czwartek, 31 października 2013

Ulubieńcy października

Dawno w ulubieńcach nie znalazły się produkty z kolorówki, na szczęcie w październiku kilka rzeczy tak bardzo przypadło mi to gustu, że postanowiłam o nich tutaj wspomnieć. 


High impact mascara z clique (miniaturka z Douglasa) to jeden z moich maskarowych hitów. Ma tradycyjną szczoteczkę wykonaną z miękkiego włosia, zwracam na to uwagę, ponieważ niektóre szczoteczki są strasznie twarde i ostre. Tusz idealnie nadaje się do codziennego makijażu – jedna warstwa daje efekt ładnie rozczesanych, wyraźnych, czarnych rzęs. Natomiast dwie idealnie nadają się na wieczór. U mnie ten tusz przede wszystkim zwiększa objętość rzęs. Nie osypuje się, nie kruszy, szczoteczka nie jest zbyt duża więc jej obsługa to sama przyjemność. 3,5 ml starczyło mi na 1,5 miesiąca. Jedyną wadą tego produktu jest jego cena – ponad 100 zł na tusz, to moim zdaniem stanowczo za dużo. Uzupełnieniem codziennego makijażu była w tym miesiącu pomadka z Celii, w kolorze 603. Dziewczęcy, delikatny róż, ładny połysk, winogronowy zapach i piękne, złote opakowanie. Do ideału brakuje tylko większej trwałości, ale z uwagi na błyszczykową formułę przymykam na to oko. Róż z Bell (zakupiony w Biedronce, kolor nr 22) w założeniu miał być tylko wakacyjnym produktem, takim trochę z przypadku, bo zastanawiając się nad jakimś droższym różem, wzięłam ten, aby stosować go w międzyczasie. Używam go do teraz i uwielbiam ten produkt. Nie potrzaskał się, jego obecny stan jest spowodowany tym, że używam go codziennie i ta resztka pozostała na ściankach po prostu się pokruszyła. Nie zrobimy sobie nim krzywdy, daje bardzo subtelny efekt, rozświetla twarz. Więcej możecie o nim przeczytać tu


Na sam koniec pielęgnacja: o balsamie z Vaseline wspominałam tutaj, dlatego nie będę się powtarzać. Trafił do ulubieńców ponieważ zdecydowanie na to zasłużył swoim działaniem. Zawsze musi się też znaleźć jakiś produkt do mycia ciała, tym razem jest to oliwka pod prysznic z olejkiem arganowym z Yves Rocher. Uwielbiam ten produkt za jego otulający, orientalny zapach, za wspaniałą, gęstą konsystencję, która rozprowadza się na ciele nie tworząc piany tylko delikatną, myjącą emulsję. Niestety nie należy do najtańszych 200ml kosztuje ok. 30 zł, ale na szczęście możemy go często dostać jako gratis do zakupów, albo w innej promocji. 

wtorek, 29 października 2013

Migawki

Ten dzień zdecydowanie nie należy do najlepszych, dlatego nie biorę się za pisanie niczego ambitniejszego. Przegląd dwutygodniowych obrazków – kupiłam bardzo zachwalaną w blogosferze herbatę z Rossmanna (mango i jogurt) i nie jest jakaś wybitna. Natomiast jagodowa muffinka jest świetna. Do herbaty upiekłam szarlotkę z karmelizowanymi jabłkami. Kupiłam ‘Twój styl’ z kalendarzem, nie wiem jak wszystkie moje notatki się w nim zmieszczą, najwyżej dokupię sobie jakiś notes. Nowe, jesienne woski z YC. W biedronce za całe 16 zł zakupiłam kubek termiczny – super trzyma ciepło o i co najważniejsze nie przecieka. Niestety groszki się ścierają. Na sam koniec Butowa nowość.


A jakie nowości zagościły ostatnio u Was? 

piątek, 25 października 2013

Stal i lawenda

Jesień to czas, kiedy na moich paznokciach niemal codziennie gości czerwień, teraz zrobiłam mały wyjątek, to połączenie tak mi się podoba, że musiałam o nim wspomnieć. 


