sobota, 29 listopada 2014

kulturalny newsletter - seriale i filmy

Ostatnio udało mi się kilka rzeczy obejrzeć. Zacznę od bardzo dobrego polskiego serialu, który ostatnio cieszy się sporą popularnością. Wataha została wyprodukowana przez HBO i z pewnością miało to spory wpływ na jakość. Serial jest przyjemną odskocznią od innych produkcji, gdzie bohaterowie piją z pustych kubków. To próba wyjaśnienia kto stoi za zamachem na funkcjonariuszy straży granicznej. Ciekawie skonstruowani bohaterowie, wciągająca akcja, piękne bieszczadzkie krajobrazy. Każdy odcinek oglądałam z ogromną przyjemnością. 


Obejrzałam pierwszy sezon orphan black i muszę stwierdzić, że początkowe odcinki są bardzo dobre, akcja rozwija się w odpowiednim tempie, tak niestety zakończenie jest moim zdaniem mocno przekombinowane, dlatego odpuściłam sobie oglądanie dalszych losów bohaterów. Sara ma raczej średnie życie, dlatego kiedy na peronie metra spotyka kobietę wyglądającą identycznie jak ona, która zostawia torebkę z dokumentami i skacze pod nadjeżdżający pociąg wybór wydaje się oczywisty. Sara przyjmuje tożsamość tej kobiety, zupełnie nie spodziewając się tego, co się wydarzy. Ciekawa historia, trochę na pograniczu si-fi. 
Kolejna bardzo dobra polska produkcja to Bogowie. Idąc do kina obawiałam się, że będzie to trochę nudna, patetyczna historia profesora Religi. Na szczęście było zupełnie inaczej. To nie tylko film o transplantacji serca, ale również o polskiej obyczajowości i niedorzecznych realiach PRL-u. Do tego jest zabawny, w ten dobry, a nie głupi sposób. 
Jeśli szukacie komedii, na której będziecie się śmiać na głos sięgnijcie po sąsiadów. Młode małżeństwo z małym dzieckiem wiedzie spokojne mieszczańskie życie, do chwili aż w ich sąsiedztwie nie pojawia się studenckie bractwo. Mac i Kelly postanawiając położyć kres głośnej muzyce i pijackim imprezom. Jak łatwo się domyślić złośliwi i kreatywni studenci nie poddają się łatwo. 
Natomiast układ zamknięty wywołał we mnie wiele negatywnych emocji. Złość i bezsilność to odpowiednie określenia dla tej historii. Kilku zdolnych młodych mężczyzn, dobry pomysł na biznes i kilku pseudo-urzędasów, których boli cudzy sukces. Film ukazuje takie wredne polskie cebulactwo, nie polecam dla widzów o słabych nerwach. 
Na sam koniec kinowa nowość - igrzyska śmierci kosogłos cz. 1. Jak pewnie już wiecie film nie zbiera pozytywnych recenzji i jest to całkowicie uzasadnione. Jak w przypadku 'Hobbita' dzielenie książki na części ma sens, tak tutaj jest to totalnie niepotrzebne. Ten zabieg całkowicie pozbawił film akcji. Kathniss jest totalnie pozbawiona charakteru - płacze, śpiewa albo patrzy w dal. Co się wydarzyło w tej części? Nic. Czytałam książkę i wiem, że to, co obejrzałam w kinie było tylko prologiem do akcji. Prologiem, który absolutnie nie zasługuje na osobną ekranizację. 
Tyle w temacie filmów i seriali, przeczytałam też kilka książek, notatka na ten temat pojawi się niebawem. A co Wy polecacie do obejrzenia/przeczytania?

czwartek, 27 listopada 2014

makijażowe zastępstwa

Przy okazji zdenkowania kilku produktów (klik) do mojej kosmetyczki wpadły inne rzeczy. 


