czwartek, 30 października 2014

Ulubieńcy października

Koniec miesiąca to czas na ulubieńców. Teraz mam aż dwa produkty z kolorówki - błyszczyk w tubce thrill me saffon z oriflame tak przypadł mi do gustu, że aż sama jestem zaskoczona. Bo to takie niby nic, sama z pewnością nigdy bym po niego nie sięgnęła (ale dostałam od mamy). Jest dość gęsty, przez co długo się utrzymuje, ma w sobie małe srebrne drobinki, które są niemal niewidoczne na ustach i absolutnie nie wędrują po całej twarzy, poza tym ten błyszczyk ma dość intensywny kolor. Nie jest to taka czerwień jak w opakowaniu, ale zdecydowanie na ustach widać nie tylko połysk ale i malinowy kolor. 


Jakiś czas temu skusiłam się na paletę make up revolution iconic 1. I muszę Wam powiedzieć, że rzadko zdarza się tak korzystna relacja ceny do jakości. 12 cieni jest zapakowanych w paletkę z porządnego, twardego plastiku, do tego dołączona została totalnie nieprzydatna pacynka. Cienie dobrze się rozprowadzają, dobrze blendują, maty są bardziej suche, zdecydowanie polubiłam mocniej te o wykończeniu satynowym, są trochę bardziej mokre, fakturą przypominają mi cienie z Inglota. Dobrze się trzymają, na mojej powiece bez bazy ok. ośmiu godzin. 
Mogę sobie wyobrazić swoją pielęgnację twarzy bez toniku, nie zawsze go używam, ale kiedy po niego sięgam chcę czegoś dobrego. Płyn micelarny 3 w 1 z Lirene do cery naczynkowej sprawdza się doskonale właśnie jako tonik. Nie wiem dlatego producent nazwał go płynem micelarnym, wcale nie nadaje się do demakijażu, jest na to po prostu za słaby. Natomiast bardzo lubię używać go rano i wieczorem po całym demakijażu. Ładnie pachnie, nie zostawia lepiącej warstwy, mam też wrażenie, że delikatnie uspokaja zaczerwienioną skórę. 



Na sam koniec produkty do ciała. Myjące masło po prysznic o zapachu pinacolada z bomb cosmetics podczas zakupów było taką małą fanaberią. Okazało się jednak, że bardzo dobrze się sprawdza. Produkt ma twardą, zbitą konsystencję, rozpuszcza się dopiero w kontakcie z wodą, tworzy gęstą pianę, pięknie pachnie, nie wysusza skóry i jest wprost niesamowicie wydajne. 320 gram wystarczy mi na kilka miesięcy używania. 
Kostki do masażu z masła kakaowego nie używam do całego ciała. Jego bogata, tłusta formuła sprawdza się bardzo dobrze na przesuszonych partiach ciała, używam jej również na skórę po goleniu, nie tylko nie podrażnia, ale całkowicie niweluje podrażnienie skóry. 
A co Wam w tym miesiącu przypadło do gustu? 

wtorek, 28 października 2014

codzienny nawilżacz

Moja skóra lubi kremy nawilżające, dobrze jej służą dlatego po nie sięgam. Ostatnio (czyli jakieś dwa miesiące temu) zdecydowałam się na dermedic hydrain3 hialuro nawadniający krem przeciwzmarszczkowy na dzień. Krem zapakowany jest w plastikową buteleczkę z pompką, jak wiadomo to najbardziej higieniczny sposób aplikacji, szkoda tylko, że nie jest to pompka typu air less. Poza tym plastik jest twardy i nawet sprawdzanie pod światło nic nie daje, używam kremu od dość dawna, a nie mam pojęcia ile go zużyłam.



