poniedziałek, 29 czerwca 2015

A w czerwcu

Czerwiec był dla mnie bardzo udanym miesiącem, poza pogodą, która dopisała tylko w pierwszym tygodniu, reszta to typowa pora deszczowa. 


Z okazji długiego weekendu wybraliśmy się do wesołego miasteczka i zoo w Chorzowie. w wesołym miasteczku ostatni raz byłam jako dziecko, słyszałam, że jakiś czas temu miasteczko przeszło przebudowę i szczerze mówiąc spodziewałam się trochę lepszego wyglądu, nadal mocno widać peerelowskie klimaty. Nie zmienia to faktu, że jest sporo atrakcji zarówno dla dzieci jak i dla dorosłych. Nakrzyczałam się, miałam duszę na ramieniu, a żołądek w przełyku, ale bawiłam się bardzo dobrze:) 


Za całodniowy karnet do wesołego miasteczka zapłaciliśmy 50 zl od osoby, bile do zoo to koszt 16 zł. Przy okazji zobaczyłam kawałek Katowic i muszę przyznać, że bardzo wiele zmienia się na lepsze. 



Zapachem czerwca jest mała świeca yankee candle lake sunset. Nie potrafię opisać jej zapachu, kojarzy mi się z ciepłym wieczorem. Nie jest ot jednak delikatny zapach, ma jakąś taką mocniejszą nutę. Jeśli macie możliwość powąchajcie, zaznaczam jednak, że zapach po rozpaleniu jest trochę inny niż taki tylko ze słoika. Nie jest męczący, palę go praktycznie kilka razy w tygodniu. 


W tigerze kupiłam kosmetyczkę w truskawki (10 zł), jest przesłodka, prawda? Poza tym jest trochę większa niż standardowa kosmetyczna do torebki. Zmieści się tutaj krem do rąk w normalnym rozmiarze, pilniczek do paznokci, mała woda termalna. Kupiłam też miękki futerał na okulary (6 zł). 
Ze względu na serce i napis często słyszę pytania skąd go mam. O dziwo zmieszczą się tutaj nawet całkiem duże okulary (takie własnie noszę). 


Na koniec mój ulubiony przedmiot z mijającego miesiąca - mała torebka z parfois. Zdjęcie zdecydowanie nie oddaje jej uroku, pochodzi z tegorocznej letniej kolekcji i idealnie wpasowuje się w wakacyjne klimaty. Przez ten niebieski nadruk kojarzy mi się trochę z Grecją. Ma długi, jasnobrązowy pasek. Bardzo mi się podoba. Świetnie pasuje do moich ulubionych kolorów na lato - białego i granatu. 


Tyle u mnie, mam nadzieję, że w lipcu pogoda bardziej dopisze! 

sobota, 27 czerwca 2015

Ulubieńcy czerwca

Miałam nadzieję na ładniejszy czerwiec, nie udało się, zobaczymy jakie lato będzie w lipcu i sierpniu. Wiem, że wszyscy narzekają na pogodę, ale jak jeszcze mogę znieść śnieg w kwietniu, tak zimnego lata nie zniosę:) 
W czerwcowych ulubieńcach znajdą się praktycznie same kosmetyki pielęgnacyjne, o moich faworytach makijażowych (nie tylko z ubiegłego miesiąca) opowiem w osobnym poście. 


