poniedziałek, 30 grudnia 2013

Czas podsumowań

Mam dzisiaj wolne, mimo to wstałam dość wcześnie, zrobiłam wszystkie rzeczy, które miałam do zrobienia. Zostało mi całkiem sporo wolnego czasu (w końcu!), który planuję przeznaczyć na relaks czyli nadrabianie blogowych zaległości, malowanie paznokci, czytanie i picie kawy. Dla mnie koniec grudnia to czas podsumowań, refleksji nad tym jaki był mijający rok. I wiecie co? Dla mnie był wspaniały. Gdybym miała rok 2013 podsumować jednym zdaniem powiedziałabym, że to był dla mnie czas bardzo pozytywnych zmian (których nic nie zapowiadało). Zmieniłam pracę, która ekstremalnie mnie stresowała i wykańczała psychicznie na taką, którą bardzo lubię i w której poznałam mojego obecnego chłopaka, nie udało mi się nigdzie jechać na wakacje (ale i tak nie żałuję), spełniłam dwa moje technologiczne marzenia: kupiłam czytnik Kindle oraz tablet Samsung Galaxy Tab 3, rzuciłam palenie, przetestowałam wiele nowości kosmetycznych (ale o tym wspomnę w osobnym poście), znalazłam wymarzone kozaki-oficerki, które zapinają się na mojej łydce;), polubiłam spódnice i przeczytałam 54 książki! Co roku sama sobie organizuję akcję 52 – która polega na tym, że w założeniu mam przeczytać tyle książek ile jest miesięcy w roku, oczywiście nie chodzi o bezmyślne czytanie na akord, dla mnie najważniejsza jest motywacja do znalezienia chwili czasu na czytanie (nie ukrywam, że Kindle bardzo to ułatwia).



***

Nie udało mi się złożyć Wam świątecznych życzeń dlatego już teraz życzę Wam aby nadchodzący rok był dla Was czasem wypełnionym szczęściem, sukcesami i spełnionymi marzeniami.

czwartek, 19 grudnia 2013

Tag: kocham zimę

1.      Ulubiony produkt do ust.
Jest ich kilka. Z pielęgnacyjnych produktów sięgam po balsam do ust tisane, jestem pewna, że nie trzeba go nikomu przedstawiać. Wspaniale pielęgnuje, odżywia i nawilża usta. Do tego ma przyjemny, delikatny zapach, nie wyobrażam sobie mojej zimowej pielęgnacji bez tego produktu. Co jakiś czas (przede wszystkim ze względu na zapach oraz dlatego, że lubię takie gadżety) sięgam po truskawkowy balsam z eos. Moim numerem jeden wśród kosmetyków kolorowych jest pomadka z bourjois shine editio w kolorze 26, idealny nudziak nadający się do codziennego makijażu.
2.      Ulubiony lakier do paznokci.
Bezapelacyjnie jest to lakier z Essie fifth avenue, piękna, nasycona czerwień.


3.      Ulubiona świeca.
Uwielbiam kiedy w domu unosi się jakiś zapach, wypaliłam wiele różnych świec i wosków, ale moim zimowym ulubieńcem są tea light’y z Ikei o zapachu ciasteczek. To taki ciepły, otulający zapach, idealny w chłodne wieczory.
4.      Ulubiony zapach.
Od kilku lat woda perfumowana z Yves Rocher So Elixir, w tym roku na przekór pogodzie sięgnęłam po wodę toaletową również z YR o zapachu kokosa, poprawia mi humor w zimowe dni.
5.      Ulubiony napój.
Ciężko zdecydować się na jeden. Herbatę wypijam litrami, najczęściej sięgam po zwykłą i dodaję do niej imbir, miód i cytrynę, ale lubię też aromatyzowane np. o smaku cynamonu, wanilii albo czarnej porzeczki. Jednak aby być całkowicie szczerą muszę wspomnieć o gorącej czekoladzie i kawie, najlepiej z dodatkiem syropu np. o smaku amaretto.
6.      Ulubiony dodatek/ubranie.
Zawsze, bez względu na porę roku moim ulubionym dodatkiem są kolczyki, nie wychodzę bez nich z domu. Zimą zawsze sięgam po jakieś małe, najlepiej z jakimś białym ‘szkiełkiem’ odbijającym światło.
7.      Ulubiona fryzura na zimę.
Rozpuszczone włosy, nie lubię mieć związanych włosów i robę tak tylko latem kiedy jest mi wybitnie gorąco. W inne pory roku pozwalam im swobodnie sobie leżeć na ramionach.


