poniedziałek, 30 września 2013

Migawki

W ostatnim dniu września miałam opublikować ulubieńców, ale światło jest tak fatalne (w zasadzie nie ma światła), że postanowiłam wykorzystać zdjęcia zrobione wcześniej. Jakoś tak się złożyły, że dużo tutaj rzeczy z kategorii spożywczej;) Herbata z miodem i cytryną to znak, że jest już jesień, nie ma dla mnie nic lepszego na bolące gardło. Tosty z konfiturą pomarańczową osładzają mi chłodne poranki. Wszelkie nowości od milki z pewnością są pyszne, ale moim zdaniem połączenie z karmelowymi kamyczkami jest najlepsze, uwielbiam daim. Różnego rodzaju syropy do kawy są miłą odmianą i od czasu do czasu lubię sobie po pracy zbroić kawę np. z wanilią albo amaretto. Ich smak w żadnym wypadku nie jest chemiczny i odpowiada temu, co jest napisane na opakowaniu. Kiedyś kupiłam w Lidlu syrop waniliowy i smakował jak pół tablicy Mendelejewa. Upiekłam ostatnio ciasto ze śliwkami, jutro czas na knedle. Żeby nie było, że piszę tylko o jedzeniu załączam zdjęcie naklejek z Biedronki, już wcześniej wspominałam, że lubię wszystkie papiernicze szpargały, a naklejki ze słodkimi muffinkami, filiżankami i ciastem (znów to jedzenie;) kosztowały jedynie 1,20 zł więc nie mogłam przejść obok nich obojętnie.




A jakie drobiazgi Wam ostatnio umiliły czas? 

sobota, 28 września 2013

Szpachla

Jakiś czas temu pisałam Wam o moim pędzlowym niezbędniku (klik) wspomniałam wówczas, że nie posiadam pędzla do podkładu, zawsze nakładałam ten produkt palcami i muszę przyznać, że ta metoda sprawdza się u mnie bardzo dobrze. 


Jednak podczas wizyty w Hebe wpadł mi w oko języczkowy pędzel do podkładu za jedyne 10 zł, stwierdziłam, że warto przetestować i przekonać się czy taka metoda aplikacji się u mnie sprawdzi i dopiero jak ewentualnie mi się spodoba zafunduję sobie coś droższego. Pędzel z sense & body jest wyprodukowany z syntetycznego włosia, jest bardzo miły w dotyku, lekka plastikowa rączka ma odpowiednią długość i dobrze leży w ręce, co najważniejsze z pędzla nie wypadł ani jeden włos, a kąpałam go już wielokrotnie. Co zauważyłam przede wszystkim?


Jest to sposób aplikacji bardziej czasochłonny niż za pomocą dłoni, poza tym pędzel potrzebuje pomocy w okolicy nosa ponieważ w tym miejscu niedokładnie rozprowadza produkt. Bez wątpienia dużym plusem jest to, że ręce mamy czyste i podkład nałożony pędzlem wygląda bardzo naturalnie i ładnie stapia się ze skórą. Pędzel bardzo dobrze się sprawdza w przypadku podkładów o ciężkiej, gęstej konsystencji. Reasumując kiedy robię makijaż rano i spieszę się okropnie rezygnuję z pędzla, natomiast kiedy szykuję się na wyjście w późniejszych godzinach chętnie po niego sięgam.  Poza tym myślę, że bardzo dobrze by się sprawdził do nakładania maseczek na twarz i zastanawiam się czy może nie przeznaczyć go właśnie do tego celu, a do podkładu może bym zakupiła jakiś flat top z Hakuro? 

czwartek, 26 września 2013

Banany na włosy;)

Odkryłam ostatnio kilka dobrych produktów do włosów. Zacznę jednak od tego, który najbardziej przypadł mi do gustu - odżywka bananowa z The Body Shop dosłownie powala zapachem. Pojawi się jeszcze w ulubieńcach tego miesiąca, ale postanowiłam, że wcześniej opublikuję o niej coś więcej, bo zdecydowanie na kilka słów pochwał zasłużyła. 