Jestem zachwycona żelem do mycia twarzy i oczu tołpa dermoface. Jest hipoalergiczny, przeznaczony do cery wrażliwej i bardzo wrażliwej. Myję nim całą twarz, łącznie z oczami i muszę przyznać, że jest niesamowicie delikatny, a przy tym bardzo skutecznie usuwa makijaż, od razu zaznaczam, że nie wiem jak będzie się sprawdzał w przypadku kosmetyków wodoodpornych, bo takowych nie używam. Poza tym ma pompkę, co zawsze jest dla mnie plusem. W cenie regularnej jest dość drogi (27,99 zł za 195 ml), ale może go znaleźć na promocjach.
Ostatnio recenzowałam Wam krem do cery naczynkowej również z Tołpy, byłam z niego bardzo zadowolona, niestety jako jego następcę wybrałam krem z yves rocher i nie wiem czy to jego wina czy stało się coś innego, ale moja cera dosłownie oszalała. Była bardzo zaczerwieniona, niemal opuchnięta, rozgrzana, piekąca. Cały czas byłam czerwona i to tak bardzo, że ludzie w pracy mnie pytali czy coś się stało. W takiej sytuacji postawiłam na krem sprawdzony od lat. 
Avene antirougeurs fort bardzo dobrze koi i zabezpiecza skórę, uspokaja zaczerwienienia, niweluje uczucie ściągnięcia i pieczenia. Już po tygodniu moja skóra stała się dużo jaśniejsza i uspokojona. Zawsze jestem z tego produktu bardzo zadowolona i polecam go serdecznie każdemu, kto boryka się z problemem zaczerwienień.
Mój ostatnio ulubiony balsam do ust to baby lips dr rescure w kolorze coral crave. Balsam nie barwi ust (dlatego spokojnie można go nakładać bez spoglądania w lustro), natomiast nadaje im bardzo ładne błyszczące wykończenie, pielęgnuje i nawilża, ale zdecydowanie nie jest to coś, co uratuje bardzo wysuszone usta. U mnie w ciągu dnia sprawdza się bardzo dobrze, zawsze mam go pod ręką. Balsam nie ma smaku, ale pachnie eukaliptusem i mentolem, dając przyjemne odświeżenie.


Wykończyłam krem do rąk z eos i teraz cały czas sięgam po hand food z soap and glory. Poza tym, że pachnie pięknie, jest bardzo wydajny i szybko się wchłania. Nie potrzebuję niczego więcej, lubię go używać w pracy, bo zaraz po aplikacji można spokojnie robić szystko, bez obawy, że przykleję się do klawiatury. Pozostawia skórę dłoni nawilżoną i elastyczną, bez tłustej powłoki. Znowu to napiszę, ale żałuję, że te kosmetyki nie są dostępne w polskich drogeriach.


Na sam koniec isana men żel do golenia sensitiv z aloesem. Świetny żel w przystępnej cenie! Po wyciśnięciu mamy małą kulkę żelu, która po roztarciu zmienia się w gęsty żel, po którym maszynka gładko sunie. Jest wydajny i bardzo ułatwia golenie - minimalizuje ryzyko zacięcia i sprawia, że skóra po goleniu jest miękka i gładziutka. Pachnie jak typowy męski kosmetyk, ale po zmyciu zapach przestaje być wyczuwalny.
Tyle moich ulubieńców, a co Wam się sprawdziło w ostatnim czasie?

wtorek, 23 czerwca 2015

Psikadełka

Bardzo lubię produkty z atomizerem w formie mgiełki - dla mnie nie mają wad - są szybkie w użyciu, wydajne, nie potrzebujemy wacików ani innych akcesoriów. Mam cztery produkty tego typu, które podzieliłam na pary: takich w typie wody micelarnej oraz w typie toniku. 


O zaletach wody termalnej wiele razy już się rozpisywałam i nie będę się powtarzać. Ograniczę się tylko do stwierdzenia, że wspaniale działa przy wysokich temperaturach - chłodzi i koi. Podobne działanie ma też mgiełka do twarzy z Sephory. Mgiełkę można aplikować na samą skórę albo na makijaż, używam jej również do namoczenia maseczek, za każdym razem sprawdza się bardzo dobrze. Jest to bardzo wydajny kosmetyk. Koi i nawilża. Nie ściąga, nie piecze, nadaje się nawet do bardzo wrażliwej skóry. Nie zawiera alkoholu, ma natomiast wyciąg z lotosu, który nadaje mgiełce bardzo przyjemny zapach. Wiem, że nie jest to kosmetyk niezbędny albo niezastąpiony, ale latem stanowi przyjemne uzupełnienie pielęgnacji.