Lakier golden rose z serii rich color nr 38 jest zdecydowanie bardziej letni, ale w zestawieniu z ciemnym grafitem sprawdza się świetnie. Lakier wyposażony jest w szeroki pędzelek, charakterystyczny dla tej serii, jest kremowy, zupełnie ‘bezdrobinkowy’, ma bardzo dobre krycie – praktycznie jedna warstwa dobrze pokryje paznokieć – ja jednak tradycyjnie nakładam dwie cienkie. Najciekawszy jest kolor – niebieski z odrobiną lawendowego (uwierzcie mi, choć wiem, że na zdjęciach tego nie widać). 


Natomiast lakier z serii Paris nr 68 ma cienki pędzelek, do pełnego krycia potrzeba trzech cieniutkich warstw, nie pozostawia smug, zmywa się jak zwyczajny lakier. W ciemnoszarej bazie są zatopione srebrne drobinki. Moim zdaniem efekt jest świetny, trochę metaliczny, ale zdecydowanie nie podchodzący pod wykończenie perłowe, za którym nie przepadam, jest dla mnie takie babcine. Uwielbiam ten manicure w zestawieniu z szarą bluzą i srebrnym zegarkiem. Każdy z tych lakierów kosztował 5 zł, nie mogę ich niestety pochwalić za trwałość, w obu przypadkach odpryski są widoczne już drugiego dnia, ale od czego są top coat’y, prawda? ;) Prawa ręka jest pomalowana inaczej niż lewa, podoba mi się takie urozmaicenie. 

środa, 23 października 2013

Aktualnie pod prysznicem

Znajdują się u mnie dwa szampony. W poprzednich postach wspominałam Wam o odżywkach i masce, stwierdziłam, że napiszę jeszcze coś o szamponach, tym samym kończąc wpisy z kategorii ‘włosy’. Bananowy szampon z The Body Shop kupiłam w promocji razem z odżywką z tej samej serii za 25 zł, natomiast szampon z Yves Rocher „kocham moją planetę” kosztował 15,50 zł. 


Zacznijmy od tego drugiego, zdaniem producenta: szampon wzbogacony jest o witaminę E pochodzenia naturalnego oraz wyciąg z cytryny, dzięki czemu włosy są miękkie i błyszczące. Szampon przeznaczony jest do każdego rodzaju włosów, do codziennego stosowania. Szampon pachnie świeżo i bardzo miło używa się go w zaspane poranki, dzięki SLS pieni się bardzo mocno, jest przezroczysty i dość gęsty, bezproblemowo rozprowadza się po włosach, dobrze spłukuje. Po jego zastosowaniu włosy są świeże, miękkie i lśniące, niestety bardzo je plącze, dlatego odżywka jest niezbędna. Faktycznie nadaje się co codziennego stosowania – nie obciąża, ani nie przesusza włosów. Ma też całkiem dużą pojemność 300 ml i często można go znaleźć w promocji (nie jest oznaczony zielonym punktem).  Szampon posiada europejski certyfikat jakości produktów ekologicznych Ecolabel. 
Zatem jeśli szukacie dobrego, wydajnego, ładnie pachnącego szamponu (i nie macie ogromnych obiekcji przed SLSami) do częstego stosowania ten mogę Wam polecić. 


Bananowy tbs również posiada w składzie SLS. Ma żółty kolor, piękny zapach bananowy i fatalne opakowanie. Butelka jest zrobiona z twardego plastiku i ma bardzo małą dziurkę, szampon jest bardzo gęsty, zatem ‘wytrzepanie’ go do najłatwiejszych nie należy. Podobnie jak ten z YR szampon okropnie plącze włosy i odżywka jest tutaj bardzo wskazana. Dobrze oczyszcza, ale nie polecałabym go do częstego stosowania, może wtedy bardzo przesuszyć włosy. Jest dobry – działa, łatwo się spłukuje, nie obciąża włosów, ładnie pachnie, ale nie jest to nic w szamponach rzadko spotykanego i nie kupiłabym go w regularnej cenie (25 zł). Jest wiele dużo tańszych szamponów (z lepszym składem), które działają identycznie.  

