sobota, 31 maja 2014

Ulubieńcy maja

Maj jak każdy inny miesiąc zleciał ekspresowo, żałuję, bo oto mój ulubiony miesiąc w roku. 


Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że mgiełka z Avonu tak bardzo przypadnie mi do gustu w życiu bym nie uwierzyła. Miała ją koleżanka z pracy (sama nigdy bym nie zwróciła uwagi na ten produkt), jej zapach tak mi się spodobał, że kupiłam własny egzemplarz. Kosztuje dosłownie kilka złotych, nie utrzymuje się super długo, ale to tylko mgiełka. Zapach  granat i mango jest słodki, owocowy, idealny na ciepłe dni. O dziwo podczas aplikacji nie wyczuwam alkoholowej woni. W tym miesiącu najczęściej sięgałam po mocno różowy lakier z Essie status symbol. Trzymał się na moich paznokciach 1,5 tygodnia, co jest absolutnym rekordem, nie mam pojęcia dlaczego akurat ten kolor działa u mnie jak przyspawany, a inne nie. Wystarczą dwie cienkie warstwy, aby uzyskać efekt pełnego krycia. 


Codziennie sięgałam po wodę termalną z Uriage oraz balsam antycellulitowy herbal care z Farmony. Balsam ma zapach charakterystyczny dla kosmetyków o woni zielonej herbaty, świeży, lekko cytrusowy. Szybko się wchłania, działania na celulit nie zauważyłam, natomiast faktycznie przyczynia się do poprawy jędrności skóry. Do tego jest tani (za 250 ml zapłaciłam mniej niż 10 zł) i bardzo wydajny. Ostatnio bez względu na to jak długo spałam mogłabym się przespać jeszcze z godzinkę, po przebudzeniu okolice pod oczami mam opuchnięte, co jakiś czas stosuję kolagenową maseczkę pod oczy Purderm. Płatki są cieniutkie i bardzo mocno nasączone, dobrze trzymają się skóry, mają działanie chłodzące i przede wszystkim dzięki temu redukują opuchliznę, dodatkowo nawilżają i wcale nie podrażniają moich wrażliwych oczu. Kupiłam je kiedyś w Biedronce, ale widziałam je również w Hebe. 

czwartek, 29 maja 2014

Ukojenie

Moja naczynkowa cera nie lubi zmian temperatur (wczoraj 25 stopni, a dzisiaj 12), wiatru i ostrego słońca. Generalnie byłam z jej stanu bardzo zadowolona, ale ostatnio znowu chodziłam z ogromnymi, czerwonymi rumieńcami na twarzy. 


Dlatego postanowiłam, że sięgnę po sprawdzony krem. Avene antirougeurs jour miałam w swojej kosmetyczce kilka lat temu (od tego czasu produkt zmienił nazwę, nie pamiętam tej poprzedniej). Nawilżająco-ochronny krem do skóy naczynkowej z SPF 20 zdaniem producenta: 
Wskazania: przejściowe i/lub rozległe zaczerwienienia skóry, uczucie pieczenia. Przeznaczony do skóry suchej i bardzo suchej. Właściwości: ochronny krem do cery naczynkowej, nawilża i chroni w ciągu dnia zapobiegając i redukując zaczerwienienia skóry: wzbogacony wyciąg z ruszczyka poprawia mikrokrążenie skóry. Redukuje rozległe zaczerwieniania, a zaczerwienienia przejściowe występują rzadziej, szybko łagodzi uczucie podrażnienia i gorąca dzięki zastosowaniu wody termalnej Avene o właściwościach łagodzących i kojących podrażnienia, fotoochrona SPF 20 redukuje codzienne działanie promieniowania UVA i UVB, odpowiedzialne za osłabienie naczyń krwionośnych, kremowa, lekka konsystencja szybko się wchłania, działa kojąco i przywraca komfort skórze, pozostawiając ją nawilżoną i matową.