Po The body shop energising facial spritz sięgałam podczas porannej pielęgnacji w zimniejszych miesiącach. Przydaje się, kiedy moja skóra jeszcze śpi:) Zawiera witaminę Ci  B5 oraz wyciąg z róży stulistnej. Jest to produkt, który dobrze tonizuje i właśnie w takim celu używałam go najczęsciej. Psikałam skórę przed nałożeniem kremu i makijażu. Dobrze sprawdza się również zaaplikowany na makijaż, zdejmuje pudrowość i sprawia, że twarz wygląda bardziej naturalnie. 


Na sam koniec najnowszy nabytek czyli tołpa botanic białe kwiaty orzeźwiający tonik-mgiełka 2w1. Również ma działanie tonizujące, podobnie jak pozostałe psikacze nawilża, koi, uspokaja zaczerwienioną skórę. Nie zawiera sztucznych barwników, pegów, silikonów, parabenów. Ma natomiast w składzie wodę różaną już na drugim miejscu w składzie. Bardzo lubię ten kosmetyk i często po niego sięgam. Widzę tylko jeden minus - ta mgiełka ma okropny, gorzki smak (reszta wcale nie ma smaku), dlatego koniecznie trzeba zacisnąć usta podczas aplikacji. 
Co sądzicie o takich kosmetykach? Ja jestem ich wielką fanką, mam ich trochę więcej niż potrzebuję, powiedzmy o jeden:) Świetnie nadają się na podróż, są bardzo wydajne (nie zdarzy się sytuacja, w której wylejemy za dużo produktu), dobrze sprawdzają się, kiedy temperatura jest wyższa (mam nadzieję, że w końcu tak będzie, kiedy to lato przyjdzie??), nadają się do odświeżenia i ochłodzenia w ciągu dnia. Są też dobrym rozwiązaniem jeśli nie lubicie używać toników, tutaj wystarczą dwa psiknięcia i gotowe. 

niedziela, 21 czerwca 2015

Migawki

Dawno nie było takiego postu, to zaczynamy! 
Zjadłam w tym sezonie tyle zielonych szparagów, że już nie mam ochoty na ani jednego więcej:) 


W końcu są truskawki i arbuz (na zdjęciu z elle zmiksowany z wodą, pycha!). Miałam ostatnio sporo czasu na czytanie, wiem, że wiele razy o tym pisałam, ale książka, kawa albo koktajl to mój ulubiony sposób na relaks. Chyba czas napisać post o tym, co przeczytałam. 'Pochłaniacz' Katarzyny Bondy bardzo przypadł mi do gustu, teraz czytam 'Okularnika' i nie wiem dlaczego wcześniej po nie nie sięgnęłam. 
Lato długo karze na siebie czekać, wcale nie jest ciepło, dlatego kupiłam sobie w reserved długie spodnie (szare w granatowe rybki i różowe groszki, śliczne) na 'po domu' i na spacer z psem. Wiem, że może wyglądają trochę jak piżama, ale wcale mi to nie przeszkadza. 
Kiedy zobaczyłam w empiku kubek z Reksiem mało nie padłam z zachwytu, jednak zdrowy rozsądek zwyciężył 'przecież mam tyle kubków' i go nie kupiłam. Kilka dni później dostałam od chłopaka. Korzystając z promocji -30% na stronie home delight skusiłam się na dwie małe (sweet pea, lake sunset) i jedną średnią (aloe water) świecę z yankee candle. Jestem bardzo zadowolona i powstrzymuję się przed kolejnymi zakupami. Tyle u mnie. 
Miłej niedzieli!

czwartek, 18 czerwca 2015

Chillbox

Wiele razy mówiłam, że nie jestem zainteresowana żadnym shine box'em ani innymi pudełkami tego typu. Moim zdaniem za te kilkadziesiąt złotych możemy same kupić sobie coś, co nam się przyda i będzie dostosowane do naszych potrzeb, zamiast dostawać same produkty do ust, albo pięciomililitrowe miniatury kremów do twarzy. Jednak kiedy gdzieś w odchłani blogosfery zobaczyłam chillbox, stwierdziłam, że to coś dla mnie i od razu kliknęłam. Dzisiaj go odebrałam i stwierdziłam, że napiszę kilka słów. 