sobota, 19 października 2013

Vaseline

Dzisiejszy post będzie przepełniony słowami zachwytu oraz grubą warstwą lukru – ostrzegam. Jak doskonale wiecie jestem maniaczką maseł/balsamów/mleczek do ciała, jak określiła moja przyjaciółka (od której dostałam balsam z vaseline) ‘kupiłam Ci taki duży, bo wiem, że Ty się w tych balsamach kąpiesz’, fakt zużywam ich dużo, ale mam skórę suchą i nie lubię tego uczucia ściągnięcia. 


Niestety produkty z Vaseline nie są dostępne w Polsce i gdyby nie był to wspaniały i warty uwagi produkt nawet bym o nim tutaj nie wspomniała. Jak to się dzieje, że w Rossmannach, Hebe, Naturze i setkach innych drogerii półki dosłownie uginają się od ilości produktów do ciała, a my zawsze chcemy tego, co akurat nie jest dostępne od ręki? Przed napisaniem tego posta przejrzałam Allero i jest tam kilka produktów z Vaseline (balsam z ekstraktem z owsa, z aloesem i wariant kakaowy), ceny nie są też zawrotne, w przedziale 20-30 zł możemy kupić balsam o pojemności 400 ml.



Zacznijmy od rzeczy widocznych na pierwszy rzut oka – produkt ma ogromna pojemność 725 ml i zdecydowanie jest to największy balsam, jaki kiedykolwiek miałam, na szczęście jest wyposażony w bardzo wygodną pompkę, która dozuje odpowiednią ilość produktu. Balsam ma biały kolor i konsystencję charakterystyczną dla tego typu produktów – czyli nie za rzadką i nie za gęstą, wiecie o co mi chodzi, prawda? Pachnie pięknie i delikatnie,  nie jest to nachalny zapach, który znudzi nam się po tygodniu używania. Kojarzy mi się z perfumami. Dostałam wersję nawilżającą z ekstraktem z owsa. Balsam ma zdaniem producenta głęboko nawilżać i szybko się wchłaniać bez pozostawiania tłustej warstwy. Wszystko się zgadza! Produkt rozprowadza się bezproblemowo, nie rozmazuje się na skórze, szybko wchłania i nie pozostawia żadnej tłustej/lepkiej warstwy, skóra jest miękka i fantastycznie nawilżona, od razu znika uczucie suchości i nieprzyjemne ściągnięcie skóry. Używam go tylko wieczorem, a przez cały dzień moja skóra ma odpowiedni poziom nawilżenia. Mimo lekkiej formuły (w końcu to balsam), produkt działa jak bardzo treściwe masło. Uwielbiam ten balsam i cieszę się, że jest taki duży, będę go używać z ogromną przyjemnością przez kilka miesięcy. 

czwartek, 17 października 2013

Dwa peelingi

Lubię mieć peelingi do różnych części ciała – wiem, że nie jest to kosmetyk niezbędny w pielęgnacji i można się ścierać jednym produktem, ale lubię i już. Obecnie w mojej łazience stoi peeling roślinny do ciała z pudrem z pestek moreli oraz peeling do stóp z organiczną lawendą. Oba pochodzą ze sklepy Yves Rocher, miałam już wcześniej ten duet, a to, że znów gości pod moim prysznicem świadczy o tym jak dobre to produkty. 


