sobota, 28 lutego 2015

Ulubieńcy lutego

Zima zdecydowanie mi nie służy, mam suchą skórę dlatego często sięgam po oliwki. Zużyłam słynną oliwkę hipp i w jej zastępstwie sięgnęłam po nawilżającą oliwkę z Himalaya. Ma dłuższy skład niż hipp, ale pachnie bardziej aloesem niż typowym produktem dla dzieci. Dobrze nawilża i odżywia. Stosują ją na lekko wilgotną skórę albo dolewam trochę do kąpieli.



Skusiłam się na oczyszczającą maskę do twarzy z palmer's. Jestem z niej bardzo zadowolona. w sumie to oczywiste, w końcu znalazła się w ulubieńcach:) Nie zauważyłam ogromnego oczyszczenia mojej skóry, ale nie potrzebuję tego. Sięgnęłam po ten produkt ponieważ bardzo dobrze nawilża dzięki zawartości olejku ze słodkich migdałów i masła shea. Maska ma zbitą konsystencję, dzięki temu nie spływa z twarzy, łatwo się rozprowadza. Po aplikacji skóra jest miękka i odżywiona. Wcale nie ma uczucia ściągnięcia. Ponad to bardzo łatwo ją zmyć, niby to taki drobiazg, ale wcale nie relaksuje się mając na twarzy maskę, którą dłużej zmywam niż trzymam na skórze. Jedyny minus to mdły zapach, totalnie nie przypadł mi do gustu.



Mam w tym miesiącu aż dwa produkty z kolorówki: kredka do ust z golden rose z serii emily nr 202 jest wspaniała. Ma piękny kolor zgaszonego różu, po jej nałożeniu usta nadal wyglądają naturalnie, ale zdecydowanie lepiej niż solo. Ma zbitą i suchą konsystencję, ale dzięki temu dość dobrze trzyma się na ustach i nie rozmazuje. Możemy nią tylko obrysować kontur ust, ale ja wypełniam całe. Za każdym razem kiedy po nią sięgam, nie mogę uwierzyć, że taki dobry produkt kosztował tylko 4 zł. Jestem ciekawa innych kolorów.  
Clinique high impact mascara to jeden z moich tuszowych ulubieńców od lat. Ma tradycyjną szczoteczkę, z bardzo dużą ilością włosków, w normalnym rozmiarze, te wielkie wcale mi nie służą. Na początku tusz jest rzadki i daje marny efekt, potrzebuje ok. miesiąca żeby trochę przyschnąć, a wtedy już po jednej warstwie rzęsy są mocno podkreślone. Tusz jest intensywnie czarny, nie osypuje się, a rzęsy są elastyczne.


Na sam koniec lakierowe zaskoczenie. Wibo wow glamour sand w nr 4. Zdaniem producenta to lakier strukturalny o piaskowej fakturze, moim zdaniem tworzy na paznokciach mniej chropowatą warstwę niż typowy piasek. W granatowej bazie mamy złote, fioletowe, czerwone i różowe drobinki. Tworzy piękny efekt na paznokciach i łatwo się zmywa. Nie mogłam uwierzyć w to, że zmywa się jak zwykły jednokolorowy lakier! Jedyny minus to słaba trwałość, pierwsze odpryski pojawiły się już drugiego dnia. 
A jakie kosmetyki Wam umilały kończący się miesiąc?

poniedziałek, 16 lutego 2015

rzecz do rzeczy #4

Dzisiaj będzie dużo rzeczy kuchennych, dlatego najpierw zacznę od bardzo ostatnio popularnej inspiracji czyli 'zniszcz ten dziennik'. Byłam go bardzo ciekawa i od kiedy go dostałam sięgałam po niego bardzo często niemal przez kilka tygodni. Jeśli jeszcze ktoś nie wie o co chodzi - 'książka' na niemal każdej stronie ma przygotowane jakieś zadanie np. koloruj poza liniami, stwórz katalog plam, zbieraj naklejki z owoców i wiele innych. Pobudza wyobraźnię i kreatywność. Poza tym fajnie jest od czasu do czasu zrobić coś innego. 




