czwartek, 30 kwietnia 2015

tak, ja też byłam w Rossmannie

I kupiłam tylko dwa tusze, żadnej kredki czy cieni, te produkty staram się teraz wykorzystać do dna, ponieważ w dalszej perspektywie chciałabym kupić sobie jedną paletę, zamiast kilku pojedynczych cieni. Jednak dzisiaj nie o tym. 


Od dzisiaj trwa promocja -49% na wszystkie tusze, kredki i cienie do oczu. Skusiłam się na lash sensational z maybelline (cena regularna 35,99 zł, po promocji 18,35 zł) i mam, co do niego duże oczekiwania oraz na growing lashes z wibo (cena regularna 9,69 zł, w promocji 4,94 zł). Oba tusze są w kolorze czarnym i mają silikonowe szczoteczki. Kupiłam jeszcze odżywkę sos lash booster 5 w 1 z eveline, zastanawiałam się czy rabat na nią również będzie obowiązywał i okazało się, że tak (cena regularna 15,59 zł, po promocji 7,95 zł). Będę jej używała pod tusz do rzęs oraz wieczorem po demakijażu. 


Przy okazji do koszyka wpadła jedna z moich (wielu:) ulubionych czekolad czyli biała z granulkami jagodowymi. Skończył mi się nawilżane chusteczki do higieny intymnej z facelle, nie wiem, które to już moje opakowanie, zawsze mam je w torebce, są bardzo delikatne, nie podrażniają, przyjemnie odświeżają. Na sam koniec mydło do rąk w płynie, w mojej łazience jeszcze stoi edycja zimowa z pingwinkiem i najwyższy czas zamienić ją na coś bardziej aktualnego. 
Tyle u mnie. A już jutro zaczyna się mój ulubiony miesiąc w roku:) 
Odpocznijcie w ten majówkowy weekend! 

wtorek, 28 kwietnia 2015

ulubieńcy kwietnia

Mam Wam do pokazania trzy produkty do twarzy, balsam i lakier do paznokci. 


Serum z clinique all about eyes używam od trzech miesięcy, to bardzo długo biorąc pod uwagę fakt, że jest to tylko 5 ml próbka (a nadal jeszcze coś tam jest). Początkowo wydawało mi się, że kosmetyk wcale nie działa, nie podrażniał oczu, ale też nic nie robił. Jakie było moje zdziwienie, kiedy po jakimś czasie zauważyłam, że moja skóra pod oczami jest miękka, gładka i lekko rozjaśniona. Efekt rozjaśnienia cieni pod oczami nie jest może spektakularny, ale jak dla mnie widoczny. Produkt ma lekką, żelową konsystencję, aplikuje się przy pomocy metalowej kulki, która dodatkowo przyjemnie chłodzi. Minus jest taki, że czasem trochę się zacina. Mocno zastanawiam się nad zakupem pełnowymiarowego opakowania, cena nie jest niska (145 zł), ale jest niesamowicie wydajny. 


Od pierwszego użycia kremu tołpa botanic czarny bez wiedziałam, że bardzo się polubimy. Chciałabym napisać osobną recenzję tego produktu, dlatego dzisiaj tylko w skrócie: jest lekki, szybko się wchłania, nadaje się pod makijaż, nawilża i koi. 
Podobne wrażenie miałam kiedy pierwszy raz użyłam peelingu enzymatycznego z dermiki, pisałam już o nim, ale zasłużył też na miejsce w ulubieńcach. Jest świetnym uzupełnieniem domowego mini-spa, nie wymaga dużo czasu, bardzo łatwo się spłukuje i stanowi bardzo dobrą bazę wyjściową do dalszych zabiegów pielęgnacyjnych. 
Balsam, a w zasadzie nawilżająca mgiełka w sprayu z soap and glory to taki trochę odgrzewany kotlet:) Używałam jej latem ubiegłego roku, zostało mi niewiele (ok. 1/3) i ostatnio z tęsknoty za ciepłem sięgnęłam po ten produkt. Wspaniale pachnie, łatwo się aplikuje i szybko wsiąka w skórę. Nie nawilża wybitnie, to raczej taki gadżet, niż bardzo przydatny kosmetyk, ale jak wiadomo lubię gadżety:) 



