wtorek, 30 września 2014

Pielęgnacja stóp

Wiem, że piszę to tysięczny raz, ale naprawdę lubię testować nowe produkty. Z tego też powodu moja pielęgnacja (zwłaszcza ciała i włosów) zmienia się bardzo często. Ostatnio rozejrzałam się po mojej łazience i stwierdziłam, że czas na posty z aktualizacją. 


Zaczniemy od dołu. Po tym jak użyłam latem złuszczających skarpetek (więcej na ten temat tutaj) moje stopy został doprowadzone do bardzo dobrego stanu. Postanowiłam wtedy tego nie zaniedbać, muszę przyznać, że mimo braku systematyczności (gdzie te czasu kiedy byłam z pielęgnacją taka przykładna i regularna;) wyszło mi to całkiem dobrze. Używam tylko trzech rzeczy: moja ulubiona tartka do stóp rossmannowskiej marki fuss wohl. Jest z jednej strony jest bardzo ostra, z drugiej dużo łagodniejsza, nie ściera się szybko i kosztuje dosłownie kilka złotych. 
W temacie złuszczania skóry polecam wygładzający peeling do stóp z evree. Peeling jest wypełniony małymi, ostrymi drobinkami, w składzie zawiera lanolinę, glicerynę i mocznik, przez co dodatkowo nawilża. Faktycznie usuwa martwy naskórek, tym samym zapobiegając tworzeniu się zrogowaceń. Również jest dostępny w rossmannie w bardzo przystępnej cenie (z tego co pamiętam zapłaciłam za niego mniej niż 10zł). Radzi sobie bardzo dobrze, powiedziałabym nawet, że równie dobrze jak mój ulubiony lawendowy peeling z yves rocher. 



Na sam koniec krem, tak się składa, że również z serii fuss wohl. Krem do stóp z łoju jelenia, przyznam, że nazwa nie zachęca, ale warto się przemóc. Pachnie średnio, ale na szczęście zaraz po aplikacji już nic nie czuć. Łój jelenia jest mniej więcej w połowie składu, poza tym mamy tutaj alantoinę i olejek migdałowy. Krem stosuję wyłącznie na noc, jest dość tłusty przez co aplikuję go w pościeli i już nie wstaję z łóżka, bo z pewnością wywinęłabym spektakularnego orła. Dobrze nawilża i moim zdaniem to jego jedyne działanie, Nie wymagam niczego więcej. Z uwagi na mój brak regularności czasem nie używam go przez cały tydzień, a później znów przez kilka dni przykładnie aplikuję, następnie znowu zapominam i tak w kółko. Na szczęście mimo totalnego braku systematyczności moje stopy są całkiem dobrze nawilżone. Mam nadzieję, że tak samo będzie zimą. 

niedziela, 28 września 2014

Ulubieńcy września

Produkty pielęgnacyjne z tego zestawienia powinnam raczej nazwać uwielbieńcami ponieważ bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły. 


Płyn micelarny z Garnier widziałam u wielu dziewczyn, w końcu zakupiłam go w Biedronce i od tamtej pory używam codziennie. Praktycznie nie pachnie, bardzo dobrze rozpuszcza makijaż, co znacznie przyspiesza proces oczyszczania twarzy, wcale mnie nie podrażnia, jest również łagodny dla moich wrażliwych oczu. Jestem przekonania, że jeszcze nie raz wrzucę go do koszyka podczas zakupów. Kolejny wspaniały kosmetyk do twarzy to savon noir - czarne mydło z Nacomi to nic innego jak peeling enzymatyczny. Ma charakterystyczną dla tego produktu ciągnącą się, galaretowatą konsystencję, wiele dziewczyn narzeka na zapach, może to dziwne, ale ja wcale nie uważam, że to mydło śmierdzi. Działanie tego produktu jest świetne - po jego aplikacji skóra jest tak czysta, że aż piszczy. Naprawdę nic do tej pory nie zafundowało mi uczucia takiego oczyszczenia! Nie wiem jak moja pielęgnacja mogła przez tyle lat obyć się bez tego produktu. 


