środa, 31 grudnia 2014

Czas podsumowań

Dzisiaj kończy się rok 2014. Był dla mnie bardzo łaskawy (już drugi raz z rzędu!). Kiedy myślę o tym, co się wydarzyło przez te minione miesiące nic złego nie przychodzi mi do głowy, nie wiem czym sobie zasłużyłam, ale jestem za to, bardzo, bardzo wdzięczna. Było za to wiele pozytywnych rzeczy - przeprowadzka i związany z nią mini remont, wakacyjny wyjazd nad polskie morze (wcześniej nie byłam przez dobrych kilka lat), byłam też typowo rekreacyjnie w Krakowie i Wrocławiu, Warszawę natomiast odwiedziłam służbowo, ale i tak miło było choć na chwilę wrócić do stolicy. Zrealizowałam swoje wielkie marzenie i teraz jestem 'pańcią' mojego kochanego psiaka shi tzu. Przeczytałam tylko 48 książek, ale powtarzam sobie, że to i tak niezły wynik, poza tym w czytaniu chodzi wyłącznie o przyjemność, a nie kolejne pozycje na liście do odhaczenia:) Mimo ogromnego nawału pracy w lipcu w kolejnych miesiącach miałam sporo wolnego czasu dla siebie. Kończę ten rok spokojna i szczęśliwa. 


Przed nami kolejny rok. Nie chcę tutaj pisać patetycznej przemowy o nowym początku i nieograniczonych możliwościach. Chcę Wam i sobie życzyć aby był to niezapomniany czas pełen szczęśliwych chwil, pozytywnych emocji, miłości i szczerych, dobrych ludzi wokół. 

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Nowości kosmetyczne

Mam do opublikowania duże denko, nie wiem nawet czy jest sens o tym pisać, ważne jest to, że do połowy grudnia zużyłam sporo kosmetyków właśnie z myślą o tym, co wpadnie do mojej kosmetyczki w świątecznym okresie. 


Część z tych produktów to prezenty, część kupiłam sobie sama. Zielony woreczek z Pat&Rab mieści produkty z linii zapachowej trawa cytrynowa i kokos - balsam do rąk, masło do ciała i scrub cukrowy. Już Wam kiedyś pisałam, że podoba mi się stosowanie żelu pod prysznic i balsamu o tej samej woni - za 9,90 kupiłam parę kosmetyków avon vibrant orchid and blueberry, nie mogłam przejść obojętnie obok dove purely pampering krem pistacjowy i magnolia, zestaw kosztował tylko 13,99 zł. 



Wcześniej nic o tym nie słyszałam, ale wczoraj byłam w SuperPharm i obecnie trwa tam promocja 1+1 za grosz na wszystkie kosmetyki kolorowe. Szukałam jakiegoś podkładu, ale na półkach były praktycznie same takie, które wcześniej już miałam dlatego zdecydowałam się na rimmel stay matte podkład o konsystencji kremu - za dwie tubki zapłaciłam 21,91 zł. Od siostry dostałam niebieski tusz do rzęs - lovely romantic blue, początkowo nie byłam przekonana do takiego efektu na moich rzęsach, ale nałożyłam go już kilka razy i muszę powiedzieć, że wygląda dobrze. 



Na sam koniec pędzle z hakuro (od lewej H85, H70, H74, H78, H21, H50S) oraz Calvin Klein Eternity. Post z podsumowaniem roku i postanowieniami noworocznymi dopiero mam zamiar napisać, ale już teraz muszę stwierdzić, że przynajmniej pierwsze miesiące nowego roku to czas na zakupową wstrzemięźliwość ;) 
A co Wam ostatnio przybyło w kosmetycznych zbiorach? 

wtorek, 23 grudnia 2014

mini demakijaż

Płyn dwufazowy clinique take the day off oraz tołpa by Mariusz Przybylski balsam-olejek do demakijażu twarzy towarzyszyły mi w grudniu. Obie miniatury po 30 ml były dołączone do mojego mikołajkowego prezentu. 


Zacznijmy od oczu - płyny dwufazowe lubię i czasem po nie sięgam. Ten z clinique dobrze się miesza, nie sprawia, że widzę jak przez mgłę, dość szybko rozpuszcza makijaż i nie podrażnia oczu, jednak wcale nie jest wydajny, trzeba sporo produktu nalać na wacik aby pozbyć się makijażu (a ja zwykle używam tylko jasnego cienia, kredki i nie wodoodpornego tuszu). Pełnowymiarowe opakowanie zawiera 125 ml i kosztuje 99 zł. Miniatura wystarczyła mi tylko na dwa tygodnie i zachęciła mnie do zakupu. Uważam, że równie dobrze sprawdzają się kilka razy tańsze płyny dwufazowe np. z bielendy. 



Zwykle kosmetyki z tołpy dobrze się u mnie sprawdzają. Niestety balsam-olejek do demakijażu to niemiły wyjątek. Zdaniem producenta oczyszczanie skóry i usuwanie makijażu powinno być czynnością delikatną. Dlatego stworzyliśmy kosmetyk, który podczas stosowania przyjmuje postać jedwabistego olejku usuwającego makijaż. Który łagodzi podrażnienia, nawilża, wygładza i pozostawia uczucie komfortu. 
Kosmetyk ma konsystencje mleczka, w kontakcie z wodą rozmazuje się po twarzy i słabo usuwa makijaż, dodatkowo po jego zmyciu nadal mam na twarzy tłustą warstwę, wiem, że jest to typowe dla tego typu produktów wolę jednak żele albo płyny micelarne, które pozostawiają moją skórę czystą. Nie noszę wodoodpornego makijażu, na twarzy mam tylko cienką warstwę podkładu, puder i róż. Olejek zostawia sporo z tych kosmetyków na twarzy, nie ma tutaj mowy ani o demakijażu ani o oczyszczeniu skóry. Owszem jest delikatny, ale wcale nie działa. Nawilżenia i łagodzenia podrażnień również nie zauważyłam. Miniatura kosztuje 12,90 zł, a produkt pełnowymiarowy 125 ml 49,90 zł. 

niedziela, 21 grudnia 2014

Eos i hand food

Bardzo rzadko piszę o kremach do rąk, nie wiem dlaczego tak jest, przecież używam ich codziennie, ale z drugiej strony niemal zawsze trafiają mi się egzemplarze bardzo wydajne (tak jest i teraz). 


Krem z evolution of smooth zamówiłam latem ze strony mintishop. Czytałam wiele pozytywnych recenzji, ale kiedy sięgałam po niego w sierpniu i wrześniu wcale mnie nie zachwycił, sytuacja zmieniła się z nadejściem zimniejszych miesięcy. Latem moje dłonie wcale nie są wymagające, wystarczy, że użyje kremu raz na kilka dni, natomiast teraz faktycznie widzę działanie eos'a. Krem pachnie bardzo przyjemnie, ma lekką konsystencję i szybko się wchłania. Producent zapewnia, że nawilża przez 24 godziny, jest hipoalergiczny, testowany dermatologicznie, ma 96% naturalnych składników, nie zawiera glutenu i parabenów. W składzie znajdziemy olej słonecznikowy, glicerynę, masło shea. Dla mnie najważniejsze jest to, że krem bardzo dobrze nawilża, stosuję go zwykle raz (wyjątkowo dwa razy) dziennie. Przez to, że ma takie małe, płaskie opakowanie noszę go w torebce. Pojemność 44 ml kosztowała ok. 20 zł. Teraz zostało mi go jeszcze na trzy - cztery użycia, ale za jakiś czas z pewnością sięgnę po inny wariant zapachowy (świeże kwiaty albo ogórek). 



