środa, 31 grudnia 2014

Czas podsumowań

Dzisiaj kończy się rok 2014. Był dla mnie bardzo łaskawy (już drugi raz z rzędu!). Kiedy myślę o tym, co się wydarzyło przez te minione miesiące nic złego nie przychodzi mi do głowy, nie wiem czym sobie zasłużyłam, ale jestem za to, bardzo, bardzo wdzięczna. Było za to wiele pozytywnych rzeczy - przeprowadzka i związany z nią mini remont, wakacyjny wyjazd nad polskie morze (wcześniej nie byłam przez dobrych kilka lat), byłam też typowo rekreacyjnie w Krakowie i Wrocławiu, Warszawę natomiast odwiedziłam służbowo, ale i tak miło było choć na chwilę wrócić do stolicy. Zrealizowałam swoje wielkie marzenie i teraz jestem 'pańcią' mojego kochanego psiaka shi tzu. Przeczytałam tylko 48 książek, ale powtarzam sobie, że to i tak niezły wynik, poza tym w czytaniu chodzi wyłącznie o przyjemność, a nie kolejne pozycje na liście do odhaczenia:) Mimo ogromnego nawału pracy w lipcu w kolejnych miesiącach miałam sporo wolnego czasu dla siebie. Kończę ten rok spokojna i szczęśliwa. 


Przed nami kolejny rok. Nie chcę tutaj pisać patetycznej przemowy o nowym początku i nieograniczonych możliwościach. Chcę Wam i sobie życzyć aby był to niezapomniany czas pełen szczęśliwych chwil, pozytywnych emocji, miłości i szczerych, dobrych ludzi wokół. 

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Nowości kosmetyczne

Mam do opublikowania duże denko, nie wiem nawet czy jest sens o tym pisać, ważne jest to, że do połowy grudnia zużyłam sporo kosmetyków właśnie z myślą o tym, co wpadnie do mojej kosmetyczki w świątecznym okresie. 


Część z tych produktów to prezenty, część kupiłam sobie sama. Zielony woreczek z Pat&Rab mieści produkty z linii zapachowej trawa cytrynowa i kokos - balsam do rąk, masło do ciała i scrub cukrowy. Już Wam kiedyś pisałam, że podoba mi się stosowanie żelu pod prysznic i balsamu o tej samej woni - za 9,90 kupiłam parę kosmetyków avon vibrant orchid and blueberry, nie mogłam przejść obojętnie obok dove purely pampering krem pistacjowy i magnolia, zestaw kosztował tylko 13,99 zł. 



Wcześniej nic o tym nie słyszałam, ale wczoraj byłam w SuperPharm i obecnie trwa tam promocja 1+1 za grosz na wszystkie kosmetyki kolorowe. Szukałam jakiegoś podkładu, ale na półkach były praktycznie same takie, które wcześniej już miałam dlatego zdecydowałam się na rimmel stay matte podkład o konsystencji kremu - za dwie tubki zapłaciłam 21,91 zł. Od siostry dostałam niebieski tusz do rzęs - lovely romantic blue, początkowo nie byłam przekonana do takiego efektu na moich rzęsach, ale nałożyłam go już kilka razy i muszę powiedzieć, że wygląda dobrze. 



Na sam koniec pędzle z hakuro (od lewej H85, H70, H74, H78, H21, H50S) oraz Calvin Klein Eternity. Post z podsumowaniem roku i postanowieniami noworocznymi dopiero mam zamiar napisać, ale już teraz muszę stwierdzić, że przynajmniej pierwsze miesiące nowego roku to czas na zakupową wstrzemięźliwość ;) 
A co Wam ostatnio przybyło w kosmetycznych zbiorach? 

wtorek, 23 grudnia 2014

mini demakijaż

Płyn dwufazowy clinique take the day off oraz tołpa by Mariusz Przybylski balsam-olejek do demakijażu twarzy towarzyszyły mi w grudniu. Obie miniatury po 30 ml były dołączone do mojego mikołajkowego prezentu. 