Zacznijmy od podkładów - maybelline affinitone mineral perfecting + soothing foundation w kolorze 10 ivory. Zdaniem producenta podkład zapewnia zdrowy i naturalny wygląd skóry. Mineralna forumuła dopasowuje się do koloru skóry. Perfekcyjnie pokrywa. Wygładza i rozpromienia. Moim zdaniem ten podkład to taki słabszy średniak. Poziom krycia określiłabym jako słaby, pokrywa cerę mniej więcej tak jak drogeryjne kremy bb. Nie dopasowuje się do koloru skóry, teraz, kiedy nie został mi nawet cień opalenizny jest dla mnie za ciemny. Szybko się ściera i z pewnością nie wytrwa na twarzy nawet ośmiu godzin (dla mnie czas pracy to właśnie taki wyznacznik trwałości podkładu). Dodatkowo funduje mi efekt mokrej twarzy, który nie ma nic wspólnego z delikatnym rozświetleniem.
Na plus zaliczam opakowanie z pompką i to, że nie podkreśla suchych skórek. 
Aktualnie używam meybelline super stay better skin w kolorze 005 light beige. I jestem z tego produktu naprawdę zadowolona, przeczytałam o nim wiele niepochlebnych opinii, ale na mojej raczej suchej skórze sprawdza się bardzo dobrze. Zdaniem producenta perfekcyjny wygląd, widoczna odnowa. Postaw na perfekcyjny wygląd natychmiast i widocznie lepszą skórę dzień po dniu. Już po 3 tygodniach: widoczna redukcja niedoskonałości, wyrównany koloryt, jakby odnowiona i pełna energii skóra. Cóż... moja skóra jakby (producent na prawdę użył tego słowa) nie stała się ładniejsza, jednak moim zdaniem właściwości pielęgnacyjne powinny wykazywać kremy, a nie zwykły podkład. Better skin dobrze kryje, nie smuży, ładnie się rozprowadza, nie podkreśla suchych skórek. Ma bardzo jasny kolor, który nie ciemniej. Charakteryzuje się również bardzo dobrą trwałością, byłam zaskoczona, kiedy słyszałam, że wystarczy przyłożyć dłoń do policzka, aby zetrzeć cały ten kosmetyk. U mnie nic takiego nie ma miejsca. Reasumując jestem z tego produktu bardzo zadowolona, w sumie nie widzę w nim wad. 



Rozpisałam się o podkładach więc teraz trochę krócej o dwóch kosmetykach do oczu: avon super shock max mascara jest bardzo miłą odmianą po tych wszystkich średniakach, które ostatnio przewinęły się przez moją kosmetyczkę. Tusz został wyposażony w silikonową szczoteczkę, której krótkie włoski docierają do każdej rzęsy. Nie osypuje się, dobrze rozdziela, wydłuża, pogrubia, a nawet trochę podkręca. A po całym dniu bez problemu można go zmyć płynem micelarnym. Taki efekt całkowicie mnie satysfakcjonuje. 
Kredka do brwi z catrice w kolorze 040 don't let me brow'n znalazła się już w ulubieńcach. Jest wydajna, dość twarda, ale dla mnie to zaleta ponieważ nie ma możliwości, abym nią sobie wymalowała brwi klauna, jestem zwolennikiem delikatnego efektu. Posiada spiralkę, którą dobrze wyczesuje się włoski. Kolor określiłabym jako brąz z lekką nutką szarego, zdecydowanie nie ma tutaj czerwonych czy pomarańczowych tonów. 

wtorek, 25 listopada 2014

Biovax - coś nowego

Minął tydzień mojej blogowej nieobecności, szybko mi zleciał. Ostatnio ograniczałam swoją internetową aktywność na rzecz czytania, natomiast dzisiaj naszła mnie ochota na to, żeby coś napisać. 