Idea pozostaje taka sama jak w przypadku innych pudełek - jest to miesięczna subskrypcja. Mamy do wyboru wersję classic - 59 zł za 4 lub 5 produktów oraz max - 89 zł za 6 lub 7 produktów. Jak sama nazwa wskazuje w pudełku mają być produkty, które pozwalają się zrelaksować (typu kosmetyki, przekąska, książka). 
W czerwcowej wersji max znalazłam same pełnowymiarowe produkty. Oczywiście jest to kwestia indywidualna, natomiast mnie bardzo podoba się to, co znalazłam w środku czyli:


cukrowa pianka peelingująca do ciała mrożona herbata organique (19,90 zł/100 ml), ministerstwo dobrego mydła nawilżająca półkula do kąpieli lawenda (pachnie wspaniale, zaglądałam ostatnio na ich stronę i już chciałam coś kliknąć, ale ostatecznie zrezygnowałam, jak widać to nawet lepiej, 5,50 zł/50g), francuska biała glinka natur planet (mam teraz sporo maseczek, ale glinki bardzo lubię i z pewnością tę zużyję, 7,38 zł/100 g), barwa naturalna szampon lniany (sama go sobie ostatnio kupiłam, to będę miała dwa, 3,99 zł /300ml), borówkowy mus do ciała nacomi (kolejny świetnie pachnący kosmetyk, 29,90 zł/150 ml). Na koniec książka 'Coś dobrego' Wendy Francis (nie znam, chętnie przeczytam, chociaż podejrzewam, że to taka typowa lektura typu dziewczyna postanawia zmienić swoje życie, otwiera cukiernie i poznaje miłość życia, ale zobaczymy, 14,90 zł:) i wosk z yankee candle pink grapefruit (już go kiedyś miałam i bardzo lubiłam, 6 zł). Podoba mi się to, że do wosku dodany jest kominek i nawet tea light. Widać, że ktoś to przemyślał, wszystko pod ręką:) Razem z czekoladką dołączony jest rabat na bieliznę  lace and chocolate. Ceny które podałam sama znalazłam w sieci, niestety nie ma ich na kartce z opisami produktów, po podliczeniu to ok. 88 zł, wcale nie dodałam kosztu kominka, bo nie wiem ile taki kosztuje, trzeba jeszcze doliczyć dostawę kurierem, zatem powiedzmy, że koszt produktów nieco przewyższa wartość chillbox'a. 



Wiem, że takie pudełka to może nic odkrywczego, że są to produkty, które sami możemy sobie kupić, ale w tym przypadku podoba mi się idea chilloutu, książki w pudełku i ciekawych, pełnowymiarowych produktów zamiast małej próbki czegoś horrendalnie drogiego. 
Ja jestem przekonana i za jakiś czas ponowie się skuszę na chillbox. Oczywiście pudełko zakupiłam sobie sama (w ramach urodzinowego prezentu:). Jeśli też jesteście zainteresowani wszystkie informacje są TUTAJ.
Co myślicie o pomysłach pudełek-niespodzianek? 

wtorek, 16 czerwca 2015

Filtr do twarzy

Filtry mają ten minus, że bielą, wiele słyszałam o tym, że inaczej zachowuje się krem z Vichy, ale doszłam do wniosku, że może uda mi się znaleźć coś tańszego, o podobnych walorach. W sklepie Ziaji kupiłam  matujący krem do twarzy ochrona UVA + UVB SPF 50 (18,99 zł za 50 ml). 


Zdaniem producentka krem jest zalecany do skóry tłustej, mieszanej i skłonnej do trądziku. Nie mam takiej cery, nie zmienia to jednak faktu, że ten produkt bardzo dobrze się u mnie sprawdza. W sklepie dostępna była jeszcze wersja przeciwzmarszczkowa i tonująca. 
Zużyłam go już połowę, nie żałuję sobie tego kremu i przyznaję, że sięgam po niego z przyjemnością. W niczym nie przypomina kremów o konsystencji gęstej pasty, trudnej do rozsmarowania. Owszem ma gęstą konsystencję, ale łatwo rozprowadza się na twarzy, nie stawia oporu, nie jest taki tępy. I teraz najlepsze - szybko się wchłania i nie bieli twarzy. Po aplikacji czuję taką lekką, tłustawą warstwę, ale ona również się wchłania i możemy z powodzeniem nakładać makijaż. Krem w żaden sposób nie wpływa na jego wygląd i trwałość, a testowałam go z różnymi podkładami. Za każdym razem byłam zadowolona. Jak zużyję go do końca, kupię następne opakowanie. W przystępnej cenie dostajemy bardzo dobrze działający krem, czego chcieć więcej? Używam go również na dekolt i ramiona. 