Zacznijmy od oczu - płyny dwufazowe lubię i czasem po nie sięgam. Ten z clinique dobrze się miesza, nie sprawia, że widzę jak przez mgłę, dość szybko rozpuszcza makijaż i nie podrażnia oczu, jednak wcale nie jest wydajny, trzeba sporo produktu nalać na wacik aby pozbyć się makijażu (a ja zwykle używam tylko jasnego cienia, kredki i nie wodoodpornego tuszu). Pełnowymiarowe opakowanie zawiera 125 ml i kosztuje 99 zł. Miniatura wystarczyła mi tylko na dwa tygodnie i zachęciła mnie do zakupu. Uważam, że równie dobrze sprawdzają się kilka razy tańsze płyny dwufazowe np. z bielendy. 



Zwykle kosmetyki z tołpy dobrze się u mnie sprawdzają. Niestety balsam-olejek do demakijażu to niemiły wyjątek. Zdaniem producenta oczyszczanie skóry i usuwanie makijażu powinno być czynnością delikatną. Dlatego stworzyliśmy kosmetyk, który podczas stosowania przyjmuje postać jedwabistego olejku usuwającego makijaż. Który łagodzi podrażnienia, nawilża, wygładza i pozostawia uczucie komfortu. 
Kosmetyk ma konsystencje mleczka, w kontakcie z wodą rozmazuje się po twarzy i słabo usuwa makijaż, dodatkowo po jego zmyciu nadal mam na twarzy tłustą warstwę, wiem, że jest to typowe dla tego typu produktów wolę jednak żele albo płyny micelarne, które pozostawiają moją skórę czystą. Nie noszę wodoodpornego makijażu, na twarzy mam tylko cienką warstwę podkładu, puder i róż. Olejek zostawia sporo z tych kosmetyków na twarzy, nie ma tutaj mowy ani o demakijażu ani o oczyszczeniu skóry. Owszem jest delikatny, ale wcale nie działa. Nawilżenia i łagodzenia podrażnień również nie zauważyłam. Miniatura kosztuje 12,90 zł, a produkt pełnowymiarowy 125 ml 49,90 zł. 

niedziela, 21 grudnia 2014

Eos i hand food

Bardzo rzadko piszę o kremach do rąk, nie wiem dlaczego tak jest, przecież używam ich codziennie, ale z drugiej strony niemal zawsze trafiają mi się egzemplarze bardzo wydajne (tak jest i teraz). 


Krem z evolution of smooth zamówiłam latem ze strony mintishop. Czytałam wiele pozytywnych recenzji, ale kiedy sięgałam po niego w sierpniu i wrześniu wcale mnie nie zachwycił, sytuacja zmieniła się z nadejściem zimniejszych miesięcy. Latem moje dłonie wcale nie są wymagające, wystarczy, że użyje kremu raz na kilka dni, natomiast teraz faktycznie widzę działanie eos'a. Krem pachnie bardzo przyjemnie, ma lekką konsystencję i szybko się wchłania. Producent zapewnia, że nawilża przez 24 godziny, jest hipoalergiczny, testowany dermatologicznie, ma 96% naturalnych składników, nie zawiera glutenu i parabenów. W składzie znajdziemy olej słonecznikowy, glicerynę, masło shea. Dla mnie najważniejsze jest to, że krem bardzo dobrze nawilża, stosuję go zwykle raz (wyjątkowo dwa razy) dziennie. Przez to, że ma takie małe, płaskie opakowanie noszę go w torebce. Pojemność 44 ml kosztowała ok. 20 zł. Teraz zostało mi go jeszcze na trzy - cztery użycia, ale za jakiś czas z pewnością sięgnę po inny wariant zapachowy (świeże kwiaty albo ogórek). 