Odżywka poza cudownymi walorami zapachowymi, ma bardzo dobry skład (w którym banany są na miejscu drugim, jest również lecytyna i olej kokosowy, nie znajdziemy tutaj np. silikonów) i niestety felerne opakowanie. Twarda, plastikowa butelka jest w zasadzie jedyną wadą produktu – odżywka jest bardzo gęsta (konsystencją przypomina mi banana rozdrobnionego w blenderze, zapachem też) i trudno ją wycisnąć, zdecydowanie lepiej sprawdziłby się tutaj słoiczek. 


A teraz najważniejsze czyli działanie. Odżywka wygładza, nawilża, sprawia, że włosy są miękkie i super błyszczące! Do tego oczywiście ułatwia rozczesywanie i nie obciąża włosów. Stosuję ją na dwa sposoby – pod czepek na godzinę albo na kilka minut, w obu przypadkach sprawdza się identycznie. Bezproblemowo rozprowadza się po włosach i równie łatwo zmywa. Jest idealnym uzupełnieniem mojej aktualnej pielęgnacji włosów. Kosztuje 25 zł, ja kupiłam ją w promocji (zapłaciłam za szampon z tej samej serii, a odżywką dostałam gratis). Jest warta każdej złotówki i bez wątpienia będę do tego produktu wracać jeszcze nieraz ;) Bananowy zapach wypełnia całą łazienkę (na włosach utrzymuje się cały dzień) i wprawia mnie w dobry nastrój, jest słodki ale w naturalny, nie chemiczny sposób. 

niedziela, 22 września 2013

Under 20

Zacznijmy od tego, że bliżej mi do trzydziestki niż dwudziestki (przerażające), nie mam też skóry z widocznymi niedoskonałościami, nie potrzebuję zmatowienia, słowem nie należę do grupy docelowej fluidu matującego under 20. Dlaczego po niego sięgnęłam? 


Latem doskonale sprawdzał się u mnie Affinnitone, z uwagi na jego lekką formułę, jednak z nadejściem jesieni przyszła chęć zmiany, czytałam wiele pozytywnych opinii o tym produkcie i w końcu zdecydowałam się na zakup. Kiedy na promocji w Rossmannie kosztował 14,99 zł stwierdziłam, że czas go przetestować. Miałam sporo obaw, ponieważ kiedy ostatni raz używałam podkładu z Lirene to była istna masakra, na szczęście tym razem jest dużo lepiej. Tradycyjnie słowo od producenta: innowacyjna formuła fluidu aksamitnie otula cerę grapefruitową świeżością. Niedoskonałości przestają być widoczne, a skóra staje się naturalnie gładka i matowa. Idealny do codziennej pielęgnacji i makijażu.

Podkład faktycznie pachnie grejpfrutowo, co moim zdaniem plusem nie jest, wolę produkty bezzapachowe, ale na szczęście „cytrusowy” zapach ulatnia się zaraz po aplikacji. Nie sądzę aby był idealny do codziennej pielęgnacji, to nie jest krem bb i z pielęgnacją nie ma nic wspólnego. Mój egzemplarz jest w najjaśniejszym kolorze czyli 02 naturalny mat, dostępne są niestety tylko 3 odcienie. Obecnie (jestem jeszcze trochę opalona) kolor jest dla mnie odpowiedni, jednak wiem, że w środku zimy będzie dla mnie za ciemny. Produkt ma krycie, które określiłabym jako średnio-mocne, z pewnością sporo niedoskonałości jest w stanie zatuszować. Jak wspominałam na początku moja skóra, nie potrzebuje zmatowienia więc nie wiem jak sprawdza się na skórze tłustej. Podkład ma gęstą konsystencję, ale nie tworzy smug podczas aplikacji, nie podkreśla też suchych skórek. Na mojej twarzy utrzymuje się ok. 9 godzin, co jest wynikiem średnim, spokojnie wytrzymuje dzień w pracy, ale na wieczorne wyjście potrzebuje poprawki, na szczęście ściera się równomiernie. Nie ciemnieje. Zdecydowanie zaletą jest opakowanie z pompką typu air less, uważajcie tylko na jego ilość, ponieważ jeśli naciśniecie pompkę do końca zaaplikujecie sobie tyle, produktu, że będziecie mogły wymalować nim trzy twarze;). Podsumowując jeśli szukacie dobrego krycia w niskiej cenie ten podkład jest dla Was:) Za niecałe 20 zł/30 ml warto go wypróbować. 