Uwielbiam spodnie dresowe (od piżamy też:) z f&f (kupuję je w tesco). Te beżowe z mordkami kotów tak mnie urzekły, że nie mogłam bez nich wrócić do domu. Są miękkie, wygodne, ze ściągaczem przy kostce. 
A teraz czas na kategorię kuchnia. Piję dużo herbaty, ostatnio skusiłam się na biedronkową green hills o smaku malina i kardamon oraz na lipton gruszka z czekoladą. Ta pierwsza to owocowy, trochę cierpki smak z wyczuwalną nutą kardamonu, natomiast druga to gruszka z dodatkiem czegoś słodkiego (nie, nie smakuje czekoladą). Skusiłam się na kolejny zaparzacz - tym razem silikonowy w kształcie cytrynki. Łatwiej go wyczyścić niż te metalowe. Cieszy oko, a kosztował tylko 7 zł w Duce. Pozostając w temacie herbaty bardzo podobały mi się zestawy filiżanka i nałożony na nią dzbaneczek. Kupiłam sobie taki zestaw w Biedronce, a potem na gwiazdkę dostałam jeszcze jeden od mamy mojego chłopaka. Z takiego dzbaneczka mamy dwie filiżanki herbaty. 




Mam w tym roku ochotę poszerzać swoje kulinarne horyzonty, zwłaszcza w zakresie kanapek. Może brzmi to banalnie, ale ile można jeść ser z szynką? Odkryłam w ostatnim czasie dwie ulubione kompozycje: pierwsza to pieczywo posmarowane śmietankowym serkiem kanapkowym z pokrojoną figą i miodem, druga to awokado z szynką, pomidorem i szczypiorkiem. 
Zapatrzyłam się w masło orzechowe (wiecie, że do tej pory go nie jadłam?)  - wzięłam to z sante ponieważ miało najwyższą zawartość orzechów (90%). Teraz szukam przepisów na wykorzystanie go, chciałam czegoś innego niż tosty z masłem orzechowym i bananem. W sieci znalazłam przepis na kenijskiego kurczaka z pomidorami i masłem orzechowym (jeśli chcecie przepis znajduje się TUTAJ). 


Wiem, że na zdjęciu nie wygląda zbyt atrakcyjnie, ale wierzcie mi - był pyszny!  

piątek, 13 lutego 2015

Bo walentynki

Czerwone serduszka, koronki, majtki, róże i satyna są ostatnio wszechobecne. Wiem - jest święto jest okazja do zarobku. Dla mnie walentynki to dzień jak każdy inny, z tą różnicą, że miejsca nie ma nie tylko w restauracji, kawiarni czy kinie, ale nawet na ośnieżonej ławce w parku ;) 


Stwierdziłam, że z tej okazji pokażę Wam kilka kosmetyków kolorowych, które moim zdaniem bardzo dobrze nadają się do 'randkowego looku', nie chcę tworzyć postu z konkretną propozycją makijażową, bardziej miałam na myśli luźne rozważania :) Popularna walentynkowa czerwień jest moim zdaniem propozycją bardzo kobiecą, ale nie dla każdego. Mnie kojarzy się ze starszymi paniami i chociaż u innych ją podziwiam sama czuję się z czerwienią na ustach dziwnie. Co innego róż. Uwielbiam - idealnie nadaje się na dzień, jest lekki i dziewczęcy. 
Po jakie kosmetyki najczęściej sięgam:
Na twarz podkład rimmel stay matte w kolorze 100 ivory. Nałożony oszczędnie daje lekkie krycie i naturalny wygląd. Plus za trwałość i jasny kolor. Nie trzeba go przypudrowywać (jest taki wyraz?). Na policzki mój ulubiony róż bourjois w kolorze 34 rose d'or. Róż wygląda świeżo i dziewczęco, nie stworzy nam placka na twarzy, dodatkowo ma złote drobinki, które bardzo ładnie odbijają światło. Jeśli wolicie srebrne rozświetlenie polecam highliter undress your skin z make up academy - uzyskany nim efekt tafli jest świetny. 