W gratisie do kremu dostałam Sopot sun preparat na usta i znamiona SPF 30 UVA + UVB. To 30 ml tubeczka białego kremu, wolałabym, żeby był w sztyfcie, z pewnością ułatwiłoby to aplikację na usta. Minus jest taki, że ewidentnie bieli, nie podoba mi się taki efekt, dlatego zawsze nakładam błyszczyk albo pomadkę. Smakuje i pachnie dość słodko, co też mi się nie podoba. Sama bym go nie kupiła, ale tak jak wspominałam preparat był dołączony do kremu, zużyję, ale więcej po niego nie sięgnę (regularna cena to ok. 8 zł). Wolę zwykłe pomadki z filtrem. 

niedziela, 14 czerwca 2015

denko - kolorówka

Za mną tydzień blogowej nieobecności, przyznaję - nie byłam wybitnie zajęta, miałam natomiast potrzebę przerwy od bloga. W tym czasie czytałam książki i oglądałam Dextera, właśnie odkryłam ten serial i jestem zachwycona, ale dzisiaj nie o tym;)


Te kilka kosmetyków, o których dzisiaj napiszę zużywałam do początku roku, albo nawet dłużej. Kosmetyki do makijażu zużywają się dużo wolniej niż pielęgnacja, takie denka bardziej mnie cieszą. 
Zacznijmy od podkładów rimmel stay matte miałam w dwóch odcieniach 091 light ivory i 100 ivory. Mają bardzo gęstą konsystencję i dobre krycie, w chłodniejszych miesiącach spisywały się świetnie i byłam z nich bardzo zadowolona, nie ciemniały i nie ścierały się. Nakładałam małą ilość, a następnie dobrze rozcierałam - tak nałożone wyglądały dość naturalnie. Jednak w lecie sięgam po coś lżejszego. Jak właśnie affinitone mineral maybelline 10 ivory. Podkład zawiera spf 18, ma lekką, rzadką konsystencję. Bardzo łatwo się rozprowadza, również nie ciemnieje, daje natomiast lekko mokre wykończenie (zawsze nakładałam na niego dodatkowo puder), krycie określiłabym jako  lekkiego do średniego. Również byłam z niego bardzo zadowolona. 


Puder sypki flormar był najbardziej wydajnym pudrem jaki kiedykolwiek miałam. Niemal wszystkie informacje na spodzie opakowania się wytarły, ale z tego co pamiętam miałam kolor transparentny, w opakowaniu wyglądał na trochę ciemny, ale na twarzy faktycznie dopasowywał się bez problemu. Wygładzał, przedłużał trwałość podkładu, nie mam wielkich wymagań od tego typu produktów, nie potrzebuję ogromnego matowienia, chociaż słyszałam od mojej koleżanki, że w takiej roli sprawdza się świetnie. Jeśli szukacie taniego, transparentnego pudru (zapłaciłam ok. 35 zł, ale miałam go 1,5 roku!) sypkiego rozważcie zakup tego:)


Czas na oczy - trzy cienie sięgnęły dna catrice 540 Rose Marie's Baby - różowy kolor dobrze sprawdzał się pod łuk brwiowy albo w wewnętrzny kącik, zdarzało się, że nakładałam go na całą powiekę. Długo się trzymał, nie rolował, generalnie lubię cienie z catrice. Zużyłam jeszcze jeden egzemplarz - 410 C'mon Chameleon! Swego czasu był bardzo sławny na blogach i yt. Wspaniały wielowymiarowy kolor - brązowy, toupe, zielony, trochę turkusowy. Wszystko zależało od ilości produktu i światła. Na koniec zwyklaczek z Inglota kolor 395. Beżowy z perłowym wykończeniem, Wiem, że perła w makijażu oka zawsze przeraża, ale jeśli używacie cieni z Inglota, to wiecie, że u nich to wykończenie jest bardziej stonowane i satynowe niż bazarowe:)