Balsam z peelingiem 2 w 1 z Eveline kupiłam trochę z ciekawości. Nie był drogi, a zapach bardzo przypadł mi do gustu (słodki, taki mocno waniliowy). W składzie ma glicerynę, olejek arganowy, sojowy i ze słodkich migdałów. Po zmyciu skóra jest miękka, nawilżona i niesamowicie gładka. Nie mogę przestać dotykać swoich nóg. Zdecydowanie nie działa jako peeling, ma mało drobinek, poza tym wolę go po prostu nałożyć, spłukać i cieszyć się aksamitną skórą. 
Przez całe lata nie stosowałam odżywek bez spłukiwania, wydawało mi się, że będą obciążały moje włosy, jednak z polecenia wielu dziewczyn sięgnęłam w końcu po ekspresową odżywkę regeneracyjną Gliss Kur. Wszystko co o niej słyszałam jest prawdą: bardzo przyjemnie pachnie, łatwo się aplikuje i naprawdę pomaga rozczesać włosy. Stosuję ją po każdym umyciu włosów i nie wyobrażam sobie, że mogłabym z tego zrezygnować.


Na sam koniec jedyny produkt z kolorówki - róż MUA o numerku 1. Mimo faktu, że to taki raczej letni kolor używam go jesienią codziennie. Brzoskwiniowy odcień bardzo ładnie ożywia twarz, sprawia, że wyglądam na bardziej wypoczętą niż jestem. Zawiera drobinki, na szczęście są one widoczne tylko w opakowaniu. Jest dość twardy i średnio napigmentowany, dla mnie to zaleta ponieważ nie można z tym produktem przesadzić. 
To tyle we wrześniu. Zobaczymy jakie kosmetyki zaskoczą mnie za miesiąc. 

środa, 24 września 2014

Essie

Podzielę się dzisiaj z Wami moją opinią na temat lakierów Essie. 


Posiadam tylko sześć egzemplarzy; fifth avenue (głęboka czerwień, więcej możecie zobaczyć tutaj), status symbol (intensywny, piękny róż), go ginza (rozbielony fiolet), sole mate (czekolada z nutką fioletu, klik), avenue maintain (niebieski - więcej na jego temat tu), bobbing for baubles (szarak - klik). 
Jakie są ich cechy wspólne? Piękne, niebanalne kolory, dobre krycie - wystarczy jedna warstwa, ewentualnie dwie cieniutkie, są bardzo łatwe w aplikacji, nie robią smug. 
Co je różni? Trwałość, najmniejszą ma najjaśniejszy odcień. Go ginza odpryskuje po dwóch, trzech dniach nawet z top coat'em. Pod tym względem lakiery nie różnią się bardzo od innych, odpowiednio zabezpieczone czyli położone na bazę i dodatkowo pomalowane lakierem nawierzchniowym wytrzymują na moich paznokciach nawet do tygodnia. 



Moje pierwsze wrażenie nie było najlepsze - lakiery użyte solo naprawdę nie grzeszą trwałością, oczywiście wiele zależy od stanu paznokci, jednak po produkcie za ponad trzydzieści zł, oczekiwałam, aby zachowywał się lepiej od takiego z bazarku za piątkę. Oczywiście każdy wydaje pieniądze wedle własnego uznania, ja jednak nie zapłaciłabym aż tyle za lakier, zawsze kupuję je w promocji (moja ulubiona to 1+1 za grosz).
Reasumując sporym minusem lakierów jest ich trwałość, bo z dobrym top coat'em każdy lakier się trzyma długo i dobrze. Jednak z uwagi na łatwość aplikacji (nawet pastelowych kolorów) oraz wspaniałą paletę kolorystyczną z pewnością jeszcze nie raz skuszę się na Essie. Cena to oczywiście kwestia indywidualna, dla jednych są naprawdę drogie, a dla innych to taka raczej średnia półka cenowa. 

sobota, 20 września 2014

Migawki

Nadszedł weekend więc czas na migawki z ostatnich tygodni. Lubię pisać takie posty, przyznaję też, że chętnie je oglądam na innych blogach