piątek, 20 września 2013

Gotowa na jesień

Zastanawiałam się ostatnio nad odpowiedzią na pytanie czy lubię jesień. I prawda jest taka, że czasem tak. Długie wieczory pod kocem z kubkiem herbaty, grzane wino, aromatyczne świece, ciepłe swetry. Jednak z drugiej strony – szare chmury, deszcz, błoto z liści i coraz krótsze dni są mocno dobijające. Dlatego, aby odpowiednio docenić pozytywne aspekty ten pory roku, kupiłam ostatnio kilka wieczorowych umilaczy (oczywiście już same zakupy poprawiają humor;)  Herbata musiała znaleźć się w tym zestawieniu, podobnie jak woski zapachowe i świece. A jeśli mowa o długich wieczorach, to czy jest lepszy czas na lekturę? Moim zdaniem nie! A jesień to idealny czas na czytanie skandynawskich kryminałów. Poza tym domowe spa jest zawsze mile widziane. Podczas lata zdecydowanie rzadziej fundowałam sobie takie przyjemności, przede wszystkim z uwagi na wysoką temperaturę, jednak teraz kiedy jest chłodniej wszelkiego rodzaju peelingi, maseczki, odżywki i masła są niemal niezbędne. Poza łazienką lubię czas spędzać w kuchni, kiedy za oknem hula wiatr i leje deszcz humor poprawia mi pieczenie (zwłaszcza ciasta marchewkowego albo rogalików z marmoladą). Lampka wina pod ręką, do tego zapach korzennych przypraw i od razu robi się przyjemniej. 


Wiem, że moje sposoby na przeżycie jesieni w dobrym humorze nie są rewolucyjne, ale u mnie się sprawdzają. A jakie są Wasze sposoby na jesienne wieczory? 

wtorek, 17 września 2013

Przyszłam ponarzekać

W ten deszczowy, nie ma co ukrywać jesienny dzień,  muszę sobie trochę ponarzekać. Generalnie buble trafiają mi się rzadko, przede wszystkim dlatego, że  kupując konkretny kosmetyk przeczytałam/wysłuchałam o nim sporo dobrego. Ostatnio zamawiałam maseczki do włosów z waxa, a że do darmowej wysyłki brakowało mi ośmiu złotych (czyli akurat tyle ile musiałabym zapłacić za paczkomat) postanowiłam do zamówienia coś dołożyć. Tym oto sposobem dwa buble trafiły pod mój dach. 


Zacznijmy od głęboko oczyszczających płatków na nos z firmy Marion. Cóż powiedzieć… Zrobiłam wszystko zgonie z zaleceniem producenta i nic! Zero efektu, wszystkie ‘czarne kropki’ pozostały na moim nosie, cały ‘klej’ z płatka również. Kupiłam dwa opakowania (każde z nich zawierało jeden płatek i kosztowało 1,5 zł) i za pierwszym razem stwierdziłam, że może coś zrobiłam źle, przed następną aplikacją zrobiłam sobie ‘parówkę’ żeby ułatwić Marionowi działanie i też na nic się to zdało. 


Jestem zniechęcona i pozostanę przy metodzie manualnej. Zdaniem producenta płatki wnikają głęboko w pory, dokładnie oczyszczając skórę z tłuszczu i zanieczyszczeń. Skutecznie usuwają istniejące wągry oraz zapobiegają powstawaniu nowych. Pozostawiają skórę czystą i doskonale gładką. Absolutnie nic nie jest prawdą. 