Zdaniem producenta: chroni przed wolnymi rodnikami i hamuje melanogenezę - alga morska bogata w minerały, lipidy i witaminy równocześnie wpływa na wzrost nawilżenia oraz poprawę metabolizmu 'odradzania się' komórek. Zintegrowany system ochrony przeciwstarzeniowej poprzez nawadnianie skóry - hialuronic acid - kwas hialuronowy utrzymuje wodę w naskórku, pobudza syntezę włókien kolagenowych, redukuje ilość oraz głębokość zmarszczek mimicznych i statycznych. Kompozycja kwasu hialuronowego i oleju z oliwek odpowiada za wybitne właściwości nawilżające preparatu i długi czas działania. Zabezpiecza przed niekorzystnym działaniem promieni słonecznych - SPF 15. Nie zatyka porów. Dobrze się wchłania. Doskonały pod makijaż. 
Praktycznie ze wszystkimi powyższymi stwierdzeniami się zgadzam. Produkt pachnie przyjemnie, tak owocowo, szybko się wchłania, w żaden sposób nie wpływa na makijaż, ani podkład się na nim nie roluje, anie dłużej nie utrzymuje. Krem stosuję dwa razy dziennie - rano i wieczorem.
Ma lekką formułę, ale niech to Was nie zwiedzie. Nawilża wspaniale. Mimo zmiany temperatur, wiatru, centralnego ogrzewania, choroby moja skóra wygląda dobrze - jest miękka, elastyczna i nie ma żadnych suchych skórek (co jest moją zmorą od lat). Oczywiście nie mogę obecnie nic powiedzieć na temat jego przeciwzmarszczkowych właściwości, ale uważam, że lepiej zapobiegać, tym bardziej, że (niestety) nie mam już osiemnastu lat. Podoba mi się to, że produkt z dermedic łączy dwie funkcję. Lubię to.
Podsumowując - jest wydajny, działa dokładnie tak jak tego oczekuję i ma przystępną cenę. W promocji zapłaciłam 28,96 zł.

niedziela, 26 października 2014

Plastry na nos

Dzisiaj krótko i na temat ponieważ w kwestii plastrów oczyszczających nos nie ma sensu się rozwodzić - produkt albo działa albo nie. Dostępne aktualnie w Biedronce oczyszczające plastry na nos purderm spisują się świetnie. 


Za 6 plastrów zapłaciłam 6,99 zł, dostępne są w trzech wersjach, jak podejrzewam niczym się od siebie nie różniących, planuję jednak wrócić do biedry po dwa pozostałe. Skusiłam się na podstawową wersję, dostępne są jeszcze 'drzewo herbaciane' oraz 'węgiel drzewny'.
Na mokry nos naklejamy plaster na 15 minut, następnie odrywamy i widzimy czarne, paskudne kropki na plastrze, a nie na nosie. Efekt jest świetny, nie zrobiłam zdjęć bo mimo wszystko wydaje mi się to dość obrzydliwe, tym bardziej po niedzielnym obiedzie:)
Plastry bardzo dobrze przylegają, są tak wyprofilowane, że zakrywają również czubek nosa, który jak wiadomo wolny od zanieczyszczeń wcale nie jest. W kartonowym opakowaniu dostajemy cześć pasków zapakowanych w osobne saszetki. 
Miałam wiele różnych oczyszczających pasków do nosa i na prawdę żadne nie działały tak dobrze jak te. Nadal są w sklepach, jeśli zatem aktualnie szukacie tego typu produktu to warto się skusić. 

piątek, 24 października 2014

Pielęgnacyjne duo

W końcu wróciłam do świata, we wtorek dorwała mnie straszna angina i dopiero dzisiaj czuję się na tyle dobrze, żeby jak człowiek usiąść przy stole i włączyć laptopa. Przy okazji stwierdziłam, że czas na jakiś kosmetyczny wpis i dzisiaj opowiem Wam o balsamie i żelu pod prysznic, które w zestawie udało mi się kupić w drogerii za całe 7,99 zł. 


Oczywiście trzymałam je długo w koszyku i się zastanawiałam: brać czy nie brać, jakby te rzeczy kosztowały dużo więcej, bo przecież sporo tego jeszcze mam, ale ostatecznie stwierdziłam, że za taką cenę, aż żal nie kupić, bo przecież zawsze się zużyje. Nawilżająco-wygładzający balsam do ciała oraz kremowy żel pod prysznic pochodzą z Farmony z serii sensitive eco style. Producent zapewnia, że oba produkty w składzie nie zawierają barwników, parabenów i olejów mineralnych. W balsamie mamy natomiast olej słonecznikowy, glicerynę, mocznik i masło shea. Produkt ma konsystencję typową dla balsamów, ani nie jest za rzadki, ani za gęsty. Nałożony w zbyt dużej ilości trochę się rozmazuje, ale stosowany z umiarem aplikuje się dużo lepiej. Szybko się wchłania, nie pozostawia żadnej warstwy, mam suchą skórę, nawilżenie określiłabym jako wystarczające - stosowany codziennie faktycznie sprawia, że skóra nie jest przesuszona, natomiast z pewnością nie jest to dogłębny efekt powalający na kolana. Oczywiście takowego się nie spodziewałam, w końcu to nie masło do ciała.
Żel pod prysznic faktycznie ma kremową konsystencję, bardzo dobrze się pieni, ma w składzie sls więc może trochę przesuszać skórę. To w zasadzie wszystko, co mam do powiedzienia na jego temat, wiecie, że moim zdaniem taki produkt ma myć, jeśli przy okazji nie spływa z ręki i nie uczula to wszystko jest dobrze. 