Słynny hand food z soap and glory dostałam od koleżanki. Bardzo podobają mi się opakowania tych produktów. Ten egzemplarz mieści 125 ml i ma bogatszą formułę niż eos, przez co trochę dłużej się wchłania. Najczęściej stosuję go przed pójściem spać. Wspaniały zapach i równie dobre właściwości nawilżające to jego najważniejsze cechy. Wygładza dłonie, pozostawia wyczuwalną warstwę, ale zdecydowanie nie są one oblepione czymś tłustym. Również zawiera glicerynę i masło shea, ale ma również olej z nasion winogron i ze słodkich migdałów. 
Z obu jestem bardzo zadowolona, mimo deszczu, mrozu, wiatru i zmiany temperatur moje dłonie są w bardzo dobrym stanie. 

piątek, 19 grudnia 2014

Bath and body works - mini recenzja mini produktów

Słyszałam o tych kosmetykach niemal legendy, dlatego podczas mojej ostatniej wizyty w Warszawie odwiedziłam sklep firmowy w Złotych Tarasach. Trzeba przyznać, że to bardzo przyjemne, wspaniale pachnące miejsce, z pomocną, ale nie nachalną obsługą. Wybór wersji zapachowych balsamów, żeli pod prysznic, świec, mydeł jest oszałamiający. 


Skusiłam się wyłącznie ma małe pojemności, dlatego, że chciałam przetestować więcej niż jedną wersję zapachową, poza tym mam jeszcze co zużywać i nie chciałam przesadzać. Zdecydowałam się na żel pod prysznic i balsam o zapachu warm vanila sugar, balsam french lavender & honey, mgiełkę i żel mad about you. Na zdjęciach widać jeszcze resztki produktów, natomiast kiedy piszę ten post są one już puste, służyły mi codziennie przez 1,5 miesiąca, co uważam, za bardzo dobry wynik.
Opakowania są wykonane z dobrego plastiku, mają bardzo ładne szaty graficzne i wygodne otwieranie, poprzez przyciśnięcie części zakrętki. 
Warm vanila sugar to zapach bardzo słodki, dla mnie pachnie rozgrzewanym na patelni cukrem. Jednak nie jest to po prostu słodki zapach, ma w sobie taką głębię, że nie byłam nim zmęczona. Lawenda i miód to dla mnie takie dziwne połączenie, że nawet nie myślałam o tym, żeby powąchać ten produkt, zachęciła mnie pracująca w sklepie Pani. Bardzo ciężko opisać ten zapach, jest świeży i delikatny, trochę kwiatowy. Nie czuć tu za nic lawendy. Mad about you jest słodki i kwiatowy, jednak z delikatną cierpką nutą ja czuję tutaj jaśmin i czarną porzeczkę. Warto zaznaczyć, że w ofercie BBW nie znajdziecie banalnych zapachów typu truskawka czy kokos, dostajemy tutaj ciekawe, złożone kompozycje zapachowe.




A jak z działaniem? Pierwszy raz używałam produktów, gdzie żel pod prysznic był bardziej wydajny niż balsam. Żele są bardzo gęste i dobrze się pienią. Wiem, że mogą przesuszać, nie jestem w stanie u siebie tego stwierdzić ponieważ zawsze po prysznicu sięgałam po coś nawilżającego. Balsamy łatwo się rozprowadzają, szybko wchłaniają i nawilżają całkiem przyzwoicie, jeśli macie bardzo przesuszoną skórę pewnie się u Was nie sprawdzą. Mgiełka, jak zwykle tego typu produkty utrzymuje się na skórze tylko kilka godzin, na lato będzie idealna. 
Reasumując - wspaniale używało mi się tych produktów z uwagi na zapachy (które dla mnie w kosmetykach odgrywają dużą rolę) i wydajność, nie mają one natomiast oszałamiających właściwości pielęgnacyjnych, spisują się podobnie jak dużo tańsze drogeryjne kosmetyki. 
W BBW niemal zawsze są jakieś promocje, ale to nie zmienia faktu, że regularne ceny są wysokie - małe pojemności żeli i balsamów kosztują 19,90 zł, mgiełka 24,90 zł, duże odpowiednio ok. 35 zł i ok. 45 zł. 
Kupiłam jeszcze żel sweet pea, ale ze względu na owocowy zapach zostawiam go w szafce z zapasami i sięgnę po niego latem. A jakie jest Wasze zdanie o BBW? 