Przejdźmy zatem do kolejnego kosmetycznego niewypału czyli kremu do ciała. Produkt ma pozostawić skórę wygładzoną i nawilżoną, podczas gdy jak się już zapewnie domyślacie – nie robi totalnie nic. Body custard o zapachu lodów waniliowych ma bardzo lekką konsystencję, jednak nałożony w zbyt dużej ilości niemiłosiernie rozmazuje się na skórze. Wchłania się ekspresowo i nie pozostaje po nim nic (nawet w miarę przyjemny zapach). Zero wygładzenia, o nawilżaniu nie wspominając. Zalety? Opakowanie w formie słoika i przyjemny, delikatny zapach cukru waniliowego. 

niedziela, 15 września 2013

Piąta aleja

Niestety nie będzie to post o mojej podróży do Nowego Jorku (a bardzo żałuję), ale o lakierze z Essie fifth avenue. Jak powszechnie wiadomo buteleczka mieści 13,5 ml lakieru i zaopatrzona jest w szeroki pędzelek (wolę cieńsze, ale ten o dziwo nie jest bardzo problematyczny w aplikacji, zapewne z uwagi na fakt, że lakier ma kremową, nie za rzadką konsystencję więc nie rozlewa się przesadnie). A teraz dwie najważniejsze kwestie: kolor i trwałość. Piąta aleja to piękna nasycona, wielowymiarowa czerwień, w zależności od światła widać w niej nuty pomarańczy albo maliny.


Dla mnie to idealny kolor na jesień, pięknie wygląda do granatu/beżu/czerni/szarości. Jest w tym kolorze coś klasycznego. Ciężko na zdjęciach uchwycić to, jak lakier wygląda w różnym świetle, dlatego zachęcam do przejrzenia słoczy używając grafiki google. Natomiast jeśli chodzi o trwałość niestety nie mogę Essie pochwalić – bez żadnych wspomagaczy już drugiego dnia mam starte końcówki, a trzeciego lakier nadaje się do zmycia. Natomiast z bazą i topem wytrzymuje sześć dni, ale jest to wynik, który osiągnęły na moich paznokciach również lakiery za pięć złotych. Po wielu bardzo entuzjastycznych recenzjach spodziewałam się trochę lepszych efektów. Lakier ma błyszczące wykończenie, kryje bardzo przyzwoicie – dwie cienkie warstwy w zupełności wystarczą, aby pokryć paznokieć kolorem. Jednak jest coś, co spodobało mi się w tym produkcie bardzo (a o czym nigdzie nie przeczytałam) – mianowicie w buteleczce pływają dwie metalowe kuleczki, które mieszają lakier. Słodkie, prawda?


 Na zdjęciach możecie zobaczyć jak lakier wygląda drugiego dnia (widać starte końcówki), na paznokciach mam tylko essie, bez bazy i topu. 

czwartek, 12 września 2013

Mięta i cukier waniliowy

Jak wiadomo zawsze mam jakiś produkt do ust, najczęściej jeden w domu (zawsze pod ręką) i drugi wędrujący od torebki do kieszeni płaszcza. Moje usta mają ogromną tendencję do „wysychania” i jak wielokrotnie pisałam, nie zasnę jak ich czymś nie posmaruję. 


Obecnie na stoliku koło łóżka gości blistex intensive lip relief. Produkt zapakowany jest w plastikową tubkę zwieńczoną ściętym aplikatorem, który moim zdaniem mógłby być trochę mniejszy, ale nie jest to ogromny minus ;) Kilka słów od producenta: balsam zapewnia natychmiastową pomoc nawet najbardziej spierzchniętym i popękanym ustom: szybko uśmierza ból ust, także spowodowany opryszczką, daje wrażenie łagodzącego chłodzenia, a lekka konsystencja ułatwia aplikację, nie powodując dodatkowych podrażnień, przyspiesza gojenie oraz intensywnie nawilża i regeneruje skórę ust, sprawiając, że szybko odzyskują one swój zdrowy wygląd, jest zalecany do codziennego stosowania dla osób ze skłonnością do nadmiernego wysychania i pierzchnięcia ust, filtr SPF 10 chroni przed szkodliwym działaniem promieni UVB. Produkt stosuję niemal wyłącznie na noc, faktycznie regeneruje i nawilża usta. Ma mocny miętowy zapach i smak, dzięki temu delikatnie chłodzi. Ma biały kolor i nałożony w zbyt dużej ilości zbiera się w załamaniach, nie wygląda to dobrze, zapomnijcie więc o opcji „nałożę grubą warstwę i pójdę spać”. Nałożony w mniejszej ilości sprawdza się bardzo dobrze. Nie wiem czy uśmierza ból (nic mnie nie boli) ani czy przyspiesza gojenie (nie mam czego goić), ale reszta zapewnień producenta znajduje swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości.


