej pojemności, stosowałam je głownie na przedramiona, łokcie i kolana, oczywiście zdarzało mi się stosować je na całe ciało. Wiele razy już to mówiłam, ale bardzo lubię te masła, jedynym minusem jest tylko cena i coraz gorsza dostępność tbs w Polsce. Bardzo lubię zapach tej serii, jest dość delikatny i kojarzy mi się z czystością. Poza tym produkt bardzo dobrze nawilża, łatwo się rozprowadza i szybko wchłania. Aż żałuję, że już mi się prawie skończyło.


Przy okazji wspomnę o balsamie Cath Kidston Provence bluebell and jasmin. Myślałam, że zapach będzie powalający, niestety pachnie jak dla mnie średnio, tak trochę jak męski antyperspirant. Szybko się wchłania, ale pielęgnuje średnio, skład też taki sobie. Kupiłam go w tk maxx za 15 zł, a jego regularna cena to ok. 50 zł. W takim przedziale cenowym można znaleźć wiele bardzo dobrych produktów do ciała, po ten sięgnęłam z ciekawości, ale nie jestem zadowolona. Ładne opakowanie, znana marka to trochę za mało. 

niedziela, 15 listopada 2015

Promocyjne zakupy z Rossmanna

Promocje na kosmetyki w Rossmannie zwykle nie wywołują we mnie żadnej ekscytacji, jednak w tym roku tak się złożyło, że wykańczałam podkład, korektor, tusz i puder więc nie zastanawiałam się długo i jak na mnie zrobiłam całkiem spore zakupy. 


Jeszcze tylko wspomnę, że zachowanie kobiet, nie tylko w Rossmannie, ale w wielu innych drogeriach podczas promocji (i nie tylko) pozostawia wiele do życzenia, jak można odkręcić nowy tusz, pomalować sobie nim rzęsy i odstawić na półkę? Nie rozumiem dlaczego obsługa toleruje takie zachowanie, to tak jakby klient otworzył w sklepie czekoladę, zjadł kawałek i odłożył na regał. 
Ja akurat zakupy robiłam w dużym Rossmannie znajdującym się poza centrum, nie było wielu osób, spokojnie mogłam sobie wszystko obejrzeć i o dziwo było bardzo dużo testerów. 


W nawiasach podałam ceny już po odjęciu 49%, zatem do oczu kupiłam: colossal maybelline w kolorze black leather (13,25 zł) dość dawno temu zużyłam kilka opakowań zwykłej, żółtej wersji i byłam z tego tuszu bardzo zadowolona, nigdy natomiast nie miałam słynnej maskary 2000 calorie maxfactor (17,33 zł), ma tradycyjną szczoteczkę, już jej kilka razy użyłam i jestem bardzo zadowolona. 
Z czystej ciekawości sięgnęłam po cień w kremie color tattoo 24HR w kolorze 91 creme de rose (12,75 zł). Nie przywiązuję ogromnej uwagi do brwi, lekko je podkreślam i nie lubię jak osiada na nich np. puder dlatego, żeby to wyeliminować kupiłam brązowy żel stylizujący do brwi z Wibo, ten kosmetyk też już wcześniej miałam, jeszcze starą wersję z dużą szczotką (4,80 zł). 


Reszta to już będą zupełne nowości w mojej kosmetyczce: dwa podkłady: rimmel lasting finish w kolorze 100 ivory (18,35 zł, podkłady tej firmy zawsze dobrze się u mnie sprawdzają, mogę je kupować praktycznie w ciemno) i astor skin match protect fundation w kolorze 103 porcelain (20,90 zł, o dziwo jaśniejszy kolor był dla mnie zdecydowanie za jasny). 
Korektor 24h perfect stay w kolorze 002 (15,04 zł, historia identyczna jak w przypadku podkładu, odcień jaśniejszy był niemal biały i wyglądałabym jak Kim Kardahshian, a nie na takim efekcie rozświetlenia mi zależy:). 
Lubię pudry sypkie dlatego w koszyku wylądował Wibo fixing powder półtransparentny puder matujący (5,30 zł), kupiłam też nowość z Lirene mineralny puder matujący w kolorze 01 (11,37 zł).
Skusiłam się jeszcze na jeden lakier: rimmel z serii 60 seconds w kolorze 430 coralicious (5,61 zł), właśnie mam go na paznokciach i jak sama nazwa wskazuje to taka koralowa czerwień. 
Na zdjęciach widać jeszcze białe, drewniane serduszko, powoli zaczynam kupować świąteczne dekoracje, kosztowało 4,50 zł. 
Co Wy sobie kupiłyście ciekawego? A może wcale nie skorzystałyście z promocji?
Tyle u mnie, miłej niedzieli!  