wtorek, 9 grudnia 2014

kulturalny newsletter - książki

Bez żadnych wstępów zacznę od najlepszej pozycji z tego zestawienie 'zaginiona dziewczyna' Gillian Flynn bardzo mnie zaskoczyła. Po przeczytaniu kilkudziesięciu stron, kiedy mąż wraca do domu, drzwi są otwarte, żony nie ma, a w salonie są widoczne ślady walki byłam pewna, że wiem jak się ta historia skończy (ostatecznie trochę się tych kryminałów przeczytało), lekko znudzona postanowiłam czytać dalej. I co? Okazało się, że jednak mało wiem (albo nic nie wiem jak John Snow:). Narracja jest prowadzona naprzemiennie przez żonę i męża, każde z nich przedstawia nieco inną wersję wydarzeń. Nie będę więcej pisać na temat akcji, bo ciężko uniknąć spoilerów. Koniecznie trzeba tą książkę przeczytać. Sięgnijcie po nią nawet jeśli nie jesteście specjalnie przekonane (ja nie była) bo warto. Ciężko tą opowieść jednoznacznie sklasyfikować - łączy w sobie elementy kryminału, powieści psychologicznej i thrillera. 


Pozostając w temacie dobrej książki polecam 'Jedwabnika' Robert Galbraith. To drugi tom, po 'wołaniu kukułki' cyklu o dociekliwym detektywie i jego asystentce. Tym razem trzeba wyjaśnić zagadkę ekscentrycznego, zaginionego pisarza. Akcja toczy się dwutorowo - poza wyjaśnieniem wątku kryminalnego jest też część fabuły dotycząca życia prywatnego Cormorana i Robin. Jak zawsze książka napisana bardzo dobrym językiem, z zaskakującą akcją i wspaniale zarysowanymi sylwetkami (nawet tych drugoplanowych) bohaterów. 
Czytałam w sieci sporo pozytywnych opinii o książkach Sarah Jio. Przykro mi, ale gdybym miała wyrazić swoją opinię jednym słowem powiedziałabym: gnioty. Przeczytałam dwie książki 'marcowe fiołki' to opowieść o Emily, która zaraz po rozwodzie opuszcza Nowy York i leci na jakąś małą wyspę do swojej ciotki, tam odnajduje pamiętnik, wyjaśnia rodzinną zagadkę i oczywiście odnajduje miłość. Natomiast w 'jeżynowej zimie' Clarie zmaga się z tragedią po utracie dziecka, pisze artykuł i (tak zgadliście!) przy okazji odkrywa rodzinną tajemnicę. Książki napisane są prostym językiem i w prosty sposób. Może nawet te historie byłyby ciekawe, gdyby zostały opowiedziane inaczej. Dla mnie to zwykłe czytadła, dobre na plażę albo do pociągu. Wiem, że są inne książki tej autorki, ale podejrzewam, że niewiele różnią się od tych, dlatego nie planuję po nie sięgać. 
Byłam ciekawa książek będących wynikiem współpracy pomiędzy Jarosławem Sokołowskim a Arturem Górskim. 'Masa o kobietach polskiej mafii' i 'Masa o pieniądzach polskiej mafii' to z pewnością historie, które czyta się bardzo szybko. Ta o kobietach oczywiście pełna jest pijaństwa, gwałtów, prostytutek, seksu w zamian za różne profity i w tą część oczywiście jestem w stanie uwierzyć, natomiast opowieść o pieniądzach czytałam z lekkim powątpiewaniem. Ciekawostką było natomiast to, że Masa wraz z innym wspólnikiem za mafijne pieniądze stworzył markę soków Dr. Witt. Oczywiście teraz soki produkuje zupełnie ktoś inny, ale pamiętam, że jak byłam dzieciakiem często je piłam. Masa poza światem przestępczym dobrze oddaje realia tego, jak kilkadziesiąt lat temu wyglądało życie w Polsce i choćby z tego powodu warto po te książki sięgnąć. Jeśli szukacie lektury jako prezentu dla chłopaka/taty/kolegi, którzy lubią taką tematykę to warto zdecydować się na te książki. 
A co Wy ostatnio przeczytałyście?