W przypadku blistex classic producent obiecuje nam mniej więcej to samo, więc nie będę o tym wspominać kolejny raz, skupię się na moich odczuciach. To, co mnie najbardziej zaskoczyło to przyjemny, delikatny zapach (przypomina mi trochę cukier waniliowy) i słodki smak sztyftu. Produkt zawiera witaminę E oraz wyciąg z aloesu i rumianku. Bardzo dobrze się rozprowadza na ustach, jest dość miękki, nadaje delikatny blask, nie zbiera się w załamaniach (nawet nałożony w sporej ilości) i co najważniejsze faktycznie nawilża. Do opakowania nie mam żadnych zastrzeżeń, pomadka wysuwa się bez problemu. Gdybym z tego duetu miała wskazać ulubieńca byłaby to wersja classic, nie spodziewałam się po zwykłym sztyfcie tak dobrego działania, pięknego zapachu i świetnego smaku;) Bije na głowę wszystkie inne pomadki ochronne z Nivea, Isany czy Bebe.

wtorek, 10 września 2013

Co można kupić za 5 zł?

Czekoladę, skarpetki, gumkę do włosów, albo nowy płyn micelarny. Od wielu miesięcy używam micela z biedronki i kiedy przy okazji zakupów spożywczych w Tesco zobaczyłam płyn micelarny melisa z Urody, stwierdziłam, że zrobię sobie przerwę od produktu z biedry i przetestuję coś nowego. 


Kilka słów od producenta: płyn micelarny oczyszcza, łagodzi, pielęgnuje. Zawiera specjalnie dobrane składniki aktywne. Wyciąg z melisy regeneruje, łagodzi, uspokaja i odświeża. Przynosi ulgę zmęczonej skórze. Chroni ją przed działaniem wolnych rodników. Wyciąg z zielonej herbaty spowalnia efekt starzenia się skóry, pobudza jej mikrokrążenie, uelastycznia. Działa przeciwutleniająco, łagodząco, tonizująco. Prowitamina B5 działa leczniczo i łagodząco na podrażnioną skórę, wygładza i pobudza jej koloryt. 


Produkt jest zapakowany w smukłą, plastikową butelkę, szata graficzna w kolorach bieli i zieleni jest przyjemna dla oka. Niestety aplikator jest fatalny, wylewa za dużo kosmetyku i zdarza mu się rozlać wszędzie tylko nie na płatek. Zapach jest delikatny, trochę mydlany, początkowo myślałam, że będzie mi przeszkadzał, ale praktycznie minutę po użyciu płynu jest niewyczuwalny. A teraz najważniejsze czyli działanie. W zasadzie produkt z urody jest bardzo zbliżony do tego z biedronki – dobrze zmywa, nie trzeba mocno trzeć oka aby usunąć makijaż, nie podrażnia skóry, nie wysusza i nie zostawia na twarzy żadnej warstwy. Mogę się przyczepić jedynie do tego, że jeśli dostanie się do oka (co zdarzyło mi się kilka razy, bo wylałam go za dużo) mocno piecze. Zastosowany na powiekę (a nie na oko;) działa bez zastrzeżeń. Jednym słowem – w zasadzie trzema słowami – bardzo dobry produkt. Relacja jakości do ceny jest bardzo korzystna. Nie widziałam go w innych sklepach, ale zapewne jest dostępny w małych, osiedlowych drogeriach. 