Zgadzam się ze wszystkim, o czym zapewnia nas producent (może trochę przesadził z tą ochroną przeciwsłoneczną), dla mnie ten produkt to krem-ratunek. Przynosi skórze ukojenie, wycisza, odpręża, sprawia, że ustępuje uczucie pieczenia i mocne zaczerwienienie. Bardzo dobrze sprawdza się pod makijaż, wchłania się szybko i w żaden sposób nie wpływa na wygląd i trwałość np. podkładu. Pachnie bardzo delikatnie, to taki trochę mydlany zapach, jednak jest on wyczuwalny wyłącznie przy aplikacji i wcale mi nie przeszkadza. Produkt ma jasnozielony kolor, lekką konsystencję, bezproblemowo się aplikuje i jest bardzo wydajny, wystarczy mała ilość, aby pokryć całą twarz. Dodatkowo faktycznie nawilża skórę. Lubię takie produkty łączące w sobie kilka funkcji, nie trzeba wybierać i zastanawiać się czy bardziej zależy mi na nawilżeniu czy na ukojeniu zaczerwienień. Krem jest zapakowany w plastikową tubkę, zwieńczoną wygodnym, wąskim aplikatorem. 40 ml kosztuje (w zależności od apteki) ok. 60 zł. 


Poza kremem mam jeszcze jeden produkt, który moja zaczerwieniona (tera coraz mniej!) cera bardzo lubi - woda termalna z Uriage. Wiem, że przy okazji promocji w SpuerPharm (13,99zł za 150 ml) wiele z Was ją kupiło. Lubię tą wodę bardziej niż inne z dwóch powodów: nie trzeba jej osuszać, ma bardzo dobry aplikator, który wytwarza delikatną mgiełkę, zamiast walić nam w twarz strumieniem wody. Uriage stosuję rano, aby się obudzić oraz wieczorem po demakijażu. Jej chłodna warstwa przynosi skórze ukojenie i nawilżenie. Idealnie sprawdzi się latem. 

wtorek, 27 maja 2014

Dwa burżuje

Dawno nie pisałam o kolorówce do ust, a muszę przyznać, że uzbierało mi się kilka ciekawych produktów. Dzisiaj czas na dwie pomadki z Bourjois z serii shine edition. Zanim przejdę do samych pomadek muszę ponarzekać na opakowanie - plastikowe, średnio ładne, a do tego w torebce okropnie się wyciera i rysuje, czy nie można stworzyć ładniejszego ubranka dla kosmetyku, który w cenie regularnej kosztuje ok. 50 zł? 
Na szczęście do samej zawartości zastrzeżeń nie mam. 


Na stronie bourjois.pl możemy przeczytać, że "Pomadka Shine Edition - oto kolejna odsłona pomadek Rouge Edition, tym razem w wersji z połyskiem. 4 najmodniejsze odcienie prosto z pokazów mody. Ultra połysk, intensywny kolor i konsystencja balsamu. Innowacyjna formuła, która zapewnia intensywny kolor, blask i komfort. Niewiarygodny blask dzięki połączeniu w ¼ ekstraktu z błyszczyka oraz w ¼ lakierowanych pigmentów. Nowa pielęgnacyjna formuła dla niespotykanego komfort u stosowania. Wzbogacona o odżywcze ekstrakty z masła mango, pomadka Shine Edition nawilża usta aż do 10 h. Kremowa, miękka konsystencja pozostawia na ustach delikatny film, który sprawia, że nakładanie jest prawdziwą przyjemnością." 