piątek, 13 listopada 2015

Tag tak na początek weekendu

Oglądałam ostatnio na kanale mojej ulubionej dziewczyny na youtube (KLIK) tag makijażowy 20 pytań. Stwierdziłam, że też taki zrobię, ostatecznie zawsze na blogu więcej czasu poświęcam na pielęgnację. Zatem nie przedłużając, bo trochę tych pytań jest:

1. Jaki masz typ cery?
Wrażliwa, sucha, naczynkowa, łatwo ją podrażnić.
2. Co jest Twoim ulubionym produktem do mycia twarzy?
Żele, jeden z moich wieloletnich ulubieńców to żel z yves rocher z serii pure calmille, bardzo lubię też tego typu produkty z tołpy. Ostatnio zastanawiam się też nad olejkami do demakijażu. 
3. Czy używasz peelingu do twarzy?
Oczywiście, że tak, ale zawsze jest to peeling enzymatyczny. 
4. Czy masz piegi?
Niestety nie, żałuję bo bardzo podobają mi się dziewczyny z dużą ilością piegów na twarzy.


5. Czy używasz kremu pod oczy?
Tak, ale nie zawsze. Obecnie jest to ziololek przeciwzmarszczkowy krem pod oczy 30+ i jestem z niego bardzo zadowolona, Zdarzają się jednak miesiące kiedy nie mam specjalnego kremu pod oczy.
6. Jakiego podkładu używasz?
Obecnie jest to końcówka rimmel lasting finish. Generalnie jeszcze nie znalazłam ideału, ale bardzo lubię podkłady o średnim bądź lekkim kryciu, które nie podkreślają suchych skórek, są lekkie i nie oksydują. 
7. Co z korektorem?
A co ma być?:) Używam obecnie rozświetlającego korektora z wibo i bardzo go lubię, jak go skończę rozejrzę się za czymś bardziej kryjącym ponieważ mam dość pokaźne cienie pod oczami. Niestety.
8. Co sądzisz o sztucznych rzęsach?
Sama ich nie noszę jakoś nie czuję się w nich komfortowo, ale w niektórych makijażach bardzo, bardzo mi się podobają. Uważam, że pięknie podkreślają i otwierają spojrzenie. 
9. Jakiej maskary używasz?
Jeszcze zużywam ostatki colistar mascara infinoto, a w kolejce jest już max factor 2000 calorie. Lubię jak tusz ładnie rozdziela i pogrubia. Unikam maskar z wielką szczoteczką, bo zawsze sobie nią ubrudzę powiekę.


10. Używasz bazy pod cienie?
Nie, na moich powiekach cienie trzymają się cały dzień. Jednak ostatnio zastanawiam się nad zakupem jakieś bazy ze względu na to, żeby podbić kolor cieni.
11. Używasz bazy pod makijaż?
Nie. Dla mnie jest to zbędny produkt, staram się, żeby nie nakładać za dużo warstw na twarz. 
12. Kredka do oczu czy eyeliner?
To zależy, kredki mam w neutralnych kolorach (brązowy, czarny) ponieważ poza tworzeniem kreski, lubię je trochę rozetrzeć. Linery kupuję w bardziej odważnych kolorach (turkus, zieleń).
13. Jak często dźgnęłaś się kredką w oko?
Na szczęście nigdy mi się to nie zdarzyło, natomiast kilka razy włożyłam sobie szczoteczkę od tuszu do oka. 
14. Ulubiona szminka?
Nie mam takiej, częściej sięgam po błyszczyki. 
15. Ulubiony róż?
Bourjois 34 rose d'or.
16. Kupujesz kosmetyki na ebay/allegro?
Jakoś nie, wolę drogerie internetowe. 
17. Czy chciałabyś chodzić na lekcje wizażu?
Jakoś nigdy się nad tym nie zastanawiałam, więc chyba nie.
18. Jeśli miałabyś wyjść z domu używając jednego produktu, co by to było?
Tusz do rzęs, chociaż nie mam problemu z wyjściem z domu bez makijażu. Dość często mi się to zdarza, nie maluję się np. kiedy idę na zakupy albo z psem na spacer.
19. Czy sądzisz, że wyglądasz dobrze bez makijażu?
Myślę, że nie jest najgorzej:) Jak widać w powyższej odpowiedzi pokazuję się ludziom bez makijażu. Poza tym nie robię na co dzień mocnego make up'u więc różnica między moją pomalowaną i niepomalowaną twarzą chyba nie jest ogromna.
20. Zbrodnia w makijażu, której nie możesz przeżyć?
Nie ma takiej, uważam, że nie ma co przesadzać, wszystko jest dla ludzi. Gdybym już miała coś wymienić to brwi jak od linijki, wygląda to okropnie nienaturalnie.