Na sam koniec lakier essie go ginza - to rozbielony, pastelowy fiolet. Idealny na wiosnę. Plus za to, że łatwo się aplikuje i wcale nie smuży, ja nakładam dwie cienkie warstwy. W duecie z seche vite noszę go cztery - pięć dni. Bardzo ładnie wygląda na paznokciach. może dziwnie to brzmi, ale dla mnie tak czystko i elegancko:)
Jeszcze dwa dni i majówka!

niedziela, 26 kwietnia 2015

Weekendowe zakupy

Informacja o promocji -49% w Rossmannie krąży w sieci już od jakiegoś czasu, wcale nie przygotowywałam się na wielkie zakupy, pamiętam o tym, że mam wystarczającą ilość kosmetyków i nadal uważam, że przez całe życie bym nie zużyła czterech róży:) Mam ostatnio ochotę na taki wypoczęty, rozświetlony look, dlatego skusiłam się na wibo deluxe brightener czyli rozświetlający korektor (uwierzycie, że nie mam ani jednego, jakiegokolwiek korektora?!). Produkt kosztuje w cenie regularnej 14,59 zł, ja zapłaciłam za niego 7,44 zł. Na pierwszy rzut oka wydaje się mocno wpadający w róż, zobaczymy jak wypadnie na twarzy. 
Już od jakiegoś czasu myślałam o zakupie skin luminizer fundation z max factor, jednak jego cena regularna wynosi aż 60 zł, więc sporo jak na drogeryjny podkład (w promocji zapłaciłam 30,59 zł). Czytałam, że podkład nie ma mocnego krycia, natomiast bardzo dobrze nadaje się do cery suchej. Podoba mi się również opakowanie z pompką typu airless. Ze względu na to, że moje dwa podkłady z rimmela sięgnęły dna, testy zaczynam od jutra. Jestem bardzo ciekawa tego produktu. Wzięłam kolor nr 45 warm almond. Generalnie jak przeglądałam różne podkłady doszłam do wniosku, że są różowobiałe i dla mnie za jasne, a następny w kolejności kolor jest już za ciemny.
Warto również zaznaczyć, że podkład był cały zafoliowany, a korektor jak widać jest zapakowany w kartonowe pudełeczko. Miło wiedzieć, że ja pierwsza korzystam z produktów, które kupiłam. 
W ramach przypomnienia promocja obejmuje wszystkie podkłady, korektory, pudry, bronzery, róże i trwa do 29.04.2015


Nie samymi kosmetykami człowiek żyje dlatego w ramach niedzielnego spaceru zajrzałam do Empiku, skuszona promocjami z okazji dnia książki. Co prawda kupiłam ostatnio na stronie matrasu dwie nowości, ale jedna już przeczytana, a druga w połowie, poza tym książek nigdy za wiele. Kupiłam coś, co od dawna chciałam przeczytać, ale jakoś się nie składało. 


Joanna Bator 'zamień chemię na jedzenie'. Resztę niedzieli spędzam leniwie - czytając. 
Miłego popołudnia!

piątek, 24 kwietnia 2015

Denko

Wstałam dzisiaj w świetnym humorze, piątek i piękne słońce za oknem! Pełna energii stwierdziłam, że przed pracą opróżnię torbę z pustymi opakowaniami, bez dalszego przedłużania, zaczynamy:


 Do twarzy zużyłam zestaw 3 kroków z clinique, nie wyobrażam sobie stosowania ich ciągle, mimo faktu, że to 1 dla suchej skóry, te kosmetyki są zbyt mocne. Najbardziej lubię mydło do mycia twarzy, super się pieni i bardzo dokładnie oczyszcza, płyn z drugiego kroku bardzo mocno śmierdzi alkoholem, a krem ma lekką konsystencję, dobrze nadaje się pod makijaż i przyzwoicie nawilża. Stosowałam to trio na przełomie zimy i wiosny, zależało mi na tym, żeby moja cera na była poszarzała i zmęczona po zimie i faktycznie wygląda bardzo dobrze. Clinique się spisało. 