Markę l'biotica biovax lubię bardzo, w sumie mogę kupować ich produkty w ciemno, ponieważ zawsze bardzo dobrze się u mnie sprawdzają i tak też było w tym przypadku. Odżywkę pielęgnacyjną BB znalazłam w aptece (a tak swoją drogą czy wszystko teraz musi być bb? Boję się, że jutro bb będzie też mleko i pomidory). Za 200 ml produktu zapłaciłam 14,90 zł. Odżywka jest zapakowana w miękką tubę, z której można ją bez problemu wyciągnąć. Poza tym, po prostu mi się podoba, nie wiem co w tym jest, ale lubię opakowania typu miękka tubka:) 
Zdaniem producenta: odżywka pielęgnacyjna BB beauty benefit z serii naturalne oleje: argan, makadamia, kokos dzięki zawartości trzech drogocennych, egzotycznych olejów już po upływie 60 sekund zapewnia efekt BB - 7 korzyści dla Twoich włosów: wygładzenie na całej długości, termoochrona podczas stylizacji, głębokie nawilżenie, ułatwienie rozczesywania, piękny połysk, ograniczenie elektryzowania się, podatność na układanie. 


Praktycznie ze wszystkimi zapewnieniami producenta się zgadzam, nie jestem tylko przekonana, co do termoochrony. Odżywka ma rzadszą konsystencję niż maski, przez co bardzo łatwo aplikuje się na włosy, stosowałam ją zgodnie z zaleceniem producenta, ale zauważyłam lepsze efekty po tym, jak założyłam czepek i trzymałam produkt na włosach pół godziny. Nie należy aplikować odżywki na skórę głowy i włosy zaraz przy nasadzie (przed czym na opakowaniu również przestrzega producent) ponieważ wówczas sprawia, że włosy są przyklapnięte i przetłuszczone. Zastosowana z umiarem i w odpowiedniej odległości od skóry głowy wcale nie obciąża, natomiast bardzo dobrze odżywia, wygładza i zmiękcza włosy. Do tego pięknie lśnią. Jeśli macie problem z przesuszonymi końcówkami, z włosami bez blasku, których nie możecie rozczesać (a nie są tak zniszczone, aby sięgać po maskę) serdecznie Wam ten produkt polecam. Jedyne co mi się nie podoba to jego zapach - moim zdaniem trochę mdły i duszący, na szczęście znika po tym, jak włosy wyschną. 

niedziela, 16 listopada 2014

Migawki

Dwa tygodnie temu byłam w Warszawie (delegacja z pracy), pogoda dopisała - było słonecznie więc zrobiłam sobie mini spacer i znalazłam nawet trochę czasu na zakupy. Kilka żeli pod prysznic i balsamów z bath and body works, nie mogłam sobie odmówić hipsterskiego kubko-słoika z wąsami z tigera. Miałam ostatnio przeogromną ochotę na chińczyka. Mój chłopak robi dobre obiadki. Spróbowałam jogurtów z jogobell i nie jestem zachwycona, czuć, że są mocno chemiczne. Wariacja na temat rogali św. Marcina. I nowy członek rodziny - shih tzu. Nazwaliśmy go Januszek. Jest z nami od wczoraj. Nawet nie wiecie jak się ciesze, nigdy nie miałam psa (a zawsze chciałam mieć). Z kolei mój chłopak zawsze miał psy i po tym jak razem zamieszkaliśmy brakowało mu takiej włochatej kulki wałęsającej się pod nogami:)


Tyle u mnie. Miłej niedzieli!

czwartek, 13 listopada 2014

Czas dla siebie

Tagi generalnie średnio mnie interesują. Ten przypadł mi do gustu, mimo faktu, że zapewne rzeczy robione w takim czasie powtarzają się u wszystkich dziewczyn. Nie tłumaczyłam pytań dosłownie, zachowałam jednak ich ogólny sens.