środa, 11 listopada 2015

Przyszłam sobie pogadać #2

Miałam ostatnio ogromną potrzebę zrobienia porządku w moich kosmetykach, wcześniejszym rozwiązaniem do przechowywania kolorówki był przezroczysty pojemnik z Biedronki, który miał po prawej stronie wiele przegródek na pomadki (na pewno wiecie o który mi chodzi), u mnie nie sprawdzało się to dobrze ponieważ pomadek mam bardzo mało, obecnie jedną na totalnym wykończeniu, poza reszta produktów mi się przewracała, robił się bałagan i to mnie strasznie denerwowało. w zwykłym sklepie z artykułami do domu kupiłam mały prostokątny pojemnik i okrągły kubek (przez producenta przeznaczony na sztućce) w tym samym szarym kolorze, po chwili namysłu dorzuciłam jeszcze większe pudełko. Za wszystko zapłaciłam ok. 30 zł, super cena, biorąc pod uwagę, że pojemniki z pleksi kosztują nawet kilkaset złotych! 



I teraz tusze, błyszczyki, kredki i podkłady w tubce mają miejsce w okrągłym pojemniku, a reszta kolorówki m.in. puder, rozświetlacz, róż, bronzer mieszkają w podłużnym pudełku. Do większego wsadziłam duże tuby balsamy, maski, suchy szampon. Wiem, że to może żadne odkrycie, ale mnie takie rozwiązanie bardzo pomogło. Posegregowałam kosmetyki i mam teraz porządek tak jak lubię:)

 
Skusiłam się ostatnio na mały miętowy gadżet - brushegg to taka mała tarka do mycia pędzli. Na allegro zapłaciłam ok 18 zł, więc trochę taniej niż w drogeriach internetowych. Jajko sprawdza się świetnie, nie byłam przekonana, ale faktycznie bardzo ułatwia czyszczenia zwłaszcza zbitych pędzli do podkładów (jak np. flap top Hakuro 50S, z którym zawsze miałam kłopot), dzięki wypustkom szampon (czy inny produkt myjący) szybko się pieni i dobrze dociera do wnętrza pędzla. Tym samym zaoszczędzamy sporo czasu. nie wiem jak Wy, ale ja jakoś za myciem pędzli nie przepadam, teraz jakoś lepiej mi się za to zabrać.



Zanim przejdę do bubla muszę szybko wspomnieć o nowym zimowym mydle do rąk rossmannowskiej marki Isana. Pachnie karmelem i wanilią, wiem, że to jest niemal okropnie słodkie połączenie, ale mnie niesamowicie się podoba. Z pewnością kupię kolejne opakowanie.


Czas na rozczarowanie czyli świeca z Pat&Rub cynamon-goździk-pomarańcza. Pachnie bardzo ładnie, czuć ją w całym pomieszczeniu, niestety wypala się okropnie szkło jest całe brudne i oblepione steryną, poza tym zostało mi jeszcze ok. 1/3 świecy, której już nie da się wypalić ponieważ knot się urwał i utopił, wyciągnęłam go, ale nie da się go już odpalić. Cena regularna tej świecy to 55 zł, a jest wielkości świec z Ikei. Lubię kosmetyki tej marki, ale po świece więcej nie sięgnę.


Długie wieczory umilają mi teraz lampiony z Pepco, latarenka z Ikei i ananas z bath and body works.
Miłego wieczoru! 

wtorek, 3 listopada 2015

Było czytane w październiku

W ubiegłym miesiącu stwierdziłam, że będę pisała posty podsumowujące moje czytelnicze osiągnięcia (sic!) z danego miesiąca, ponieważ zdecydowanie za mało i za rzadko piszę o książkach. To ma mnie zmotywować i zmusić do systematyczności:) 


Zacznijmy od bardzo głośnej nowości wydawniczej - 'Co nas nie zabije' to kolejny tom z serii Millennium, tym razem niestety nie napisał go sam Larsson, a David Lagerkrantz. Nie ukrywam - sięgałam po tę książkę z obawą, zastanawiałam się czy będzie mi się podobała, czy będzie ciekawa i wciągająca jak poprzednie tomy? Nie ma się co oszukiwać nie ma tutaj klimatu typowego dla Larssona, nie zmienia to jednak faktu, że książka przypadła mi do gustu. Dobrze się czyta, jest bardzo wciągająca, akcja toczy się szybko (choć czasami jest trochę przewidywalna) i po prostu miło było wrócić do ulubionego duetu bohaterów. Już krążą plotki, że ukażą się kolejne tomy i chętnie po nie sięgnę.