Podsumowując - to było dobrze wydane osiem złotych. Taki żel i balsam to tylko podstawowa pielęgnacja, ale oba produkty dobrze się u mnie sprawdził i jeśli znajdę je ponownie w takim zestawie z pewnością od razu wylądują w moim koszyku bez długiego zastanawiania się. 
Poza tym przypadła mi do gustu dość prosta szata graficzna. 
Oba produkty pachną bardzo przyjemnie, kwiatowo z lekką cierpką nutą. Zapach jest bardzo delikatny i nie utrzymuje się długo na skórze. Bardzo rzadko sięgam po żel i balsam z tej samej linii zapachowej, jednak coraz bardziej taka opcja mi się podoba.  

wtorek, 21 października 2014

Kulturalne newsletter - książki

Ostatnio wcale nie oglądam filmów ani seriali. Kiedy mam wolny wieczór przeglądam blogi, oglądam filmiki na yt albo czytam. Ostatnio wpadło mi w ręce kilka bardzo ciekawych pozycji. Zacznijmy od kryminałów. "Pentagram" Jo Nesbo jest kolejną częścią opowieści o komisarzu Harrym Hole i najlepszą jaką do tej pory przeczytałam. Akcja toczy się szybko, jest wciągająca i nieprzewidywalna. W połowie wydaje się, że wszystko jest jasne i domyślamy się kto zabił, na szczęście zakończenie jest zupełnie nie przewidywalne. Z przyjemnością sięgnę po kolejne książki tego norweskiego pisarza. "Dochodzenie" było na mojej liście od dawna, w ubiegłym roku oglądałam serial i byłam bardzo ciekawa książki. Co powiedzieć? Nie zawiodłam się. Jak w poprzednim egzemplarzu akcja toczy się szybko, trudno oderwać się od czytania. Zainteresuje nawet tych, którzy podobnie jak ja znają rozwój wydarzeń bo oglądali serial. Wiem, że powstał kolejne części i również po nie sięgnę. Lubię czytać kryminały jesienią i zimą, panująca wtedy aura jest wprost idealna do tego, żeby sięgać po takie książki.


Teraz czas na opowieści o kobietach. Byłam bardzo ciekawa "żon astronautów", przeczytałam wiele pozytywnych opinii i sama chciałam sobie jakąś wyrobić. Książka jest ciekawa, chociaż początkowo trudno było mi zapamiętać, która kobieta jest żoną którego astronauty. W kolejnych rodziałach poznajemy ich życie, z jednej strony wystawne przyjęcia, sława, hotele, domy i samochody otrzymywane dosłownie za bezcen, z drugiej strony życie w ogromnym strachu przed tym, że ukochany człowiek nigdy nie wróci do domu. 
Jeśli jesteście ciekawe jak wygląda wyjazdowe życie saudyjskiej rodziny królewskiej sięgnijcie po "woziłam arabskie księżniczki". Ogromny przepych, niesamowite bogactwo, zakupy, operacje plastyczne, nieszczęśliwe małżeństwa, małoletnie służące i wiele wiele więcej. Najbardziej zapadło mi w pamięć to, że Saudyjczycy wynajęli osobny pokój w hotelu (pięćset dolarów za noc) tylko po to, żeby trzymać tam serwis do herbaty. 
Lubię sagi rodzinne dlatego sięgnęłam po "Pokolenia". Początkowo średnio mi się podobały, ponieważ bardzo przypominały mi "cukiernie pod amorem", na szczęście po dwóch rozdziałach to wrażenie znika, natomiast zupełnie niepotrzebnie w książce opowiadającej powojenne losy dziewczyny z Podlasia autorka wplata wątki z 2012 roku. Poza tym (moim zdaniem) zbędnym zabiegiem książkę czyta się lekko i przyjemnie. 
Na sam koniec "dziewczyny z powstania". Ta książka z pewnością zostanie w mojej pamięci na długo. Można czytać opracowania, książki historyczne ale o tym, jak naprawdę wyglądało powstanie dowiemy się wyłącznie od jego uczestników. Opowieści kilku kobiet o walczącej Warszawie. O tym, jak sanitariuszki nie miały nawet bandaży, o tym jak żyło się w mieście, w którym kule przelatywały nad głowami, a kamienice wybuchały jedna po drugiej, ginęli przyjaciele. Wbrew pozorom nie ma tutaj zbędnego zadęcia i patosu. Są natomiast opowieści o tym, że kobiety podczas powstania żyły w ogromnym stresie, nie miały się w co ubrać, brakowało jedzenia dla nich i dzieci, nie było czasu na miłosne uniesienia, ukrywały się w zimnych, wilgotnych piwnicach, tęskniły za chłopakami, mężami, ojcami. 
A Wy jakie książki polecacie na długie jesienne wieczory? 