Bardzo często na całą powiekę nakładam cień z inglota pearl 395, po zużyciu widać jak bardzo się lubimy. To takie beżowo-złoty odcień. Z podobną częstotliwością sięgam po cień 540 Rose Marie's Baby z catrice - to delikatny satynowy róż. Oba wyglądają bardzo dobrze z jakimś brązem w załamaniu np. tymi z palety Iconic I z make up revolution. 
Na sam koniec usta. Sześć propozycji w zależności od tego, na co mamy ochotę - matowy zgaszony róż z golden rose w kolorze 07, napakowany złotymi drobinkami błyszczyk z catrice 050 sugar crush, jasnoróżowa kredka z astor niestety numer i nazwa już dawno się starły, jak niemal wszystkie napisy na tym opakowaniu, błyszczyk w tubce thrill me saffon z orilflame oraz dwa błszczyki z miss sporty 118 sweet dance (intensywny róż) i 140 pasadena (delikatny koral). 


I tyle, moim zdaniem całkiem skromnie. Nie mam bronzera, nie potrafię go nakładać, wydaje mi się, że wyglądam z nim sztucznie. 
Korzystając z jutrzejszych walentynek zapytam co sądzicie o makijażu na randkę? Kreska z jaskółką, ciemne smoky czy intensywny kolor na ustach? Moim zdaniem najodpowiedniejszy jest delikatny makijaż, przecież w takich spotkaniach chodzi o to, żeby dać się poznać, a nie ukrywać za maską z wielkich ust i sztucznych rzęs. 

środa, 11 lutego 2015

Pierwsze denko w nowym roku

Trochę uzbierałam tych pustych opakowań, moim zdaniem nawet za dużo. Nie lubię pisać postów-tasiemców, poza tym większość tych kosmetyków już na blogu była więc nie będę się rozpisywać.


Najpierw maseczki: maska kolagenowa marion spa miała pielęgnować, ujędrniać i napinać skórę. Cóż, nie zauważyłam żadnej różnicy przed i po. Lubię maseczki w formie nasączonego płata, ale ten był taki niedopasowany do twarzy, że cały czas się zwijał i spadał. Nie sięgnę po nią ponownie. Natomiast bio cosmetics maska peel-off z acerolą i witaminą c była wspaniała. Fakt, że trzeba się było samemu zmieszać proszek z wodą do uzyskania gładkiej konsystencji (co nie było takie proste), ale efekt był wart zachodu. Maska koiła i lekko chłodziła. Sprawiała, że zaczerwieniona skóra po jej aplikacji była uspokojona, napięta i miękka w dotyku. Polecam i jeszcze nie raz po nią sięgnę. 40 g produktu wystarczyło mi na 4 zastosowania. Tołpa dermo face rosacal to taki przeciętniak, za pierwszym razem podrażniła moją skórę, podczas następnych użyć nie zauważyłam nic ponad lekkie nawilżenie. Nie polecam. 
Płyn micelarny 3 w 1 z garnier służył mi przez kilka dobrych miesięcy i byłam z niego bardzo zadowolona. Nie podrażniał skóry ani okolic oczu, dobrze i szybko rozpuszczał makijaż, na plus zaliczam mu również relację ceny do jakości i wydajności. Wiem, że na jego temat są różne opinie, każdej cerze służy coś innego, u mnie sprawdził się bardzo dobrze. 
Teraz dwa buble, jak już Was wspominałam płyn dwufazowy take the day off z clinique był przeciętny, zmywał makijaż i nie podrażniał, ale wiele tańszych kosmetyków sprawdza się tak samo, za cenę pełnowymiarowego opakowania można mieć kilka dobrych płynów dwufazowych. Tołpa by Mariusz Przybylski balsam-olejek do demakijażu twarzy nie podrażniał i nie dawał uczucia ściągnięcia, ale też nie zmywał dobrze makijażu tylko rozmazywał go po całej twarzy. 
Z ogromną przyjemnością do ostatniej kropli zużyłam dermedic hydrain3 hialuro nawadniający krem przeciwzmarszczkowy na dzień - miał przyjemny, owocowy zapach, szybko się wchłaniał, jak na swoje bardzo dobre nawilżające działanie miał lekką formułę. Dobrze współgrał z makijażem. Świetny produkt. Jeśli szukacie czegoś przeciwzmarszczkowego, tak na początek, a dodatkowo macie suchą skórę warto sięgnąć po ten krem. Na plus również opakowanie z pompką. Do mojego zamówienie z clinique jako próbkę dostałam krem even better nawilżający z spf 20. Produkt miał gęstą, tłustą formułę, faktycznie dobrze nawilżał, ale dość długo się wchłaniał. Całkiem dobry kosmetyk, ale nie zachwycił mnie na tyle, żebym chciała kupić pełnowymiarowe opakowanie.