Słynny hand food z soap and glory dostałam od koleżanki. Bardzo podobają mi się opakowania tych produktów. Ten egzemplarz mieści 125 ml i ma bogatszą formułę niż eos, przez co trochę dłużej się wchłania. Najczęściej stosuję go przed pójściem spać. Wspaniały zapach i równie dobre właściwości nawilżające to jego najważniejsze cechy. Wygładza dłonie, pozostawia wyczuwalną warstwę, ale zdecydowanie nie są one oblepione czymś tłustym. Również zawiera glicerynę i masło shea, ale ma również olej z nasion winogron i ze słodkich migdałów. 
Z obu jestem bardzo zadowolona, mimo deszczu, mrozu, wiatru i zmiany temperatur moje dłonie są w bardzo dobrym stanie. 

piątek, 19 grudnia 2014

Bath and body works - mini recenzja mini produktów

Słyszałam o tych kosmetykach niemal legendy, dlatego podczas mojej ostatniej wizyty w Warszawie odwiedziłam sklep firmowy w Złotych Tarasach. Trzeba przyznać, że to bardzo przyjemne, wspaniale pachnące miejsce, z pomocną, ale nie nachalną obsługą. Wybór wersji zapachowych balsamów, żeli pod prysznic, świec, mydeł jest oszałamiający. 


Skusiłam się wyłącznie ma małe pojemności, dlatego, że chciałam przetestować więcej niż jedną wersję zapachową, poza tym mam jeszcze co zużywać i nie chciałam przesadzać. Zdecydowałam się na żel pod prysznic i balsam o zapachu warm vanila sugar, balsam french lavender & honey, mgiełkę i żel mad about you. Na zdjęciach widać jeszcze resztki produktów, natomiast kiedy piszę ten post są one już puste, służyły mi codziennie przez 1,5 miesiąca, co uważam, za bardzo dobry wynik.
Opakowania są wykonane z dobrego plastiku, mają bardzo ładne szaty graficzne i wygodne otwieranie, poprzez przyciśnięcie części zakrętki. 
Warm vanila sugar to zapach bardzo słodki, dla mnie pachnie rozgrzewanym na patelni cukrem. Jednak nie jest to po prostu słodki zapach, ma w sobie taką głębię, że nie byłam nim zmęczona. Lawenda i miód to dla mnie takie dziwne połączenie, że nawet nie myślałam o tym, żeby powąchać ten produkt, zachęciła mnie pracująca w sklepie Pani. Bardzo ciężko opisać ten zapach, jest świeży i delikatny, trochę kwiatowy. Nie czuć tu za nic lawendy. Mad about you jest słodki i kwiatowy, jednak z delikatną cierpką nutą ja czuję tutaj jaśmin i czarną porzeczkę. Warto zaznaczyć, że w ofercie BBW nie znajdziecie banalnych zapachów typu truskawka czy kokos, dostajemy tutaj ciekawe, złożone kompozycje zapachowe.




A jak z działaniem? Pierwszy raz używałam produktów, gdzie żel pod prysznic był bardziej wydajny niż balsam. Żele są bardzo gęste i dobrze się pienią. Wiem, że mogą przesuszać, nie jestem w stanie u siebie tego stwierdzić ponieważ zawsze po prysznicu sięgałam po coś nawilżającego. Balsamy łatwo się rozprowadzają, szybko wchłaniają i nawilżają całkiem przyzwoicie, jeśli macie bardzo przesuszoną skórę pewnie się u Was nie sprawdzą. Mgiełka, jak zwykle tego typu produkty utrzymuje się na skórze tylko kilka godzin, na lato będzie idealna. 
Reasumując - wspaniale używało mi się tych produktów z uwagi na zapachy (które dla mnie w kosmetykach odgrywają dużą rolę) i wydajność, nie mają one natomiast oszałamiających właściwości pielęgnacyjnych, spisują się podobnie jak dużo tańsze drogeryjne kosmetyki. 
W BBW niemal zawsze są jakieś promocje, ale to nie zmienia faktu, że regularne ceny są wysokie - małe pojemności żeli i balsamów kosztują 19,90 zł, mgiełka 24,90 zł, duże odpowiednio ok. 35 zł i ok. 45 zł. 
Kupiłam jeszcze żel sweet pea, ale ze względu na owocowy zapach zostawiam go w szafce z zapasami i sięgnę po niego latem. A jakie jest Wasze zdanie o BBW? 

wtorek, 9 grudnia 2014

kulturalny newsletter - książki

Bez żadnych wstępów zacznę od najlepszej pozycji z tego zestawienie 'zaginiona dziewczyna' Gillian Flynn bardzo mnie zaskoczyła. Po przeczytaniu kilkudziesięciu stron, kiedy mąż wraca do domu, drzwi są otwarte, żony nie ma, a w salonie są widoczne ślady walki byłam pewna, że wiem jak się ta historia skończy (ostatecznie trochę się tych kryminałów przeczytało), lekko znudzona postanowiłam czytać dalej. I co? Okazało się, że jednak mało wiem (albo nic nie wiem jak John Snow:). Narracja jest prowadzona naprzemiennie przez żonę i męża, każde z nich przedstawia nieco inną wersję wydarzeń. Nie będę więcej pisać na temat akcji, bo ciężko uniknąć spoilerów. Koniecznie trzeba tą książkę przeczytać. Sięgnijcie po nią nawet jeśli nie jesteście specjalnie przekonane (ja nie była) bo warto. Ciężko tą opowieść jednoznacznie sklasyfikować - łączy w sobie elementy kryminału, powieści psychologicznej i thrillera. 


Pozostając w temacie dobrej książki polecam 'Jedwabnika' Robert Galbraith. To drugi tom, po 'wołaniu kukułki' cyklu o dociekliwym detektywie i jego asystentce. Tym razem trzeba wyjaśnić zagadkę ekscentrycznego, zaginionego pisarza. Akcja toczy się dwutorowo - poza wyjaśnieniem wątku kryminalnego jest też część fabuły dotycząca życia prywatnego Cormorana i Robin. Jak zawsze książka napisana bardzo dobrym językiem, z zaskakującą akcją i wspaniale zarysowanymi sylwetkami (nawet tych drugoplanowych) bohaterów. 
Czytałam w sieci sporo pozytywnych opinii o książkach Sarah Jio. Przykro mi, ale gdybym miała wyrazić swoją opinię jednym słowem powiedziałabym: gnioty. Przeczytałam dwie książki 'marcowe fiołki' to opowieść o Emily, która zaraz po rozwodzie opuszcza Nowy York i leci na jakąś małą wyspę do swojej ciotki, tam odnajduje pamiętnik, wyjaśnia rodzinną zagadkę i oczywiście odnajduje miłość. Natomiast w 'jeżynowej zimie' Clarie zmaga się z tragedią po utracie dziecka, pisze artykuł i (tak zgadliście!) przy okazji odkrywa rodzinną tajemnicę. Książki napisane są prostym językiem i w prosty sposób. Może nawet te historie byłyby ciekawe, gdyby zostały opowiedziane inaczej. Dla mnie to zwykłe czytadła, dobre na plażę albo do pociągu. Wiem, że są inne książki tej autorki, ale podejrzewam, że niewiele różnią się od tych, dlatego nie planuję po nie sięgać. 
Byłam ciekawa książek będących wynikiem współpracy pomiędzy Jarosławem Sokołowskim a Arturem Górskim. 'Masa o kobietach polskiej mafii' i 'Masa o pieniądzach polskiej mafii' to z pewnością historie, które czyta się bardzo szybko. Ta o kobietach oczywiście pełna jest pijaństwa, gwałtów, prostytutek, seksu w zamian za różne profity i w tą część oczywiście jestem w stanie uwierzyć, natomiast opowieść o pieniądzach czytałam z lekkim powątpiewaniem. Ciekawostką było natomiast to, że Masa wraz z innym wspólnikiem za mafijne pieniądze stworzył markę soków Dr. Witt. Oczywiście teraz soki produkuje zupełnie ktoś inny, ale pamiętam, że jak byłam dzieciakiem często je piłam. Masa poza światem przestępczym dobrze oddaje realia tego, jak kilkadziesiąt lat temu wyglądało życie w Polsce i choćby z tego powodu warto po te książki sięgnąć. Jeśli szukacie lektury jako prezentu dla chłopaka/taty/kolegi, którzy lubią taką tematykę to warto zdecydować się na te książki. 
A co Wy ostatnio przeczytałyście?