niedziela, 19 października 2014

Migawki

Najbardziej cieszą prezenty bez okazji i dlatego kupiłam sobie nową prostownicę. Jej poprzedniczka była już mocno wysłużona. Zdecydowałam się na remington s8500 shune terapy. A od chłopaka dostałam piękny kubek. Do nowej poduszki dołączył koc z Biedronki. Z tymi warkoczami wygląda jak wielki sweter. Uwielbiam makaron. Dynię też. Nowe herbaty z Biedronki widziałam na tylu blogach i instagramach, że w końcu się w nie zaopatrzyłam. Ostatnio każde wyjście na zakupy kończy się tym, że w koszyku ląduje kilka kartoników mleka o smaku waniliowym. Smak dzieciństwa! Ze wszystkich kul do kąpieli najbardziej spodobała mi się truskawkowa. Zabarwiła wodę na piękny, intensywny różowy kolor. Na sam koniec idealny sposób na spędzenie niedzielnego przedpołudnia w domu.


Miłej niedzieli!

piątek, 17 października 2014

Kocham jesień - tag

Jesienią stawiam przede wszystkim na pielęgnację, dlatego moje ulubione produkty do ust to balsam eos i malinowe masełko do ust z nivea, kosmetyk kolorowy, którego używam ostatnio najczęściej to błyszczyk z oriflame thrill me saffon. Ma delikatnie czerwony kolor, jest gęsty i długo utrzymuje się na ustach. 


Moje jesienne paznokcie zawsze zdobią ciemne kolory - sole mate i bobing for baubles. Lubię kawę, ale obecnie trwa dla mnie czas herbaty. Moje ulubione jesienne napoje to - czarna porzeczka z cytryną (tekane) i jagoda z wanilią (biedronka). 
Zawsze moim ulubionymi jesiennymi dodatkami były szale. Jednak w tym roku królują torebki i botki. Niedawno kupiłam torebkę z atmosphere, ale w ccc nie mogłam się oprzeć prostej, czarnej ze złotymi dodatkami. Zapach na jesień to yankke candle! Mam woski z kringle, ale nie przypadły mi do gustu jakoś wybitnie. Teraz najczęściej palę Pink sands i black cherry. Jesień nie byłaby taka wspaniała, bez umilaczy. Dla mnie recepta na długi, udany wieczór to niezmiennie ciepły koc i książka. Kilka tygodni temu skusiłam się w hebe na cieplutkie, miękkie kapcioszki. Na sam koniec -
co najbardziej lubisz jesienią? Kolory i dynię! Nie ma innego warzywa, które tak mocno kojarzyłoby mi się z jakąkolwiek porą roku. Najbardziej smakuje mi krem z dyni. Poza tym w tym roku jest ciepło i słonecznie. Dla mnie taka jesień mogłaby trwać do połowy grudnia. 

środa, 15 października 2014

Czy lakier za złotówkę nadaje się do czegokolwiek?

Zastanawiałam się nad tym, kiedy wyciągałam lakiery z koszyka znajdującego się w białym namiocie przy plaży. Ostatecznie zdecydowałam się na trzy, do tej pory tylko jeden wylądował na moich paznokciach i muszę powiedzieć, że we wrześniu bardzo chętnie po niego sięgałam. 


