czwartek, 31 grudnia 2015

Coroczne podsumowanie

Pod koniec każdego roku robię takie podsumowanie, to już moja blogowa tradycja. 


W tym roku podróżowałam więcej niż w poprzednim, ale nadal były to wyjazdy wyłącznie gdzieś 'w Polskę'. Cieszę się z tego, że często udawało nam się wyrwać gdzieś na weekend zamiast tylko siedzieć w domu. Poznałam wielu ciekawych, sympatycznych ludzi, byłam na jednym weselu. Nadal mieszkam w tym samym miejscu. Mój pies już dorósł:) 




Post z moimi postanowieniami i pragnieniami na 2015 rok możecie przeczytać tutaj. I faktycznie tak jak wspominałam na początku udało mi się więcej podróżować i więcej czytać (przeczytałam 70 książek i jestem z tego wyniku dumna:), a mniej kupować. Zmieniłam też swoje nawyki żywieniowe, oczywiście nadal zdarza mi się jeść coś niezdrowego ale w ogólnym rozrachunku jestem z siebie w tym temacie zadowolona:) 


Jeśli chodzi o wish list na mijający rok chciałam portfel z tous, o bag i paletę naked 3. Ostatecznie kupiłam czarny, klasyczny portfel z Ochnika, służy mi już od 7 miesięcy. Zdecydowałam się na torebkę mimi large Pauliny Schaedel w kolorze caffe latte. To był bardzo dobry zakup, uwielbiam tę torebkę, noszę codziennie, jest mała ale pakowna i wygodna. Jak już wiele razy widzieliście na blogu zamiast palety z urban dekay wybrałam chocolate bar i jestem z niej bardzo, bardzo zadowolona. Tak właśnie zrealizowałam moją zakupową listę:) 

Chciałabym Wam życzyć aby rok 2016 był inspirującym czasem dobrych zmian, spełnionych marzeń, kreatywnych pomysłów i pozytywnych myśli. Niech się dobrze dzieje! 

środa, 30 grudnia 2015

zakupy

Szał wyprzedaży trwa, jednak tłumy w centrach handlowych i kilometrowe kolejki do kasy nie są dla mnie. Im jestem starsza tym mniej lubię takie zakupy. 


Do galerii zajrzałam wczoraj dosłownie na chwilę, chciałam skorzystać w promocji superpharm 1+1 za grosz ponieważ obejmowała nie tylko kosmetyki kolorowe, ale również lakiery. Na nic więcej się nie skusiłam ponieważ w weekend trochę kolorówki mi się kliknęło na dwóch stronach. Właśnie wracam z paczkomatu i stwierdziłam, że pokarzę Wam, co kupiłam. 


Nie wiem jak to się dzieje, zwykle mocno ograniczam kosmetyki kolorowe do ust, a teraz tak mnie naszło, że w jednym miesiącu przybyły mi aż trzy sztuki. Na mikołajki dostałam szminkę z mac'a w kolorze plumful i tak mi się spodobała, że kupiłam kolejną - angel z wykończeniem frost. Do 6 stycznia na stronie douglas.pl jest promocja -30% na cienie do oczu, lakiery i pomadki, o dziwo MAC również jest zniżką objęty i tak oto razem z przesyłką zapłaciłam za pomadkę 70 zł. 
Oczywiście do zakupów dostałam 3 próbki, niestety wybór był żaden, zaciekawiło mnie tylko serum nawilżające z guerlain, Swoją drogą zawsze jak robię zakupy przez internet mogę sobie wybrać próbki, a stacjonarnie w salonie dostaję od biedy jedną i to najczęściej zupełnie mi niepotrzebną typu krem dla mężczyzn.


Na stronie urodomania.com kupiłam matową pomadkę w kredce z golden rose w kolorze 10. Na pierwszy rzut oka to taki zgaszony róż. Przed chwilą nałożyłam ją na usta, podoba mi się, że nie jest to taki suchy, mocny mat jak w pomadkach z tej samej firmy. 
Do połowy już zużyłam mój podkład z astora i stwierdziłam, że na zimę (a zrobiło się już zimno!) przyda mi się coś cięższego, z mocniejszym kryciem. Wybór padł na revlon colorstay w kolorze 150 buff. Jestem przekonana, że tego produktu nikomu przedstawiać nie trzeba, ja go nigdy nie miałam, a teraz w końcu go przetestuję. W sklepach internetowych ten podkład jest w bardzo dobrej cenie, ja zapłaciłam 29,90 zł, co ciekawe stacjonarnie kosztuje ok. 50-60 zł. 


Z uporem maniaka wykańczam mój róż z mua, mam już w nim spore denko i doszłam do wniosku, że należy mi się już coś nowego. Down boy z the balm jest po prostu piękny. Zgaszony róż z delikatnymi srebrnymi drobinkami, których wydaje mi się na skórze nie widać. Dzisiaj już zrobiłam sobie makijaż, ale jutro z pewnością go użyję. 