Posiadam je w dwóch odcieniach: 26 Beige democrachic oraz 24 Rose xoxo. 26 to ciemny nude przełamany delikatnym różem, natomiast 24 to typowy zgaszony róż. Oba egzemplarze posiadają te same właściwości: są kremowe, łatwo się aplikują, nie podkreślają suchych skórek, nie wysuszają ust. Ze względu na formułę nie należy oczekiwać super trwałości, pomadki schodzą z ust (równomiernie!) po ok. godzinie. Wiem, że nie jest to wspaniały wynik, ale mnie wcale to nie przeszkadza po prostu maluję usta ponownie i tyle. Gdybym chciała supertrwałości kupiłabym lip stain. Odcienie są jasne, pasują do dziennego makijażu, świetnie nadają się do pracy. Pomadki zawierają w sobie coś, co trudno nazwać brokatem, to taki drobno zmielony pyłek, który bardzo ładnie odbija światło, zdecydowanie nie jest wyczuwalny na ustach i nie wędruje po całej twarzy jak np, drobinki brokatu w błyszczykach. 
Podsumowując dla mnie to świetny produkt, używam ich bardzo często, nie są mocno kryjące, ale zdecydowanie widoczne na ustach, kolor można stopniować. Cena regularna to ok. 50 zł za 3g produktu, ja swoje pomadki kupiłam na sporych promocjach, jedną w Hebe -40%, a drugą w Rossmannie -49%. 

niedziela, 25 maja 2014

Migawki

W maju mam urodzimy i imieniny, moi najbliżsi wiedzą co lubię. Będę miała co czytać. Kolejna magnetyczna zakładka. W końcu zaczął się sezon na truskawki! Na wiosnę i lato zdecydowałam się na dwie jasne torebki, jedna duża (spokojnie mieści rozmiar a4) ze złotymi dodatkami i druga mała (trochę większa od zeszytu) ze srebrnymi. 


czwartek, 22 maja 2014

cleansing massage brush

Szczoteczka do mycia twarzy z Shiseido chodziła mi po głowie od dość dawna. Mam bardzo delikatną, naczynkową cerę skłonną do podrażnień i kiedy dotykałam szczoteczki dostępne w Rossmannie czy Hebe wiedziałam, że są dla mnie zdecydowanie zbyt twarde i szorstkie. 


Chciałam zmienić technikę mycia twarzy (używałam dłoni albo gąbeczki konjac) na coś bardziej oczyszczającego. Czytałam wiele pozytywnych opinii właśnie o produkcie od Shiseido. Kiedy byłam w Douglasie rozmawiałam z bardzo miłą Panią (naprawdę kompetentny sprzedawca), która upewniła mnie w wyborze. Zapytałam czy mają może jakąś rozpakowaną szczoteczkę żebym mogła zobaczyć czy naprawdę jest miękka, ale na sklepie nie było żadnego testera, a Pani w bardzo uprzejmy sposób przeprosiła mnie i powiedziała, że nie może żadnej rozpakować, jaka miła odmiana np. po Rossmannie, gdzie wszyscy wszystko macają. Ostatecznie zdecydowałam się na zakup trochę w ciemno. Kiedy w domu rozpakowałam szczoteczkę nie mogłam uwierzyć, że jest taka mięciutka i sprężysta. Dodatkowo w zestawie ma plastikowy stojak, bardzo praktycznie rozwiązanie, dzięki któremu szczoteczka wysycha w pionie i nie muszę się martwić, że brudzi się leżąc na półce. 


Zdaniem producenta szczoteczka jest przeznaczona do każdego rodzaju cery, do mycia i masażu twarzy, należy ją stosować z produktami, które dobrze się pienią. Szczoteczka bardzo dobrze rozprowadza produkt myjący na twarzy, ma wygodną rączkę, nie wyślizguje się nawet z mokrej dłoni, jest bardzo delikatna, nie podrażnia nawet bardzo wrażliwej skóry, wspaniale oczyszcza twarz, po jej użyciu skóra jest czyściutka, tak, że aż skrzypi. Ze względu na fakt, że to szczoteczka manualna, na pewno nie czyści tak dokładnie jak te mechaniczne czy soniczne, jednak dla mnie jej działanie jest w pełni zadowalające. Poza białym, delikatnym włosiem (nie wiem co to jest, na opakowaniu nie mogę wyczytać takiej informacji) posiada też pięć silikonowych wypustek (można tak to nazwać?). Reasumując jestem z tego produktu bardzo zadowolona, stosuję go na noc do demakijażu i oczyszczenia twarzy, mam nadzieję, że za kilka miesięcy nadal będzie wyglądała tak jak teraz, ale o tym jeszcze przeczytacie. Szczoteczki są dostępne w Sephorze i Douglasie. Cena to 105 zł, z jednej strony wcale nie tak mało, ale z drugiej biorąc pod uwagę jakość wykonania, wygodę użytkowania i jej działanie jest zdecydowanie warta swojej ceny. 