Przyszło moje zamówienie z mintishop. Bardzo podoba mi się sposób pakowania w takie kolorowe bibułki. U kogoś na instagramie widziałam zdjęcie tej koszulki, napis 'donut worry' tak mi się spodobał, że wczoraj pojechałam po nią do new yorker'a. Tegoroczna jesień jest naprawdę piękna, kto by pomyślał, że we wrześniu będzie jeszcze tak ciepło i słonecznie. Poza tym uwielbiam prać i wywieszać pranie na balkonie, a nie np. w łazience. Rzeczy do kuchni z home&you powalają mnie słodkością, ale już nic więcej nie kupuję. Podoba mi się zastawa złożona z różnych wzorów i kolorów zamiast np. zwykłej białej albo wszystkich talerzy w ten sam motyw. Odpoczywałam z kawą i 'twoim stylem', zasłużyłam też na ciastko do kawy. Ludzie którzy wpadli na połączenie mlecznej czekolady i herbatników to smakowi geniusze, dziękuję milka:) Dostałam kinder niespodziankę. Wczoraj wykąpałam się z kulą z biedronki i muszę Wam powiedzieć, że średnio zadowolona. Ta była o zapachu (chciałam napisać o smaku!) czekoladowym, działanie całkiem ok, szkoda tylko, że kula pachnie wyłącznie w opakowaniu, po jej rozpuszczeniu nie czuć niestety nic. Mam też wersję truskawkową, zobaczymy jak się sprawdzi. 

Miłego weekendu! 

środa, 17 września 2014

Kulturalny newsletter - książki

Mam ogromne zaległości jeśli chodzi o kulturalny newsletter. Książki nadal czytam, trudniej jest natomiast ze znalezieniem czasu, żeby coś o nich napisać. Dlatego nie przedłużając od razu przechodzę do rzeczy. 


Zacznę od książki, która ostatnio (za sprawą filmu) stałą się bardzo popularna "Gwiazd naszych wina" to opowieść o parze nastolatków. Zakochują się, spędzają razem sporo czasu, planują wspólną podróż do Amsterdamu, wszystko byłoby zwyczajne gdyby nie fakt, że obydwoje są śmiertelnie chorzy. Fakt, książka jest napisana w bardzo prosty sposób, jednak należy pamiętać, że jej grupą docelową są nastoletni czytelnicy. Mnie się podobała, to taka publikacja po przeczytaniu której człowiek trochę inaczej patrzy na swoje życie, więcej docenia, tak wiem, że brzmi to mocno patetycznie, ale na mnie takie historie działają właśnie w ten sposób. 
Pozostając w temacie książek powszechnie znanych sięgnęłam po "wołanie kukułki". J.K. Rowling wydała książkę pod pseudonimem Robert Galbraith, nie można jej odmówić udanego marketingu. Na całe szczęście książka również jest udana. Piękna, młoda modelka spada z balkonu własnego mieszkania, a zadaniem prywatnego detektywa jest wykazanie, że to nie było samobójstwo, a morderstwo. Jak zawsze u Rowling znajdziemy ciekawą, wielowątkową akcję i bardzo ładny język. 
Lubię Lwa Starowicza, cenię go za wyważone poglądy oraz spokój w ich przedstawianiu. Z przyjemnością przeczytałam "pana od seksu". Starowicz opisuje tutaj nie tylko swoje początki w zawodzie, ale również rozwój całej dziedziny. Opowiada o zabawnych sytuacjach związanych z jego pierwszymi pacjentami, o wynalazkach typu erekton czy viagra. Nie trzeba interesować się polską nauką seksuologii, aby po tę pozycję sięgnąć. Czyta się szybko i przyjemnie. 
Czytałam wiele opinii o nowej części "Bridget Jones - szalejąc za facetem" zdziwiło mnie to, że niemal wszystkie są negatywne. Mnie się ta książka bardzo podobała. Przyjemnie jest po latach wrócić do dobrze znanych bohaterów i dowiedzieć się co u nich. Oczywiście Bridget nadal jest naiwna i ekstremalnie niezorganizowana, ale w kontekście jej dorosłego życia, pracy i dzieci wiele jej problemów moim zdaniem jest bliższych czytelnikowi niż robienie niebieskiej zupy z porów. 
"Sześć pięter luksusu" chciałam przeczytać już dawno, kiedy znalazłam promocję (-50%) na stronie wydawnictwa Znak w końcu się zdecydowałam. Ciekawa i przewrotna historia pięknej kamienicy braci Jabłkowskich przy Brackiej 25 w Warszawie, intrygujące miejsce, prawdziwy dom handlowy na miarę międzynarodowych standardów. Książka ani przez chwilę nie jest nudna.
Na sam koniec "geim". Jeśli nie macie wiele czasu nie sięgajcie po tą książkę. Historia drobnego cwaniaczka Henrika HP Pettersona niesamowicie wciąga. Henrik pozornie z przypadku znajduje w pociągu telefon, który jest przepustką do świata bezwzględnej gry. W której nie ma miejsca na zasady, nie można również od tak zrezygnować. Gra szczelnie otacza ludzi, kieruje nimi i nigdy nie wybacza.
Tak się złożyło, że wspomniałam dzisiaj wyłącznie o książkach, które naprawdę mi się spodobały, a co Wy polecacie?

niedziela, 14 września 2014

Co jest w mojej torebce?