niedziela, 7 grudnia 2014

Migawki

Końcówka listopada i początek grudnia był dla mnie łaskawym czasem. Mimo faktu, że normalnie pracuję, a do tego jeszcze dochodzi opieka nad szczeniakiem znalazłam sporo czasu dla siebie i zwyczajnie odpoczęłam. W końcu kupiłam sobie fotel do czytania. Piękny, miękki i biały. Pochodzi z Ikei, jeśli chcecie go zobaczyć w całej okazałości to możecie zrobić TUTAJ. Tak, ja też mam poszewki z Biedronki, są śliczne! Przy okazji kupiłam sobie filiżankę w zestawie z dzbaneczkiem. Moje ulubione ostatnio ciasteczka to 'fasolki' z galaretką i czekoladą. Nie wiedziałam na które lody się zdecydować: milka czy oreo? Ostatecznie spróbowałam obu - są bardzo dobre, ale okropnie słodkie. Byłam na maratonie 'Igrzysk śmierci', a moją opinię na temat najnowszej części mogłyście już przeczytać na blogu. Pizzę jem bardzo, bardzo rzadko, w sumie za nią jakoś specjalnie nie przepadam, ale ostatnio miałam ogromną ochotę. Kupiłam bluzkę i sweterek w reserved, zakupów ubraniowych nie robiłam od dawna i muszę Wam powiedzieć, że średnio to lubię, przyzwyczaiłam się do kupowania on-line i kiedy mam iść do galerii w te tłumy ludzi, gdzie na wieszakach nic ciekawego mi w oko nie wpada to zwyczajnie mi się nie chce. Czy Wy też tak macie? Wczorajsze prezenty od Mikołaja. Byłam grzeczna. Dzisiaj od rana czytam książkę Radzki. Nie wiedziałam, że jest aż tak ładnie wydana. 


Miłej niedzieli! 

środa, 3 grudnia 2014

Prezenty, prezenty!

Już w sobotę mikołajki, a za trzy tygodnie święta. Uwielbiam grudzień i cały ten cukierkowy przedświąteczny marketing. Choinki, pierniczki, jemioła i wystawy sklepowe pełne propozycji na prezenty. Wiem, że w tym temacie nikt już ameryki nie odkryje, ale bardzo lubię czytać tego typu posty i dlatego stwierdziłam, że sama też taki opublikuję. Mim zdaniem najlepszy prezent to rzecz, której sami sobie nie kupimy bo np. szkoda nam na to pieniędzy;)
Prezent dla dziewczyny zawsze łatwiej mi kupić. Pomysłów jest wiele: w tym roku bardzo podobają mi się różnego rodzaju kosmetyczne zestawy, ale nie mam tutaj na myśli żelu pod prysznic i balsamu, tylko coś ciekawszego jak np. propozycje od clinique. Świecie zapachowe, zestaw filiżanek z cukiernicą albo filiżankę w zestawie z czajniczkiem, portfel, świąteczną piżamę z reniferem, szal/komin i rękawiczki do kompletu, etui na telefon/tablet/czytnik, biżuteria (np. bransoletka z lilou), koc, prenumerata jakieś gazety (Twój styl, pani, elle), ostatnio widziałam na stronie answear  bardzo fajną propozycję - książkę 'Radzka radzi Tobie dobrze w tym' w zestawie z czekoladkami i olejkiem do demakijażu z Tołpy.


Natomiast prezent dla chłopaka, bez względu na to kim dla nas jest, to sprawa już trudniejsza. Nie od dzisiaj wiadomo, że faceci lubią prezenty praktyczne, pewnie dlatego nie widzą nic złego w tym, żeby swojej ukochanej sprawić na urodziny toster albo patelnię:) Dobry pomysł to: szczoteczka elektryczna, podkładka pod telefon do samochodu (taka, żeby się do niej przykleił i nie przemieszczał w trakcie jazy), akcesoria do laptopa typu torba, myszka, pad, albo inne elektroniczne gadżety typu power bank. Jeśli chłopak lubi gry (a który nie lubi?) i wiecie jaka nowość go zainteresowała to właśnie będzie Wasz pewniak, jeśli nie macie o tym pojęcia kupcie np. kartę do playstation store albo grę planszową, na pewno się przyda na wspólnie spędzony wieczory.


Nie jestem zwolennikiem kupowania ubrań, jedyny wyjątek to np. koszulka związana z czymś, co chłopak lubi np. bardzo podobają mi się t-shirty czarnych owiec, więc jeśli chłopak ogląda jakieś internetowe show to też jest dobry pomysł. Książka czy album to dobry podarunek bez względu na płeć (i wiek). Warto zatem zainwestować w coś ładnie wydanego, podobają mi się zwłaszcza albumy z reprodukcjami, zdjęciami mody albo makijażem. Jeśli nie macie pojęcia, co kupić dobrym pomysłem będzie karta podarunkowa do konkretnego sklepu (np. reserved, hebe, home&you, empik), wiem, że nadal wiele osób uważa, że to niekoniecznie dobry pomysł, ale ja wolałabym otrzymać możliwość wyboru czegoś, co naprawdę mi się spodoba niż coś, czego nigdy nie wykorzystam. 
A jakie są Wasze prezentowe typy?

poniedziałek, 1 grudnia 2014

ulubieńcy listopada

Tym razem tylko jeden kosmetyk pielęgnacyjny! 


To, że peeling cukrowo-olejowy z olejem z pestek mango i kokosem z wellness & beauty (który, ze względu na skład powinien być nazwany solnym) znalazł się tutaj pewnie nie jest dla nikogo zaskoczeniem. Peeling bardzo dobrze ściera obumarły naskórek, jest ostry, dlatego trzeba z nim uważać, nie polecam na delikatną skórę dekoltu. Dzięki zawartości olejków skóra po jego użyciu jest miękka, wygładzona i nawilżona, ta warstwa jest wyczuwalna, natomiast jest to coś zupełnie innego, niż sztuczne parafinowe nawilżenie. Kosmetyk pachnie bardzo przyjemnie, chociaż zdecydowanie dominuje tutaj mango. Poza tym trzeba producenta pochwalić za estetyczne opakowanie. 