czwartek, 15 maja 2014

Pod prysznicem

Wiem, że takie posty nie są wyjątkowo odkrywcze, ale ja lubię czytać o tym czego używają inne dziewczyny pod prysznicem, co ładnie pachnie, fajnie się pieni i jaki peeling polecają. Takie produkty zużywa się szybko i przy kolejnych zakupach można sięgnąć po coś polecanego, albo uniknąć czegoś co jest bublem. 


Obecnie pod moim prysznicem stoją trzy produkty do mycia ciała żel z yves rocher z serii jardins du monde grejpfrut z Florydy oraz dwa małe opakowania peelingów. Żel uwielbiam, zwłaszcza za intensywny zapach gorzkiego grejpfruta, znalazł się nawet raz w ulubieńcach (klik).  Do tego dobrze się pieni, jest wydajny, nie wysusza skóry. Joanna Naturia peeling znalazł się u mnie już nie wiem, który raz. Tym razem sięgnęłam (ponownie) po wersję z pomarańczą. Wszystkie warianty mają identyczne działanie, różnią się wyłącznie zapachem. Ten pachnie słodką, soczystą pomarańczą (kiedy go używam mam ochotę napić się właśnie takiego soku). Peeling ma dość małe drobinki, nie jest bardzo mocnym zdzierakiem, nadaje się do częstego stosowania. Dobrze się pieni, a drobinki nie rozpuszczają się zbyt szybko. Do peelingu z Farmony tutti frutti jażyna i malina mam jedno zastrzeżenie - produkt zapakowany jest w buteleczkę z tak twardego plastiku, że nie da się jej ścisnąć aby wydobyć produkt, jaki jest sens pakowania peelingu w coś, z czego nie da się go wycisnąć? Odkręcam całą zakrętkę i wylewam produkt na rękę, jak łatwo się domyślić, zawsze tym sposobem aplikuję go za dużo, ale innego wyjścia nie ma. Peeling ładnie pachnie, jak słodkie landrynki, dobrze się pieni, tutaj drobinki są nieco większe niż w produkcie z Joanny, ale nadal nie jest to super mocny zdzierak i można go stosować często. Oba produkty nie zawierają parafiny, dzięki czemu skóra po ich zastosowaniu jest oczyszczona i miękka, balsam wchłania się bardzo dobrze, wiem, że pisałam to już wiele razy, ale bardzo nie lubię być 'oblepiona' parafiną. 



Do włosów poza wspomnianą w ulubieńcach kwietnia odżywką z Garniera używam bananowej z The Body Shop. Uwielbiam ją przede wszystkim za naturalny, bananowy zapach. Ułatwia rozczesywanie włosów, nie obciąża, dobrze wygładza i nawilża. Nie oczekuję od odżywki niczego więcej. Na sam koniec szampon zwiększający objętość włosów z wyciągiem z malwy Yves Rocher. Bardzo ładnie pachnie, dobrze się pieni, nie zawiera SLS oraz parabenów, w składzie faktycznie ma ekstrakt z kwiatów malwy. Dobrze oczyszcza włosy, jednak trochę je plącze, nadaje się do codziennego stosowania. Jeśli chodzi o dodawanie objętości to wydaje mi się, że faktycznie działa, moje włosy są uniesione u nasady. Nie zależy mi na tym jakoś specjalnie, ale dobrze wiedzieć, że szampon spełnia obietnicę producenta. 

wtorek, 13 maja 2014

Sole mate

Od dawna miałam ochotę na ciemny lakier. Kolory gorzkiej czekolady albo takiej prawie czarnej śliwki podobają mi się cały rok, moim zdaniem można je nosić również latem, bardzo ładnie wyglądają do lekko opalonej skóry, podobają mi się również na paznokciach u stóp. Na promocji w SuperPharm kupiłam dwa lakiery z Essie. Sole mate to kolor kameleon, a takie podobają mi się najbardziej, jest taki nieoczywisty, w zależności od światła wygląda na ciemnobrązowy, ale są w nim też fioletowe tony. 