Zużyłam dwa czarne tusze - butterfly flash successo w kolorze czarnym. Totalna porażka, dostałam go od koleżanki, była tak zachwycona jego działaniem, że kupiła i dla mnie. Jak zobaczyłam gumową szczoteczkę z krótkimi wypustkami byłam zadowolona, bo lubię takie szczoteczki. Niestety ten tusz to była masakra, wcale się u mnie nie sprawdził. Niemal nie było go widać, oko przed i po aplikacji wyglądało prawie identycznie. Był bardzo rzadki, wcale nie osadzał się na rzęsach, po dwóch tygodniach wcale nie podsechł, pomęczyłam się z nim jeszcze tydzień i wrzuciłam do denka, nie polecam. 
Natomiast clinique high impact mascara to mój ulubiony tusz ever. Ma tradycyjną szczoteczkę, o dość krótkich włoskach. Dociera do każdej rzęsy, bardzo ładnie pogrubia, można uzyskać nim dzienny efekt przy jednej warstwie, natomiast dwie idealnie nadają się na wieczór. Trzyma się cały dzień, nie osypuje, bardzo łatwo go zaaplikować. Rozmiar szczoteczki sprawia, że pomalujemy rzęsy, a nie całą powiekę. 
Na koniec lovely romantic blue - już wcześniej o nim wspominałam. Jest niebieski i od czasu do czasu sięgałam po niego w zimowych miesiącach. Nie osypywał się i miał kolor, który na moich ciemnych rzęsach faktycznie był widoczny. Minusem była tylko szorstka szczoteczka, która nieprzyjemnie kuła w oko. 
Tyle u mnie, wracam do częstszego pisania. 
Miłej niedzieli! 

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Szampon i odżywka do codziennej pielęgnacji

Aktualnie do pielęgnacji moich włosów używam tylko dwóch produktów, czasem sięgam po odżywkę z olejkami z isany, ale wyłącznie po to, żeby ją w końcu zużyć, a muszę przyznać, że idzie mi to opornie. 


Na szczęście nie zraziłam się tą porażką i z polecenia wielu dziewczyn sięgnęłam po szampon Isana professional power volume. Najpierw kilka słów od producenta: wyczuwalnie zwiększa objętość, nadaje włosom witalność, nie zawiera silikonów. Formuła zwiększająca objętość włosów delikatnych, prostych i słabych zawiera kolagen i ekstrakt z lilii wodnej, wykorzystuje technologię jonową zapobiegającą elektryzowaniu się włosów. 


Może nie zauważyłam spektakularnej objętości, nie zmienia to jednak faktu, że ten szampon sprawdza się u mnie rewelacyjnie. Ma żelową konsystencję i bardzo przyjemny kwiatowy zapach. Wystarczy niewiele produktu aby dobrze domyć włosy (zawiera SLS na drugim miejscu w składzie). Oczyszcza i wcale nie obciąża - przeciwnie, sprawia, że włosy są świeże trochę dłużej niż po innym szamponie, a na tym zależy mi zawsze najbardziej. Za 250 ml produktu zapłaciłam w promocji 4,99 zł, cena regularna wynosi niewiele więcej. 