Top coat seche vite jest tak popularny, że nie ma sensu tworzyć dla niego osobnego wpisu, natomiast nie mogłam odmówić sobie przyjemności wspomnienia o jego zaletach. Łatwo się aplikuje, szybko wysycha i nadaje piękny połysk, niektóre kolory (zwłaszcza te ciemniejsze) wyglądają jak hybrydy. Faktycznie przedłuża trwałość manicure i teraz maluje paznokcie raz w tygodniu. Jedyny minus jest taki, że top po prostu śmierdzi. Mój chłopak stwierdził, że 'pachnie jak rozpuszczalnik'. Możecie go dostać na allegro, ja kupiłam podczas jakieś promocji w superpharm. 
Promocja w rossmannie w tym roku wcale mnie nie kusiła, wszystkie potrzebne mi kosmetyki kolorowe mam. Ostatecznie stwierdziłam, że skuszę się na słynny tusz z lovely (ten żółty) i do pary wzięłam błyszczyk miss sporty w kolorze 118 sweet dance. Ten kolor jest idealnym 'barbiowym' różem. Błyszczyk kryje bardzo dobrze, kolor jest intensywny i błyszczący, ale w granicach normy. Uważam, że przy tak intensywnym odcieniu superpołysk to przesada na granicy kiczu. Kosmetyk ma dość gęstą konsystencję, trochę się klei, ale również długo utrzymuje się na ustach, nie zbiera w załamaniach i schodzi równomiernie. Biorąc pod uwagę fakt, że w cenie regularnej kosztuje ok. 10 zł, nie mam do niego żadnych zastrzeżeń. 
Cień z inglota w kolorze 160 dodawany do gazety glamour bardzo często gościł na moich powiekach. Najczęściej solo, jako dzienny makijaż do pracy. Jest miękki, nie osypuje się, dobrze rozciera i trwa ma moich powiekach (bez bazy) cały dzień. Wydaje mi się, że kiedyś miałam go w pełnym rozmiarze:) 
O tuszu avon super shok max mascara pisałam całkiem niedawno. W skrócie: nie osypuje się, jest mocno czarny, silikonowa szczoteczka dociera nawet to krótkich rzęs. 
A jakie kosmetyki sprawdził się u Was w minionym miesiącu?

sobota, 29 listopada 2014

kulturalny newsletter - seriale i filmy

Ostatnio udało mi się kilka rzeczy obejrzeć. Zacznę od bardzo dobrego polskiego serialu, który ostatnio cieszy się sporą popularnością. Wataha została wyprodukowana przez HBO i z pewnością miało to spory wpływ na jakość. Serial jest przyjemną odskocznią od innych produkcji, gdzie bohaterowie piją z pustych kubków. To próba wyjaśnienia kto stoi za zamachem na funkcjonariuszy straży granicznej. Ciekawie skonstruowani bohaterowie, wciągająca akcja, piękne bieszczadzkie krajobrazy. Każdy odcinek oglądałam z ogromną przyjemnością. 


Obejrzałam pierwszy sezon orphan black i muszę stwierdzić, że początkowe odcinki są bardzo dobre, akcja rozwija się w odpowiednim tempie, tak niestety zakończenie jest moim zdaniem mocno przekombinowane, dlatego odpuściłam sobie oglądanie dalszych losów bohaterów. Sara ma raczej średnie życie, dlatego kiedy na peronie metra spotyka kobietę wyglądającą identycznie jak ona, która zostawia torebkę z dokumentami i skacze pod nadjeżdżający pociąg wybór wydaje się oczywisty. Sara przyjmuje tożsamość tej kobiety, zupełnie nie spodziewając się tego, co się wydarzy. Ciekawa historia, trochę na pograniczu si-fi. 
Kolejna bardzo dobra polska produkcja to Bogowie. Idąc do kina obawiałam się, że będzie to trochę nudna, patetyczna historia profesora Religi. Na szczęście było zupełnie inaczej. To nie tylko film o transplantacji serca, ale również o polskiej obyczajowości i niedorzecznych realiach PRL-u. Do tego jest zabawny, w ten dobry, a nie głupi sposób. 
Jeśli szukacie komedii, na której będziecie się śmiać na głos sięgnijcie po sąsiadów. Młode małżeństwo z małym dzieckiem wiedzie spokojne mieszczańskie życie, do chwili aż w ich sąsiedztwie nie pojawia się studenckie bractwo. Mac i Kelly postanawiając położyć kres głośnej muzyce i pijackim imprezom. Jak łatwo się domyślić złośliwi i kreatywni studenci nie poddają się łatwo. 
Natomiast układ zamknięty wywołał we mnie wiele negatywnych emocji. Złość i bezsilność to odpowiednie określenia dla tej historii. Kilku zdolnych młodych mężczyzn, dobry pomysł na biznes i kilku pseudo-urzędasów, których boli cudzy sukces. Film ukazuje takie wredne polskie cebulactwo, nie polecam dla widzów o słabych nerwach. 
Na sam koniec kinowa nowość - igrzyska śmierci kosogłos cz. 1. Jak pewnie już wiecie film nie zbiera pozytywnych recenzji i jest to całkowicie uzasadnione. Jak w przypadku 'Hobbita' dzielenie książki na części ma sens, tak tutaj jest to totalnie niepotrzebne. Ten zabieg całkowicie pozbawił film akcji. Kathniss jest totalnie pozbawiona charakteru - płacze, śpiewa albo patrzy w dal. Co się wydarzyło w tej części? Nic. Czytałam książkę i wiem, że to, co obejrzałam w kinie było tylko prologiem do akcji. Prologiem, który absolutnie nie zasługuje na osobną ekranizację. 
Tyle w temacie filmów i seriali, przeczytałam też kilka książek, notatka na ten temat pojawi się niebawem. A co Wy polecacie do obejrzenia/przeczytania?

czwartek, 27 listopada 2014

makijażowe zastępstwa

Przy okazji zdenkowania kilku produktów (klik) do mojej kosmetyczki wpadły inne rzeczy. 


Zacznijmy od podkładów - maybelline affinitone mineral perfecting + soothing foundation w kolorze 10 ivory. Zdaniem producenta podkład zapewnia zdrowy i naturalny wygląd skóry. Mineralna forumuła dopasowuje się do koloru skóry. Perfekcyjnie pokrywa. Wygładza i rozpromienia. Moim zdaniem ten podkład to taki słabszy średniak. Poziom krycia określiłabym jako słaby, pokrywa cerę mniej więcej tak jak drogeryjne kremy bb. Nie dopasowuje się do koloru skóry, teraz, kiedy nie został mi nawet cień opalenizny jest dla mnie za ciemny. Szybko się ściera i z pewnością nie wytrwa na twarzy nawet ośmiu godzin (dla mnie czas pracy to właśnie taki wyznacznik trwałości podkładu). Dodatkowo funduje mi efekt mokrej twarzy, który nie ma nic wspólnego z delikatnym rozświetleniem.
Na plus zaliczam opakowanie z pompką i to, że nie podkreśla suchych skórek. 
Aktualnie używam meybelline super stay better skin w kolorze 005 light beige. I jestem z tego produktu naprawdę zadowolona, przeczytałam o nim wiele niepochlebnych opinii, ale na mojej raczej suchej skórze sprawdza się bardzo dobrze. Zdaniem producenta perfekcyjny wygląd, widoczna odnowa. Postaw na perfekcyjny wygląd natychmiast i widocznie lepszą skórę dzień po dniu. Już po 3 tygodniach: widoczna redukcja niedoskonałości, wyrównany koloryt, jakby odnowiona i pełna energii skóra. Cóż... moja skóra jakby (producent na prawdę użył tego słowa) nie stała się ładniejsza, jednak moim zdaniem właściwości pielęgnacyjne powinny wykazywać kremy, a nie zwykły podkład. Better skin dobrze kryje, nie smuży, ładnie się rozprowadza, nie podkreśla suchych skórek. Ma bardzo jasny kolor, który nie ciemniej. Charakteryzuje się również bardzo dobrą trwałością, byłam zaskoczona, kiedy słyszałam, że wystarczy przyłożyć dłoń do policzka, aby zetrzeć cały ten kosmetyk. U mnie nic takiego nie ma miejsca. Reasumując jestem z tego produktu bardzo zadowolona, w sumie nie widzę w nim wad. 