Zmieniłam już torebkę na jesienną. Chciałam kupić coś do noszenia na pasku, jak listonoszkę, wbrew pozorom to wcale nie było takie proste. Ostatecznie zdecydowałam się na torebkę z Atmosphere, na Allegro zapłaciłam za nią 55 zł z przesyłką. Dzięki połączeniu czerni, bieli i karmelowo-brązowego będzie mi pasowała do wielu rzeczy. 


Celowo wybrałam mniejszy model niż zwykle, ponieważ zawsze taszczę ze sobą za dużo rzeczy.
Teraz noszę tylko to, co niezbędne: wejściówkę do pracy, klucze, mały kalendarz, długopis, moje ulubione miętowe gumy, nawilżane chusteczki z Lidla, zwykłe chusteczki, krem do rąk z EOS, portfel, parasol i małą kosmetyczkę z Yves Rocher. Czas na mały off top: portfel mam już od ponad roku, kupiłam go w House i co jakiś czas muszę wracać do tego sklepu z prośbą o rozmagnetyzowanie, ponieważ cyklicznie co kilka miesięcy wchodząc do sklepu uruchamiam alarmujące bramki.


W kosmetyczce mam: spinkę i gumkę do włosów, żel antybakteryjny do rąk, błyszczyk z miss sporty, chusteczkę z Lidla do czyszczenia okularów, balsam do ust Blistex, tampony i tabletki na ból głowy. 

czwartek, 11 września 2014

Puste i pełne

Zużyłam ostatnio kilka kosmetyków, a na ich miejsce od razu kupiłam coś nowego, wiadomo, kosmetyczna nie znosi pustki.



Demakijaż:
w końcu uporałam się z chusteczkami z rival de loop, beznadziejne, suche i nie nadające się do niczego. Zdenkowałam jeden z moich ulubionych żeli do mycia twarzy z Yves Rocher z serii rumiankowej oraz dwufazowy płyn do demakijażu oczu pur bleuet - również bardzo dobry produkt, ładnie rozpuszcza makijaż, nie podrażnia oczu, pozostawia skórę dość tłustą i choć zwykle tego nie lubię w tym przypadku wcale mi nie przeszkadza. Z pewnością jeszcze do niego wrócę. 
W zastępstwie kupiłam płyn micelarny z Garniera oraz żel 3 w 1 Avon z serii care z wyciągiem z echinacei i kiełków pszenicy. Obecnie jestem z niego średnio zadowolona, ale na szerszą recenzję przyjdzie jeszcze czas. 


Pielęgnacja twarzy:
zużyłam jeden z moich ogromnych ulubieńców czyli krem z Avene antirouge, wiele razy o nim wspominałam i jeśli macie problemy z zaczerwienieniem i szukacie dobrego kremu na dzień ten Wam serdecznie polecam. Szybko się wchłania, makijaż dobrze z nim współpracuje, koi skóre i co najważniejsze niweluje zaczerwienienia. Co jakiś czas do niego wracam, nigdy mnie nie zawiódł. Natomiast serum z  komórkami macierzystymi L'biotica miałam pierwszy raz i jestem z niego średnio zadowolona. Miało małą pojemność i było tak niewydajne, że zużyłam je w miesiąc stosując tylko na noc, szybko się wchłaniało, nie podrażniało, ale nie zauważyłam żadnego działania. Z drugiej strony ciężko w tak krótkim czasie zauważyć jakikolwiek efekt. Jednak z uwagi na totalny brak wydajności nie kupię go ponownie mimo bardzo przystępnej ceny. 
Obecnie używam kremu nawilżającego hyrdadin hialuro3 z dermedic. Jak na razie nie widzę w tym produkcie żadnych minusów. Zobaczymy jak będzie się sprawdzał dalej. 