Lakier firmy lemax nie ma żadnego numerka, jego kolor to pastelowy niebieski. Bałam się, że będzie smużył, co jest typowe dla takich kolorów, muszę jednak przyznać, że czekało mnie spore zaskoczenie, ponieważ nic takiego się nie wydarzyło. Owszem, po pierwszej warstwie widać prześwity, dlatego druga jest koniecznością, nie zmienia to jednak faktu, że lakier w finalnym efekcie prezentuje się bardzo ładnie. Lakier ma rzadką konsystencję, przez co rozlewa się na skórki. 


Zaskoczyła mnie również jego trwałość ponieważ nosiłam go cztery dni solo, bez żadnych wspomagaczy. Po trzech dniach miałam tylko starte końcówki, lakier wcale nie odpryskuje.
Sięgnęłam po niego z uwagi na śliczny kolor i z ciekawości. Okazał się całkiem niezłym egzemplarzem. Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona, mam jeszcze dwa kolory i jestem ciekawa czy sprawdzą się równie dobrze. 

piątek, 10 października 2014

eveline vs. nivea

Wiem, że nie są to te same produkty ponieważ Eveline to 2w1 balsam z peelingiem pod prysznic, a nivea to tylko balsam, jednak ich formuła polegająca na używaniu na mokrą skórę pod prysznicem, sprawiła, że jeszcze przed zakupem, te kosmetyki były dla mnie bardzo podobne. Jeśli też tak sądzicie, zapraszam do czytania. 


Najpierw podobieństwa (wiele tego nie będzie): oba produkty zapakowane są w miękkie plastikowe tuby, mają konsystencję typowego balsamu, czyli łatwo je z opakowania wycisnąć, a jednocześnie nie spływają nam z ręki.
Czas na różnice: najważniejsza jest taka, że Eveline działa dużo lepiej. Po aplikacji tego balsamu skóra jest gładka, miękka i nawilżona, już o tym pisałam w ulubieńcach, ale po wyjściu z łazienki nie mogę przestać dotykać swoich nóg. Nivea działa zdecydowanie słabiej (oczywiście obu balsamów używam w ten sam sposób), mamy tutaj mniej nawilżenia, skóra wcale nie jest gładka ani miękka. Poza tym uczucie delikatnego nawilżenia znika po chwili, natomiast efektem od Eveline możemy się cieszyć cały wieczór. Nivea zawiera parafinę, jedyna rzecz warta uwagi w składzie to kasło kakaowe, natomiast Eveline nie zawiera parafiny, ma za to olej arganowy, sojowy, ze słodkich migdałów, mocznik i ekstrakt z aloesu. 



Również w przypadku Eveline intensywny, słodki waniliowy zapach utrzymuje się jeszcze kilka godzin po aplikacji, natomiast Nivea traci zapach niemal zaraz po wyjściu z wanny. Nivea za 250 ml kosztuje w granicach 18 zł (ja swoje 50 ml opakowanie otrzymałam w Hebe, po prostu poprosiłam o próbkę i akurat mieli), natomiast za 200 ml Eveline zapłaciłam 12,90 zł. 
Podejrzewam, że za dużą popularnością produktu z Nivea stoi po prostu ogromny marketing. Nie jestem w stanie zrozumieć zachwytów nad tym produktem, dla mnie jego działanie jest słabe, mimo faktu, że miałam wersję z masłem kakaowy, która przez producenta jest dedykowana również do skóry suchej, wcale nie zauważyłam nawilżenia i odżywienia skóry. 
Początkowo podchodziłam do takich balsamów dość sceptycznie, jednak możliwość szybkiej aplikacji na skórę zaoszczędza czas, a poza tym jesienią jest mi cały czas zimno i nie lubię balsamować się zaraz po wyjściu z wanny, bo aż mi wtedy zęby szczękają. 
Reasumując jeśli używacie i jesteście zadowolone z balsamu pod prysznic od Nivea koniecznie sięgnijcie po Eveline, działa dużo lepiej. Jeśli nie testowałyście jeszcze żadnego produktu tego typu radzę ominięcie Nivea. 

wtorek, 7 października 2014

aktualna pielęgnacja włosów

Moje włosy są cienkie, a końcówki mają tendencję do przesuszania, przejściowo jesienią i wiosną mam problemy z ich wypadaniem. Wiem, że pierwsze zdanie brzmi dość żałośnie, ale prawda jest taka, że jestem z obecnego stanu moich włosów zadowolona. 