Na koniec dwa lakiery z essie. Jak wspominałam na początku w superpharm trwa właśnie promocja w której kupując jeden kosmetyk kolorowy lub lakier, drugi produkt tej samej firmy jest za 1 gorsz i za dwa lakiery zapłaciłam równe 35 zł. Od jakiegoś czasu szukałam jasnego, delikatnego lakieru, wybór już nie był zbyt duży, ale udało mi się znaleźć sugar daddy i island hopping. Tego drugiego nigdy nie widziałam na żadnym blogu ani filmiku, a to taki piękny, trudny do określenia kolor (śliwka pomieszana z brązem i szarościami).

Nic Wam jeszcze o tych produktach nie opowiem, niedawno je rozpakowałam, stwierdzam tylko ,zę mają piękne kolory i cieszę się z zakupów. Te kosmetyki na pewno pojawią się w jakiś postach. A co Was skusiło na wyprzedażach?

poniedziałek, 28 grudnia 2015

kosmetyczne podsumowanie roku

Dzisiaj jest ostatni poniedziałek tego roku, za kilka dni sylwester więc nie pozostaje mi nic innego jak opublikować kosmetycznych ulubieńców tego roku. Wcale nie musiałam się długo zastanawiać nad wyborem, po prostu zebrałam te rzeczy z półek i oto są:


aż 3 rzeczy do makijażu, jak na mnie to całkiem sporo. Koniecznie musiałam tutaj umieścić paletę chocolate bar too faced. Dostałam ją w połowie maja i używam bardzo, bardzo często. Mamy tutaj 16 cieni o różnym wykończeniu (satynowe, z drobinkami, maty), które nadają się do stworzenia makijażu na każdą okazję. Używam tej palety kiedy maluje się do pracy, na jakieś wieczorne wyjście, na wesele, na sylwestra też z pewnością po nią sięgnę. Cienie dobrze się rozprowadzają i ładnie blendują (minusem jest to, że trochę się osypują), na mojej powiece bez bazy trzymają się cały dzień albo całą noc:) Zwłaszcza ciemne cienie są nie do zdarcia. 


W tym roku miałam wyjątkowe szczęście do tuszy: bardzo dobrze sprawdzała się u mnie maskara 2000 calorie i lash sensacional z maybelline, ale ostatecznie doszłam do wniosku, że najlepszy był collistar mascara infinito. Mała silikonowa szczoteczka docierała do każdej rzęsy, ładnie rozdzielając bez efektu umazanego całego oka. Tusz dobrze podkreślał rzęsy, a przy tym nie sklejał. Utrzymywał się cały dzień i nie kruszył. Łatwo się zmywał przy demakijażu. Nie pamiętam ile miesięcy go miałam, ale byłam zdziwiona tym, że przez tak długi czas tusz był dobrzy do użytku.

O błyszczyku clarins natural lip perfector wspominałam tyle razy, że na pewno nikogo nie zdziwi to, że się tutaj znalazł. Bardzo ładny naturalny kolor (05 candy shimmer), odżywienie i nawilżenie ust, a do tego przyjemny, słodki zapach. Nakładam go bardzo często, nadaje się do każdego makijażu i nie tylko nie podkreśla suchych skórek, ale sprawia, że usta są miękkie i wypielęgnowane. Kiedy po niego sięgam mam wrażenie, że zrobiłam coś dobrego dla swoich ust:)

Im dłużej używałam odżywczą pomadkę z peelingiem z sylveco tym bardziej mi się ten kosmetyk podobał. Początkowo myślałam, że połączenie drobinek ściernych z pomadką to raczej taka fanaberia i gadżet. Jednak okazało się, że to bardzo dobry kosmetyk pielęgnacyjny. Pomadka kosztuje tylko kilka złotych, a w jej składzie znajdziemy m.in. wosk pszczeli, olej sojowy, lanolinę, masło karite i masło kakaowe. Drobinki ścierające to po prostu kryształki cukru trzcinowego, które po prostu rozpuszczają się na ustach. Pomadkę aplikują na noc, albo wtedy kiedy już bez makijażu siedzę w domu (ponieważ nie wygląda powalająco na ustach), kilka razy przejeżdżam sztyftem po wargach, a potem jeszcze masuję usta pocierając jedną wargą o drugą aż drobinki się rozpuszczą, następnie nie zmywam pomadki tylko ją tak zostawiam. Usta są wypielęgnowane, miękkie, gładkie i nawilżone. Oczywiście bez odstających, suchych skórek.


Pozostając w tematyce ścierania relaksujący scrub cukrowy z pat & rub był ze mną prawie 10 miesięcy. To niesamowicie wydajny kosmetyk, poza tym ma aż 500 ml pojemności. Połączenie trawy cytrynowej z kokosem pachnie pięknie. Poza tym jest zrobiony w 100% z naturalnych składników, nie mamy tutaj silikonów, pegów ani pochodnych ropy naftowej. Natomiast w składzie znajdziemy cukier trzcinowy, oliwę z oliwek, masło shea, masło z awokado, olej babassu, wosk pszczeli. Jak widać peeling ma bardzo bogatą formułę, jest zbity i tłusty. Po wyjściu z wanny skóra jest odżywiona i mocno nawilżona, absolutnie nie ma potrzeby stosowania balsamu czy masła. Używałam peelingu na suchą skórę, ponieważ na mokrej tylko się ślizga (przez zawartość olejków) zamiast ścierać:) 