Zacznijmy od tego do ciała – w składzie ma m.in. sok z agawy, proszek z migdałów, olejek sezamowy, a zmielone pestki moreli są już na trzecim miejscu w składzie. Peeling pachnie ładnie, ale nie jestem w stanie opisać tego zapachu, nie wiem też, do czego mogłabym o porównać, zdecydowanie nie jest to owocowy zapach. Produkt jest zapakowany w bardzo miękką tubkę o pojemności 150 ml, czyli mniejszej niż standardowe peelingi do ciała, jest jednak bardzo wydajny. Najważniejsze jest jednak działanie – peeling ściera świetnie, jest mocnym zdzierakiem i nie polecałabym stosowania go na delikatną skórę dekoltu, na innych partiach ciała sprawdza się świetnie. Peelingujące drobinki występują w różnych rozmiarach, są ostre i z uwagi na fakt, że to pestka nie rozpuszczają się jak np. produkty na bazie cukru. Skóra po wyjściu spod prysznica jest gładka, miękka i wchłania balsam ekspresowo. Oczywiście nie zawiera parafiny. Produkt nie pieni się, aplikuję go na dłoń, a następnie rozcieram okrężnymi ruchami na wilgotnej skórze. Taki masaż funduję sobie dwa razy w tygodniu, to dla mnie idealny sposób na wieczorny relaks. To obok peelingu kawowego mój ulubieniec, niestety nie należy do najtańszych – jego regularna cena to aż 36 zł, dlatego zawsze kupuję przy okazji różnych promocji. 


Peeling do stóp też jest mocnym zdzierakiem, również nie zawiera parafiny, dzięki czemu stopy nie są oblepione żadną tłustą warstwą, tylko dobrze starte i gładkie. Uwielbiam ten efekt, niestety ten produkt również ni należy do najtańszych – 19,90 zł za 50ml to sporo i tutaj również nigdy nie zakupiłam go w regularnej cenie. Oba produkty nie są oznaczone zielonym punktem więc często możemy je kupić w promocji -40%. Peeling w składzie zawiera pumeks, wodę z lawendy oraz puder z pestek moreli. Pachnie bardzo intensywnie lawendą, chociaż nie jest to moja ulubiona nuta zapachowa, po zmyciu produktu nie utrzymuje się również zapach. A jakie produkty obecnie stoją w Waszych łazienkach? 

wtorek, 15 października 2013

Ultra doux

Na samym początku zaznaczam, że opublikowanie tej notki zajęło mi prawie dwa dni ponieważ mój laptop sukcesywnie odmawia współpracy, dzisiaj był tak łaskawy, że udało mi się uruchomić przeglądarkę. Ze względu na to, że żaden inny program nie działa zamieszczam tylko jedno zdjęcie, w dodatku wcale nie obrobione, ale sami rozumiecie. Nie mam już do niego siły i odliczam dni do zakupu nowego sprzętu (czyli do dziesiątego przyszłego miesiąca;). Przez ten czas proszę o wyrozumiałość, a teraz do rzeczy!

Mam nadzieje, że nie macie jeszcze dość postów o włosach. To już przedostatni. Dzisiaj kilka słów na temat odżywek z serii Ultra Doux od Garniera. Przy okazji promocji w Realu zaopatrzyłam się w dwie wersje: odżywkę nadającą witalność – siła 5 roślin oraz odżywkę nadającą objętość z drożdżami piwnymi i owocem granatu. 


Słowa producenta: odżywka to źródło energii i przyjemności dla włosów normalnych, osłabionych i zmęczonych. Czerpie ona prosto z serca natury, łącząc w sobie wyciągi z 5 roślin wybranych ze względu na uzupełniające się właściwości: zielona herbata to znane źródło witalności, cytryna o właściwościach nadających blask, eukaliptus znany z właściwości odświeżających, jasnota biała znana z właściwości ograniczających wydzielanie sebum, jako źródło lekkości, werbena słynna z właściwości zmiękczających i łagodzących. Dzięki swej kremowej formule odżywka pielęgnuje Twoje włosy i wygładza bez obciążania. Jej piękny zapach o ziołowych, świeżych nutach poprawia samopoczucie. Natomiast na odżywce z owocem granatu możemy przeczytać: wyjątkowa formuła do włosów cienkich, pozbawionych objętości. Połączenie drożdży piwnych o właściwościach wzmacniających i owocu granatu, aby nadać włosom objętość i witalność. Lekka, delikatna konsystencja nie obciąża włosów.