Rozpisałam się o podkładach więc teraz trochę krócej o dwóch kosmetykach do oczu: avon super shock max mascara jest bardzo miłą odmianą po tych wszystkich średniakach, które ostatnio przewinęły się przez moją kosmetyczkę. Tusz został wyposażony w silikonową szczoteczkę, której krótkie włoski docierają do każdej rzęsy. Nie osypuje się, dobrze rozdziela, wydłuża, pogrubia, a nawet trochę podkręca. A po całym dniu bez problemu można go zmyć płynem micelarnym. Taki efekt całkowicie mnie satysfakcjonuje. 
Kredka do brwi z catrice w kolorze 040 don't let me brow'n znalazła się już w ulubieńcach. Jest wydajna, dość twarda, ale dla mnie to zaleta ponieważ nie ma możliwości, abym nią sobie wymalowała brwi klauna, jestem zwolennikiem delikatnego efektu. Posiada spiralkę, którą dobrze wyczesuje się włoski. Kolor określiłabym jako brąz z lekką nutką szarego, zdecydowanie nie ma tutaj czerwonych czy pomarańczowych tonów. 

wtorek, 25 listopada 2014

Biovax - coś nowego

Minął tydzień mojej blogowej nieobecności, szybko mi zleciał. Ostatnio ograniczałam swoją internetową aktywność na rzecz czytania, natomiast dzisiaj naszła mnie ochota na to, żeby coś napisać. 


Markę l'biotica biovax lubię bardzo, w sumie mogę kupować ich produkty w ciemno, ponieważ zawsze bardzo dobrze się u mnie sprawdzają i tak też było w tym przypadku. Odżywkę pielęgnacyjną BB znalazłam w aptece (a tak swoją drogą czy wszystko teraz musi być bb? Boję się, że jutro bb będzie też mleko i pomidory). Za 200 ml produktu zapłaciłam 14,90 zł. Odżywka jest zapakowana w miękką tubę, z której można ją bez problemu wyciągnąć. Poza tym, po prostu mi się podoba, nie wiem co w tym jest, ale lubię opakowania typu miękka tubka:) 
Zdaniem producenta: odżywka pielęgnacyjna BB beauty benefit z serii naturalne oleje: argan, makadamia, kokos dzięki zawartości trzech drogocennych, egzotycznych olejów już po upływie 60 sekund zapewnia efekt BB - 7 korzyści dla Twoich włosów: wygładzenie na całej długości, termoochrona podczas stylizacji, głębokie nawilżenie, ułatwienie rozczesywania, piękny połysk, ograniczenie elektryzowania się, podatność na układanie. 


Praktycznie ze wszystkimi zapewnieniami producenta się zgadzam, nie jestem tylko przekonana, co do termoochrony. Odżywka ma rzadszą konsystencję niż maski, przez co bardzo łatwo aplikuje się na włosy, stosowałam ją zgodnie z zaleceniem producenta, ale zauważyłam lepsze efekty po tym, jak założyłam czepek i trzymałam produkt na włosach pół godziny. Nie należy aplikować odżywki na skórę głowy i włosy zaraz przy nasadzie (przed czym na opakowaniu również przestrzega producent) ponieważ wówczas sprawia, że włosy są przyklapnięte i przetłuszczone. Zastosowana z umiarem i w odpowiedniej odległości od skóry głowy wcale nie obciąża, natomiast bardzo dobrze odżywia, wygładza i zmiękcza włosy. Do tego pięknie lśnią. Jeśli macie problem z przesuszonymi końcówkami, z włosami bez blasku, których nie możecie rozczesać (a nie są tak zniszczone, aby sięgać po maskę) serdecznie Wam ten produkt polecam. Jedyne co mi się nie podoba to jego zapach - moim zdaniem trochę mdły i duszący, na szczęście znika po tym, jak włosy wyschną. 

niedziela, 16 listopada 2014

Migawki

Dwa tygodnie temu byłam w Warszawie (delegacja z pracy), pogoda dopisała - było słonecznie więc zrobiłam sobie mini spacer i znalazłam nawet trochę czasu na zakupy. Kilka żeli pod prysznic i balsamów z bath and body works, nie mogłam sobie odmówić hipsterskiego kubko-słoika z wąsami z tigera. Miałam ostatnio przeogromną ochotę na chińczyka. Mój chłopak robi dobre obiadki. Spróbowałam jogurtów z jogobell i nie jestem zachwycona, czuć, że są mocno chemiczne. Wariacja na temat rogali św. Marcina. I nowy członek rodziny - shih tzu. Nazwaliśmy go Januszek. Jest z nami od wczoraj. Nawet nie wiecie jak się ciesze, nigdy nie miałam psa (a zawsze chciałam mieć). Z kolei mój chłopak zawsze miał psy i po tym jak razem zamieszkaliśmy brakowało mu takiej włochatej kulki wałęsającej się pod nogami:)


Tyle u mnie. Miłej niedzieli!

czwartek, 13 listopada 2014

Czas dla siebie

Tagi generalnie średnio mnie interesują. Ten przypadł mi do gustu, mimo faktu, że zapewne rzeczy robione w takim czasie powtarzają się u wszystkich dziewczyn. Nie tłumaczyłam pytań dosłownie, zachowałam jednak ich ogólny sens.


Co czytasz albo oglądasz podczas takiego czasu dla siebie?
Najkrótsza odpowiedź to: seriale i książki. Nie lubię oglądać sama filmów, lubię mieć się do kogo odezwać, skomentować akcję, wymienić zdania po obejrzeniu. Serial to, co innego trwa dużo krócej i można go włączyć jednocześnie robiąc coś innego. A tak swoją drogą to nie macie wrażenia, że czas bardzo dobrych seriali już minął? Coraz rzadziej zdarza mi się trafić na coś ciekawego. Jak wiadomo książki uwielbiam i zawsze jakąś czytam. Obecnie jest ot "Zaginiona dziewczyna", ale trochę mi się tego uzbierało i za kilka dni opublikuję kulturalny newsletter. Oglądam też urodowe filmiki na yt, jednak dużo rzadziej niż jeszcze kilka lat temu. 
W co jesteś ubrana podczas czasu tylko dla siebie? Pisałam ostatnio, że nie dla mnie paradowanie całymi dniami po domu w piżamie czy szlafroku, najczęściej wybieram wygodne spodnie od dresu (albo leginsy) i t-shirt. Nie lubię takiego domowego niechlujstwa np. poplamionych, spranych, wygniecionych ubrań. To, że nikt mnie nie widzi nie jest równoznaczne z przyzwoleniem na żulerski wygląd:) 
Jakich wtedy używasz pielęgnacyjnych produktów? Maski - na twarz i włosy są nieodzowne. do tego porządny peeling całego ciała połączony z masażem. Tak, żebym mogła spędzić więcej czasu niż zwykle pod prysznicem.


Aktualnie ulubiony lakier do paznokci? Paznokcie maluje średnio raz na tydzień, teraz stawiam na ciemne jesienne kolory, najczęściej jest to essie sole mate. 
Co w trakcie takiego czasu jesz i pijesz? Kawę, herbatę albo jakiś koktajl (ostatnio mój ulubiony to połączenie lodów miętowych z mlekiem), a do tego najczęściej coś słodkiego (praktycznie nigdy nie mam ochoty na słone przekąski) ciastko albo milka crispello:) 
Czy byłaś kiedyś sama w kinie? Tak, raz. Miałam wtedy z siedemnaście lat i pamiętam to do tej pory. Ze względu na to, że nie lubię sama oglądać filmów analogicznie nie przepadam za samotnymi seansami w kinie. 
Ulubiony sklep on-line? Każdy, który jako opcje dostawy ma paczkomaty (uwielbiam taką formę, jest najwygodniejsza, nie trzeba czekać na kuriera, można odebrać swoje zamówienie nawet w środku nocy)/ A tak poważnie najbardziej lubię robić zakupy na stronie merlin.pl. Wszystko przychodzi dobrze zapakowane, można odebrać w punktach bez żadnej opłaty za przesyłkę i dostarczają rzeczy szybko. 
Czy chciałabyś coś dodać? Tak:) Często mając czas dla siebie sprzątam i piorę. Jechanie na ścierce mnie relaksuje, poza tym uspokaja mnie widok pustego kosza na brudna bieliznę:) 

wtorek, 11 listopada 2014

Dwie kredki

Nie kupuję kredek często, przede wszystkim dlatego, że wolno się zużywają. Mój makijaż jest utrzymany raczej w stosowanej brązowo-beżowej kolorystyce, nie potrzebuję zatem turkusowej czy żółtej kredki, bo wiem, że nigdy bym jej na sobie nie użyła. 