niedziela, 7 grudnia 2014

Migawki

Końcówka listopada i początek grudnia był dla mnie łaskawym czasem. Mimo faktu, że normalnie pracuję, a do tego jeszcze dochodzi opieka nad szczeniakiem znalazłam sporo czasu dla siebie i zwyczajnie odpoczęłam. W końcu kupiłam sobie fotel do czytania. Piękny, miękki i biały. Pochodzi z Ikei, jeśli chcecie go zobaczyć w całej okazałości to możecie zrobić TUTAJ. Tak, ja też mam poszewki z Biedronki, są śliczne! Przy okazji kupiłam sobie filiżankę w zestawie z dzbaneczkiem. Moje ulubione ostatnio ciasteczka to 'fasolki' z galaretką i czekoladą. Nie wiedziałam na które lody się zdecydować: milka czy oreo? Ostatecznie spróbowałam obu - są bardzo dobre, ale okropnie słodkie. Byłam na maratonie 'Igrzysk śmierci', a moją opinię na temat najnowszej części mogłyście już przeczytać na blogu. Pizzę jem bardzo, bardzo rzadko, w sumie za nią jakoś specjalnie nie przepadam, ale ostatnio miałam ogromną ochotę. Kupiłam bluzkę i sweterek w reserved, zakupów ubraniowych nie robiłam od dawna i muszę Wam powiedzieć, że średnio to lubię, przyzwyczaiłam się do kupowania on-line i kiedy mam iść do galerii w te tłumy ludzi, gdzie na wieszakach nic ciekawego mi w oko nie wpada to zwyczajnie mi się nie chce. Czy Wy też tak macie? Wczorajsze prezenty od Mikołaja. Byłam grzeczna. Dzisiaj od rana czytam książkę Radzki. Nie wiedziałam, że jest aż tak ładnie wydana. 


Miłej niedzieli! 

środa, 3 grudnia 2014

Prezenty, prezenty!

Już w sobotę mikołajki, a za trzy tygodnie święta. Uwielbiam grudzień i cały ten cukierkowy przedświąteczny marketing. Choinki, pierniczki, jemioła i wystawy sklepowe pełne propozycji na prezenty. Wiem, że w tym temacie nikt już ameryki nie odkryje, ale bardzo lubię czytać tego typu posty i dlatego stwierdziłam, że sama też taki opublikuję. Mim zdaniem najlepszy prezent to rzecz, której sami sobie nie kupimy bo np. szkoda nam na to pieniędzy;)
Prezent dla dziewczyny zawsze łatwiej mi kupić. Pomysłów jest wiele: w tym roku bardzo podobają mi się różnego rodzaju kosmetyczne zestawy, ale nie mam tutaj na myśli żelu pod prysznic i balsamu, tylko coś ciekawszego jak np. propozycje od clinique. Świecie zapachowe, zestaw filiżanek z cukiernicą albo filiżankę w zestawie z czajniczkiem, portfel, świąteczną piżamę z reniferem, szal/komin i rękawiczki do kompletu, etui na telefon/tablet/czytnik, biżuteria (np. bransoletka z lilou), koc, prenumerata jakieś gazety (Twój styl, pani, elle), ostatnio widziałam na stronie answear  bardzo fajną propozycję - książkę 'Radzka radzi Tobie dobrze w tym' w zestawie z czekoladkami i olejkiem do demakijażu z Tołpy.


Natomiast prezent dla chłopaka, bez względu na to kim dla nas jest, to sprawa już trudniejsza. Nie od dzisiaj wiadomo, że faceci lubią prezenty praktyczne, pewnie dlatego nie widzą nic złego w tym, żeby swojej ukochanej sprawić na urodziny toster albo patelnię:) Dobry pomysł to: szczoteczka elektryczna, podkładka pod telefon do samochodu (taka, żeby się do niej przykleił i nie przemieszczał w trakcie jazy), akcesoria do laptopa typu torba, myszka, pad, albo inne elektroniczne gadżety typu power bank. Jeśli chłopak lubi gry (a który nie lubi?) i wiecie jaka nowość go zainteresowała to właśnie będzie Wasz pewniak, jeśli nie macie o tym pojęcia kupcie np. kartę do playstation store albo grę planszową, na pewno się przyda na wspólnie spędzony wieczory.