Obie odżywki ładnie pachną oraz sprawiają, że rozczesywanie włosów jest dużo łatwiejsze – i tutaj ich podobieństwa się kończą. Wersja ‘zielona’ po prostu nie działa, nie robi nic więcej poza ułatwieniem rozczesywania. Natomiast wersja ‘czerwona’ jest godna pochwały – odżywia, nawilża i wygładza włosy. Co prawda w żaden sposób nie wpływa na zwiększenie ich objętości, ale mając na uwadze jej pozostałe właściwości mogę na to przymknąć oko. Obu egzemplarzy używałam w ten sam sposób – aplikowałam je na 5-10 minut na wilgotne włosy, a następnie spłukiwałam. Reasumując obok wersji z awokado i masłem karite odżywka z owocem granatu i drożdżami jest warta uwagi (i zakupu), natomiast 5 ziół to zwyczajny bubel. 

sobota, 12 października 2013

Migawki

Czas na niekosmetyczny, weekendowy post z przeglądem zdjęć. W poprzednią sobotę pierwszy raz zrobiłam krem z dyni i muszę Wam powiedzieć, że to była najlepsza tego typu zupa jaką jadłam! Przepis jest banalnie prosty, zrobiłam wielki garnek, jadłam tą zupę przez trzy dni i wcale nie mam dość. Dalsza część prezentu zza oceanu. Miałam ogromną ochotę na zakupy ubraniowe, uzbrojona w zniżki wyruszyłam do galerii, a tam poza tłumem ludzi nie było nic ciekawego. Kupiłam szarą bluzę z białym motywem oraz czarną koszulkę z napisem shit happens ;) Obie rzeczy pochodzą ze sklepu z sinsay. Kosmetyki z Yves Rocher, które ostatnio rządzą w mojej łazience, niedługo o nich wspomnę. Na sam koniec prezent, który zrobiłam sobie sama – czytnik kindle 4 classic. Za wcześnie jeszcze na ostateczną opinię, ale wstępnie mogę Wam powiedzieć, że jestem nim zachwycona i uwielbiam jego ekran (faktycznie wygląda jak kartka papieru). Mój plan na dzisiejsze popołudnie to: książka, kawa i malowanie paznokci. To był szalony tydzień i zdecydowanie zasłużyłam na relaks.



Miłego weekendu! 

czwartek, 10 października 2013

Słynne jajko

W skrócie historia przedstawia się w ten sposób, że działania słynnych balsamów do ust w kształcie jajka byłam bardzo ciekawa. Jednak w Polsce osiągają one zawrotne ceny 30 zł, lubię gadżety, ale wszystko w granicach normy, uważam, że za 30 zł można kupić świetne masło do ciała, a nie malutki balsamik do ust. Ale do rzeczy – dostałam dary od mojej przyjaciółki mieszkającej obecnie w Kanadzie. Katarzyna – raz jeszcze dziękuję! Wśród rzeczonych darów znalazły się dwa Eos lip balm’y o zapachu truskawkowego sorbetu i letnich owoców


Balsamy są w 95% organiczne, w składzie mamy m.in. masło shea, oleje roślinne, olej jojoba i olej słonecznikowy. Producent zapewnia, że balsam nawilży usta, pozostawi je miękkie i gładkie. A jak jest w praktyce? Zacznijmy od tego, że design opakowań, cudowne zapachy (delikatne, wcale nie chemiczne) i bardzo wygodny sposób aplikacji zachwycają mnie bardzo. Jajka przychodzą do nas zapakowane w sposób charakterystyczny dla tego typu produktów czyli kartonik i kawałek plastiku. Samo opakowanie balsamu jest wykonane z plastiku, który w dotyku jest satynowy, zatem nie wyślizguje się z dłoni. Podczas zakręcania jajeczka słyszymy klik, a jest to detal, który bardzo lubię. Produkt jest dość twardy i zbity, trzeba przejechać nim po ustach kilka razy, aby dobrze balsam zaaplikować. Chociaż skład na to wskazuje, balsamy nie nawilżają jakoś spektakularnie. Stosowane kilka razy dzienne przynoszą przyjemne uczucie gładkich i miękkich ust, ale zdecydowanie nie będą się nadawały dla osób o bardzo wysuszonej skórze. Pozostawiają na ustach przyjemną powłoczkę. 