Co czytasz albo oglądasz podczas takiego czasu dla siebie?
Najkrótsza odpowiedź to: seriale i książki. Nie lubię oglądać sama filmów, lubię mieć się do kogo odezwać, skomentować akcję, wymienić zdania po obejrzeniu. Serial to, co innego trwa dużo krócej i można go włączyć jednocześnie robiąc coś innego. A tak swoją drogą to nie macie wrażenia, że czas bardzo dobrych seriali już minął? Coraz rzadziej zdarza mi się trafić na coś ciekawego. Jak wiadomo książki uwielbiam i zawsze jakąś czytam. Obecnie jest ot "Zaginiona dziewczyna", ale trochę mi się tego uzbierało i za kilka dni opublikuję kulturalny newsletter. Oglądam też urodowe filmiki na yt, jednak dużo rzadziej niż jeszcze kilka lat temu. 
W co jesteś ubrana podczas czasu tylko dla siebie? Pisałam ostatnio, że nie dla mnie paradowanie całymi dniami po domu w piżamie czy szlafroku, najczęściej wybieram wygodne spodnie od dresu (albo leginsy) i t-shirt. Nie lubię takiego domowego niechlujstwa np. poplamionych, spranych, wygniecionych ubrań. To, że nikt mnie nie widzi nie jest równoznaczne z przyzwoleniem na żulerski wygląd:) 
Jakich wtedy używasz pielęgnacyjnych produktów? Maski - na twarz i włosy są nieodzowne. do tego porządny peeling całego ciała połączony z masażem. Tak, żebym mogła spędzić więcej czasu niż zwykle pod prysznicem.


Aktualnie ulubiony lakier do paznokci? Paznokcie maluje średnio raz na tydzień, teraz stawiam na ciemne jesienne kolory, najczęściej jest to essie sole mate. 
Co w trakcie takiego czasu jesz i pijesz? Kawę, herbatę albo jakiś koktajl (ostatnio mój ulubiony to połączenie lodów miętowych z mlekiem), a do tego najczęściej coś słodkiego (praktycznie nigdy nie mam ochoty na słone przekąski) ciastko albo milka crispello:) 
Czy byłaś kiedyś sama w kinie? Tak, raz. Miałam wtedy z siedemnaście lat i pamiętam to do tej pory. Ze względu na to, że nie lubię sama oglądać filmów analogicznie nie przepadam za samotnymi seansami w kinie. 
Ulubiony sklep on-line? Każdy, który jako opcje dostawy ma paczkomaty (uwielbiam taką formę, jest najwygodniejsza, nie trzeba czekać na kuriera, można odebrać swoje zamówienie nawet w środku nocy)/ A tak poważnie najbardziej lubię robić zakupy na stronie merlin.pl. Wszystko przychodzi dobrze zapakowane, można odebrać w punktach bez żadnej opłaty za przesyłkę i dostarczają rzeczy szybko. 
Czy chciałabyś coś dodać? Tak:) Często mając czas dla siebie sprzątam i piorę. Jechanie na ścierce mnie relaksuje, poza tym uspokaja mnie widok pustego kosza na brudna bieliznę:) 

wtorek, 11 listopada 2014

Dwie kredki

Nie kupuję kredek często, przede wszystkim dlatego, że wolno się zużywają. Mój makijaż jest utrzymany raczej w stosowanej brązowo-beżowej kolorystyce, nie potrzebuję zatem turkusowej czy żółtej kredki, bo wiem, że nigdy bym jej na sobie nie użyła. 


Miałam jednak ochotę na małą odmianę i kupiłam kredkę z rimmel scandaleyes w kolorze 013 purple. To był strzał w dziesiątkę! Kolor jest dość ciemny i intensywny, kredka jest bardzo dobrze napigmentowana, wystarczy jedno pociągnięcie aby uzyskać gładką, kryjącą kreskę. Jest bardzo miękka (rysik się nie łamie), jednak jej woskowa konsystencja nie pozwala na rozcieranie. Jednak jak już ją zaaplikujemy jest nie do zdarcia. Producent zapewnia, że jest wodoodporna i to prawda. Nie straszny jej deszcz, pot czy zły. Trzyma się na oku cały dzień i zmywa ją dopiero płyn micelarny. Fioletowy kolor ładnie podkreśla kolor brązowej tęczówki i urozmaica codzienny makijaż. 