W tym roku bardzo polubiłam wszelkiego rodzaju produkty z atomizerem (mgiełki, toniki, lotiony). Nie marnujemy produktu wylewając go na wacik, poza tym oszczędzamy czas bo to tylko 2-3 psiknięcia i gotowe. Sephora softening facial mist to produkt, który towarzyszył mi przez dobrych kilka miesięcy. Bardzo ładnie pachnie, nawilża, odświeża i rano skutecznie mnie budził. Ma atomizer, który aplikuje na twarz delikatną mgiełkę a nie wodospad. Nie zawiera parabenów ani alkoholu, jest natomiast bardzo delikatny, przyjemnie łagodzi i koi. Absolutnie mnie nie podrażniał, nie ściągał skóry. Sięgałam po tę mgiełkę z wielką przyjemnością. 

Na koniec zapach: pure dkny a drop of rose. Flakon kupiłam jakoś wiosną/latem i używam aż do teraz. Może to przez tą raczej ciepłą pogodę nie mam ochoty na nic cięższego. Te perfumy pachną różą, ale nie jest to duszący, pudrowy zapach tylko taki świeży, bardziej trawiasty. Uwielbiam je, to taki zapach, który trzyma się blisko skóry, jest wyczuwalny, ale nie z daleka. Ponieważ ja nie przepadam za agresywnymi, ciężkimi zapachami, które wypełniają całe pomieszczenie.
To już wszyscy wielomiesięczni ulubieńcy, wyszła z tego szczęśliwa siódemka:) 
A jakie kosmetyki zawładnęły waszymi kosmetyczkami w 2015 roku?

sobota, 26 grudnia 2015

a w grudniu

Moją największą i najlepszą inspiracją była świąteczna atmosfera. Uwielbiam to już od pierwszych dni. Wiem, że wiele osób uważa, że to przesada, ale ja z tych wszystkich ozdób, choinek, światełek cieszę się jak dziecko. Oczywiście w moim mieszkaniu świąteczne akcenty pojawiły się już na początku miesiąca. 



Poduszki z biedronki muszą być. W tym roku skusiłam się też na cotton balls (w biedronce za 20 kuleczek zapłaciłam 39,90 zł), są na baterie więc możemy je powiesić gdzie tylko chcemy. Ja wybrałam w biało-beżowo-szare. Myślałam o tym, żeby służyły mi przez cały albo przynajmniej większość roku. 



Bardzo lubię pakować prezenty w papier i wstążki, uważam, że lepiej wyglądają pod choinką, poza tym jest większa radość z ich odpakowywania. 



Przy okazji sfotografowałam kilka moich prezentów - nie wiem jak Wy, ale ja uwielbiam dostawać kosmetyki, piżamy i książki. Chyba nigdy mi się to nie znudzi. 
Oczywiście nie mogło zabraknąć kolejnych okołoświątecznych filmowych hitów i tak oto po raz milionowy obejrzałam 'holiday' i 'love actually'. 


Nie ma to jak gorąca czekolada z mojego ulubionego kubka-Mikołaja, w tigerze kupiłam małe pianki, są smaczne i jakoś tak wolę nasypać więcej słodkich, małych pianeczek niż wrzucić trzy duże. 


Pozostając w tematyce jedzeniowej zrobiłam żurawinowe muffinki z bezglutenowej mieszanki glebe farm (kupiłam ją na stronie ograniczne24.pl klik). Co mogę powiedzieć? Są super łatwe do zrobienia i są przepyszne! Producent zaleca żeby dodać jogurt albo banana. Dodałam banana i babeczki smakują świetnie. Wiem, że może nie ma się czym zachwycać, ale to najlepsze muffiny jakie w życiu jadłam. A mam spore porównanie:) Upiekłam też czekoladowe, zapakowałam w świąteczne pudełeczka i zrobiłam takie słodkie dodatki dla moich bliskich. 




W tym miesiącu wpadły mi w ręce dwie nowe herbaty: dilmah i twinings. Zwykłą herbatę earl grey lubię, ale mnie nie zachwyca, natomiast lady gray to coś o wiele lepszego. To czarna herbata z nutą cytryny, pomarańczy i bergamotki. Pycha. Róża i francuska wanilia to herbata typowo kwiatowa, wcale nie czuć tutaj wanilii, natomiast smak i zapach róży jest bardzo mocno wyczuwalny. Nie jest to pozycja dla każdego, jeśli jednak lubicie smakowe herbaty warto przetestować. 



Żeby nie było, że w tym miesiącu tylko ubierałam choinkę i jadłam muffinki byłam w Warszawie. Jak zawsze miło było chociaż na chwilę odwiedzić stolicę. 
Tyle u mnie, mam nadzieję, że Wasze Święta mijają w spokojnej i rodzinnej atmosferze. 

czwartek, 24 grudnia 2015

Święta!

W tym roku wyjątkowo nie mogłam się doczekać Świąt, myślę, że to dlatego, że zaraz po mam jeszcze kilka dni urlopu. Chcę już założyć skarpetki w paski, pić gorącą czekoladę i odpoczywać. I czytać książki, mam nadzieję, że jakaś się znajdzie pod choinką. Wszystko już mam zrobione, upieczone, posprzątane, ugotowane i zapakowane. Pozostaje tylko świętować w rodzinnym gronie.