Podsumowując Eos to wspaniały, śliczny, pięknie pachnący gadżet – używam ich z ogromną przyjemnością, złamałam nawet swoją zasadę i otworzyłam oba w tym samym czasie. Nigdzie się bez nich nie ruszam – jeden leży na stoliku przy łóżku, drugi wędruje ze mną w torebce. Nie wiem, co mnie w nich tak urzeka, ale są po prostu śliczne i nie mogę się na nie napatrzeć. Dawno, żaden kosmetyk w sensie wizualnym tak mnie nie zachwycił ;) Czy chciałabym przetestować inne wersje zapachowe? Tak, ponieważ moje usta są w dobrym stanie, balsamy spisują się u mnie bardzo dobrze, jeśli jednak potrzebujecie solidnego nawilżenia nadal polecam Wam Tisane. 

wtorek, 8 października 2013

Efekt wow

Kilka postów temu wspomniałam, że odkryłam ostatnio kilka perełek wśród kosmetyków. Maska regenerująca z jedwabiem i wyciągiem z pestek słonecznika z serii Sleek Line Professional z pewnością do nich należy. 


Chciałam ją kupić od dłuższego czasu, przede wszystkim dlatego, że byłam zachwycona działaniem szamponu z tej samej linii, niestety za każdym razem kiedy byłam w Hebe widziałam tylko pustą półkę. Jakiś czas temu udało mi się trafić na tą maseczkę (wzięłam ostatnią) – kosztowała 9.90 zł za 250 ml. Maseczka zapakowana jest w plastikowy słoiczek, pod wieczkiem ma jeszcze plastikową osłonkę, zatem aplikacja z opakowania jest zupełnie bezproblemowa. Produkt jest dość gęsty, pachnie pięknie (słodką gumą balonową, przynajmniej mnie ten zapach tak się kojarzy), łatwo aplikuje się na włosy i do tego jest bardzo wydajna (używam jej raz w tygodniu). Najczęściej stosuję tą maskę na ok. 40 minut (pod czepek). Jakie efekty zauważyłam? 


Spektakularne! Maseczka nawilża włosy, wygładza, sprawia, że są sprężyste, pięknie pachną, dobrze się układają i świetnie się rozczesują, ale to nie wszystko – włosy są super błyszczące, jeszcze żaden inny kosmetyk nie sprawił, że moje włosy tak ‘lśniły’, efekt wow gwarantowany. Działanie tej maseczki przypomina mi produkty fryzjerskie. Produkt nie obciąża włosów, łatwo się zmywa i nie podrażnia skóry głowy. Ideał za niecałą dychę! Jeśli natraficie na tą maseczkę bierzcie bez zastanowienia.


niedziela, 6 października 2013

Krem z l’biotica

Moja pielęgnacja twarzy wygląda w ten sposób, że używam kremów do cery naczynkowej na przemian z nawilżającymi. Moja skóra już od dawna nie czerwieni się w niekontrolowany sposób, ale uważam, że od czasu do czasu przydaje się jej ukojenie w postaci kremu. Ostatnio w Hebe (ta drogeria to zło;) sięgnęłam po aktywnie kojący krem dermatologiczny z serii dermo krem InnovAge


Krem zawiera m.in. witaminę A i E, papainę, wyciąg z owsa. Na sam początek obietnice producenta: krem został przygotowany do cery wrażliwej, naczynkowej i skłonnej do podrażnień w celu złagodzenia zaczerwienienia i zapewnienia jej długotrwałego komfortu. Działanie phytobazy w dermo kremie aktywnie kojącym zostało wzmocnione o wyciąg z korzenia lukrecji, stanowiącego cenny źródło kwasu glicyryzynowego. Wykazuje on działanie zbliżone do kortykosteroidów, dzięki czemu wyjątkowo skutecznie łagodzi podrażnienie skóry. Wyraźnie redukuje rumień i zaczerwienienia, wzmacnia kruche i delikatne naczynka krwionośne. Efektywnie wiąże wodę w przestrzeniach międzykomórkowych skóry, warunkując odpowiedni jej stopień nawilżenia. Przywraca efekt długotrwałego ukojenia i komfortu. 