Pod prysznic:
Niestety skończył się mój ulubiony miodowy nektar do mycia ciała z Lirene. Z uwagi na wydajność, konsystencję i piękny zapach na pewno zagości u mnie jeszcze wiele razy. Żele z Isany też bardzo lubię, wersja zapachowa melon i gruszka bardzo mi odpowiada, idealnie sprawdzała się w ciepłe dni. Peeling oraz żel z soap and glory był jednorazową przygodą, wyłącznie ze względu na bardzo ograniczoną dostępność tych produktów w Polsce. Z ich działania byłam bardzo zadowolona. 
W zamian kupiłam masło pod prysznic z bomb cosmetics o zapachu pinacolady. Jeszcze go nie używałam. 


Zużyłam płyn do higieny intymnej z Facelle, był całkiem ok, nie podrażniał, dobrze się pienił i ładnie pachniał. Obecnie używam Ziaja intima z kwasem mlekowym. Lubię te produkty za działanie, wydajność i wygodne opakowanie. 


Balsamy/masła:
Z ogromną przyjemnością używałam masła z soap and glory. Dobrze nawilżało, pięknie pachniało i szybko się wchłaniało. Antycelulitowy balsam do ciała bluszcz od Farmony pachniał ładnie, również szybko się wchłaniał, a po jego zastosowaniu skóra była przyjemnie napięta. Zużywałam go jednak tak długo, że obecnie nie mam ochoty na więcej.
Czas odpakować kostkę do masażu z masła kakaowego oraz Evitte łagodzący balsam do ciała - przyjemnie pachnie, ale jest bardzo rzadki i zawiera olej mineralny. 

wtorek, 9 września 2014

Trio

Lubię testować podkłady, natomiast jeśli zdarzy mi się jakaś spektakularna porażka wracam grzecznie do affinitone (wersja podstawowa), a po kilku miesiącach dalej szukam czegoś nowego. 


Moja skóra nie jest pod tym względem bardzo wymagająca, nie potrzebuję mocnego krycia, natomiast nie znoszę nierównego ścierania się i (najgorsze) zmiany koloru podkładu w kontakcie ze skórą. Dzisiaj wspomnę krótko o trzech bardzo dobrych produktach, do których z pewnością jeszcze kiedyś powrócę. 
A teraz do rzeczy, co polecam:
Bourjois healthy mix w kolorze 51 light vanila, 
Rimmel wake me up w kolorze 100 ivory,
Rimmel match perfection 101 classic ivory.

Zacznę od tego, co je łączy: 
opakowanie - każdy posiada szklaną buteleczkę z wygodną pompką (szkoda, że nie typu air less, ponieważ sporo produktu zostaje na ściankach i pod koniec za nic nie można ich wydostać). Formuła - kremowa, średnio gęsta, łatwa w aplikacji, nie tworzy smug, dobrze się rozciera, ładnie gra ze skórą. Nie zmieniają koloru i równomiernie schodzą. Mimo faktu, że Bourjois zapewnia, że podkład przetrwa do 16 godzin każdy z nich trzymał się na mnie praktycznie cały dzień (z wyjątkiem tych bardzo upalnych, kiedy wszystko ze mnie spływało). Ładnie pachną. Wszystkie posiadają jasne odcienie, bez różowych tonów. Nie podkreślają suchych skórek, natomiast ładnie rozświetlają twarz i ujednolicają jej koloryt. 
Dla mnie wszystkie są bezdrobinkowe, to znaczy - tak wyglądają na mojej skórze. W przypadku wake me up można delikatne drobinki dostrzec w butelce, ale absolutnie nie widać tego na twarzy. Obawiałam się wyglądu dyskotekowej kuli i dlatego długo nie sięgałam po ten podkład, dobrze, że w końcu się skusiłam. 


Teraz czas na minimalne różnice:
Rimmel wake me up kryje troszeczkę mocniej niż pozostała dwójka (ogólnie wszystkie mają średni stopień krycia), natomiast bourjois lepiej nawilża i jest droższy.

A jakie drogeryjne podkłady Wy polecacie?


niedziela, 7 września 2014

Migawki

Byłam wczoraj we Wrocławiu. Umilamy sobie nadchodzącą jesień jednodniowymi wyjazdami, teraz musimy się zastanowić gdzie pojedziemy w jakiś weekend października. Pogoda dopisała, pospacerowaliśmy po rynku i Ostrowie Tumskim, ale najważniejszym punktem naszej wycieczki była wystawa w muzeum architektury - tauromachia - walki byków - Picasso, Dali, Goya. Zajrzeliśmy też do mydlarni - kupiłam tylko dwa woski z kringle - pink grapefruit i cranberry scone. 