Miałam jednak ochotę na małą odmianę i kupiłam kredkę z rimmel scandaleyes w kolorze 013 purple. To był strzał w dziesiątkę! Kolor jest dość ciemny i intensywny, kredka jest bardzo dobrze napigmentowana, wystarczy jedno pociągnięcie aby uzyskać gładką, kryjącą kreskę. Jest bardzo miękka (rysik się nie łamie), jednak jej woskowa konsystencja nie pozwala na rozcieranie. Jednak jak już ją zaaplikujemy jest nie do zdarcia. Producent zapewnia, że jest wodoodporna i to prawda. Nie straszny jej deszcz, pot czy zły. Trzyma się na oku cały dzień i zmywa ją dopiero płyn micelarny. Fioletowy kolor ładnie podkreśla kolor brązowej tęczówki i urozmaica codzienny makijaż. 



Kolejna kredka w mojej kosmetyczce nie służy do rysowania kresek - astor 24 h perfect stay w kolorze 100 creamy taupe to tak na prawdę cień. Chociaż producent zapewnia, że może być również używana jako liner nie polecam tego rozwiązania, jej gruby rysik po prostu na to nie pozwala. Kredka ma mokrą konsystencje, która po aplikacji zastyga na oku, u mnie trzyma się doskonale, jednak obawiam się, że u dziewczyn z bardziej tłustą skóra powiek mogłaby się rolować i zbierać w załamaniu. Najczęściej noszę ją samą, czasem tylko nakładam jakiś ciemniejszy cień w załamanie. Wygląda bardzo dobrze, rozświetla spojrzenie. Ma wile bardzo drobniutkich drobinek (nie, to nie chamski brokat), kolor który określiłabym jako szampański z kapką brązu i satynowe wykończenie. Jestem z niej naprawdę bardzo zadowolona, pewnie skuszę się na jakiś inny kolor. Jest tylko jeden problem - jej średnica jest taka gruba, że nie mogę jej zatemperować. Nie wchodzi do żadnej z moich dwóch temperówek, oczywiście mam na myśli tą dużą dziurę. Czy ktoś ma jakiś pomysł?  Tak ją trochę nożem wyszczerbiłam, żebym mogła produkt wydobyć.  

niedziela, 9 listopada 2014

rzecz do rzeczy #3

Tym razem rzeczy umilające mi długie, chłodne wieczory. Herbata z rossmanna o smaku truskawek ze śmietanką znalazła się w poście z migawkami i muszę Wam powiedzieć, że na prawdę jest wspaniała. Mocna i aromatyczna. Faktycznie smak truskawek jest wyczuwalny, a poza tym mocno czuć lekko kwaśne jabłko. 


Lubię herbaty sypane, ale przeszkadzają mi te wszystkie farfocle, dlatego zaparzacz jest konieczny. Ten kupiłam w ikei za dwa albo trzy złote. Kolejną herbatą, którą robię sobie bardzo często jest jagodowa muffinka z Biedronki. Faktycznie smak jagody jest tutaj bardzo, bardzo słaby, przebija go zwykła herbata, jednak wcale mi to nie przeszkadza. Do tego pięknie, słodko pachnie. 
Gorąca czekolada też jest bardzo wskazana, od kilku tygodni miałam ochotę na białą, ale wcale nie tak łatwo takową znaleźć. W końcu w almie natknęłam się na whittard luxury white hot chocolate. Zalewamy ją mlekiem, a nie wodą. Smakuje jak rozpuszczona kostka białej czekolady z wedla wymieszana z wanilią. Mam ochotę na inne smaki, zwłaszcza na tą z dodatkiem mięty.



Skarpetki z sinsay zauroczyły mnie tak bardzo, że ostatnio kupiłam jeszcze jeden zestaw. Jedna para jest szara z reniferem, a druga czarno-biała z pingwinem. Są przyjemne w dotyku i wykonane z bawełny, co nie zawsze się zdarza. Nie ma nic gorszego niż sztuczne skarpetki. Mam wtedy wrażenie, że mam stopę owiniętą foliowym woreczkiem. 
Szare kapcie z Hebe są ze mną od kilku miesięcy i jestem pozytywnie zaskoczona ich jakością. Nic się nie rozdarło ani nie rozkleiło, a chodzę w nich codziennie. Są mięciutkie, na spodzie mają antypoślizgowe naklejki. 
Nie zdarza mi się spędzić całego dnia w piżamie i szlafroku, nie wiem dlaczego, ale bardzo tego nie lubię. Czuję się wtedy jakbym była chora. Szlafrok jest w użyciu niemal wyłącznie wieczorem. Kiedy wychodzę z wanny i jest mi zimno nie ma nic lepszego niż owinięcie się w mięciutki szlafroczek w renifery. Wskakuję w nim pod kołdrę albo koc i ściągam dopiero jak zrobi mi się cieplej. 
Tak sobie teraz myślę, że pokazałam Wam rzeczy bardziej zimowe niż jesienne, ale to chyba przez to, że w sklepach już zaczęły się przedświąteczne akcje marketingowe:) 

czwartek, 6 listopada 2014

denko - kolorówka

Wiele tego nie ma, a już na pewno nie są to produkty urozmaicone, praktycznie ograniczyłam się tylko do dwóch kategorii produktów - podkładów (ze wszystkich byłam bardzo zadowolona) i tuszy do rzęs (zadowolona byłam tylko z jednego).


Zdenkowałam wszystkie moje ulubione podkłady czyli: Bourjois healthy mix w kolorze 51 vanila, Rimmel wake me up w kolorze 100 ivory oraz Rimmel match perfection 101 classic ivory. Więcej pisałam na ich temat TUTAJ. W skrócie - wszystkie cechowały się kremową, łatwą do aplikacji formułą, nie podkreślały suchych skórek i wytrzymywały na mojej twarzy cały dzień.
Zużyłam najbardziej wydajny kosmetyk w moich zbiorach - eyebrow stylist z wibo miałam chyba 1,5 roku. Wcześniej ten produkt był bardzo popularny, ale jeszcze kilka dni temu używałam go pewnie tylko ja;) Z tego co pamiętam nie doczekał się osobnej recenzji. Produkt jest na prawdę dobry - utrwala brwi, ale nie skleja ich nadmiernie, nadaje im kolor (czego na moich naturalnie ciemnych brwiach nie było szczególnie widoczne) i trzyma się przez cały dzień. Jedynym minusem jest za duża moim zdaniem szczoteczka. Teraz wybór produktów do stylizacji brwi jest tak ogromny, że zapewne do niego nie wrócę. 