To, co muszę na samym początku zaznaczyć, to fakt, że krem posiada okropny, bardzo intensywny zapach, który początkowo tak mnie męczył, że zastanawiam się czy w ogóle będę po ten produkt sięgać. Na szczęście już się przyzwyczaiłam i jakoś go znoszę, ale zdecydowanie jest to ogromny minus. Krem ma zielony kolor, charakterystyczny dla tego typu produktów, nie jest ciężki, szybko się wchłania, łatwo aplikuje, nie pozostawia lepkiej warstwy i dobrze współgra z każdym podkładem. Trzeba producentowi przyznać rację w kwestii nawilżenia – faktycznie używając tego kremu nie mam problemu z przesuszeniem skóry, co w okresie jesiennym jest utrapieniem. Czy działa na zaczerwienienie? Moim zdaniem ciężko to jednoznacznie stwierdzić ponieważ poza kremem używam jeszcze np. maseczek do cery z problemami naczyniowymi. Zdecydowanie koi skórę, nie podrażnia, faktycznie nie mam policzków jak matrioszka więc nie mogę na niego narzekać.  Nie sądzę jednak aby sprawdził się u osób z dużym zaczerwienieniem. Jeśli macie taki problem zdecydowanie polecam kremy z Avene, one faktycznie działają i warto w nie zainwestować ponieważ efekt ich działania jest wspaniały. Wracając do l’bioticii jeśli szukacie niedrogiego, nawilżającego drogeryjnego kremu i nie macie dużych problemów z zaczerwieniem możecie po ten krem sięgnąć, pamiętajcie jednak, że ‘zapach’ powala, dosłownie. Cena regularna to 24,99 zł za 50 ml. 

piątek, 4 października 2013

Akcja stylizacja

Kilka tygodni temu mocno skróciłam moje włosy, chciałam żeby zregenerowały się po lecie, poza tym coraz gorzej się układały i stwierdziłam, że pewna odmiana będzie wskazana. Cięcie sprawiło, że włosy zyskały na objętości, nie zależy mi na tym żeby były super proste więc prostownicy praktycznie nie używam. Najczęściej suszę je za pomocą okrągłej szczotki, czasem pozwalam im wyschnąć i nawijam na grube wałki-rzepy, aby nadać im jakiś kształt. 


Produktem, który używam najczęściej do stylizacji jest spray termo-ochronny. Szukałam czegoś, co nie będzie miało w składzie na pierwszym/drugim miejscu alkoholu i sięgnęłam po płyn prostujący włosy z Marion. Zdaniem producenta stworzony specjalnie do prostowania włosów prostownicą lub suszarką i szczotką. Chroni przed wysoką temperaturą, doskonale rozprowadza się na włosach, ujarzmia niesforne kosmyki, długotrwale zapobiega puszeniu się włosów, nadaje jedwabistą gładkość i świetlisty połysk. Specjalna formuła z prowitaminą B5 i filtrem UV zapewnia dodatkową ochronę przed czynnikami zewnętrznymi. Zgadzam się tylko z tym, że chroni włosy przed wysoką temperaturą (w sumie tylko na tym mi zależy), nie zauważyłam aby ujarzmiał włosy, albo przedłużał efekt prostowania. Moje włosy w deszczowe dni chłoną wilgoć z powietrza wykręcając się, każdy w inną stronę i Marion nic tutaj nie zdziałał. Plusem jest wygodny atomizer, który aplikuje produkt w postaci mgiełki, a nie strumienia wody. Produkt jest tani (ok. 8 zł) i używany tylko do ochrony przed ciepłem sprawdza się bardzo dobrze, to moje drugie opakowanie. 