Czasem widzę gorzką czekoladę, a innym razem ciemną śliwkę. Wspaniałe połączenie. Aplikuje się bardzo szybko i bezproblemowo, dwie warstwy wystarczą aby pokryć paznokcie jednolitym kolorem, bez żadnych prześwitów i smug, z ciekawości nałożyłam też trzecią warstwę, aby zobaczyć, czy kolor na paznokciach będzie ciemniejszy i faktycznie tak jest. Lakier ma kremową konsystencję (nie jest za rzadki), posiada standardowy dość szeroki pędzelek, na które kiedyś bardzo narzekałam, ale teraz już się przyzwyczaiłam i nawet mi się to podoba. Regularna cena za 13,5 ml to 34,99 zł. Drogo. Zwłaszcza, że u mnie lakiery Essie trzymają się jak każdy inny lakier, nawet taki za 2 zł ze straganu. Najpierw zawsze nakładam odżywkę z Eveline 8 w 1 jako bazę i tym sposobem każdy lakier trzyma się na moich paznokciach 6-7 dni. Nie nałożyłam żadnego topu ponieważ Sole mate ma bardzo ładne, błyszczące wykończenie. 


Nie wiem jak to się dzieje, ale nie potrafię zrobić w miarę ładnego zdjęcia moich dłoni i paznokci. Zawsze wyglądają jakoś tak po prostu nieestetycznie, a "na żywo" jestem z ich wyglądu naprawdę zadowolona. A na zdjęciach nie dość, że mam łapkę jak niedźwiedź to jeszcze jakieś okrutnie widoczne i beznadziejne skórki. Wybaczcie. 

niedziela, 11 maja 2014

Migawki

Maj to mój ulubiony miesiąc w roku. Zaczyna się robić naprawdę ciepło, wszystko się zieleni, dni są coraz dłuższe. Mam więcej energii i dużo lepszy humor. Zrobiłam najlepszą sałatkę owocową jaką w życiu jadłam i truskawki w czekoladzie. Kupiłam nowe, wiosenne woski, ale odpalę je dopiero po przeprowadzce do nowego mieszkania. Jak wybrać kolor ścian, kiedy niemal wszystkie beżowo-kawowe odcienie mi się podobają? Dostałam moją pierwszą Lilou. I konwalie, żadne inne kwiaty tak mocno nie kojarzą mi się z majem. A wczoraj byliśmy w Krakowie. Pogoda dopisała. Miło było tak posiedzieć nad brzegiem Wisły. 



Miłej niedzieli!

sobota, 10 maja 2014

Malinowa płukanka

Płukanka octowa z Malin z Yvs Rocher to taki kosmetyk, który naprawdę nie wiem po co kupiłam. Przecież to tylko woda, która jest na włosach przez chwilę i może faktycznie domyka łuski włosów, ale wcale ich nie pielęgnuje ani nie odżywia. Zdaniem producenta: ocet winny o właściwościach wygładzających, zamykających łuski i oczyszczających, aby Twoje włosy stały się błyszczące i miękkie. 