Życzę Wam zdrowych, radosnych, spokojnych i rodzinnych Świąt Bożego Narodzenia.
Mam nadzieję, że ten czas będzie dla Was pełen spokoju, relaksu i dobrych myśli.

wtorek, 22 grudnia 2015

gadżety na podróż

Wiele osób wyjeżdża na święta albo na sylwestra, ja w tym roku wolne spędzam w domu, ale stwierdziłam, że to dobry czas, żeby podzielić się z Wami gadżetami, które umilają mi podróżowanie.


Staram się pić dużo wody, ale noszenie 1,5 litrowej butelki z wodą nie jest najwygodniejszym rozwiązaniem. Od kiedy dostałam moją różową butelkę bobble zawsze zabieram ją ze sobą. Butelki mają dwie pojemności (500 ml i 750 ml) i węglowy filtr, taki jeden wkład wystarcza na 300 napełnień. Jest oszczędna i super jest to, że wystarczy kran w pobliżu żeby napić się czystej wody. Moja koleżanka jest chemikiem i przebadała wodę z bobble i faktycznie była oczyszczona. Oczywiście butelka nie oczyści płynu skażonego biologicznie, ale ze zwykłą wodą z kranu daje sobie radę. Poza trzeba przyznać, że to bardzo urodziwy gadżet. 
Pozostając w temacie czegoś do picia, jak wyruszam gdzieś z samego rana biorę ze sobą kawę, generalnie rano zawsze jestem nieprzytomna i lecę na autopilocie:) Miałam już kilka różnych kubków termicznych ale te z biedronki sprawdzają się najlepiej. Są tanie (znajdziecie je również na allegro), lekkie, dobrze wykonane, a co najważniejsze nie przeciekają (ponieważ zamiast zwykłej nakładki mają zakręcaną tą górną część) i długo utrzymują ciepło. Nie ma nic lepszego niż ciepła kawa w zimny poranek.
Wiem, że żel antybakteryjny to niemal oczywistość, ja mam go zawsze przy sobie. W podróży przydaje się bardzo, możemy nim 'umyć' ręce wszędzie. 
Na konic powwe bank, ja akurat swój dostałam w pracy, ale jest ich na rynku bardzo, bardzo dużo. Warto zwracać uwagę na ilość mili amperów (mah), wiadomo im więcej tym lepiej. Power bank to po prostu urządzenie, które podłączamy kablem usb do naszego telefonu i przenośnie go ładujemy. Jeśli tak jak ja dużo korzystacie z telefonu i niemal zawsze jest on na granicy rozładowania warto zaopatrzyć się w taką 'przenośną ładowarkę'.
Chciałabym sobie jeszcze kupić taką  nadmuchiwaną poduszkę na kark.
A bez czego Wy nie możecie się obyć w podróży?

niedziela, 20 grudnia 2015

pielęgnacja twarzy - evree

Najpierw muszę szczerze przyznać, że blogowanie w grudniu nie idzie mi dobrze, zupełnie pochłania mnie świąteczna atmosfera, ale od 23.12 mam urlop i mam nadzieję, że wtedy uda mi się coś popisać:)


Kosmetyki evree widziałam dosłownie wszędzie, a że jestem umiarkowanie odporna na taki marketing, dodatkowo te produkty nie są drogie więc wybrałam się do natury i kupiłam upiększający krem do twarzy magic rose 30+ oraz różany tonik.
Zacznijmy od toniku, akurat trwała promocja i zapłaciłam za niego 10,99 zł, cena bardzo dobra i muszę przyznać, że działanie również. Zdaniem producenta tonik wycisza zaczerwienienia, poprawia kondycję skóry, przywraca naturalne ph. Rezultat; głęboko nawilżona, wzmocniona, ujednolicona i widocznie odmłodzona cera


Tonik ma wodę różaną na drugim miejscu w składzie, poza tym mamy tutaj glicerynę i pantenol. Faktycznie dobrze wpływa na skórę - nawilża i lekko wycisza (wiadomo, że nie rozprawi się z uporczywym zaczerwienieniem, to moim daniem zadanie dla kremów i serów), szybko się wchłania i bardzo ładnie pachnie (oczywiście różami). 
Stosuję go dwa razy dziennie pod krem. Plastikowa buteleczka mieści 200 ml kosmetyku i jest wyposażona w atomizer, który sprawia, że tonik jest bardziej wydajny (nie lubię wylewać produktów na wacik). Jedyny minus jest taki, że atomizer psika dość mocno, nie jest to żadna delikatna mgiełka, ale z drugiej strony to tonik a nie woda termalna więc jakoś mu to wybaczam. Jestem z tego produktu bardzo zadowolona i sięgam po niego z przyjemnością.