Pozostając w temacie twarzy zużyłam kilka saszetek z maseczkami, ale zwykle zapominam i je wyrzucam od razu po zużyciu. Maska kojąca z glinką różową to mój wieloletni ulubieniec, nie podrażnia, nawilża i odpręża. Nie ma się co rozgadywać, każdy te maseczki zna. Natomiast mud mask z sephory była dla mnie nowością. Maska jest ciemnoszara i ma gęstą konsystencję, jednak bardzo łatwo aplikuje się na twarz i ekspresowo zmywa, a byłam przekonana, że trochę się z jej pozbyciem pomęczę, nic bardziej mylnego! Maska przysycha, ja tego nie lubię dlatego w międzyczasie stosowałam mgiełkę z witaminą c. Po aplikacji skóra jest jasna, napięta, gładka, wcale nie ma uczucia ściągnięcia ani przesuszenia. Jak zużyję to, co mam pewnie kupię pełnowymiarowe opakowanie. 
Oliwkę Hipp lubię bardzo, zwłaszcza w zimniejszych miesiącach, aplikuję bezpośrednio na skórę albo dodaję do kąpieli. Świetnie nawilża, delikatnie pachnie i ma bardzo dobry, krótki skład.
Dwa zestawy żel i balsam do ciała. Oba żele spisywały się bardzo dobrze, dove był bardziej kremowy, a avon żelowy, myły, przyjemnie pachniały i nie przesuszały. Więcej od takich produktów nie wymagam. Balsam z dove był beznadziejny, już o tym wspominałam, ale niesamowicie się kleił, wcale nie wchłaniał, więcej żadnego nie kupię. Ten z avonu szybko się wchłaniał, miał przyjemny, utrzymujący się zapach, ale skład pozostawia wiele do życzenia i wcale dobrze nie nawilżał. 


Zużyłam odżywkę z biovaxu z olejkami makadamia, kokos i arganowym. Pod koniec zapach już mnie mocno męczył, nie zmienia to jednak faktu, że odżywka spisywała się na moich włosach bardzo dobrze, wygładzała, nawilżała, sprawiała, że włosy były sypkie i lśniące. 
Szampon z Timotei był kiedyś w bublach, wcale nie domywał włosów i bardzo je obciążał, beznadziejny. Z ulgą wyrzucam puste opakowanie, zużyłam go do golenia nóg i mycia pędzli. Elseve nutri gloss kupiłam bo już totalnie nie miałam pomysłu, moje włosy są ostatnio w dobrej kondycji, dlatego potrzebowałam czegoś, co tylko je umyje. Szampon jest ok, dobrze się pieni (wiadomo SLSy na początku składu), oczyszcza włosy i ich nie plącze, przyjemnie pachnie. Szamponów z batiste nikomu przedstawiać nie trzeba, dodam tylko, że wiśniowy to obecnie mój ulubiony zapach. 
Na koniec beznadziejne chusteczki z babydream, nawilżane tylko z nazwy. Suche i do niczego się nie nadawały, jeszcze kilka tam jest, ale wyrzucam bo już nie mam do nich cierpliwości. 



Pierniczkowy płyn do kąpieli z avonu, zużyłam jeszcze zimą, zapach korzenno-chemiczny, bardzo słabo się pienił i strasznie wysuszał skórę, w sumie jego małą wydajność powinnam zaliczyć na plus. Więcej nie kupię. Żel do mycia twarzy 3w1, niby zmywał makijaż, ale wcale nie ekspresowo, lubił pomazać się po twarzy, nie pienił się. Też więcej do niego nie wrócę. 
To tyle, torba już pusta, trzeba po drodze do pracy wyrzucić śmieci:)  

wtorek, 21 kwietnia 2015

Peeling enzymatyczny

Zawsze mam jakiś peeling w mojej łazience - do pielęgnacji twarzy i ciała. Ze względu na to, że mam cerę wrażliwą zawsze sięgam po peelingi enzymatyczne i uważnie je dobieram, ponieważ w tym przypadku bardzo łatwo o podrażnienia. 


Podczas moich ostatnich zakupów w superpharm zaopatrzyłam się w łagodny peeling enzymatyczny z keratoliną i białą glinką, do cery suchej i normalnej z dermiki. Przy zakupach za 35 zł, był do kupienia za 9,90 zł, jego regularna cena to ok. 30 zł, więc nie zastanawiałam się długo. 
Kilka słów od producenta: delikatnie działający peeling do twarzy przeznaczony do ceru suchej i normalnej. Aktywne enzymy skutecznie usuwają obumarłe komórki naskórka, biała glinka głęboko oczyszcza skórę, a alantiona działa łagodząco. Skóra staje się świeża, gładka i przyjemna w dotyku. Jest doskonale przygotowana do dalszej pielęgnacji.