W duecie przy każdym myciu sięgam po balsam do włosów cienkich i delikatnych 'objętość i siła' z baikal herbals. To moje pierwsze spotkanie z tą marką, przyznaję, że bardzo obiecujące. Zdaniem producenta: balsam pielęgnuje cienkie i delikatne włosy, znacznie zwiększa ich objętość oraz grubość. Chroni włosy przed łamaniem, rozdwajaniem końcówek, wygładza je, ułatwia rozczesywanie i ich stylizację. Zawiera aktywne, organiczne ekstrakty oraz oleje z roślin rosnących w okolicach jeziora Bajkał. Tyle wiem, reszta to rosyjskie szlaczki, Oczywiście nie zauważyłam, żeby od tej odżywki moje włosy stały się grubsze, natomiast faktycznie jest to produkt, który ułatwia rozczesywanie, a poza tym moje włosy się po nim bardzo dobrze układają. Balsam wystarczy zaaplikować na wilgotne włosy i spłukać po minucie lub dwóch. To mi się podoba, nie zawsze mam czas i ochotę trzymać produkt na włosach przez pół godziny. Spłukuje się bez problemów, ani razu nie zdarzyło mi się go nie domyć. Nie obciąża, w żaden sposób nie przyspiesza przetłuszczania. Sprawia, że włosy są lśniące, sypkie i wyglądają zdrowo. Zapach jest trochę mydlany, średnio mi się podoba, ale po zmyciu nie zostaje po nim ślad. 
Jedynym minusem jest opakowanie, pod zakrętką nie ma żadnego aplikatora, balsam trzeba wylać, a raczej wycisnąć na dłoń z wielkiej dziury. Za 280 ml zapłaciłam 9,90 zł. 
Na razie taka ekspresowa pielęgnacja mi służy, nie szukam niczego innego. 
Szkoda, że długi weekend dobiegł końca, mam nadzieję, że jesteście wypoczęte i zrelaksowane! 

poniedziałek, 1 czerwca 2015

A w maju

działy się same dobre rzeczy. To w końcu mój ulubiony miesiąc w roku. Wybrałam się na koncert Hey unplugged. Świetne wydarzenie! Utwory jednego z moich ulubionych polskich zespołów we wspaniałej aranżacji. Mimo, że byliśmy w filharmonii ten koncert i tak miał rockowy pazur:) Żałuję, że tak rzadko chodzę na koncerty i planuję to w najbliższym czasie zmienić, jeśli tylko w okolicy zagra ktoś, kogo słucham idę bez wymówki:) 


W połowie miesiąca odwiedziliśmy Kraków. Nie miałam ochoty na żadne zwiedzanie. Postawiliśmy na relaks i przyjemności. Mrożona kawa i babeczka w moim ulubionym cupcake corner, obiad w hard rock cafe (mają najwspanialszy widok na rynek), spacer nad Wisłą. Odwiedziliśmy też targ prawdziwych produktów na Kazimierzu. Pierwszy raz w życiu jadłam makaroniki, myślałam, że będą lepsze. 



w tym miesiącu miałam też urodziny, na zdjęciu kartka, którą dostałam w pracy. Widać, że stosowane przeze mnie produkty pielęgnacyjne działają:) 


Staram się ostatnio zdrowiej jeść, odkąd kupiłam blender russel hobbs mix and go stałam się maniaczką koktajli. W maju kupiłam książkę z przepisami, szukałam czegoś, co będzie zawierało proste, ogólnodostępne składniki. Tak właśnie jest w książce koktajle dla zdrowia i urody Katarzyny Błażejewskiej. Poza tym oczywiście książka jest bardzo ładnie wydana, z całą masą apetycznych zdjęć. Są tutaj przepisy na wyciskane soki owocowe i warzywne oraz na różnego rodzaju smoothie. 



Pozostając w temacie książek gorąco wam polecam dyskont książkowy aros.pl. Znalazłam na tej stronie wszystkie poszukiwane przeze mnie książki, poza tym są o wiele tańsze niż w księgarniach i innych miejscach w sieci. Mają też spory wybór sposobów dostawy (najtańszy za 2,99 zł). Zamawiałam od nich książki dwa razy, sporo zaoszczędziłam, szybko przyszły, był dobrze zapakowane. Jestem bardzo zadowolona i z pewnością zrobię tam zakupy jeszcze wiele razy. 


Na sam koniec mały sampler z yankke candle o zapachu aloe water. Jest wspaniały na wiosnę i lato. Pachnie świeżością, trochę ogórkiem i melonem. Nie jest słodki, tylko właśnie taki świeży. 
To tyle o maju, dzisiaj zaczął się już czerwiec. Jeszcze dwa dni i długi weekend!