Czas na produkty do ciała: o żelach z bath and body works już Wam wspominałam - wydajne, dobrze się pienią, nie przesuszają i mają wyjątkowe, ciekawe zapachy. Cena jednak powala, na promocji warto się skusić, ale w cenie regularnej już nie. Podobnie jest z balsamami z tej firmy - zapachy niespotykane, lekkie, szybko się wchłaniają, przyzwoicie nawilżają, ale w ich regularnej cenie można spotkać coś o wiele lepszego. Jeśli szukacie czegoś, co będzie uzupełnieniem Waszego domowego spa polecam cukrowy peeling z wellness & beauty ja miałam o zapachu mango i kokosa, ale dostępna jest jeszcze wersja migdałowa i oliwkowa. Mocny zdzierak, którym możecie wykonać złuszczający masaż całego ciała, dodatkowo dzięki zawartości olejków nie ma sensu po wyjściu z wanny używać masła czy balsamu ponieważ skóra jest miękka i nawilżona. O balsamie z vaseline wspominałam Wam niedawno to taki dobry drogeryjny nawilżacz. Ma przyjemny zapach, szybko się wchłania i dobrze pielęgnuje. 
Na sam koniec tylko dwa produkty z kolorówki: tusz do rzęs avon super shock max był moim ulubieńcem. Silikonowa szczoteczka z krótkimi 'włoskami' wyczesywała każdą rzęsę, nie tworzyła przerysowanych 'owadzich nóżek' tylko czarne, dobrze podkreślone, gęste rzęsy. W kolejce mam jeszcze dwie maskary, ale kiedyś jeszcze po niego sięgnę. 
Podkład better skin z maybelline sprawdzał się u mnie bardzo dobrze. Wiem, że ma wiele negatywnych opinii, natomiast u mnie dobrze się aplikował, nie ciemniał na twarzy, ścierał się równomiernie, nie waży, nie podkreślał suchych skórek. Oczywiście nie sprawdziły się zapewnienia producenta o widocznej redukcji niedoskonałości po 3 tygodniach, ale nie tego od podkładu oczekuję. Jeśli będzie w promocyjnej cenie jeszcze nie raz go kupię. 
Na osobne zdjęcie nie załapał się antyperspirant z nivea stres protect - lubiłem go bardzo, zużyłam kilka opakowań i teraz czas na coś nowego. Nawet dobre rzeczy się nudzą:) ładnie pachniał, nie odbarwiał ubrań, dobrze chronił i wysychał praktycznie zaraz po aplikacji. 
Dotarliśmy do końca! W przyszłości będę robiła mniejsze denka. Dziękuję jeśli doczytaliście do tego miejsca. 

niedziela, 8 lutego 2015

kulturalny newsletter

Byłam w styczniu dwa razy w kinie - jeden tytuł polecam, drugiego nie. Zacznijmy od tego gorszego 'exodus bogowie i królowie' to ekranizacja biblijnej opowieści o walce pomiędzy Ramzesem II, a Mojżeszem. Spodziewałam się pięknych zdjęć, ciekawych charakteryzacji i efektów specjalnych. Ostatecznie wszystko wygląda tandetnie i sztucznie, historia jest za długa i chwilami nudnawa. Możecie się ze mnie śmiać, ale na 'pingwinach z madagaskaru' bawiłam się świetnie. Jeśli szukacie naprawdę śmiesznej, nie za długiej historii na piątkowe popołudnie w kinie to polecam. Oglądając trailer uśmiałam się, ale trochę obawiałam, że to mogą być jedyne trzy zabawne minuty filmu, na szczęście niemal cały mnie bawił. 
Teraz czas na polskie kino - ponownie obejrzałam 'plac zbawiciela'. Ten film zawsze mnie porusza i skłania do refleksji. Opowieść o problemach z developerem, niemożliwości posiadania własnego miejsca do życia, rozpadzie rodziny, trudnych relacjach pomiędzy synem a matką, synową a teściową. Jeśli do tej pory nie widzieliście koniecznie trzeba to nadrobić. 