Dermiki używam od ponad miesiąca, przyznaję, że jestem z tego kosmetyku bardzo zadowolona i podzielam wszystkie pozytywne opinie, które przeczytałam. Wcale mnie nie podrażnia (a mimo wszystko spodziewałam się tego, wiele drogeryjnych peelingów ma do tego tendencję), ani nie przesusza i co najważniejsze działa - faktycznie stosowany w miarę regularnie (raz, czasem dwa razy w tygodniu) rozprawia się z suchymi skórkami. Moja twarz z tendencją do zaczerwienień jest po aplikacji tego produktu miękka, gładka i ma ujednolicony koloryt. 
Kosmetyk jest bardzo wydajny, łatwo się aplikuje i szybko zmywa z twarzy. 
Czytałam, że jest do produkt bezzapachowy, cóż dla mnie peeling pachnie delikatnie, to taki lekko różany zapach. Kosmetyk został zapakowany w przyjemną dla oka miękką tubkę, z której peeling można wydobyć bezproblemowo do ostatniej kropli. Opakowanie zawiera 75 ml, produkt jest ważny przez 6 miesięcy od otwarcia. Dla mnie to świetny peeling, działa bez zarzutu, wcale nie podrażnia i ma delikatny zapach. Z pewnością zostanie ze mną na dłużej, tym bardziej, że moim zdaniem w tego typu produktach nie ma dużego wyboru. 

niedziela, 19 kwietnia 2015

Migawki

Bardzo dawno nie było migawek, dzisiaj jak przeglądałam aparat i telefon doszłam do wniosku, że w ostatnim czasie zrobiłam zdecydowanie mniej zdjęć niż zwykle, czas na poprawę:) 
Idziemy w maju na koncert Hey, bardzo się cieszę. 'Uroda życia' to ostatnio moja ulubiona gazeta, mało reklam, sporo treści. Kupiłam sobie piękny, wiosenny koc w biedronce, mój poprzedni udał się na zasłużoną emeryturę. Sezon na lody uważam za otwarty, co tydzień robimy sobie wieczór filmowy, nie dla mnie chipsy i popcorn, ja zawsze zasiadam z miseczką lodów, najlepiej z dodatkiem świeżych owoców. Na sobotnie leniwe śniadanie najlepsze są francuskie tosty. Ryż z jabłkiem, śmietaną i cynamonem to smak dzieciństwa! I dzisiejszy obiad - makaron ze szpinakiem. 
Wstałam tylko na chwilę, a mała włochata kulka od razu zajęła moje miejsce. I jeszcze jedno zdjęcie Januszki. Tyle u mnie.


Miłego wieczoru :) 

piątek, 17 kwietnia 2015

Jajko ebelin

Byłam ciekawa tych wszystkich jajko-gąbek do makijażu, jednak nie na tyle, żeby skusić się na oryginalny beauty blender, moim zdaniem cena jest stanowczo za wysoka biorąc po uwagę czas użytkowania tego jajka, wolałabym kupić porządny pędzel, który służy przez lata. Zatem nie będzie to recenzja porównawcza, bo nie ma co porównywać:) Napiszę tylko jakie są moje wrażenia z używania jajka do podkładu. 


Jajko ebelin dostępne jest w sieci drogerii DM, ja swoje wygrałam w konkursie na blogu Charlotte's Wonderland (link, chociaż jestem przekonana, że blog jest powszechnie znany:), jednak bez problemu można je kupić na allegro (za ok. 25 zł).
Różowa gąbeczka jest wykonana ze sprężystego tworzywa, łatwo nasiąka wodą i praktycznie wcale nie 'pije' podkładu. Za pierwszym razem wylałam na dłoń trochę więcej niż zwyczajnie i byłam zaskoczona ile jeszcze kosmetyku zostało. Zauważyłam, że stosując gąbkę używam mniej podkładu niż kiedy używam pędzla. Za to duży plus. 
Podkład 'następlowany' na twarz wygląda bardzo naturalnie, byłam bardzo pozytywnie zaskoczona efektem. Twarz wygląda dużo lepiej niż po aplikacji palcami czy pędzlem. Kosmetyk jest dobrze roztarty i wspaniale łączy się ze skórą. Testowałam go z trzema kosmetykami (bardziej płynnym i trochę bardziej zbitym) i za każdym razem efekt był bardzo zadowalający. 