niedziela, 8 września 2013

Migawki

Niedzielny poranek to dobry czas na przegląd migawek z ostatnich dwóch tygodni. Kupiłam bluzę w Vero Modzie, już dawno chciałam jakąś mieć, ale zależało mi na tym, żeby nie była zbyt obszerna i sportowa, ta jest idealna. Poza tym uwielbiam motyw kwiatowy. Kosztowała (po przecenie) tylko 45 zł. Rozpoczął się rok szkolny, zaraz zacznie się akademicki, sklepowe półki uginają się od słodkich zeszytów, ołówków, kredek, zakreślaczy – uwielbiam takie rzeczy, ale niestety zakończyłam edukację więc zaszyty są dla mnie raczej zbędna, ale w końcu znalazłam idealne zakładki indeksujące (1,99 w biedronce) – są wykonane z cieniutkiego plastiku, nie rwą się i świetnie trzymają kartki. Takie nic, a jak cieszy ;) Jesień to czas herbaty, połączenie karmelu z bananem jest oczywiste, ale jak dobrze smakuje! Moja wygrana w konkursie na blogu u Ani (klik) bardzo się cieszę, zwłaszcza z lakieru. W zeszłym tygodniu moje paznokcie znów zdobiły kropeczki. Wczoraj wykorzystałam w Tesco kupon z joy’a (-20%), za spodnie i leginsy, które wyglądają jak spodnie zapłaciłam 68 zł. Takie ceny to ja lubię, a dzisiaj wybieram się na kolejne zakupy;)


Miłego dnia!  

piątek, 6 września 2013

O tym jak…

Udało mi się przedłużyć trwałość mojego manicure. Jeszcze kilka miesięcy temu lakier na moich paznokciach wytrzymywał dwa – trzy dni, wydawało mi się wówczas, że taki „urok” moich paznokci i nic się w tym temacie zmienić nie da. Na szczęście bardzo się myliłam! 


Sama nie sięgnęłabym po odżywkę Eveline 8 w 1, obawiałam się działania formaldehydu, poza tym czytałam opinie dziewczyn, którym ta odżywka wyrządziła więcej szkody niż pożytku. Kiedy dostałam ten produkt od mojej mamy (która była zachwycona i gorąco rekomendowała skorzystanie z odżywki) stwierdziłam, że jak już go mam to wypróbuję. Podchodziłam do niej jak pies do jeża;) obserwowałam moje paznokcie i cały czas zastanawiałam się czy wszystko jest w porządku. Przez pierwsze trzy tygodnie stosowałam odżywkę zgodnie z zaleceniem producenta (czyli co dziennie domalowywałam kolejną warstwę, po 4 dniach zmywałam) i w tym czasie zauważyłam efekt, którego się totalnie nie spodziewałam. Paznokcie stały się dużo twardsze, nie rozdwajały się i bardzo (bardzo!) szybko rosły. Następnie stosowałam odżywkę jako bazę pod lakier (cały czas używam jej w tym celu). Na zdrowych, wypielęgnowanych i co najważniejsze nie rozdwajających się paznokciach każdy lakier trzyma się zdecydowanie dłużej. Zapewnienia producenta: rewolucyjna i unikalna formuła z aktywnym kompleksem Strong Nail (tytan i diament) wnika w strukturę płytki, dzięki czemu skutecznie ją regeneruje i odbudowuje. Uszczelnia, maksymalnie utwardza oraz pobudza wzrost płytki paznokciowej. Uelastycznia ją, zwiększając odporność na uszkodzenia mechaniczne. Zabezpiecza przed pękaniem, łamaniem i rozdwajaniem. Sprawia, że zniszczone, matowe paznokcie odzyskują gładką powierzchnię i lśniący połysk. Już po 10 dniach kuracji znikną wszelkie problemy, a Ty będziesz się cieszyć pięknymi i zadbanymi paznokciami. Uwaga: zawiera 2% formaldehydu. Przed użyciem należy zabezpieczyć skórki oliwką lub kremem, a przed rozpoczęciem kuracji wykonać próbę uczuleniową. 


Odżywka jest wyposażona w tradycyjny pędzelek, jej mlecznobiały kolor widać dopiero po nałożeniu trzech warstw. Dostępna jest w Rossmannie, Hebe, Naturze, Tesco i pewnie wielu innych miejscach, kosztuje ok. 10 zł.