Aktualnie używam dwóch szamponów, oba są na wykończeniu i zastanawiam się, co kupić na ich miejsce. Szampon oczyszczający z pokrzywą z Yves Rocher sprawdzał się bardzo dobrze. Oczyszczał włosy, nadawał ładny połysk, nie obciążał, dobrze się pienił, był bardzo wydajny i wspaniale pachniał ziołami. Wszystkie szampony z tej serii sprawdzały się u mnie bardzo dobrze i mam ochotę sięgnąć po kolejne. Walcząc z wypadaniem włosów stosowałam kurację wzmacniającą - szampon przeciw wypadaniu włosów z Ziaji. Najważniejsze jest to, że działał, w połączeniu z maską z biovax'u tworzy wspaniały duet. Poza tym szampon dobrze się pieni, nie obciąża włosów, ale niestety niesamowicie je plącze, nie było szans na rozczesanie włosów bez wsparcia odżywki. 
Pielęgnację zacznę od mojego odkrycia czyli ekspresowej odżywki regeneracyjnej z gliss kur. Obecnie nie ma dla mnie lepszego produktu pomagającego w rozczesaniu włosów. Po tym jak woda z włosów zostanie wchłonięta w ręcznik spryskuję włosy kilka razy, przeczesuję tangle teezerem i gotowe. Do tego bardzo ładnie pachnie i nie przetłuszcza włosów, mimo faktu, że jest to opcja bez spłukiwania i obawiałam się takiego efektu. 



Zamiennie używam dwóch masek. Alterra maska do włosów suchych i zniszczonych z granatem i aloesem nie posiada silikonów, syntetycznych barwników, parafiny i olejów mineralnych. Ładnie pachnie, jest kremowa i łatwa w aplikacji, kosztuje tylko kilka złotych, nawilża, wygładza, ale nie obciąża włosów. L'biotica biovax intensywnie regenerująca maska do włosów słabych ze skłonnością do wypadania jest tak znana, że swoją wypowiedź ograniczę tylko do kilku słów. Nie wiem, które to już moje opakowanie, sięgam po nią kiedy moje włosy mają przejściowe problemy - są łamliwe i wypadają. To taki mój pewniak. Świetnie działa, jeśli jest jeszcze ktoś (w co wątpię), kto jej nie zna to serdecznie polecam wypróbować. 
Na sam koniec produkt najrzadziej używany - chi silk infusion to po prostu jedwab do włosów. Stosuję go wyłącznie na końcówki i tylko w takie dni, kiedy wyglądają naprawdę okropnie (jak stara miotła) i potrzebują wygładzenia. Bardzo ładnie pachnie, to taki typowy zapach profesjonalnych kosmetyków fryzjerskich. Wiem, że takie produkty są niezdrowe, ale moim zdaniem stosowane z umiarem mają rację bytu. 
Miłego wieczoru!

niedziela, 5 października 2014

Migawki

Tegoroczna jesień jest bardzo łaskawa, jak dla mnie taka pogoda mogłaby się utrzymać do połowy grudnia;) lubię kiedy budzi mnie słońce. W tesco kupiłam piękną poduszkę, tym razem okrągłą. Kawa ostatnio najlepiej smakuje mi w towarzystwie crispello z milki. Na kolację natomiast nie ma jak bagietka z mozzarellą, pomidorem i oliwkami. A na śniadanie bułeczki i serek waniliowy. Wczoraj kupiłam bluzę z oczkami pandy w c&a. Prawda, że jest urocza? A do tego bardzo ciepła. Dwa lakiery z limitki road trip z essence - jeden o wykończeniu skórzanym, a drugi z efektem termicznym. Kupiłam w biedronce kolejne kule do kąpieli. 


Miłego popołudnia! 

piątek, 3 października 2014

rzecz do rzeczy #2

Myślałam, że później opublikuję taki post, ale uzbierałam tyle fajnych/ciekawych rzeczy, że nie ma na co czekać. Mimo chłodnych wieczorów i nocy tak polubiłam piżamy z krótkimi spodenkami, że nadal w nich śpię. Najlepsze są z Sinsay, mają ładne wzory, dobrze się piorą, są wygodne i co dla mnie bardzo ważne wykonane z bawełny. Zawsze kiedy zaglądam do tego sklepu na wieszakach wisi kilka bardzo ładnych wzorów w przystępnej cenie (ja za swoje płaciłam 39,90 zł). Bardzo podobają mi się piżamki z reserved, ale 100 zł to dla mnie przesada, wolę w tej cenie kupić sweter czy spodnie. 