8.      Co najbardziej lubisz robić zimą?
Relaksować się! Czyli czytać książki pod kocem, oglądać filmy (i głośno komentować), chodzić na spacery, zamykać się w łazience i organizować małe domowe SPA.
9.      Najlepsze wspomnienie związane z zimą.
Ciężko zdecydować się na jedno. Mogłabym wymienić kilka z dzieciństwa, jakieś kuligi czy inne bitwy na śnieżki, ale tak naprawdę najlepsze wydarzenie związane z zimą to to, że poznałam P.
10. Ulubiony trend w modzie na zimę.
     Jakoś w tym roku nie zwróciłam uwagi na to jakie trendy obowiązują, niby widzę wiele zestawień czerni z bielą, styl barokowy, wielkie swetrzyska, ale to, co charakteryzuje mój tegoroczny zimowy trend to spódnice. Nie mogę się bez nich obyć, zakładam przynajmniej raz w tygodniu. 

wtorek, 17 grudnia 2013

Matowe paznokcie

Naszła mnie ostatnio ochota na eksperymenty ‘paznokciowe’ oczywiście akurat w tym czasie, kiedy postanowiłam nie kupować żadnych lakierów. Ale od czego są koleżanki z pracy i ich zbiory? 


Tak oto w moje ręce wpadły dwa matowe egzemplarze: lakier z Avonu z serii matt, kolor grey cement (co za wyszukana nazwa) oraz Delia cosmetics matt effect nr 414. Ten z Avonu jest typowym matem (charakteryzuje się bardzo szerokim pędzelkiem, jego aplikacja jest bezproblemowa i kryje praktycznie przy jednej grubszej warstwie), na paznokciach faktycznie trochę przypomina cement, natomiast ten z Delii ma wykończenie nieco bardziej satynowe (cienki pędzelek, bardzo rzadką konsystencję, aby uzyskać efekt pełnego krycia musiałam nałożyć aż cztery cienkie warstwy, co uważam za sporą przesadę). 


Co łączy oba produkty? Fatalna trwałość. Pomalowałam paznokcie po południu, a już następnego dnia rano miałam delikatne odpryski, pod koniec dnia lakier nadawał się do zmycia. Podoba mi się efekt na paznokciach, ale liczyłam na to, że manicure wytrzyma przynajmniej trzy dni, przecież lakiery na które nie można zastosować żadnego top’u powinny same z siebie być nieco bardziej trwałe, prawda? Przy matowym wykończeniu musimy dodatkowo pogodzić się z faktem, że każda niedoskonałość płytki paznokcia będzie widoczna. Mam jeszcze kilka kolorów (też pożyczonych) i będę je testować, tym razem z zastosowaniem lakieru bazowego, może w ten sposób trwałość będzie nieco lepsza. Za kilka dni zobaczycie efekty. 

niedziela, 15 grudnia 2013

Krem na dzień, stosuję na noc

Jakiś czas temu szukałam kremu (niezamierzony rym) na chłodniejsze pory roku, chciałam żeby był odżywczy i nawilżający, przy okazji wizyty w sklepie Yves Rocher do koszyka wpadł krem odżywiający na dzień 24h z serii Nutritive Vegetal. Co na temat kremu napisał producent: skóra delikatna, miękka i komfortowa przez cały dzień. Krem o bogatej konsystencji, bez efektu tłustego filmu, natychmiast usuwa uczucie ściągania i odżywia skórę. Efekt: skóra staje się bardziej miękka, elastyczna i aksamitna w dotyku. Formuła bez parabenów, olejów mineralnych oraz sztucznych barwników.



Krem docelowo przeznaczony jest na dzień, jednak ja aplikuję go wyłącznie na noc. Krem wchłania się długo i przez jakiś czas od aplikacji jest a skórze wyczuwalny, nie jest to jednak wada, przeciwnie – przynosi uczucie ulgi i nawilżonej skóry. Idealnie sprawuje się jesienią i zimą, kiedy moja cera jest mocno przesuszona. Aplikowany tylko raz dziennie rozprawił się z tym problemem niemal natychmiast. Dodatkowo działa kojąco, niweluje podrażnienia, mnie nie ‘zapchał’, ale jak już wielokrotnie wspominałam takie problemy niemal u mnie nie występują. 


Po ubiegłorocznej zimie moja cera wyglądała jak szara ścierka do podłogi (wiem, mocne porównanie, ale naprawdę tak było) – w tym roku bardzo chciałam takiego efektu uniknąć i jak na razie jestem bardzo zadowolona – krem sprawia, że skóra wygląda na odżywioną i wypoczętą. Zgodnie z tym, co napisał producent jest to krem o bogatej, powiedziałabym nawet ciężkiej formule, jest gęsty i tłusty dlatego nie polecałabym go do innej skóry niż sucha (i z tego też powodu stosuję go na noc, bo na dzień jest moim zdaniem trochę za ciężki). Do tego krem bardzo przyjemnie pachnie i jak na takiego tłuściocha bezproblemowo się aplikuje, tym samym jest też bardzo wydajny. Jak zawsze w przypadku kosmetyków z Yves Rocher szata graficzna opakowania bardzo przypadła mi do gustu. Produkt jest zapakowany w szklany słoiczek, który tradycyjnie otrzymujemy w kartoniku. Z tej samej serii możemy zakupić krem na noc (jeszcze tłustszy, przynajmniej takie odniosłam wrażenie po testach w sklepie), tonik oraz mleczko. Jego regularna cena to 39zł/50ml, ale jak zawsze w Yves Rocher można go upolować w promocji. Jestem z tego produktu bardzo zadowolona, jak sięgnę dna kupię kolejne opakowanie. 

piątek, 6 grudnia 2013

Każdy ma piasek na paznokciach

W końcu mam i ja! Nie, nie kupiłam kolejnego lakieru, postanowiłam, że tego nie zrobię i trzymam się dzielnie, ale od czego są koleżanki? Na kilka dni pożyczyłam sobie lakier z wibo z serii wow glamour sand nr 04. Jakie są moje spostrzeżenia? 