Wykończyłam mój top coat z Inglota i planowałam zamówić coś przez Internet (np. essie good to go), ale przy okazji innych lakierowych zakupów włożyłam do koszyka jeszcze top z golden rose, kosztował ok. 6 zł więc długo się nie zastanawiałam. Zapewnienia producenta: utwardzający lakier ochronny, wysycha już w 60 sekund i zawiera filtry UV. Nie zawiera totulenu i formaldehydu. Cóż wysycha zdecydowanie dłużej niż w minutę, ale najważniejsze, że faktycznie przedłuża trwałość lakieru. Posiada szeroki pędzelek i jest bardzo rzadki, mnie to absolutnie nie przeszkadza, wręcz przeciwnie – jego konsystencja ułatwia aplikację. Obecnie moje paznokcie wyglądają ‘wyjściowo’ spokojnie przez 6 dni, wcześniej było to dla mnie zupełnie nie do osiągnięcia. Top nabłyszcza paznokcie, ale zdecydowanie nie jest to mocny, żelowy efekt. Jestem z niego bardzo zadowolona. Znalazłam idealny duet, którego planuje się trzymać. 

środa, 4 września 2013

Kulturalny newsletter # 10

Wrzesień zacznę kulturalnie. Tradycyjnie najpierw kilka słów o obejrzanych filmach (o dziwo nie wspomnę o żadnym serialu ponieważ obecnie oglądam tylko „Suit”, o którym już wcześniej pisałam). W kolejności od najgorszego „daję nam rok” – nie wiem, co mi strzeliło do głowy, kiedy postanowiłam obejrzeć ten film. Przecież ja nie przepadam za komediami romantycznymi, a ta co, najgorsze nie jest śmieszna ani przez minutę. Następnie „Czarownice z Salem Falls”, obejrzałam ponieważ kilka lat temu przeczytałam książkę o tym samym tytule (napisaną przez Jodi Picoult, o której jeszcze dzisiaj wspomnę). Cóż powiedzieć? Pomysł był dobry, książka mnie zachwyciła, natomiast film bardzo uprościł historię, zupełnie spłaszczył bohaterów, cały czas odnosiłam wrażenie, że reżyser stara się streścić fabułę w jak najkrótszym czasie. I najlepsza ostatnio obejrzana produkcja „Iluzja” – grupa magików poza spektakularnym show dokonuje kradzieży. Policja prowadzi śledztwo, publiczność szaleje na pokazach. A w tle działa tajna organizacja zrzeszająca magików. Do samego końca nie wiadomo, kto kogo nabiera. 

Niepozorną, cienką książkę pt. „Traktor albo błąd w sztuce” Juhasia Kalada przyniosłam z wymiany książki. Nie byłam do końca przekonana, ale stwierdziłam, że wezmę, przeczytam w jeden wieczór i najwyżej mi się nie spodoba… Jak ja lubię kiedy proza zaskakuje mnie tak pozytywnie. Książka nie ma wybitnej fabuły (nieszczęśliwie zakochana dziewczyna postanawia zemścić się w trochę niekonwencjonalny sposób), ale poprzez zastosowanie efektu ‘książki w książce’ staje się dużo atrakcyjniejsza. Plus za nieprzewidywalne zakończenie i tytuł, który doskonale koresponduje z treścią. Z Waszego polecenia sięgnęłam po „Niepamięć” Marka Kotowskiego – przeczytałam w dwa wieczory, a później bałam się zasnąć! Książka wciąga od pierwszych stron, jest napisana w taki sposób, że jej czytanie sprawia dużą przyjemność, natomiast sama historia jest mocno niekonwencjonalna. Kiedy policjant rozpoczyna rutynowe śledztwo w sprawie zaginięcia staruszki nie spodziewa się tego, co odkryje. Historia sięga czasów II Wojny Światowej i okrutnych eksperymentów na żydowskich dzieciach. Zastanawiałam się jak sklasyfikować „Niepamięć” – dla mnie to kryminało-thriller z elementami fantasy. O twórczości Richarda Paula Evansa wiele słyszałam, z ciekawości wypożyczyłam „papierowe marzenia” i nie jestem zachwycona. Rozdziały są bardzo krótkie, bohaterowie słabo zarysowani, a sama historia jest zbyt moralizatorska, by mogła wydać się czytelnikowi prawdziwa. Syn znanego milionera jest skromnym i miłym chłopakiem, do czasu, aż nie wyjechał z rodzinnego miasta. Na studiach poznaje tendencyjne, zblazowane towarzystwo, które ciągnie go na dno – pijaństwo, narkotyki i szastanie pieniędzmi ojca. 