Od dawna nie chodzę do szkoły, ale znaczniki i karteczki samoprzylepne zawsze mam w domu. Stick'n zjandziecie w biedronce, kosztują kilka złotych, a są dostępne w wielu kształtach i kolorach, koniec z nudnymi żółtymi karteczkami;) Mają dobry klej i długo trzymają się przyklejonej powierzchni, a po odklejeniu nie zostawiają śladu. Mała rzecz, a cieszy! 
Możecie nie uwierzyć, ale jeszcze kilka miesięcy temu wszystkie moje kredki do oczu ostrzyłam za pomocą zwykłej, szkolnej temperówki, w końcu jednak kupiłam tą z Inglota i jestem zachwycona. Każda kredka jest zaostrzona po dwóch ruchach, nic się nie strzępi i nie łamie. Zupełnie inna jakość. Nie sądziłam, że to ma aż takie znaczenie. Do temperówki dołączony jest również patyczek, którym możemy wyczyścić rysik pozostały na ostrzu. 
Zachęcona wieloma pozytywnymi opiniami w końcu skusiłam się na gumki do włosów invisi bobble. Są dostępne w hebe, za trzy sztuki płacimy 14,90 zł. Długo się nad nimi zastanawiałam, obawiałam się, że nie utrzymają moich cienkich włosów, które zawsze każdą gumką muszę owinąć z trzy razy. Okazało się jednak, że gumka, która przypomina mi kabel od telefonu sprawdza się świetnie. Dobrze trzyma włosy, nie spada z nich, nie szarpie. Warto się skusić i przetestować. Jedyny minus jest taki, że po kilkunastu użyciach gumka nie wraca do swojego pierwotnego kształtu i jest trochę bardziej rozciągnięta, jednak nie ma to żadnego wpływu na utrzymywanie włosów. 


Od kiedy dostałam szkolny kalendarz (również dostępny w biedronce) sięgam po niego niemal codziennie. Jest bardzo dobrze zrobiony - zszyty, w twardej, cieszącej oko oprawie, dodatkowo zamykany na gumkę. Kartki są z grubego, białego papieru. W środku ma prostą szatę graficzną i dużo miejsca na zapiski. 
W telefonie używałam tylko fabrycznych tapet, jak już coś ściągnęłam z internetu okazywało się, że ma beznadziejną rozdzielczość i wcale nie pasuje do ekranu. W końcu trafiłam na bezpłatną aplikację Line Deco i teraz mój telefon przeżywa drugą młodość:) W aplikacji dostępnych jest mnóstwo pięknych tapet, w bardzo dobrej jakości, możemy również zmieniać wygląd ikon. 
Po herbatę tekane czarna porzeczka i cytryna sięgnęłam praktycznie przez przypadek. W tesco kosztowała 2,50 zł, więc wrzuciłam do koszyka. Zaparzyłam pierwszy kubek i nie mogłam uwierzyć! Herbata naprawdę smakuje jak połączenie porzeczki i cytryny, a nie jak zbiór przypadkowych owoców. Poza tym lubię jak torebki są pakowane każda z osobna. 
Na sam koniec broszka-ptaszek. Już dawno chciałam mieć filcową broszkę, żeby ją przypinać do płaszcza, marynarki, swetra i komina. Jednak wszystkie te, które widziałam przez internet miał bardzo wygórowane ceny - 20 czy 30 zł za kawałek filcu? Ja wiem, że są ręcznie robione, ale cena mnie nie zachęcała i stwierdziłam, że sama taką zrobię. Jak mi wyszło widzicie na zdjęciu, dla mnie jest całkiem dobrze. W pasmanterii kupiłam dwa, spore kawałki filcu (szary i czarny) oraz specjalne zapięcie do broszki, całość kosztowała 8 zł, ale zostało mi jeszcze tyle materiału, że wytnę sobie jeszcze co najmniej trzy takie - tym razem zrobię jaskółki i wąsy. 
Ale się rozpisałam! Miłego weekendu!