Pozostając przy wibo napiszę o jedynym tuszu, który był całkiem dobry - extreme lashes miał szczoteczkę ze zwykłego, krótko przyciętego włosia. Dobrze rozczesywał rzęsy, mogłam nałożyć dwie warstwy i nie tworzyłam przy tym efektu pajęczych nóżek, nie osypywał się. Lekko wydłużał i podkręcał. Jedyny minus był taki, że tusz szybko wysechł. Kosztuje tylko kilka złotych, miałam go już wcześniej i z pewnością jeszcze nie raz po niego sięgnę. 
Niestety teraz będzie już tylko gorzej - maskara pump up booster z miss sporty też była tania i to jej jedyna zaleta. Ma tak niedorzecznie wielką szczoteczkę, że nie ma szans umalować rzęs i nie ubrudzić przy tym połowy oka. Poza tym osypuje się i bardzo słabo podkreśla rzęsy. Nawet po trzech warstwach efekt jest ledwo widoczny. Nie przepadam za dramatycznym wyglądem rzęs, ale mimo wszystko używam tuszu, żeby było je lepiej widać niż zwykle. Zero efektu wydłużenia czy pogrubienia. Nie chcę się powtarzać, dlatego tylko napiszę, że o tuszu manhattan volcano extreme mam identyczne zdanie jak o poprzedniku, różni się tylko wielkością szczoteczki. 

wtorek, 4 listopada 2014

buuu... Bubel

Pielęgnacyjne buble zdarzają mi się bardzo rzadko. Zwykle moja zakupy są przemyślane, często ponownie sięgam po sprawdzone produkty, nowości kupuję zwykle z czyjegoś polecenia. Czytałam wiele pozytywnych opinii o marce himalaya herbals. Sięgnęłam po odżywczą maseczkę owocową do cery normalnej i suchej i nie mam ochoty na więcej. 


Zdaniem producenta: ujędrnia, napina i odmładza skórę twarzy przywracając jej młody wygląd i naturalny blask. Chłodząca maseczka owocowa odblokowuje pory i usuwa głęboko zakorzenione zaskórniki. Przywraca skórze elastyczność i odbudowuje jej prawidłową strukturę. Jabłko bogate w naturalne alfa-hydroksykwasy odżywia i przywraca naturalny blask. Figa i ogórek dają uczucie przyjemnego chłodzenia. Papaja rozjaśnia przebarwienia skóry i wygładza ją. Glinka mineralna poprawia mikrokrążenie, sprawia, że skóra jest miękka i elastyczna. Cóż... Byłabym bardzo zadowolona gdybym zobaczyła nawet mniej niż połowę tych zapewnień na swojej twarzy, niestety podczas pierwszego użycia doznałam czegoś zupełnie odwrotnego niż efekt chłodzenia. Skóra mnie okropnie piekła, a po zmyciu maski z twarzy miałam czerwone placki. Słabo. Stwierdziłam jednak, że spróbuję ponownie, tym razem wcale nie zauważyłam pieczenia (nie wiem, co mnie tak podrażniło za pierwszym razem), ale niczego innego też nie. Moja twarz przed i po wygląda dokładnie tak samo. Nie widziałam żadnego ujędrnienia, rozjaśnienia czy wygładzenia. Kilka razy dawałam jej szansę, ale nigdy nie zobaczyłam efektu. Jestem rozczarowana. 
Nie wiem, co stało mi się w głowę kiedy postanowiłam sięgnąć po szampon timotei z różą z Jerycha. Produkt jest przeznaczony do włosów suchych i zniszczonych. Zdaniem producenta: 100% piękna, 0 % parabentów. Szampon wzbogacony naturalnym ekstraktem z olejku z awokado, pomaga w zapewnieniu odpowiedniego poziomu nawilżenia i odbudowuje zniszczoną powierzchnię włosów oraz pomaga im przywrócić gładkość. Szampon nie spełnia swojej podstawowej funkcji - nie myje włosów. Po wysuszeniu są przyklapnięte i obciążone. Od razu zaznaczam, że zawsze spłukuję szampon bardzo dokładnie, poza tym mój chłopak odniósł to samo wrażenie. Na drugi dzień koniecznie trzeba umyć włosy, bo wyglądają okropnie. Nie zauważyłam zdrowego blasku ani nawilżenia. Wyłącznie natłuszczenie. Obecnie używam go do golenia nóg, innej opcji nie widzę. 

niedziela, 2 listopada 2014

Migawki

Kiedy zobaczyłam informację o tym, że do magazynu 'glamour' dodawane są cienie Inglot, myślałam, że jak następnego dnia udam się do empiku, już nic dla mnie nie zostanie. Jakie było moje zdziwienie kiedy okazało się, że na półce było nawet kilka egzemplarzy! Wybrałam tylko jeden cień - nr 160 to taki trudny do opisania kolor, dla mnie to zgaszony róż lekko złamany brązem. Skusiłam się na lakier z Biedronki (ciemny turkus) i dwa z superpharm (przypominają mi konfetti). Byłam też w Ikei (poduszki, narzuta, pościel, taca, praska to czosnku, tego typu rzeczy). Zawsze śpię w piżamie, ale ta koszula nocna jest taka słodka, że musiałam ją kupić. Pastelowy kolor, groszki i kremowe detale to jest to;) 
Tej jesieni bardzo podoba mi się zestawienie czerwonej kraty z beżowym trenczem. W końcu dorwałam w rossmannie owocową herbatę - truskawki ze śmietaną. Jest pyszna! 
Od czasu do czasu można zjeść ciasteczka i cukierki. Znowu zrobiłam krem z dyni, moja ulubiona zupa. Milka z oreo rządzi. Jest niesamowicie słodka i taka wielka, że będę ją jadła z miesiąc.


Miłej niedzieli! 

czwartek, 30 października 2014

Ulubieńcy października

Koniec miesiąca to czas na ulubieńców. Teraz mam aż dwa produkty z kolorówki - błyszczyk w tubce thrill me saffon z oriflame tak przypadł mi do gustu, że aż sama jestem zaskoczona. Bo to takie niby nic, sama z pewnością nigdy bym po niego nie sięgnęła (ale dostałam od mamy). Jest dość gęsty, przez co długo się utrzymuje, ma w sobie małe srebrne drobinki, które są niemal niewidoczne na ustach i absolutnie nie wędrują po całej twarzy, poza tym ten błyszczyk ma dość intensywny kolor. Nie jest to taka czerwień jak w opakowaniu, ale zdecydowanie na ustach widać nie tylko połysk ale i malinowy kolor. 


Jakiś czas temu skusiłam się na paletę make up revolution iconic 1. I muszę Wam powiedzieć, że rzadko zdarza się tak korzystna relacja ceny do jakości. 12 cieni jest zapakowanych w paletkę z porządnego, twardego plastiku, do tego dołączona została totalnie nieprzydatna pacynka. Cienie dobrze się rozprowadzają, dobrze blendują, maty są bardziej suche, zdecydowanie polubiłam mocniej te o wykończeniu satynowym, są trochę bardziej mokre, fakturą przypominają mi cienie z Inglota. Dobrze się trzymają, na mojej powiece bez bazy ok. ośmiu godzin. 
Mogę sobie wyobrazić swoją pielęgnację twarzy bez toniku, nie zawsze go używam, ale kiedy po niego sięgam chcę czegoś dobrego. Płyn micelarny 3 w 1 z Lirene do cery naczynkowej sprawdza się doskonale właśnie jako tonik. Nie wiem dlatego producent nazwał go płynem micelarnym, wcale nie nadaje się do demakijażu, jest na to po prostu za słaby. Natomiast bardzo lubię używać go rano i wieczorem po całym demakijażu. Ładnie pachnie, nie zostawia lepiącej warstwy, mam też wrażenie, że delikatnie uspokaja zaczerwienioną skórę. 