Kolejna kredka w mojej kosmetyczce nie służy do rysowania kresek - astor 24 h perfect stay w kolorze 100 creamy taupe to tak na prawdę cień. Chociaż producent zapewnia, że może być również używana jako liner nie polecam tego rozwiązania, jej gruby rysik po prostu na to nie pozwala. Kredka ma mokrą konsystencje, która po aplikacji zastyga na oku, u mnie trzyma się doskonale, jednak obawiam się, że u dziewczyn z bardziej tłustą skóra powiek mogłaby się rolować i zbierać w załamaniu. Najczęściej noszę ją samą, czasem tylko nakładam jakiś ciemniejszy cień w załamanie. Wygląda bardzo dobrze, rozświetla spojrzenie. Ma wile bardzo drobniutkich drobinek (nie, to nie chamski brokat), kolor który określiłabym jako szampański z kapką brązu i satynowe wykończenie. Jestem z niej naprawdę bardzo zadowolona, pewnie skuszę się na jakiś inny kolor. Jest tylko jeden problem - jej średnica jest taka gruba, że nie mogę jej zatemperować. Nie wchodzi do żadnej z moich dwóch temperówek, oczywiście mam na myśli tą dużą dziurę. Czy ktoś ma jakiś pomysł?  Tak ją trochę nożem wyszczerbiłam, żebym mogła produkt wydobyć.  

niedziela, 9 listopada 2014

rzecz do rzeczy #3

Tym razem rzeczy umilające mi długie, chłodne wieczory. Herbata z rossmanna o smaku truskawek ze śmietanką znalazła się w poście z migawkami i muszę Wam powiedzieć, że na prawdę jest wspaniała. Mocna i aromatyczna. Faktycznie smak truskawek jest wyczuwalny, a poza tym mocno czuć lekko kwaśne jabłko. 


Lubię herbaty sypane, ale przeszkadzają mi te wszystkie farfocle, dlatego zaparzacz jest konieczny. Ten kupiłam w ikei za dwa albo trzy złote. Kolejną herbatą, którą robię sobie bardzo często jest jagodowa muffinka z Biedronki. Faktycznie smak jagody jest tutaj bardzo, bardzo słaby, przebija go zwykła herbata, jednak wcale mi to nie przeszkadza. Do tego pięknie, słodko pachnie. 
Gorąca czekolada też jest bardzo wskazana, od kilku tygodni miałam ochotę na białą, ale wcale nie tak łatwo takową znaleźć. W końcu w almie natknęłam się na whittard luxury white hot chocolate. Zalewamy ją mlekiem, a nie wodą. Smakuje jak rozpuszczona kostka białej czekolady z wedla wymieszana z wanilią. Mam ochotę na inne smaki, zwłaszcza na tą z dodatkiem mięty.



Skarpetki z sinsay zauroczyły mnie tak bardzo, że ostatnio kupiłam jeszcze jeden zestaw. Jedna para jest szara z reniferem, a druga czarno-biała z pingwinem. Są przyjemne w dotyku i wykonane z bawełny, co nie zawsze się zdarza. Nie ma nic gorszego niż sztuczne skarpetki. Mam wtedy wrażenie, że mam stopę owiniętą foliowym woreczkiem. 
Szare kapcie z Hebe są ze mną od kilku miesięcy i jestem pozytywnie zaskoczona ich jakością. Nic się nie rozdarło ani nie rozkleiło, a chodzę w nich codziennie. Są mięciutkie, na spodzie mają antypoślizgowe naklejki. 
Nie zdarza mi się spędzić całego dnia w piżamie i szlafroku, nie wiem dlaczego, ale bardzo tego nie lubię. Czuję się wtedy jakbym była chora. Szlafrok jest w użyciu niemal wyłącznie wieczorem. Kiedy wychodzę z wanny i jest mi zimno nie ma nic lepszego niż owinięcie się w mięciutki szlafroczek w renifery. Wskakuję w nim pod kołdrę albo koc i ściągam dopiero jak zrobi mi się cieplej. 
Tak sobie teraz myślę, że pokazałam Wam rzeczy bardziej zimowe niż jesienne, ale to chyba przez to, że w sklepach już zaczęły się przedświąteczne akcje marketingowe:) 