Jaki czas temu przyszło też moje kolejne zamówienie ze strony internetowej wydawnictwa Znak (te ich promocje zawsze mnie kuszą). W Biedronce kupiłam płyn micelarny od garniera, tyle razy się zbierałam i w końcu się udało, a do tego babeczkę do kąpieli i (mega intensywnym) truskawkowym zapachu. Od mojego chłopaka dostałam śliczny kalendarz z Kubusiem Puchatkiem. Szukałam i szukałam jakiś botków, nie chciałam niczego z cekinami/ćwiekami/brylancikami i kiedy zobaczyłam te od razu wiedziałam, że to jest to! Miałam ochotę na sałatę z mozzarellą, nie oparłam się też bułce słodkiej z ciasta francuskiego. 
Tyle u mnie.

Miłej niedzieli!

czwartek, 4 września 2014

Soap and glory

Chłodne wieczory sprawiły, że zatęskniłam za bardziej treściwymi formułami kosmetyków i w końcu mogłam w pełni wykorzystać kilka rzeczy z soap and glory. Od razu zaznaczam, że wszystko pachnie pięknie, działa dobrze, ma przyjemne dla oka opakowania i poza dostępnością, a raczej jej brakiem nie mam tym kosmetykom nic do zarzucenia. 


Mam dwa kosmetyki typowo pod prysznic i dwa do pielęgnacji ciała już po kąpieli. Żel do mycia clean on me jest gęsty, kemowy, świetnie się pieni i nie wysusza skóry. Do tego jest bardzo, bardzo wydajny, co zawsze w przypadku tego typu produktów mnie zaskakuje, tym razem jest to pewnie zasługą konsystencji. 
Peeling natomiast skończył mi się bardzo szybko. Dobrze ścierał, posiadał sporej wielkości drobinki, które długo się rozpuszczały więc można było wykonać całkiem porządny masaż. Nie pienił się, a zapach (jak w przypadku wszystkich tych produktów) utrzymywał się naprawdę długo. Po jego zastosowaniu skóra była gładka, miękka, elastyczna i przyjemnie nawilżona. Za ten efekt odpowiada obecność w składzie gliceryny i masła shea. 


Pozostając w temacie nawilżenia czas na mojego faworyta - masło do ciała. Ma zbitą, gęstą konsystencję, jednak przyjemnie się aplikuje, nic się nie rozmazuje po skórze, czego szczerze nie lubię. Szybko się wchłania pozostawiając po sobie piękny zapach (tak, znów o tym zapachu, ale nie mogłam się powstrzymać), gładką i super nawilżoną skórę. Masło zawiera glicerynę, olej kokosowy, olej kakaowy i masło shea. Niewiele już mi go zostało, a kiedy się skończy będzie mi go brakowało.
Na sam koniec kosmetyk gadżet. Jednak mimo takiej niepozornej formuły - mgiełka, naprawdę przyzwoicie nawilża. Stosowałam ten produkt w ciepłe (a nawet upalne) wieczory i spisywał się bardzo dobrze. Wystarczy kilka psiknięć i gotowe. Szybko się wchłania i nie pozostawia tłustej warstwy na skórze. 
Żałuję, że w PL nie ma soap and glory, jednak jak się nad tym zastanawiam dochodzę do wniosku, że pewnie te kosmetyki byłyby w przedziale cenowym The Body Shop, albo jeszcze wyższym. 

Miłego wieczoru!

wtorek, 2 września 2014

Chciejlista

Nie musiałam się zastanawiać czego potrzebuję na nadchodzącą jesień (a zaraz potem na zimę). Koniecznie potrzebuję płaszcza, zastanawiam się nad takim o kroju trochę jak szlafrok, ale nie wiem jak będę w nim wyglądała, najwyżej zdecyduję się na coś bardziej klasycznego. Akcesoria też będą czarne (mam bardzo mało czarnych rzeczy, chyba tylko sweter i jeden t-shirt), stawiam na dużą torbę typu shopper i botki na niskim obcasie, nigdy nie chodzę w szpilkach. Poza tym mam ochotę na przyjemne, ciepłe i miękkie tkaniny. Na nowy koc, bardzo mi się podobają takie z kuleczkami jak na zdjęciu, kapcioszki i śmieszne skarpetki. Do tego unoszący się w domu zapach świecy (nie musi to być koniecznie yankee), książka i herbata albo kawa w dużym kubku. 


Wszystkie zdjęcia pochodzą z grafiki google.