Płukankę należy rozprowadzić na włosach, już po ich umyciu, a następnie spłukać wodą. Obawiałam się tego aplikatora, ponieważ czytałam, że wylewa się z niego za dużo, a tym samym kosmetyk jest zdecydowanie mniej wydajny. Spodziewałam się niekontrolowanego wylewania się produktu sporym strumieniem, na wszystko, nie tylko na włosy, jednak niczego takiego nie zauważyłam,  aplikator to mała dziurka przez którą wygodnie wylewamy płukankę. Opakowanie jest po prostu śliczne, plastikowa buteleczka z ciekawym korkiem i schludną, elegancką etykietą. Jednak jak zawsze chodzi tutaj o wnętrze. Dla mnie taka płukanka to gadżet, dodatek, a nie kosmetyk typowo pielęgnacyjny. Owszem po jego użyciu moje włosy są miękkie i lśniące, ale dzięki systematycznej pielęgnacji są takie cały czas i wątpię, żeby płukanka z malin odgrywała tutaj jakąkolwiek rolę. Natomiast jeśli ktoś ma matowe, zniszczone włosy, nie sądzę, żeby ten kosmetyk pomógł, w takich przypadkach zawsze warto postawić na porządną maskę i odżywkę. Płukanka ma apetyczny kolor i wspaniały zapach malin, jednak dla mnie jest to rzecz zupełnie zbędna. 



Zużyję do końca, ale nie kupię ponownie. Uprzyjemnia mycie włosów, przede wszystkim przez malinowy zapach, jednak po spłukaniu włosów wodą, nie zostaje po nim nawet ślad. Płukanka jest oznaczona zielonym punktem, jej regularna cena to 25 zł za 150 ml (naprawdę drogo), kupiłam ją wyłącznie dlatego, że była przeceniona o połowę, a jak wiadomo promocje na kosmetyki z tym zielonym kółkiem nie zdarzają się często. 

czwartek, 8 maja 2014

Nowości makijażowe

Skorzystałam z rabatu -49% w Rossmannie. Oto zakupy z dwóch promocyjnych tygodni: 



Udało mi się nie kupić żadnego lakieru do paznokci, chociaż był w bardzo przystępnych cenach, dosłownie za kilka złotych, stwierdziłam jednak, że mam ich naprawdę sporo. Natomiast do koszyka wpadły mi trzy tusze do rzęs, każdy w cenie ok. 5-6 zł, po jeden egzemplarz już sięgnęłam. W użyciu jest lovely volume maximizer 3D mascara, tak na wstępie mogę powiedzieć, że jestem z tego tuszu bardzo zadowolona, wspaniale rozdziela i podkręca rzęsy, zobaczymy jak będzie dalej. Pozostałe dwa tusze to extreme lashes z wibo (już go wcześniej miałam i bardzo lubiłam) oraz pump up booster z miss sporty - nowość w mojej kosmetyczce, zastanawiam się jak będzie się sprawdzała, przyznam, że kupiłam ją zupełnie bez zastanowienia (ach te promocje) i dopiero w domu zastanowiłam się nad tym, że taką wielką szczotą to sobie pomaluję rzęsy razem z powieką. Może jakoś uda mi się to ogarnąć. Zobaczymy.
Bardzo podobały mi się pomadki w formie grubej kredki (wyglądają ślicznie, prawda?), początkowo miałam wybrać coś bardziej w kolorze nude, ale ostatecznie zdecydowałam się na dość jasny, dziewczęcy róż czyli  Astor 009 Burnt Rose. Mam już jedną pomadkę z serii shine edition bourjois i bardzo dobrze się u mnie sprawdza, korzystając ze sporej zniżki sięgnęłam po kolejny kolor, tym razem zgaszony róż nr 24. 

sobota, 3 maja 2014

Gadżety i gadżeciki

Czyli przedmioty bez których mogłabym żyć, ale byłoby ciężko. Zacznijmy od tych elektronicznych: od dawna chciałam mieć tablet, nie będę pisała tutaj o specyfikacji sprzętu, ponieważ google jest pełne takich informacji, opowiem Wam o moim spostrzeżeniach. Uwielbiam ten sprzęt. Jest lekki i mały (choć i tak mam tą większą wersję 10 cali). Odkąd go mam po laptopa sięgam tylko po to, żeby napisać coś na blogu. Nie mam ogromnych wymagań sprzętowych, tablet jest mi potrzebny niemal wyłącznie do korzystania z internetu (czytam blogi, inne artykuły, piszę maile, oglądam filmiki na yt, seriale), korzystam dosłownie z kilku aplikacji (gmail, zbijanie cukierków w candy crash). Jeśli szukacie wygodnego sprzętu, z dobrą baterią i wyświetlaczem samsunga galaxy tab 3 mogę Wam spokojnie polecić. 