Słyszałam tyle dobrego o 'Idzie', że bardzo chciałam ją w końcu zobaczyć. Wspaniały, olśniewający, niepowtarzalny, duma polskiego kina. Niestety ja pod tymi superlatywami się nie podpiszę. Może nie jestem aż taką wysublimowaną estetką jak sądziłam, ale dla mnie ta historia jest nuda, trochę o niczym. Dziewczyna przed ślubami zakonnymi spotyka swoją ciotkę, razem jadą do w jej rodzinne strony. Ciotka jest alkoholiczką, sędzią i generalnie nieszczęśliwym człowiekiem. Relacje między bohaterkami raczej słabe, zakończenie dziwne. Przykro mi, ale wcale nie rozumiem zachwytów nad tą produkcją. 
Jeszcze dwa seriale i przechodzę do książek. 'Ray Donovan' jest ekspertem od podbramkowych sytuacji. Jeśli budzisz się na kacu w hotelowym pokoju, a obok ciebie leży martwa prostytutka zadzwoń po niego, on to załatwi. Serial pełen jest nietypowych sytuacji, a poza tym mamy fabułę rodzinnych tajemnic. Gangsterskie klimaty przypomina mi trochę 'rodzinę Soprano'. 
'Orange is the new black' to serial bardzo ostatnio popularny i nie ma się czemu dziwić. Jest po prostu dobry. Wszystkie bohaterki mają za sobą jakąś historię, ich losy splatają się w niecodziennym miejscu - w więzieniu. Każda z nich musi się tutaj odnaleźć, tworzą ciekawą, czasem całkiem niecodzienną i zaskakującą mieszankę. 
Czas na książki. wspomnę tylko o trzech, ponieważ nie chcę tworzyć posta-tasiemca. Za kilka/kilkanaście dni opublikuję notatkę wyłącznie poświęconą temu, co ostatnio przeczytałam. 
Bardzo ciekawiło mnie 'pokolenie ikea', słyszałam, że ta książka to satyryczny, aktualny obraz społeczeństwa. Cóż, czytając tą książkę śmiałam się na głos. Obraz ludzi pracujących w korporacjach, rzeczywistości w kancelariach prawnych, klubach i centrach handlowych opisana bardzo dokładnie i trafnie. Najbardziej zapadła mi w pamięć postać mężczyzny, który od kilku lat nie wyszedł na powierzchnię - przemieszcza się swoim samochodem pomiędzy garażem podziemnym pod swoim apartamentowcem a garażami podziemnymi pracy albo centrum handlowego. Wiem, że ta książka to może obraz trochę przerysowany, ale całkiem ciekawy. 
'Marsjanin' to książka z piękną okładką. Prostą, o ładnej kolorystyce. Tutaj nie sprawdza się powiedzenie 'nie oceniaj książki po okładce' :) Mark Watney jest astronautą biorącym udział w misji eksplorującej marsa, niestety w wyniku splotu wydarzeń jego towarzysze wracają na ziemię, a on zostaje sam na czerwonej planecie. Do dyspozycji ma pozostawiony sprzęt i samodzielnie stworzoną hodowlę ziemniaków, wiem, brzmi abstrakcyjnie, ale historia jest bardzo wciągająca. Szybko się czyta, Markowi ciągle przydarzają się dziwne rzeczy, warto dowiedzieć się też, co się stanie dalej, bo przecież nie można od tak żyć sobie na marsie. Poza tym dokładne opisy reakcji chemicznych i innych naukowych rzeczy nadają książce autentyczności. 
'Kocham nowy jork' przeczytałam po tym jak zobaczyłam tę książkę w filmiku Szusz. Spodziewałam się czegoś lepszego, a jak to często bywa trafiłam na zwykłe, przewidywalne czytadło. Catherine jest ambitną, świetnie rokującą prawniczką, przenosi się do siedziby głównej firmy w Nowym Jorku, a tutaj (nie mogłoby być inaczej) wielkie sprawy, wyprzedaże Diora, kolorowe drinki, przystojni mężczyźni etc. Po drugą część raczej nie sięgnę. 
Wieczory nadal są długie więc czekam na Wasze serialowe/filmowe/książkowe polecenia.

czwartek, 5 lutego 2015

Twoja nowa skóra?