Lakier kryje całkowicie przy dwóch cienkich warstwach, jest też całkiem dobrej jakości – starł się na końcówkach po czterech dniach noszenia, oczywiście bez żadnych wspomagaczy. W czarnej bazie zatopione są tysiące mieniących się na zielono drobinek. Efekt na paznokciach przypomina mi trochę papier ścierny. W dotyku też jest lekko chropowaty – myślałam, że będzie się zaczepiał np. o rajstopy, ale nic takiego nie miało miejsca, jedyny minus tej faktury jest taki, że jak się czymś ubrudzi (w moim przypadku podkładem) to ciężko go później domyć. 


Lakier został wyposażony w standardowy, cienki pędzelek, konsystencja samego produktu jest dość gęsta, dzięki czemu nie rozlewa się na skórki. Największym minusem tego typu emalii jest bez wątpienia zmywanie, polecam metodę z owinięciem płatka nasączonego zmywaczem folią aluminiową, bardzo mocne tarcie z pewnością nie jest dobre dla płytki paznokcia, a w tym przypadku nie jest też najskuteczniejsze.


Wiem, że dzisiaj mikołajki, ale nie mam jeszcze Wam nic do napisania/pokazania w tej kategorii. Sobie prezent sprawię przy najbliższej okazji, czyli jak będę miała trochę więcej wolnego (swoją drogą najlepszym sposobem na oszczędzanie jest po prostu brak czasu na zakupy;). Wam tymczasem życzę otrzymania wymarzonych prezentów, oczywiście jeśli byłyście grzeczne w tym roku! 

źródło klik


środa, 4 grudnia 2013

Ulubieńcy listopada

Mam za sobą tydzień blogowej nieobecności – należą się Wam zatem jakieś wyjaśnienia. To był naprawdę szalony czas, który przyniósł duże zmiany, na szczęście wszystkie są bardzo pozytywne zarówno te w pracy, jak i życiu prywatnym. Muszę też zaznaczyć, że stęskniłam się za regularnym blogowaniem i planuję do tego powrócić.



A teraz czas na ulubieńców poprzedniego miesiąca. W listopadzie na moich paznokciach najczęściej gościła strażacka czerwień od Essie - fifth avenue - mam spore zastrzeżenia do trwałości, ale kolor i aplikacja wynagradzają mi te niedogodności (więcej na ten temat możecie przeczytać TU). Zużycie pojedynczego cienia z Inglota (nr 467 double sparkle) możecie zobaczyć na zdjęciach – używałam go niemal codziennie. Aplikowałam na całą powiekę i nosiłam w towarzystwie brązowego cienia w załamaniu albo tylko z granatową/czarną/fioletową kreską przy linii rzęs. Jasnoróżowy kolor i drobinki (wcale nie tandetne i bazarowe) ładnie odbijają światło i tworzą efekt wypoczętego oka. Pozostając w tematyce makijażu - tusz colossal od maybelline jest jednym z moich ulubionych produktów do podkreślania rzęs. 


Maskara nie rozmazuje się i nie kruszy, jest intensywnie czarna i nadaje objętość zgodnie z obietnicą producenta, nie tworząc przy tym efektu pajęczych nóżek. Ma dość dużą klasyczną szczoteczkę. Ulubionym produktem do demakijażu jest żel z Yves Rocher z serii pure calmille. Jest delikatny i bardzo skuteczny, nie podrażnia oczu, nie przesusza i nie podrażnia skóry. Do tego ma świeży, bardzo przyjemny zapach i dobrze się pieni, a demakijaż całej twarzy zajmuje nam tylko chwilę. Tradycyjnie w zestawieniu musi znaleźć się produkt pod prysznic, tym razem jest to żel z olejkiem - Balea o zapachu kwiatu jabłoni. Pachnie fantastycznie, do tego jest bardzo gęsty, świetnie się pieni i jest bardzo wydajny. Nie przesusza skóry. Na przekór pogodzie używam wody toaletowej z Yves Rocher o kokosowym zapachu. Przywodzi mi na myśl lato i słońce. Nie utrzymuje się bardzo długo, ale wcale mi to nie przeszkadza ponieważ taką małą i lekką buteleczkę można mieć zawsze przy sobie. Pachnie słodkim, naturalnym kokosem, nie jest to sztuczny i chemiczny zapach, od którego boli głowa.