Krem upiększający magic rose 30+ ma zbitą konsystencję, jest treściwy i dość tłusty, co prawda producent rekomenduje go dla cery mieszanej, jednak na mojej suchej również dobrze się sprawdza. Stosuję go dwa razy dziennie i muszę przyznać, że początkowo nie byłam przekonana czy używać go na dzień, jednak okazało się, że krem bardzo dobrze nadaje się pod makijaż. Jest to produkt, który łatwo się rozprowadza i szybko wchłania (mimo cięższej formuły). Również ma delikatny, różany zapach, jednak po nałożeniu na twarz już nie jest wyczuwalny.
Ma w składzie m. in. olej ze słodkich migdałów, masło shea, glicerynę i pantenol, dobrze zabezpiecza skórę przed zimnem, wiatrem i utratą nawilżenia. Producent na opakowaniu zapewnia, że krem poza nawilżeniem hamuje pierwsze oznaki starzenia, zmniejsza zaczerwienienie, wzmacnia naczynia krwionośne i wyrównuje koloryt. Nie mogę się zgodzić, na mojej cerze nie zauważyłam, żadnej zmiany w temacie zaczerwienień. 
Mimo to uważam, że jest to dobry kosmetyk na jesień i zimę, który nawilża, otula i zabezpiecza skórę. Jeśli szukacie takiego działania myślę, ża za niecałe 30 zł warto się skusić, jeśli jednak potrzebujecie kremu, który ukoi zaczerwienienia to proponowałabym poszukać czegoś innego (i jak zawsze polecam serię avene antirougers). 

niedziela, 13 grudnia 2015

Paczka świąteczna

Prezenty od mojej przyjaciółki przyleciały do mnie 1,5 tygodnia przed świętami! W tym roku zapoczątkowałyśmy tradycję wysyłania sobie paczkek z kosmetykami i jakimiś słodkościami pod choinkę. Moja paczka jest w drodze do Kanady i mam nadzieję, że dotrze przed wigilią. Nie chcę publikować jej zawartości bo Kaśka może przeczytać ten post, powiem Wam tylko, że zapakowałam tam wiele polskich kosmetyków z firm takich jak ziaja, perfecta, lirene. Ja między innymi dostałam to: 


Dwa eosy i masełko do ust z burt's bees, krem do rąk migdałowy i masło indian night jasmine z the body shop (już wczoraj użyłam tego masła do ciała i pachnie pięknie, mój chłopak stwierdził, że ten zapach czuć w całym pokoju), żel pod prysznic, peeling i balsam z serii Paris amour z bath and body works, kokosowy balsam pod prysznic z jergens i dwie maskary z cover girl. Już nie mogę się doczekać, aż będę z tego wszystkiego korzystać. Dobrze, że zużyłam swoje zapasy:)  
Bardzo lubię dostawać kosmetyki, wcześniej wydawało mi się, że żel czy balsam to taki prezent awaryjny, kiedy ktoś totalnie nie wie co kupić. Teraz doceniam praktyczność takich podarunków. Poza tym obecnie na rynku jest wiele produktów do codziennej pielęgnacji, na które często ze względu na cenę nie możemy sobie pozwolić i fajnie jest coś takiego dostać albo dać w prezencie.


Z rzeczy jedzeniowych dostałam słoik z piankami i gorącą czekoladą, słoik ze słomką do picia (przesłodki, uwielbiam takie rzeczy, zawsze coś podobnego znajdziecie z Tigerze), syrop klonowy, jagody acai w czekoladzie, m&m's z preclami, reese, dwie czekolady i mój absolutny hit - czekoladę mleczną z aromatem pomarańczowym w kształcie pomarańczy, jakiś geniusz to wymyślił:) Bardzo, bardzo dziękuję! Tyle u mnie. Idę sobie zrobić kawę i zjeść coś słodkiego. 
Miłej niedzieli! 

środa, 9 grudnia 2015

Chińskie pędzle

Chińskie pędzle zyskały ostatnio na popularności, czy do czegoś się nadają? Moim zdaniem i tak i nie. Zacznijmy jednak od tego, że wyglądają ślicznie - jest wiele wersji kolorystycznych - od standardowych czarnych i białych, przez zielone, żółte i różowe. Ja zdecydowałam się na jasnoniebieskie ze srebrnymi skuwkami (do wyboru są jeszcze złote), bardzo cieszą moje oczy.


Są wykonane z syntetycznego włosia, które jest bardzo miękkie, nie wypada i dobrze się dopiera (myłam pędzle już wiele razy). Ich cena to ok. 50 zł za 10 sztuk (5 pędzli do oczu i 5 do twarzy), są dostępne na ebay i allegro. Minus jest tylko taki, że czas oczekiwania na przesyłkę jest dość długi (do mnie paczka przyszła po 3 tygodniach).
Pędzle do oczu wcale mnie nie zachwyciły i nie ma się tutaj nad czym rozwodzić. Są przeciętne, dla mnie trochę za duże i mimo tego, że różnią się kształtem wszystkie nadają się tylko do nałożenia cienia na całą powiekę. Lepiej już ich użyć do rozświetlacza.