Już od dawna miałam ochotę na kosmetyki z pat&rub, nie należą one jednak do najtańszych i zastanawiałam się czy się u mnie sprawdzą. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że cena niejednokrotnie nie jest wyznacznikiem jakości i właśnie dlatego dość długo się wahałam. Na szczęście okazało się, że moje obawy są bezzasadne, ale o tym za chwilę. Marka jest bardzo popularna dlatego tyko szybko wspomnę, że są to produkty bez sztucznych barwników, konserwantów, silikonów, pegów, glikolu propylenowego. W moim świątecznym zestawie znajduje się masło (jeszcze nie używałam), balsam do rąk (był w ulubieńcach stycznia) i scrub cukrowy relaksujący - dzisiaj notatka o nim! 


Zdaniem producenta: nazywany ten scrub Twoja nowa skóra. Delikatnie złuszcza, ekspresowo nawilża i poprawia wygląd skóry. Po użyciu scrubu skóra staje się gładka i ujędrniona. Pięknie wygląda i pachnie. Olejek z trawy cytrynowej poprawia wygląd skóry: wygładza ją i oczyszcza. Używanie scrubu w kąpieli zastąpi użycie balsamu lub masła. Scrub zawiera naturalny filtr UV. scrub pachnie relaksująco kokosem i trawą cytrynową. 


Producent zaleca stosowanie peelingu na lekko wilgotną skórę, zrobiłam tak za pierwszym razem i nie byłam zadowolona. Produkt zawiera olejki, które sprawiły, że scrub ślizgał się po mokrej skórze i oczyszczanie było raczej średnie. Następnym razem spróbowałam na suchą skórę i to był strzał w dziesiątkę. Kosmetyk jest wypełniony drobinkami, można wykonać bardzo dokładny masaż skóry, peeling nie pieni się, dzięki temu drobinki się nie rozpuszczają i możemy się trzeć ile chcemy (oczywiście w granicach normy). Olejki fundują porządne nawilżenie, moja sucha skóra nie potrzebowała balsamu nawet na drugi dzień! Skóra po aplikacji jest miękka, odżywiona, sprężysta, miła w dotyku i pięknie pachnie. Stosuję ten scrub raz w tygodniu i jestem z jego działania bardzo zadowolona. Ma aż 500 ml więc szybko go nie skończę, ale jak już sięgnie dna kupię ponownie jakiś scrub z pat&rub. Jeśli szukacie czegoś co będzie uzupełnieniem Waszego domowego spa - polecam! Wiem, że jego cena regularna (79zł) nie jest niska, ale biorąc pod uwagę wagę (500 ml!), naturalny skład, wydajność i działanie warto się skusić, Poza tym na stornie producenta często są promocje, kosmetyki są również dostępne na mojej ulubionej stronie merlin.pl, a tam często produkty są kilka/kilkanaście złotych taniej. 

wtorek, 3 lutego 2015

Dove purely pampering

Kosmetyków z dove nie miałam chyba od czasów podstawówki, nie przesadzam. Nie wiem dlaczego po nie nie sięgałam, ale podczas wyprzedaży świątecznych zestawów w superpharm skusiłam się na żel pod prysznic i balsam z tej samej serii czyli z kremem pistacjowym i magnolią. Zapach jest wspaniały, delikatny, mleczny, a jednocześnie z charakterystyczną nutą czystości. Czy oba kosmetyki się sprawdziły? Nie będę Was trzymała w niepewności - niestety nie. 