Jest jednak coś, co totalnie zawładnęło moim sercem - czytnik ebooków Kindle classic 5. Wyświetlacz sześciocalowy z technologią e-Ink, który naprawdę wygląda jak kartka książki, nie odbija światła, nie wykańcza moich oczu tak jak czytanie z każdego innego ekranu. Książki, które możemy na nim czytać powinny być zapisane w formacie mobi, ale jeśli znajdziecie książkę w innym formacie nie ma problemu, w internecie pełno jest stron, które konwertują takie pliki. Mam na nim kilkadziesiąt książek i jeszcze bardzo wiele miejsca. Kindle zapamiętuje stronę na której skończymy czytać, ma też opcje zaznaczania jakiegoś fragmentu tekstu (z której nigdy nie korzystam:). Dlaczego go tak uwielbiam? Ponieważ kiedy siedzę w domu w deszczową niedzielę i najdzie mnie ochota na jakiś skandynawski kryminał wystarczą trzy kliknięcia i mogę zacząć czytać. Ebooki są zawsze trochę tańsze niż papierowe wydania, często możemy znaleźć je w bardzo atrakcyjnych cenach, a nawet za darmo, do tego wcale nie zajmują miejsca w domu. Kindle pobiera energię tylko przy przewracaniu stron, zdaniem producenta bateria wystarcza na przeczytanie ok. 700 stron. Mam go pół roku i ładowałam go dosłownie kilka razy, a czytam naprawdę sporo. 


Do kategorii mniejszych (i sporo tańszych) gadżetów zaliczyłam: termofor, chusteczki do okularów, lampkę USB, woski zapachowe i kominek. Wiem, że wiosna i lato to nie czas na termofor, ale ja swojego używam niemal przez cały rok. Grzeję nim stopy, kładę na brzuchu albo na plecach, kiedy jest zimno i deszczowo idę z nim spać. Jest niezastąpiony kiedy mam okres i boli mnie brzuch. Jeśli tak jak ja nosicie okulary wiecie jak bardzo się brudzą. Nie znoszę brudnych szkieł, a kiedy wycieramy je bluzką czy ręcznikiem ten osad i brud tylko się po nich rozmazuje. W lidlu za 5 zł kupiłam chusteczki do czyszczenia okularów (ale również ekranu tabletu czy telefonu) W5 glasses wipes. W kartonowym opakowaniu znajduje się 50 osobno zapakowanych sztuk. Są świetne, bardzo szybko czyszczą, nie pozostawiają smug, są malutkie. Zawsze mam ze dwie sztuki w portfelu. 
Lampka na USB to rzecz zupełnie zbędna (przyznaje), ale przydaje się jeśli np. piszę notatkę na bloga, przy okazji czytam sobie etykietę jakiegoś produktu, kiedy częściej korzystałam z laptopa włączałam ją i zawsze miałam trochę światła, a to pomocne bo np. moja klawiatura nie jest podświetlana. Woski i kominek to gadżety, które pewnie ma każdy. Są o wiele tańsze niż świecie, a często pachną dużo intensywniej. W tym zestawieniu powinien znaleźć się jeszcze kubek termiczny, niestety nie załapał się na zdjęcie ponieważ zostawiłam go wczoraj w pracy, co tylko świadczy o tym jak często go używam. Jeśli jesteście niezdarami i boicie się, że Wasza kawa zaleje firmową klawiaturę, albo jeśli w pracy nie macie czasu i kawę pijecie przez cały dzień radzę zainwestować w taki kubek. Swój kupiłam w Biedronce za ok. 18 zł (obecnie niemal identyczne można dostać w Hebe), jest zakręcany więc nic nie przecieka, bardzo długo trzyma ciepło, jest tak szczelny, że nie obawiam się wrzucić go do torebki. 
A jakie są Wasze gadżety? Czego używacie codziennie?