Natomiast pędzle do twarzy sprawdzają się u mnie bardzo dobrze i uważam, że tylko dla nich warto kupić taki zestaw. Mają grube, krótkie trzonki i dobrze leżą w dłoni. Moim absolutnym hitem jest półokrągły pędzel, którego używam do różu, jest dość zbity, nabiera odpowiednią ilość produktu i bardzo łatwo go rozciera, nie mam lepszego, zdetronizował wszystkie moje skośnie ścięte egzemplarze. 
Taki półokrągły-ścięty pędzel zwykle używam do bronzera i sprawdza się podobnie jak poprzednik, nie nabiera za dużo, nie robi placków, dobrze i szybko rozciera kosmetyk w odpowiednim miejscu. Sprawia, że aplikacja bronzera jest szybka i sprawna, a zaznaczam, że nie jestem w tej dziedzinie ekspertem. 
Pędzel w kształcie ostro zakończonego jajka jest mocno zbity i sluży mi do nałożenia korektora pod oczy, idealnie wpasowuje się w miejsce między nosem a okiem.


Dwa ostatnie pędzle są do siebie bardzo podobne jeden to typowy flat top, a drugi w sumie też tylko ścięty:) Nie mają bardzo zbitego włosia, są miękkie i elastyczne. Używam ich zamiennie do podkładu albo do pudru w kamieniu, kiedy chcę nim 'występlować' twarz. 
Podsumowując pędzle są tanie i mają dobrą jakość. Mamy spory wybór kolorów. Są ładnie wykonane, włosie jest miękkie i nie wypada. Bałam się, że dostanę typową chińską tandetę, jednak przeczytałam i obejrzałam tyle pozytywnych opinii, że ostatecznie ciekawość do nowości zwyciężyła. Dla mnie to bardzo przyzwoite syntetyczne pędzle, po te do twarzy sięgam codziennie z przyjemnością. 

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Był u Was wczoraj Mikołaj?

U mnie tak:) W tym roku jest wyjątkowo dużo filmików i postów z propozycjami na świąteczne prezenty, stwierdziłam, że mój kolejny Ameryki nie odkryje, dlatego po prostu pokażę Wam co dostałam i co sama sobie kupiłam przy okazji 6 grudnia.


Mikołaj wiedział, że jakiś czas temu wyrzuciłam mojego tangle teezer'a ponieważ po kilku latach był już totalnie wysłużony i dostałam nową szczotkę. 
To moja pierwsza pomadka z MAC. W bardzo popularnym kolorze Plumful, co mogę powiedzieć na ustach wygląda jeszcze lepiej niż myślałam. 
Kubek jest z Home&You, prawda, że cudowny? Sama już nie mogę kupować kubków, mam ich stanowczo za dużo, ale w prezencie zawsze chętnie przygarnę. Poza tym taki kubek zapakowany z kawą, herbatą albo czekoladą i piankami jest jak dla mnie bardzo dobrym pomysłem. 


Dostałam też szalik (z szalikami jak z kubkami, mam ich dużo, ale każdy kolejny bardzo mnie cieszy) w zielono-różowo-beżową pepitkę. 
Książka pod choinkę to zawsze dobre rozwiązanie, oczywiście jeżeli ktoś lubi czytać. Dostałam 'smak świąt' Agnieszki Maciąg, książka jest bardzo ładnie wydana, poza tym często sami sobie wolimy kupić jakąś pozycję bardziej praktyczną, typowo do przeczytania, dlatego np. wszelkiego rodzaju albumy, ilustrowane książki o modzie, makijażu albo książki z przepisami świetnie sprawdzają się w roli świątecznego prezentu, 


Na koniec prezenty ode mnie dla mnie czyli olejek do demakijażu z Resibo i kule do kąpieli z Bomb Cosmetics, generalnie uważam, że taka słodko wyglądająca kulka jest bardzo dobrym dodatkiem do prezentu np. zamiast czekoladek. 


Przy okazji wizyty w Tigerze skusiłam się na czerwoną miseczkę w kształcie serduszka, śliczna! Kupiłam też opakowanie orzeszków w czekoladzie, w Tigerze zawsze słodycze są zapakowane bardzo ładnie i też świetnie będą pasowały na upominek.
To tyle, jeszcze na koniec szybko wspomnę, że nie znoszę jesieni i zimy za to, że niemal nigdy nie ma dobrego światła do zdjęć, a jak już jest to nie mogę ich zrobić. 
A za 2,5 tygodnia Święta!

środa, 2 grudnia 2015

Było czytane w listopadzie

Zaczął się grudzień, jeden z moich ulubionych miesięcy w roku (zaraz obok maja i sierpnia), tym czasem trzeba jeszcze wspomnieć o tym co przeczytałam w listopadzie.
Zaczęłam od 'łez księżniczki', które wcale nie przypadły mi do gustu, rozumiem, że sytuacja kobiet w Arabii Saudyjskiej jest fatalna, natomiast w tej książce, nie tylko nie znalazłam nowych informacji, po prostu się wynudziłam. Wszystkie historie są identyczne, a księżniczka więcej czasu poświęca na opowiadanie o tym, jak bardzo wzajemnie nie znoszą się jej córki niż na przedstawienie problemów kobiet w tym kraju. 