czwartek, 6 listopada 2014

denko - kolorówka

Wiele tego nie ma, a już na pewno nie są to produkty urozmaicone, praktycznie ograniczyłam się tylko do dwóch kategorii produktów - podkładów (ze wszystkich byłam bardzo zadowolona) i tuszy do rzęs (zadowolona byłam tylko z jednego).


Zdenkowałam wszystkie moje ulubione podkłady czyli: Bourjois healthy mix w kolorze 51 vanila, Rimmel wake me up w kolorze 100 ivory oraz Rimmel match perfection 101 classic ivory. Więcej pisałam na ich temat TUTAJ. W skrócie - wszystkie cechowały się kremową, łatwą do aplikacji formułą, nie podkreślały suchych skórek i wytrzymywały na mojej twarzy cały dzień.
Zużyłam najbardziej wydajny kosmetyk w moich zbiorach - eyebrow stylist z wibo miałam chyba 1,5 roku. Wcześniej ten produkt był bardzo popularny, ale jeszcze kilka dni temu używałam go pewnie tylko ja;) Z tego co pamiętam nie doczekał się osobnej recenzji. Produkt jest na prawdę dobry - utrwala brwi, ale nie skleja ich nadmiernie, nadaje im kolor (czego na moich naturalnie ciemnych brwiach nie było szczególnie widoczne) i trzyma się przez cały dzień. Jedynym minusem jest za duża moim zdaniem szczoteczka. Teraz wybór produktów do stylizacji brwi jest tak ogromny, że zapewne do niego nie wrócę. 


Pozostając przy wibo napiszę o jedynym tuszu, który był całkiem dobry - extreme lashes miał szczoteczkę ze zwykłego, krótko przyciętego włosia. Dobrze rozczesywał rzęsy, mogłam nałożyć dwie warstwy i nie tworzyłam przy tym efektu pajęczych nóżek, nie osypywał się. Lekko wydłużał i podkręcał. Jedyny minus był taki, że tusz szybko wysechł. Kosztuje tylko kilka złotych, miałam go już wcześniej i z pewnością jeszcze nie raz po niego sięgnę. 
Niestety teraz będzie już tylko gorzej - maskara pump up booster z miss sporty też była tania i to jej jedyna zaleta. Ma tak niedorzecznie wielką szczoteczkę, że nie ma szans umalować rzęs i nie ubrudzić przy tym połowy oka. Poza tym osypuje się i bardzo słabo podkreśla rzęsy. Nawet po trzech warstwach efekt jest ledwo widoczny. Nie przepadam za dramatycznym wyglądem rzęs, ale mimo wszystko używam tuszu, żeby było je lepiej widać niż zwykle. Zero efektu wydłużenia czy pogrubienia. Nie chcę się powtarzać, dlatego tylko napiszę, że o tuszu manhattan volcano extreme mam identyczne zdanie jak o poprzedniku, różni się tylko wielkością szczoteczki. 

wtorek, 4 listopada 2014

buuu... Bubel

Pielęgnacyjne buble zdarzają mi się bardzo rzadko. Zwykle moja zakupy są przemyślane, często ponownie sięgam po sprawdzone produkty, nowości kupuję zwykle z czyjegoś polecenia. Czytałam wiele pozytywnych opinii o marce himalaya herbals. Sięgnęłam po odżywczą maseczkę owocową do cery normalnej i suchej i nie mam ochoty na więcej. 