Reasumując: cena, efekt i mniejsze zużycie podkładu to ogromne zalety jajka. Minusem jest tylko trudność utrzymania go w czystości. Ja swój egzemplarz myję szarym mydłem zaraz po użyciu, nie łatwo domyć podkład z różowej powierzchni, po 1,5 miesiąca mojej jajko jest trochę jaśniejsze na dole niż na górze, to przez to, że trzeba się natrzeć, żeby je dokładnie umyć. Powierzchnia gąbki jest delikatna i trzeba bardzo uważać, żeby jej nie przedrzeć. 
Nie używam jajka codziennie, rezygnuję z niego kiedy bardzo się spieszę i chcę wykonać ekspresowy makijaż. Generalnie jak na 1,5 miesiąca jest w bardzo dobrym stanie i mam nadzieję, że posłuży mi przez jeszcze kilka kolejnych. A potem kupię następne na allegro. 
Miałyście to jajko? A może testowałyście inne, jeszcze lepsze? 

wtorek, 14 kwietnia 2015

demakijaż

Mój ulubiony demakijaż to taki, który jest szybki. Dlatego często stawiam na żele do mycia twarzy. Ostatnio skusiłam się na Tołpa dermo face rosacal żel micelarny do twarzy i oczu


Najpierw kilka słów od producenta: nasz dermokosmetyk dzięki zawartości miceli dokładnie i delikatnie oczyszcza skórę twarzy i okolice oczu z makijażu i zanieczyszczeń. Łagodzi zaczerwienienia i podrażnienia. Eliminuje uczucie pieczenia i ściągnięcia skóry. Nawilża, odświeża, pozostawia uczucie ukojenia i komfortu. Nie zauważyłam, żeby jakoś wybitnie łagodził zaczerwienienia, moim zdaniem od tego jest krem czy maska, a żel jest na twarzy zbyt krótko, żeby coś tutaj zdziałać. Natomiast z resztą całkowicie się zgadzam. Jestem z niego bardzo zadowolona, jest bardzo delikatny,  faktycznie nie ściąga, nie przesusza i nie podrażnia skóry, myję nim również oczy i tutaj również sprawdza się świetnie, ani razu nie zdarzyło się, żebym miała zaczerwienione, piekące oczy. Bardzo szybko i dokładnie rozpuszcza makijaż. Poza tym design opakowań Tołpy trafia w mój gust. Produkt ma typowo żelową konsystencję, nie pieni się, bardzo łatwo wycisnąć go z tubki. 
Jego jedyny minus to regularna cena - 30 zł. Na szczęście jest bardzo wydajny. Będę go szukała w promocjach, bo z pewnością do niego wrócę.


Drugi (i ostatni) krok mojego demakijażu to płyn micelarny Mixa optymalna tolerancja formuła stworzona pod kontrolą medyczną do bardzo wrażliwej i reaktywnej skóry twarzy i powiek witamina B5, kojący ekstrakt z róży. Zdaniem producenta: nasz płyn micelarny to preparat, który idealnie nadaje do demakijażu skóry wrażliwej, ponieważ ogranicza do minimum konieczność pocierania podczas zmywania makijażu. Wielka ulga: płyn zawiera opatentowany ekstrakt z róży. Skóra wrażliwa i skłonna do reakcji alergicznych staje się jednocześnie ukojona i złagodzona.  


Jeśli zastanawiacie się nad zakupem tego płynu serdecznie polecam. Działa łagodząco, faktycznie nie ma potrzeby mocnego tarcia, używałam go wielokrotnie zamiast żelu i sprawdza się w tej roli bardzo dobrze, rozpuszcza makijaż szybko i skutecznie. Ma przyjemny delikatny zapach, nie zostawia na skórze lepkiej warstwy, kiedy przemywamy nim oczy nie mamy wrażenia 'widzę przez mgłę'. Poza tym jest wyposażony w wygodną pompkę. Produkt nie zawiera alkoholu ani parabenów. 