Żel pod prysznic dobrym składem nie grzeszy, ale nie jestem na tym punkcie przeczulona więc nie bardzo mi to przeszkadza. Świetnie się pieni, tworzy taką gęstą kremową pianę, dobrze oczyszcza skórę, nie powoduje przesuszenia i uczucia ściągnięcia. Słowem - robi wszystko to, co żel pod prysznic robić powinien. Do tego jest gęsty, a zatem i wydajny. Z chęcią sięgnę po kolejne opakowania. 
Tego samego nie mogę powiedzieć o balsamie do ciała, w sumie mało kto je poleca i nie ma się czemu dziwić. Balsam niby ma lekką konsystencję, ale długo się wchłania i strasznie lepi. Czuć to zwłaszcza na nogach, leżę w łóżku i czuję jak moje uda przyklejają się do siebie, irytuje mnie to. Może komuś wyda się to przesadą, ale czuję się przez to taka... brudna? Poza tym nie nawilża za specjalnie, używałam go co wieczór, a następnego dnia po południu moja skóra znowu potrzebowała dawki nawilżenia. Spodziewałam się po tym kosmetyku czegoś lepszego. Jakoś go zmęczę i z ulgą wyrzucę opakowanie. 
Zastanawiam się nad innymi kosmetykami z dove, zwłaszcza do pielęgnacji włosów. Co sądzicie na ich temat? 

niedziela, 1 lutego 2015

Ulubieńcy stycznia

Cieszę się, że ten miesiąc już się skończył. W styczniu dopadł mnie zimowy leń, na nic nie miałam ochoty i nic mi się nie chciało. Cieszę się, że nadal tutaj zaglądacie mimo mojego totalnego braku systematyczności. 


Czekam już na wiosnę, a tymczasem przedstawiam kilka dobrych kosmetyków, jak zawsze głównie pielęgnacyjnych. Z kolorówki znalazł się tutaj tylko cień w kredce astor 24 perfect stay w kolorze 100 creamy taupe, sięgałam po niego niemal codziennie. Sam robi cały makijaż oka, nakłada się ekspresowo, nie trzeba go rozcierać wystarczy dodać tusz i można wychodzić z domu. Bardzo ładny kolor, coś w stylu jasnobrązowego taupe. Koniecznie muszę sięgnąć po inne. Kupiłam go na kosmetykach z ameryki za 2 zł! 



Moja skóra nie lubi zimna i wiatru, zawsze jest od tego podrażniona. Kilka miesięcy temu sięgnęłam po krem ochronny przed wiatrem i zimnem dla niemowląt z babydream i jestem nim zachwycona. Jest bardzo bogaty i dość opornie rozprowadza się na twarzy, dlatego jeśli macie cerę tłustą pewnie się u Was nie sprawdzi, jeśli natomiast jesteście posiadaczkami cery suchej serdecznie polecam. Krem nawilża i faktycznie chroni przed negatywnym oddziaływaniem wiatru i mrozu. Makijaż nałożony na krem trzyma się normalnie. Ma przyjazny skład, nie zawiera barwników i oleju mineralnego, a dodatkowo bardzo dobrze nawilża. 
Płynne mydło do twarzy z clinique jest obecnie jednym z moich produktów do demakijażu. Lubię je stosować ze szczoteczką do twarzy - bardzo dobrze się pieni i oczyszcza. Nie podrażnia i nie ściąga skóry. Zastanawiam się nad zakupem pełnowymiarowego opakowania przede wszystkim dlatego, że ostatnio nie mogę znaleźć niczego do mycia twarzy, co naprawdę się pieni i czyści, a nie tylko rozmazuje makijaż.  
Do ust stosuję kokosowy balmi - pięknie pachnie, chroni i dobrze nawilża. Ma miękką formułę (w przeciwieństwie do dość zbitego eos'a), łatwo się rozprowadza i zostawia na ustach lekką, błyszczącą warstwę. Jedynym minusem jest opakowanie - brudzi się i pęka. Moje dłonie pielęgnuje obecnie krem z pat&rub trawa cytrynowa i kokos. Pachnie ciekawie, trochę inaczej niż się spodziewałam, ale nadal bardzo przyjemnie. Produkt zapakowany został w moje ulubione opakowanie - pompkę air-less. Jak na swoje właściwości jest dość lekki, nie pozostawia na dłoniach tłustej warstwy. Stosuję go przeważnie na noc. A rano mam miękkie, nawilżone dłonie. 
Co Wam się sprawdziło w minionym miesiącu?