sobota, 21 czerwca 2014

kulturalny neswletter # 12

Jeszcze w tym roku nie napisałam o tym, co obejrzałam i przeczytałam. Nie znaczy to oczywiście, że w tym czasie się nie 'ukulturalniałam'. Zacznę od filmu, który naprawdę mogę Wam polecić. "Grand Budapest hotel" to wspaniale opowiedziana absurdalna historia konsjerża oraz jego protegowanego. Wątek kryminalny przeplata się z nieco komediowym. Film jest nakręcony w niestandardowy, trochę przerysowany sposób, do tego przez cały czas widzowi towarzyszy naprawdę wspaniale dobrana muzyka. Jeśli jesteście ciekawi co się działo w Hotelu Budapeszt koniecznie zobaczcie ten film. Jeśli natomiast macie kolejny wolny wieczór, obejrzyjcie "Konesera". Główny bohater to ekscentryczny, zamknięty w swoim hermetycznym świecie znawca sztuki. Jednak pewnego otrzymuje zlecenie od nieznajomej kobiety. Łatwo się domyślić, że taka relacja przerodzi się w romans, jednak to, co stanie się dalej było dla mnie sporym zaskoczeniem.


Jeśli jeszcze (jakimś cudem) nie widzieliście "wilka z Wall Street" to warto w końcu się za niego zabrać. Fakt, film jest za długi (trwa niemal 3 godziny!), oglądając niektóre sceny miałam wrażenie, że zostały nakręcone wyłącznie w wyniku nadwyżek w budżecie: mnóstwo szalonych imprez, narkotyków, alkoholu.. Jeśli szukacie czegoś zabawnego, totalnie odrywającego od rzeczywistości to film dla Was. 
Reszta filmów, które obejrzałam w ostatnim czasie to produkcje z kategorii 'nic specjalnego'. Sięgnęłam po "Blue Jasmin" ponieważ przepadam za filami Woody'ego Allena, spodziewałam się ciekawej, zabawnej, ciepłej historii, a obejrzałam nudny obraz zblazowanej kobiety. Czytałam bardzo wiele dobrych opinii na temat "Blue Jasmin", o tym jaka to przejmująca, niebanalna, smutna produkcja poruszająca aktualne problemy, przykro mi, ale nie zaobserwowałam niczego takiego. Jasmine to kobieta, która uważa się za lepszą niż jest, oczekuje od życia bardzo wiele, jednocześnie nie robiąc nic, aby to osiągnąć. Irytująca bohaterka i zwyczajna historia bez drugiego dna. Spodziewałam się czegoś więcej. Niewiele lepsza jest "złodziejka książek", obejrzałam ten film ponieważ byłam zachwycona książką. Niestety w ekranizacji nie znalazłam nic co mnie tak zachwyciło w książce. Nie ma w tym filmie niczego autentycznego, poruszającego, całą historia zagubionej, dorastającej w okrutnych czasach dziewczynki wydaje się sztuczna. Kolejna nudna i stanowczo za długa produkcja. Pewnego wieczoru postanowiłam, że nadrobię zaległości i sięgnę po jakiś kultowy film, którego wcześniej nie oglądałam. Wybór padł na "Trainspotting", trafiłam naprawdę źle. Gdybym miała jednym kolokwialnym wyrażeniem określić ten film powiedziałabym, że jest 'poryty'. Przeplatają się wątki narkotycznych wizji, z nieciekawą rzeczywistością szkockich ćpunów. Szukałam czegoś w stylu "Twelve", ale jedyne co łączy te dwa filmy to motyw narkotyków. 
Reasumując obejrzałam więcej słabych produkcji niż naprawdę dobrych filmów, na szczęście z książkami było zupełnie inaczej, niemal wszystko, co ostatnio wpadło w moje ręce było dobre. Ale o tym następnym razem.

2 komentarze:

  1. Grand Budapest Hotel mamy już na dysku. Pewnie jutro obejrzymy :)
    Wilk z Wall Street to film, który bardzo mnie rozczarował, ale o tym pisałam już u siebie.
    Jestem zdecydowanie na nie!
    Koneser - znakomite kino. Znakomity Rush. Jak zawsze, zresztą.
    Blue Jasmine - kolejne rozczarowanie. Mimo całej sympatii do Allena, zauważam, że wszystko bardzo podobne się u niego robi. Historie ludzi. Historie o niczym. Tylko miasto (tło) się zmienia.

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam odwrotną opinię o Wilku z Wall Street i Trainspotting, ale Twoją radę odnośnie Złodziejki Książek wezmę sobie do serca- najpierw książka :)

    OdpowiedzUsuń