Suchy szampon z Batiste (wersja floral&fructy) idealnie sprawdza się do odświeżenia włosów, ten produkt jest tak powszechnie znany i chwalony, że nie ma tutaj sensu za bardzo się rozpisywać. Szampon absorbuje sebum, odświeża włosy, unosi u nasady. Trzeba tylko pamiętać o tym, żeby dobrze go wyczesać. Obecnie jest dostępny w Hebe. Najrzadziej sięgam po puder stylizujący dodający objętości Got 2b Schwarzkopf. Puder w postaci białego proszku spełnia swoje zadanie wzorowo – faktycznie unosi włosy u nasady, dodaje im mega objętości i efekt utrzymuje się długo, jeśli włosy trochę nam oklapną, wystarczy włożyć w nie dłoń i znów mamy mega volume ;) Produkt niestety sprawia, że włosy są nieprzyjemne w dotyku i posklejane, nie da się go wyczesać. Z tych powodów sięgam po niego tylko na większe wyjścia;) W plastikowym opakowaniu, które przypomina mi solniczkę mieści się 10g pudru. To wszystkie produkty do stylizacji moich włosów, może wydać się Wam dziwne, że w tym zestawieniu nie ma lakieru do włosów ani pianki – ja tych produktów wcale nie używam. Jeśli czytacie mojego bloga wiecie, że zdecydowanie bardziej stawiam na pielęgnację. 

środa, 2 października 2013

Ulubieńcy września

We wrześniowym zestawieniu znajdzie się pielęgnacja i jesienny zapach. 


Wodę perfumowaną So Elixir z Yves Rocher używam od kilku lat w sezonie jesienno-zimowym i cały czas jestem tym zapachem zachwycona. Zdaniem producenta zapach należy do kategorii drzewno-kwiatowo-owocowej, znajdziemy tutaj m.in. bergamotkę, różę, jaśmin, paczulę i kadzidło. Zapach jest otulający i wcale nie męczy mojego nosa ani otoczenia. Jeśli będziecie w sklepie YR koniecznie go powąchajcie. Zapach utrzymuje się na skórze cały dzień, a na ubraniach znacznie dłużej.  Kolejnym produktem z YR jest Beaute des mains - nawilżający krem do rąk. Krem na bazie ochronnego wyciągu z arniki spełnia swoje zadanie długotrwałego nawilżenia w 100%. Pielęgnuje skórę dłoni, jest bardzo wydajny, łatwo się aplikuje i szybko wchłania pozostawiając skórę gładką i nawilżoną, ale nie lepką. Można go nałożyć i niemal od razu łapać za myszkę i klawiaturę. Krem jest zapakowany w miękką plastikową tubkę, wizualnie bardzo mi się podoba. 


Teraz czas na coś do ciała - Joanna naturia peeling myjący z kawą – uwielbiam za zapach, słodkiej czarnej kawy. W żelu zatopione są małe ścierające drobinki, peeling dobrze się pieni, natomiast ściera w sposób średni, z pewnością nadaje się do dekoltu. Jest tani (za 100g w promocji zapłaciłam 3,50 zł) nie ma w składzie parafiny, pozostawia skórę gładką i przyjemną w dotyku. Niczego więcej nie potrzebuję. Lubię maseczki, moim zdaniem są dobrym uzupełnieniem codziennej pielęgnacji twarzy. Jednak z uwagi na moją wrażliwą i skłonną do podrażnień cerę podchodzę do nich z pewną nieufnością. Glinka czerwona (swoją kupiłam w aptece) jest polecana do cery naczynkowej, doskonale ‘uspokaja’ zaczerwienioną skórę, przynosi ukojenie i ulgę. Minusem jest tylko sposób aplikacji – sproszkowaną glinkę trzeba rozrobić, a następnie nie dopuścić do jej zaschnięcia na twarzy, tutaj idealnie sprawdza się woda termalna. Jednak efekt jest wart zachodu – jednolita, gładka skóra i zero zaczerwienień. Na sam koniec odżywka bananowa z TBS, nadal jestem nią zachwycona – pachnie bananem, nawilża, nabłyszcza, wygładza i tak dalej, nie będę się powtarzać, więcej możecie na jej temat przeczytać tutaj.