Na sam koniec produkty do ciała. Myjące masło po prysznic o zapachu pinacolada z bomb cosmetics podczas zakupów było taką małą fanaberią. Okazało się jednak, że bardzo dobrze się sprawdza. Produkt ma twardą, zbitą konsystencję, rozpuszcza się dopiero w kontakcie z wodą, tworzy gęstą pianę, pięknie pachnie, nie wysusza skóry i jest wprost niesamowicie wydajne. 320 gram wystarczy mi na kilka miesięcy używania. 
Kostki do masażu z masła kakaowego nie używam do całego ciała. Jego bogata, tłusta formuła sprawdza się bardzo dobrze na przesuszonych partiach ciała, używam jej również na skórę po goleniu, nie tylko nie podrażnia, ale całkowicie niweluje podrażnienie skóry. 
A co Wam w tym miesiącu przypadło do gustu? 

wtorek, 28 października 2014

codzienny nawilżacz

Moja skóra lubi kremy nawilżające, dobrze jej służą dlatego po nie sięgam. Ostatnio (czyli jakieś dwa miesiące temu) zdecydowałam się na dermedic hydrain3 hialuro nawadniający krem przeciwzmarszczkowy na dzień. Krem zapakowany jest w plastikową buteleczkę z pompką, jak wiadomo to najbardziej higieniczny sposób aplikacji, szkoda tylko, że nie jest to pompka typu air less. Poza tym plastik jest twardy i nawet sprawdzanie pod światło nic nie daje, używam kremu od dość dawna, a nie mam pojęcia ile go zużyłam.



Zdaniem producenta: chroni przed wolnymi rodnikami i hamuje melanogenezę - alga morska bogata w minerały, lipidy i witaminy równocześnie wpływa na wzrost nawilżenia oraz poprawę metabolizmu 'odradzania się' komórek. Zintegrowany system ochrony przeciwstarzeniowej poprzez nawadnianie skóry - hialuronic acid - kwas hialuronowy utrzymuje wodę w naskórku, pobudza syntezę włókien kolagenowych, redukuje ilość oraz głębokość zmarszczek mimicznych i statycznych. Kompozycja kwasu hialuronowego i oleju z oliwek odpowiada za wybitne właściwości nawilżające preparatu i długi czas działania. Zabezpiecza przed niekorzystnym działaniem promieni słonecznych - SPF 15. Nie zatyka porów. Dobrze się wchłania. Doskonały pod makijaż. 
Praktycznie ze wszystkimi powyższymi stwierdzeniami się zgadzam. Produkt pachnie przyjemnie, tak owocowo, szybko się wchłania, w żaden sposób nie wpływa na makijaż, ani podkład się na nim nie roluje, anie dłużej nie utrzymuje. Krem stosuję dwa razy dziennie - rano i wieczorem.
Ma lekką formułę, ale niech to Was nie zwiedzie. Nawilża wspaniale. Mimo zmiany temperatur, wiatru, centralnego ogrzewania, choroby moja skóra wygląda dobrze - jest miękka, elastyczna i nie ma żadnych suchych skórek (co jest moją zmorą od lat). Oczywiście nie mogę obecnie nic powiedzieć na temat jego przeciwzmarszczkowych właściwości, ale uważam, że lepiej zapobiegać, tym bardziej, że (niestety) nie mam już osiemnastu lat. Podoba mi się to, że produkt z dermedic łączy dwie funkcję. Lubię to.
Podsumowując - jest wydajny, działa dokładnie tak jak tego oczekuję i ma przystępną cenę. W promocji zapłaciłam 28,96 zł.

niedziela, 26 października 2014

Plastry na nos

Dzisiaj krótko i na temat ponieważ w kwestii plastrów oczyszczających nos nie ma sensu się rozwodzić - produkt albo działa albo nie. Dostępne aktualnie w Biedronce oczyszczające plastry na nos purderm spisują się świetnie. 


Za 6 plastrów zapłaciłam 6,99 zł, dostępne są w trzech wersjach, jak podejrzewam niczym się od siebie nie różniących, planuję jednak wrócić do biedry po dwa pozostałe. Skusiłam się na podstawową wersję, dostępne są jeszcze 'drzewo herbaciane' oraz 'węgiel drzewny'.
Na mokry nos naklejamy plaster na 15 minut, następnie odrywamy i widzimy czarne, paskudne kropki na plastrze, a nie na nosie. Efekt jest świetny, nie zrobiłam zdjęć bo mimo wszystko wydaje mi się to dość obrzydliwe, tym bardziej po niedzielnym obiedzie:)
Plastry bardzo dobrze przylegają, są tak wyprofilowane, że zakrywają również czubek nosa, który jak wiadomo wolny od zanieczyszczeń wcale nie jest. W kartonowym opakowaniu dostajemy cześć pasków zapakowanych w osobne saszetki. 
Miałam wiele różnych oczyszczających pasków do nosa i na prawdę żadne nie działały tak dobrze jak te. Nadal są w sklepach, jeśli zatem aktualnie szukacie tego typu produktu to warto się skusić. 

piątek, 24 października 2014

Pielęgnacyjne duo

W końcu wróciłam do świata, we wtorek dorwała mnie straszna angina i dopiero dzisiaj czuję się na tyle dobrze, żeby jak człowiek usiąść przy stole i włączyć laptopa. Przy okazji stwierdziłam, że czas na jakiś kosmetyczny wpis i dzisiaj opowiem Wam o balsamie i żelu pod prysznic, które w zestawie udało mi się kupić w drogerii za całe 7,99 zł. 


Oczywiście trzymałam je długo w koszyku i się zastanawiałam: brać czy nie brać, jakby te rzeczy kosztowały dużo więcej, bo przecież sporo tego jeszcze mam, ale ostatecznie stwierdziłam, że za taką cenę, aż żal nie kupić, bo przecież zawsze się zużyje. Nawilżająco-wygładzający balsam do ciała oraz kremowy żel pod prysznic pochodzą z Farmony z serii sensitive eco style. Producent zapewnia, że oba produkty w składzie nie zawierają barwników, parabenów i olejów mineralnych. W balsamie mamy natomiast olej słonecznikowy, glicerynę, mocznik i masło shea. Produkt ma konsystencję typową dla balsamów, ani nie jest za rzadki, ani za gęsty. Nałożony w zbyt dużej ilości trochę się rozmazuje, ale stosowany z umiarem aplikuje się dużo lepiej. Szybko się wchłania, nie pozostawia żadnej warstwy, mam suchą skórę, nawilżenie określiłabym jako wystarczające - stosowany codziennie faktycznie sprawia, że skóra nie jest przesuszona, natomiast z pewnością nie jest to dogłębny efekt powalający na kolana. Oczywiście takowego się nie spodziewałam, w końcu to nie masło do ciała.
Żel pod prysznic faktycznie ma kremową konsystencję, bardzo dobrze się pieni, ma w składzie sls więc może trochę przesuszać skórę. To w zasadzie wszystko, co mam do powiedzienia na jego temat, wiecie, że moim zdaniem taki produkt ma myć, jeśli przy okazji nie spływa z ręki i nie uczula to wszystko jest dobrze. 



Podsumowując - to było dobrze wydane osiem złotych. Taki żel i balsam to tylko podstawowa pielęgnacja, ale oba produkty dobrze się u mnie sprawdził i jeśli znajdę je ponownie w takim zestawie z pewnością od razu wylądują w moim koszyku bez długiego zastanawiania się. 
Poza tym przypadła mi do gustu dość prosta szata graficzna. 
Oba produkty pachną bardzo przyjemnie, kwiatowo z lekką cierpką nutą. Zapach jest bardzo delikatny i nie utrzymuje się długo na skórze. Bardzo rzadko sięgam po żel i balsam z tej samej linii zapachowej, jednak coraz bardziej taka opcja mi się podoba.