'Nie jestem Miriam' wyczekiwałam z niecierpliwością. Majgull Axelsson jest jedną z moich ulubionych pisarek, uważam, że opowiada o kobietach w bardzo interesujący sposób. Tytułowa Miriam miała kiedyś inne życie i inną tożsamość. Poznajemy ją jako szwedzką staruszkę, a w raz z rozwojem powieści coraz więcej pojawia się jej wspomnień jako austriackiej Romki. To powieść trudna, sugestywna, psychologiczna, dokładnie opisująca codzienność obozów w Auschwitz i Ravensbruck. Zdecydowanie nie jest to czytadło do herbaty i pod kocyk, ale zdecydowanie warto przeczytać. To opowieść o upodleniu, rasizmie, nienawiści, głodzie, życiu w kłamstwie. Na długo zostaje w pamięci.


Kiedy czytałam opisy książki 'Tajemnica domu Helclów' byłam bardzo ciekawa. Niestety z każdą kolejną stroną rozczarowanie rosło. Lubię książki, których akcja toczy się w miejscach, które znam (tutaj akurat w Krakowie), podobał mi się też pomysł na kryminał retro. I muszę przyznać, że dbałość o szczegóły i znajomość epoki jest godna podziwu, tak sama fabuła gra tutaj drugą rolę i mocno kuleje. Nudziłam się czytając. 


Natomiast 'Jądro dziwności' wciągnęło mnie zupełnie! Nie rozumiem dlaczego polskie wydanie ma taki dziwny tytuł, w oryginale brzmi on: nothing is true and everything is possible i zdecydowanie bardziej oddaje klimat historii przytoczonych w książce. Rosja to przedziwny kraj, tutaj wszystko jest możliwe. Niewyobrażalne fortuny i dziewczyny uczęszczające do szkół, które mają na celu nauczyć je jak taką grubą rybę złowić, sekty, gangsterzy piszący powieści i kręcący filmy o swoim fachu. Współczesna Rosja to też przerażające totalitarne państwo, w którym biurokracja zniszczyła już wielu ludzi. W książce autor wspomina o tym, że zdarza się, że prawo zmienia się w ciągu jednej nocy i to co wcześniej było normalną działalnością gospodarczą rano okazuje się handlem narkotykami, a właścicielka tego (wczoraj jeszcze legalnie działającego) przedsiębiorstwa zostaje aresztowana.  Bardzo, bardzo ciekawe historie. 


'Dziewczyna o siedmiu imionach' miała być książką o Korei Północnej. Spodziewałam się relacji zwykłego obywatela o tym jak wygląda reżim od środka. Niestety kupiłam sobie niesamowicie nudną historię ucieczek głównej bohaterki i jej rodziny. Innych wątków tutaj praktycznie nie ma, fabuła ogranicza się do ucieczek do innych państw typu Chiny, Laos, a następnie dostanie się do ambasady Korei Południowej i wylot do Seulu. Szkoda bo kolejny raz okazuje się, że rynek wydawniczy w Polsce wypromuje na Korei Północnej każdą, niekoniecznie ciekawą książkę.


Na koniec 'Świat według Janki' jeśli jesteście ciekawi w jaki sposób działają organizacje humanitarne (okazuje się, że ich organizacja niewiele różni się od korporacji), jak wygląda codzienne życie takiego pracownika, w jaki sposób organizuje się wyjazdy i czy to faktycznie takie niebezpieczne serdecznie polecam Wam tę książkę. Jest napisana w bardzo ciekawy sposób, nie nudziłam się ani przez chwilę, przeciwnie miałam ochotę czytać dalej chociaż była już późna pora. Janina Ochojska opowiada o tym, jak buduje się studnie w Sudanie, o obozach dla uchodźców, o polskim szpitalu w Korei Północnej, o życiu w Strefie Gazy, o angażowaniu miejscowej ludności w działania akcji humanitarnych. Moim zdaniem mało jest publikacji na ten temat, dobrze, że ta książka wpadła mi w ręce.
Tyle u mnie, trafił mi się dwie mocno przeciętne książki, ale reszta zdecydowanie jest warta uwagi.