„Szansa na życie” Diane Chamberlain to opowieść o chorej na nerki Sophie. Dziewczynka przechodzi eksperymentalne leczenie i czuje się dużo lepiej. Jej matka pozwala jej jechać na obóz dla skautów. Jednak dziewczynka z niego nie wraca. Janine wierzy, że jej córka żyje, nie przestaje jej szukać, chociaż mijające dni, kiepska pogoda i podejrzenie, że dziewczynka zaginęła w lesie nie wskazują na to, aby dalej żyła. Poza chorobą, zaginięciem autorka zafundowała nam ciekawą rodzinną tajemnicę. Zdecydowanie na plus. Z pewnością sięgnę po inne książki Chamberlain. „Dziewiętnaście minut” Jodi Picoult to książka do której powróciłam do latach. Wiem, że wiele osób nie widzi sensu czytać dwa razy tego samego, ja jednak czasem lubię wrócić do czegoś, co mnie szczególnie zachwyciło. Peter jest ofiarą prześladowania w szkole, czuje się nieszczęśliwy i opuszczony, nie ma przyjaciół, na rodzinne wsparcie też nie może liczyć. Pewnego dnia postanawia powiedzieć dość i ze zwierzyny staje się łowcą. Kawał (również objętościowo) bardzo dobrej literatury. Jeśli szukacie niebanalnej historii, nieoczekiwanego zwrotu akcji i pięknego języka – ta powieść jest dla Was. To tyle na dzisiaj, przeczytałam jeszcze dwie książki Jo Nesbo, ale o nim wspomnę w następnym newsletterze. Jesień to idealny czas na skandynawskie kryminały. A co Wy ciekawego czytacie? 

poniedziałek, 2 września 2013

Okularnica

Czytałam wiele postów o okularach z Firmoo. Wiem, że kupując je opłacamy tylko koszty wysyłki (chyba 18 dolarów?). Wiele dziewczyn jest z nich bardzo zadowolonych, ale ja jakoś nie jestem przekonana i nie wyobrażam sobie zakupu okularów bez ich przymierzenia, a może tylko ja mam taką niewymiarową twarz i stąd moje obawy?;) Jednak dla wszystkich tych, którzy z różnych powodów nie są zainteresowani zakupem okularów przez Internet proponuję wstąpienie do salonu Fielmann. Okulary w podstawowej wersji możemy kupić za 59 zł! Natomiast takie nieco lepsze (np. z antyrefleksem, ja zdecydowałam się na tą wersję) za 99 zł. Prawda, że tanio? 


Mają duży wybór oprawek, wszystkie, które mierzyłam były lekkie i wygodne. W cenie okularów otrzymujemy również badanie wzroku. W zestawie jest futerał oraz szmatka do czyszczenia szkieł. Ja zdecydowałam się na ciemnobrązowe duże oprawki, trochę w stylu kujonka. Niestety nie wiem jaki to model, ponieważ wszelkie oznaczenia już dawno się starły. O tym, że nasze okulary są gotowe do odbioru salon powiadamia nas przez sms. Z tego co pamiętam czas oczekiwania na realizację wynosił tydzień, a smsa dostałam po pięciu dniach.

Jestem z ich usług bardzo zadowolona. Moje okulary mam od listopada ubiegłego roku. Od tego czasu trochę się poluzowały i spadały mi na czubek nosa, przy okazji przechodziłam obok salonu, w którym je kupiłam i Pani ekspedientka od razu się nimi zajęła, dokręciła śrubki i dogięła ‘zauszniki’ (nie wiem jak się nazywa ta część za uchem;). Nawet nie zapytała o paragon (którego oczywiście ze sobą nie miałam). Warto również zaznaczyć, że obsługa jest bardzo miła i profesjonalna, przymierzyłam chyba z dwanaście par, a pani z uśmiechem podawała mi kolejne. Moja wada to minus 1.75 więc z okularami się nie rozstaje. Zastanawiam się nad zakupem kolejnej pary z Fielmanna.