Nie jestem zwolennikiem kupowania ubrań, jedyny wyjątek to np. koszulka związana z czymś, co chłopak lubi np. bardzo podobają mi się t-shirty czarnych owiec, więc jeśli chłopak ogląda jakieś internetowe show to też jest dobry pomysł. Książka czy album to dobry podarunek bez względu na płeć (i wiek). Warto zatem zainwestować w coś ładnie wydanego, podobają mi się zwłaszcza albumy z reprodukcjami, zdjęciami mody albo makijażem. Jeśli nie macie pojęcia, co kupić dobrym pomysłem będzie karta podarunkowa do konkretnego sklepu (np. reserved, hebe, home&you, empik), wiem, że nadal wiele osób uważa, że to niekoniecznie dobry pomysł, ale ja wolałabym otrzymać możliwość wyboru czegoś, co naprawdę mi się spodoba niż coś, czego nigdy nie wykorzystam. 
A jakie są Wasze prezentowe typy?

poniedziałek, 1 grudnia 2014

ulubieńcy listopada

Tym razem tylko jeden kosmetyk pielęgnacyjny! 


To, że peeling cukrowo-olejowy z olejem z pestek mango i kokosem z wellness & beauty (który, ze względu na skład powinien być nazwany solnym) znalazł się tutaj pewnie nie jest dla nikogo zaskoczeniem. Peeling bardzo dobrze ściera obumarły naskórek, jest ostry, dlatego trzeba z nim uważać, nie polecam na delikatną skórę dekoltu. Dzięki zawartości olejków skóra po jego użyciu jest miękka, wygładzona i nawilżona, ta warstwa jest wyczuwalna, natomiast jest to coś zupełnie innego, niż sztuczne parafinowe nawilżenie. Kosmetyk pachnie bardzo przyjemnie, chociaż zdecydowanie dominuje tutaj mango. Poza tym trzeba producenta pochwalić za estetyczne opakowanie. 




Top coat seche vite jest tak popularny, że nie ma sensu tworzyć dla niego osobnego wpisu, natomiast nie mogłam odmówić sobie przyjemności wspomnienia o jego zaletach. Łatwo się aplikuje, szybko wysycha i nadaje piękny połysk, niektóre kolory (zwłaszcza te ciemniejsze) wyglądają jak hybrydy. Faktycznie przedłuża trwałość manicure i teraz maluje paznokcie raz w tygodniu. Jedyny minus jest taki, że top po prostu śmierdzi. Mój chłopak stwierdził, że 'pachnie jak rozpuszczalnik'. Możecie go dostać na allegro, ja kupiłam podczas jakieś promocji w superpharm. 
Promocja w rossmannie w tym roku wcale mnie nie kusiła, wszystkie potrzebne mi kosmetyki kolorowe mam. Ostatecznie stwierdziłam, że skuszę się na słynny tusz z lovely (ten żółty) i do pary wzięłam błyszczyk miss sporty w kolorze 118 sweet dance. Ten kolor jest idealnym 'barbiowym' różem. Błyszczyk kryje bardzo dobrze, kolor jest intensywny i błyszczący, ale w granicach normy. Uważam, że przy tak intensywnym odcieniu superpołysk to przesada na granicy kiczu. Kosmetyk ma dość gęstą konsystencję, trochę się klei, ale również długo utrzymuje się na ustach, nie zbiera w załamaniach i schodzi równomiernie. Biorąc pod uwagę fakt, że w cenie regularnej kosztuje ok. 10 zł, nie mam do niego żadnych zastrzeżeń. 
Cień z inglota w kolorze 160 dodawany do gazety glamour bardzo często gościł na moich powiekach. Najczęściej solo, jako dzienny makijaż do pracy. Jest miękki, nie osypuje się, dobrze rozciera i trwa ma moich powiekach (bez bazy) cały dzień. Wydaje mi się, że kiedyś miałam go w pełnym rozmiarze:) 
O tuszu avon super shok max mascara pisałam całkiem niedawno. W skrócie: nie osypuje się, jest mocno czarny, silikonowa szczoteczka dociera nawet to krótkich rzęs. 
A jakie kosmetyki sprawdził się u Was w minionym miesiącu?