Zdaniem producenta: ujędrnia, napina i odmładza skórę twarzy przywracając jej młody wygląd i naturalny blask. Chłodząca maseczka owocowa odblokowuje pory i usuwa głęboko zakorzenione zaskórniki. Przywraca skórze elastyczność i odbudowuje jej prawidłową strukturę. Jabłko bogate w naturalne alfa-hydroksykwasy odżywia i przywraca naturalny blask. Figa i ogórek dają uczucie przyjemnego chłodzenia. Papaja rozjaśnia przebarwienia skóry i wygładza ją. Glinka mineralna poprawia mikrokrążenie, sprawia, że skóra jest miękka i elastyczna. Cóż... Byłabym bardzo zadowolona gdybym zobaczyła nawet mniej niż połowę tych zapewnień na swojej twarzy, niestety podczas pierwszego użycia doznałam czegoś zupełnie odwrotnego niż efekt chłodzenia. Skóra mnie okropnie piekła, a po zmyciu maski z twarzy miałam czerwone placki. Słabo. Stwierdziłam jednak, że spróbuję ponownie, tym razem wcale nie zauważyłam pieczenia (nie wiem, co mnie tak podrażniło za pierwszym razem), ale niczego innego też nie. Moja twarz przed i po wygląda dokładnie tak samo. Nie widziałam żadnego ujędrnienia, rozjaśnienia czy wygładzenia. Kilka razy dawałam jej szansę, ale nigdy nie zobaczyłam efektu. Jestem rozczarowana. 
Nie wiem, co stało mi się w głowę kiedy postanowiłam sięgnąć po szampon timotei z różą z Jerycha. Produkt jest przeznaczony do włosów suchych i zniszczonych. Zdaniem producenta: 100% piękna, 0 % parabentów. Szampon wzbogacony naturalnym ekstraktem z olejku z awokado, pomaga w zapewnieniu odpowiedniego poziomu nawilżenia i odbudowuje zniszczoną powierzchnię włosów oraz pomaga im przywrócić gładkość. Szampon nie spełnia swojej podstawowej funkcji - nie myje włosów. Po wysuszeniu są przyklapnięte i obciążone. Od razu zaznaczam, że zawsze spłukuję szampon bardzo dokładnie, poza tym mój chłopak odniósł to samo wrażenie. Na drugi dzień koniecznie trzeba umyć włosy, bo wyglądają okropnie. Nie zauważyłam zdrowego blasku ani nawilżenia. Wyłącznie natłuszczenie. Obecnie używam go do golenia nóg, innej opcji nie widzę. 

niedziela, 2 listopada 2014

Migawki

Kiedy zobaczyłam informację o tym, że do magazynu 'glamour' dodawane są cienie Inglot, myślałam, że jak następnego dnia udam się do empiku, już nic dla mnie nie zostanie. Jakie było moje zdziwienie kiedy okazało się, że na półce było nawet kilka egzemplarzy! Wybrałam tylko jeden cień - nr 160 to taki trudny do opisania kolor, dla mnie to zgaszony róż lekko złamany brązem. Skusiłam się na lakier z Biedronki (ciemny turkus) i dwa z superpharm (przypominają mi konfetti). Byłam też w Ikei (poduszki, narzuta, pościel, taca, praska to czosnku, tego typu rzeczy). Zawsze śpię w piżamie, ale ta koszula nocna jest taka słodka, że musiałam ją kupić. Pastelowy kolor, groszki i kremowe detale to jest to;) 
Tej jesieni bardzo podoba mi się zestawienie czerwonej kraty z beżowym trenczem. W końcu dorwałam w rossmannie owocową herbatę - truskawki ze śmietaną. Jest pyszna! 
Od czasu do czasu można zjeść ciasteczka i cukierki. Znowu zrobiłam krem z dyni, moja ulubiona zupa. Milka z oreo rządzi. Jest niesamowicie słodka i taka wielka, że będę ją jadła z miesiąc.


Miłej niedzieli!