niedziela, 12 kwietnia 2015

minimalizm - tag

Trwa weekend promocji, już od czwartku słyszałam od koleżanek z pracy co planują kupić. Ja kupiłam dwie rzeczy, obie chciałam sobie sprawić na urodziny (co prawda to dopiero za miesiąc, ale stwierdziłam, że jak mogę trochę zaoszczędzić to kupię sobie coś trochę wcześniej). Nie skusiłam się na nic więcej, nawet nie wchodziłam do innych sklepów, szkoda było mi na to czasu. 
Przeczytałam książkę "minimalizm po polsku" i przyznam, że nic mnie w niej bardzo nie zaskoczyło. Jeśli jednak interesujecie się tym tematem serdecznie tę książkę polecam. Jest napisana w bardzo przystępny sposób, szybko się czyta, wszystko jest tam przedstawione bardzo racjonalnie, a nie radykalnie. Jestem jeszcze ciekawa książki 'sztuka minimalizmu', słyszałam o niej różne opinie, w najbliższym czasie planuję wyrobić sobie własną:)


Uważam, że mogę swoje życie określić jako racjonalny minimalizm. Daleko mi do życia o jednej parze spodni, ale nie widzę też potrzeby posiadania piętnastu palet cieni. Kupuję tyle ile zużywam, oczywiście, że są rzeczy które bardzo mi się podobają, oglądam je na blogach czy yt, ale wiem, że nie używam bronzera więc mimo faktu, że ten z chanel był przepiękny nigdy nie myślałam o jego zakupie. Takie przykłady mogłabym wymieniać jeszcze przez godzinę. Internet stwarza wiele konsumpcyjnych pokus, ale daje też ogromną skalę porównawczą. Poza tym zakupy on-line sprawiają, że mamy sporo czasu na to, żeby się zastanowić czego chcemy, w jakiej cenie, kolorze etc, tym sposobem nie kupujemy kompulsywnie. 


1. Co Cię skłoniło do minimalizmu?
Nic szczególnego, jakiś czas temu zrobiłam porządek w swojej szafie i doszłam do wniosku, że mam stanowczo za dużo t-shirtów, kupowałam je dlatego, że podobały mi się i były tanie, z ich jakością bywało różnie, zwykle źle, części z nich nie założyłam więcej niż kilka razy. Moim zdaniem minimalizm jest dobrym rozwiązaniem teraz, kiedy żyjemy w wybitnie konsumpcyjnych czasach, kupujemy więcej niż potrzebujemy, bo wiele rzeczy jest tanich i łatwo dostępnych. Teraz nawet nie oglądam t-shirtów w sklepach, za 10 zł wolę sobie kupić owoce:)
2. Jak zaczęłaś proces pozbywania się zbędnych rzeczy?
Nie nazwałabym tego procesem, nigdy nie miałam przytłaczającej liczby rzeczy, zrobiłam tyko porządek w koszulkach. 
3. Czy kiedyś liczyłaś ilość posiadanych rzeczy?
Nie, wystarczy, że się rozejrzę po mieszkaniu i widzę, że nie jest tego dużo. Nie mam tak, że totalnie o czymś zapomniałam, nie wiedziałam nawet, że to mam bo było wsadzone gdzieś w kąt szafy. 
4. Jakie masz wskazówki na radzenie sobie z pożądaniem większej ilości rzeczy?
Myślę, że Ameryki tutaj nie odkryję. Po prostu zastanów się czy Ty tego chcesz, czy tylko tak myślisz bo wszyscy to mają, bo chwali to Twoja koleżanka albo ulubiona 'jutuberka', czy ta rzecz Ci się przyda? A może wolisz odłożyć te pieniądze na coś o czym marzysz od dawna, a cały czas sobie tego odmawiasz bo jest za drogie?
5. Jak radzisz sobie z nie-minimalistami w Twoim otoczeniu?
Wcale mi to nie przeszkadza. To ich wybór. Pamiętam jak jakiś czas temu mój kolega za studiów zaprosił nas do siebie, nigdy nie byłam w jego mieszkaniu (generalnie nie widzieliśmy się kilka lat) i kiedy tam weszłam byłam dosłownie przytłoczona. Rzeczy były wszędzie. pudełka na pudełkach, podparte koszykami, w łazience cały regał był zawalony kosmetykami (człowiek z normalną powierzchnią ciała nie jest w stanie w siebie tego wszystkiego wsmarować:), na kanapie było tyle poduszek, że nie dało się na niej usiąść, pies miał cały stos frisbee. Pomyślałam wtedy, że ja bym się w takim mieszkaniu udusiła, czułam się totalnie, przytłoczona, ale nic nie powiedziałam, przecież nie ja tam mieszkam.
6. Masz jakieś grzeszki gdzie minimalizm nie obowiązuje?
Nadal kupuję gazety i dużo książek, nie mogę się powstrzymać, uwielbiam czytać i nigdy z tego nie zrezygnuję. 