Kolejnym czytelniczym rozczarowaniem była 'dziewczyna z pociągu'. Spodziewałam się emocji, akcji, która wbije mnie w fotel, tajemnicy. Dostałam bardzo przewidywalną, słabo napisaną historię. Uważam, że dodając sto stron więcej można było z tej opowieści wycisnąć o wiele więcej. Głowna bohaterka jest niesamowicie irytującą alkoholiczką i podczas czytania nie mogłam pozbyć się wrażenia, że wszystko co jej się zdarza jest wypadkową jej głupoty. Postawie zarysowane słabo i schematycznie. Moim zdaniem tej książce wiele brakuje, nie podzielam i nie rozumiem zachwytów.


'Lot nisko nad ziemią' też niestety mnie nie zachwycił, zupełnie nie wiem dlaczego ten miesiąc wypadł tak słabo? Generalnie książki Ałbeny Grabowskiej podobają mi się bardzo, ta natomiast jest taka nijaka. Weronika od zawsze stara się być zwykłą, przeciętną dziewczyną, poznaje Sławka i zakochuje się na zabój, niestety ich małżeństwo nie trwa długo. Pierwsza połowa książki jest ciekawa i dobrze się czyta, natomiast druga jest dużo słabsza. Weronika wynajmuje mieszkanie różnym, zawsze ciekawym osobowością, jednak wszystko to, jest takie dziwne i podejrzane. Zakończenie też mnie niczym nie zaskoczyło. Znowu spodziewałam się czegoś lepszego.
Po 'czas tęsknoty' sięgnęłam trochę bez przekonania, ale ostatecznie lektura nie była taka zła. To opowieść o miłości i wojnie, o nienawiści rasowej, o przemocy, o kresach wschodnich. Czasem jest zbyt ckliwa i miałam wrażenie, że autor trochę za bardzo popłynął z fantazją. Rozumiem, że zamysł był taki, żeby wydać historię chwytającą za serce, dla mnie było to jednak takie zwykłe czytadło, o którym zaraz się zapomina. 


Na szczęście udało mi się przeczytać książkę, która bardzo mi się spodobała i umiliła kilka wieczorów. 'Razem będzie lepiej' to opowieść o kobiecie-nieszczęściu, Jess nie ma pieniędzy, siły ani wolnego czasu, ma natomiast leniwego byłego partnera, bardzo zdolną córkę, dorastającego chłopca w domu i śmierdzącego psa. Jak łatwo się domyślić na swojej drodze spotyka mężczyznę, który zmienia jej życie na lepsze, jednak tutaj nic nie wygląda jak w typowej komedii romantycznej albo innym harlequinie:) Bardzo przyjemna, ciepła opowieść, po którą sięgałam z przyjemnością. Wiem, że ma się ukazać kolejna książka Jojo Moyes 'dziewczyna z portretu' i na pewno po nią sięgnę. 
A co Wy przeczytałyście ostatnio? Może mi coś polecicie?

poniedziałek, 30 listopada 2015

A w listopadzie

Starałam się nie leżeć za wiele pod kocem, chociaż w miesiącach jesiennych i zimowych to moje ulubione domowe akcesorium:) Generalnie uważam, że listopad jak żaden inny miesiąc idealnie nadaje się do leżenia w ciepłym łóżku z kubkiem czegoś ciepłego. 


Uwielbiam białą herbatę sypaną z z brzoskwinią z tigera. Ma świetny skład i faktycznie smakuje brzoskwiniami. Poza tym jest zapakowana w bardzo ładną puszkę, idealnie nadaje się na prezent. 


Powoli kupuję już świąteczne ozdoby, wyciągnę też pudełko z rzeczami z ubiegłego roku i tak w pierwszy weekend grudnia zacznę dekorować mieszkanie, nie mogę się już doczekać, uwielbiam ten przedświąteczny klimat, wszystko czerwone, zapach pomarańczy i kupowanie prezentów. Ale miało być o listopadzie:) 


Byłam dwa razy w kinie. Uwielbiam filmy z Bondem, Spectre mimo skrajnych recenzji podobał mi się bardzo. Piękne zdjęcia, poza tym człowiek odpowiedzialny za kostiumy spisał się świetnie agent 007 wygląda wspaniale. Cała fabuła też jest spójna i bardzo wciągająca. Oczywiście jak zawsze Bond musi rozwalić pół Londynu i zaprzeczyć prawom fizyki, ale to cechy charakterystyczne dla tej serii. Lubię Daniela Craig'a w tej roli, sprawia, że widzimy w Bondzie kogoś dojrzałego, kto wiele przeszedł, a nie tylko przebiegłego agenta jej Królewskie Mości. Jedyne do czego mogę się przeczepić to epizodyczna rola Monici Belluci, miałam wrażenie, że producenci chcą ją gdzieś na siłę umieścić, żeby potem móc reklamować Specter również jej nazwiskiem. 


Widziałam również drugą część Listów do M, ogólnie komedie romantyczne to nie jest mój ulubiony rodzaj filmów, ale czasem mam ochotę na coś takiego. Spodziewałam się tematyki podobnej do pierwszej części i tutaj oczywiście głównymi wątkami są miłość i święta, ale całość jest zdecydowanie bardziej smutna. Poza tym film trwa tylko 103 minuty, a miałam wrażenie, że reżyser stara się w tym czasie upchnąć jak najwięcej i niektóre wątki są potraktowane bardzo po macoszemu, a szkoda bo gdyby film był dłuższy o 20 minut (co jest obecnie standardem) dałoby się zrobić z tego coś lepszego. 


Stwierdziłam, że wielu filmów będących klasyką kina wcale nie widziałam, dlatego wczoraj obejrzałam Przełamując fale Larsa von Trier'a. Wiedziałam, że to będzie smutna, przygnębiająca opowieść i dokładnie tak było. Film jest świetnie nakręcony, dużo scen jest bardzo oszczędnych w formie, a jednocześnie niemal intymnych. To historia małżeństwa, w którym ona jest w nim zakochana bezgranicznie, on ulega wypadkowi i gdy leży sparaliżowany w szpitalu namawia ją do romansowania z przypadkowymi mężczyznami. To film, w którym nic nie jest proste, a działania bohaterów trochę jak w greckim dramacie prowadzą do nieuchronnej katastrofy. To zdecydowanie film, na który trzeba mieć nastrój. 


W listopadzie mamy też z moim chłopakiem rocznice do świętowania. Tym razem stwierdziliśmy, że zostajemy w domu, każde z nas zamówiło coś innego do jedzenia i tak sobie siedzieliśmy w spokoju przy świecach. 
A jutro już grudzień! 

sobota, 28 listopada 2015

ulubieńcy listopada

W ostatnim czasie moja skóra jest bardzo, bardzo przesuszona dlatego oczywistym jest, że stawiam na nawilżenie. Niestety skończyły się moje bogate masła do ciała i muszę je szybko czymś zastąpić ponieważ kolana i łokcie mam ostatnio takie suche, że nakładam na nie wazelinę kosmetyczną, ale ona nie znalazła się w ulubieńcach. 


Moja twarz jest w porównaniu do reszty ciała w dużo lepszej kondycji, myślę, że to jeszcze zasługa nawilżającego serum z Bielendy, żeby ten stan utrzymać stosuję tołpa dermo face hydrativ nawilżający krem odprężający. Krem ma dość lekką konsystencję, szybko się wchłania (a rano dla mnie ma to spore znaczenie) i dobrze trzyma się na nim makijaż. Jednak najważniejsze oczywiście jest nawilżanie i tutaj spisuje się bardzo dobrze. Moja cera nie jest ściągnięta, tylko miękka i elastyczna. Przy okazji muszę sobie dokupić jego brata na noc:)


Jeśli tak jak ja macie chwilowo dość bardzo bogatych, wręcz tłustych peelingów z olejkami polecam Wam kokosowy peeling solny z Lirene. Fakt, liczyłam na trochę lepszy zapach (mało tu kokosa), ale jego działanie rekompensuje te braki. Nie wiem dlaczego jest zapakowany w tubę, ponieważ jest to bardzo gęsty produkt. Dobrze się rozprowadza, nie pieni, ma bardzo małe drobinki, które dobrze ścierają i polerują skórę. Poza tym po wyjściu z wanny skóra jest gładka, miękka i leciutko nawilżona, co mi się podoba ponieważ mam już przesyt mocnego natłuszczenia, po peelongu chcę żeby moja skóra była taka 'czysta'. Generalnie zawsze z obawą sięgam po peelingi solne bojąc się podrażnień, tutaj nic takiego się nie stało. Są jeszcze inne warianty z tej serii: żurawinowy i mango, z pewnością się jeszcze na jakiś skuszę.
Tyle czytałam o bananowej masce do włosów z Kallos'a, że w końcu postanowiłam po nią sięgnąć. Planowałam kupić małą pojemność, jednak nigdzie nie mogłam jej dostać, ostatecznie zdecydowałam się na litr maski (w cenie ok. 11zł) i wcale nie żałuję. To co wyróżnia ten produkt to zdecydowanie zapach słodkich bananów. Maska nawilża, wygładza i zmiękcza włosy, nie jest bogata ani ciężka więc nie obciąża moich dość cienkich włosów. Producent zaleca aby stosować ją po umyciu na lekko osuszone włosy, czasem jednak nakładam ją na włosy przed myciem i trzymam trochę dłużej. Jestem zadowolona z rezultatów, jeśli nie macie bardzo zniszczonych włosów i szukacie czegoś do codziennej pielęgnacji serdecznie polecam.


Na koniec jeden produkt z kolorówki. Mam ostatnio wyjątkowe szczęście do tuszy do rzęs. Z ciekawości przy okazji promocji w Rossmannie sięgnęłam po kultowy 2000 calorie dramatic volume max factor. Nie wiem jak to się stało, że wcześniej nie miałam tej maskary? Ma zwykłą szczoteczkę, z bardzo dużą ilością zwykłych włosków. Jest takiej standardowej wielkości i muszę przyznać, że świetnie wyczesuje rzęsy. Producent zapewnia nas o dramatycznej objętości i faktycznie tusz sprawia, że rzęsy są grube i takie mocno podkreślone, a przy tym jest bezproblemowy w demakijazu. Nie osypuje się i jest mocno czarny. Wspaniały! 
Tyle u mnie, miłego weekendu!