A zatem co kupiłam wczoraj? Srebrną przywieszkę z Kruka (mam już kolczyki) i skórzany portfel z Ochnika. 


Miłej niedzieli!

piątek, 10 kwietnia 2015

kulturalny newsletter - książki

Mam wolne przedpołudnie i stwierdziłam, że dawno nie było nic o książkach. Nie jestem zwolennikiem dzielenia lektur na takie dla kobiet i dla mężczyzn, ale podejrzewam, że te dzisiejsze zainteresują wyłącznie dziewczyny:) Idzie weekend, oto moje propozycje do poczytania: 


Lekcje madame chic to książka, która przenosi nas do Paryża, opowiada o stylu, sposobie ubierania, minimalizmie w szafie, o slow life. Szybko się czyta, część z tych porad z pewnością nie będzie dla Was zaskoczeniem, ale to naprawdę przyjemna lektura na jeden albo dwa wieczory. Podobnie sytuacja wygląda w przypadku drugiej części czyli W domu madame chic tutaj z kolei otrzymujemy wskazówki jak prowadzić dom, z podziałem na sprzątanie, przyjmowanie gości, wieczorny relaks, może brzmi to trochę wydumanie i drobnomieszczańsko, ale ponownie - bardzo przyjemnie się czyta. Jeśli (tak jak ja) lubicie francuskie klimaty koniecznie przeczytajcie Bądź paryżanką gdziekolwiek jesteś książka jest bardzo ładnie wydana - na dobrym papierze, z ilustracjami. Bardzo szybko się czyta, dlatego podzieliłam sobie tą przyjemność na kilka wieczorów, skłania do śmiechu, ale też do refleksji. Francuzki są tutaj pokazane z lekkim (i bardzo zabawnym) przymrużeniem oka. 
Przeczytałam też dwie 'modowe' pozycje: Radzka radzi Tobie dobrze w tym była dla mnie pozycją obowiązkową, dostałam ją (i od razu przeczytałam) już kilka miesięcy temu, ale koniecznie muszę o niej wspomnieć. Twarda oprawa, dobry papier, piękne ilustracje, okładka, cała strona graficzna jest wspaniała, moim zdaniem rzadko zdarza się takie ładne, dopracowane wydanie. Czyta się bardzo szybko, jeśli oglądacie kanał Radzki, to ta książka jest jego uzupełnieniem, oczywiście jeśli nie oglądacie, a szukacie czegoś co pomoże Wam w doborze ubrań do waszej sylwetki też polecam. Po przeczytaniu uważniej przyjrzałam się swojej szafie, stwierdzam, że nie jest tak źle:) 
Kiedy na półce w empiku zobaczyłam To nie są moje wielbłądy. O modzie w PRL wiedziałam, że koniecznie muszę to przeczytać. Ciekawi mnie tematyka PRL nie tylko z historycznego punktu widzenia (chociaż i takie książki czytam), ale przede wszystkim tematyka społeczno-obyczajowa. Nie kupiłam książki od razu ponieważ zwykle w empiku jest dużo drożej, zamówiłam na stronie matrasu (i zapłaciłam prawie 15 zł taniej). Jeśli jesteście ciekawi jak wyglądała prlowska moda od kuchni ta książka jest dla Was. Gospodarka planowana, kontrola prasy, przerabianie męskich spodni na sukienki, farbowanie materiałów, baletki z trampek, szaleńcza organizacja materiałów, szwalni, projektów, kiedy nic nie dało się zorganizować bez 'udziału' państwa. Książka opisuje sposób ubierania polaków w tamtym czasie, ale nie tylko dokładnie oddaje paranoję Polski Ludowej. 
Wstydliwa historia piękna - jak Helena Rubinstein i L'Oreal stworzyli kobietę początkowo czytało mi się tą książkę raczej trudno, suche fakty i tyle, jednak później przyzwyczaiłam się i dowiedziałam wielu ciekawych rzeczy. Historia (czasem faktycznie wstydliwa) powstawania gigantycznych kosmetycznych koncernów. Pierwsze receptury, nieudane testy, tworzenie od podstaw pielęgnacji skóry, ale też tło historyczne - II wojna światowa, kolaboracja, zmiany obyczajowe. Warto przeczytać.