sobota, 31 sierpnia 2013

Ulubieńcy sierpnia

Sierpień upłyną pod znakiem słońca i wysokich temperatur. Lato w tym roku było piękne, wcale nie cieszę się ze zbliżającej się jesieni. 


Kiedy było ponad 30 stopni i nie było sensu nakładać podkładu, pudru i całej reszty ponieważ wszystko z człowieka spływało często decydowałam się na akcent w postaci intensywnej, różowej pomadki z Cartice w kolorze 210 kiss kiss hibiskiss (więcej o niej znajdziecie tutaj). Uwielbiam ją za lekko błyszczące wykończenie, bardzo dobrą trwałość i za to, że nie roztapia się nawet w wysokich temperaturach;) Żel pod prysznic z Yves Rocher o zapachu grejpfruta z Florydy zawładną moją łazienką, intensywny zapach gorzkiego grejpfruta jest cudowny. Idealny na upalne wieczory, świetnie odświeżający przy porannym prysznicu. Dobrze się pieni, nie wysusza skóry. Szkoda tylko, że ma taką małą pojemność (200ml). Kolejny produkt z YR to kostka do kąpieli o zapachu kokosa, nie pieni się, natomiast barwi wodę na mleczny kolor, skóra po kąpieli jest miękka i gładka. Zużyłam ich kilka, dobry sposób na wieczorny relaks.


Multilipidowy krem odżywczy z pharmaceris seria A (recenzja tutaj) był niezastąpiony jako regenerująco-nawilżający plaster na skórę suchą od słońca. Używałam go zimą i świetnie się sprawdzał, na początku lata szukałam czegoś co dobrze nawilży moją skórę, ale nie będzie tłuste i ciężkie, kupiłam kolejne opakowanie i jestem równie zadowolona jak wcześniej. Nie stosowałam go codziennie, tylko wtedy kiedy uważałam, że moja cera go potrzebuje. Szybko się wchłania, doskonale nawilża i koi, nie podrażnia, posiada higieniczne opakowanie, jest praktycznie bezzapachowy. Dzięki balsamowi Dove summer glow moje nogi nie wyglądały jak posypane mąką. Nogi udało mi się opalić dwa razy w życiu (to były m.in. wakacje w Tunezji) więc nie łudziłam się, że tym razem będzie inaczej. Balsam nadaje delikatny kolor, nie pozostawia smug, aplikacja jest bezproblemowa, po 2-3 prysznicach spłukuje się, więc jeśli coś nie poszło zgodnie z planem też nie było tragedii. Moim zdaniem ma całkiem przyjemny zapach. 

czwartek, 29 sierpnia 2013

Brokat na twarz

Są kosmetyki które wyrządzają nam krzywdę, są takie których działanie jest wspaniałe, ale znajdą się również produkty, które nie robią zupełnie nic i właśnie o takim dzisiaj napiszę. Wcześniej już wspominałam, że nie jestem do kosmetyków z Perfecty przekonana, po tym jak koleżanka poleciła mi ich masło do ciała (z działania którego byłam bardzo zadowolona) postanowiłam sięgnąć po coś do pielęgnacji twarzy. Krem zapakowany jest w szklany słoiczek, a słoiczek w kartonik (zabezpieczony przezroczystą folią), na którym znajdują się wszystkie najważniejsze informacje. Produkt posiada SPF 10 i jest przeznaczony dla osób po 30. roku życia.


Rozświetlający krem na dzień do cery zmęczonej zdaniem producenta z założenia miał nawilżać, regenerować, dotleniać, niwelować oznaki starzenia skóry, likwidować oznaki zmęczenia. A co ciekawe producent zapewnia, że „już po pierwszym użyciu cera jest bardziej promienna i wygląda zdrowiej (nie odnotowałam). Po 3-4 tygodniach regularnego stosowania 100% badanych potwierdza widoczną poprawę kolorytu i kondycji skóry, a także ujędrnienie i wygładzenie cery”. Nieźle, ciekawa grupa badanych.
Krem na mojej skórze nie zrobił zupełnie nic – nie nawilżał, nie odświeżał, nie sprawił, że twarz wyglądała na odżywioną i wypoczętą. Z drugiej jednak strony nie zapchał mnie ani nie podrażnił. Poza totalnym brakiem działania produkt ma jeszcze jedną sporą wadę – jest dosłownie po brzegi wyładowany drobniutkim złotym brokatem, really? Gdybym chciała świecić się jak bombka znalazłabym na to sposób. Na szczęście po nałożeniu makijażu efekt ‘dotyku Midasa’ zostaje skutecznie ukryty. Irytuje mnie to, kiedy producent myśli, że aby krem odświeżał i rozświetlał należy naładować drobin, które ten efekt stworzą. 


Krem miał zapach chemicznej cytryny, co również nie przypadło mi do gustu. Używałam go przez dwa miesiące, ale po tym czasie stwierdziłam, że nie dam rady nałożyć go ani razu więcej (i tak jestem z siebie dumna, że tyle wytrzymałam). Ze względu na to, że nie lubię jak coś się marnuje znalazłam dla Perfecty zastosowanie w postaci balsamu do ciała, w słoneczne dni drobinki ładnie podkreślały opaleniznę na ramionach i dekolcie. Na szczęście już go zużyłam. Nie planuję dalszej przygody z pielęgnacją od Perfecty. Oczywiście będę wracała do maseł, ale resztę asortymentu odpuszczam. Za cenę kilkunastu złotych można znaleźć dobry krem do twarzy np. z Ziaji albo Flosleku. 

wtorek, 27 sierpnia 2013

Miedziak

Na początek słowem wstępu chciałabym nadmienić, że bardzo podoba mi się to, że sklep Yves Rocher dba o swoje klientki i co miesiąc przesyła pocztą bądź via Internet ciekawe oferty. I właśnie dzięki takiej sierpniowej promocji do całkiem skromnych zakupów otrzymałam cień do powiek. Warto również zaznaczyć, że było dostępnych kilka kolorów do wyboru, w końcu ktoś pomyślał o tym, żeby w gratisie klient otrzymał coś, co da się zastosować na co dzień, a nie wyłącznie na bal przebierańców.


A teraz do rzeczy – cień (nr 14 – brun cuivre) jest utrzymany w ciepłej, miedziano-brązowej tonacji. Nie osypuje się, jest troszkę twardszy niż te z Inglota, bardzo dobrze się aplikuje pędzlem, a o dziwo jeszcze lepiej palcem. Nie zbiera w załamaniu powieki i jest bardzo dobrze napigmentowany, podczas rozcierania nie traci na intensywności. Bez bazy wytrzymuje na (moich w zasadzie bezproblemowych) powiekach niemal cały dzień czyli jakieś 9-10 godzin, spokojnie zatem można go używać do pracy. W zasadzie nie zauważyłam w tym produkcie żadnych wad. Może poza ceną (regularna to 34,90 zł za 3g), bądźmy szczerzy za taką kwotę możemy kupić trzy okrągłe wkłady do paletek z Inglota, które jakością nie ustępują cieniom z YR.



Produkt jest zapakowany w plastikową, porządnie wykonaną kasetkę z przezroczystym okienkiem, przez które widać kolor cienia znajdującego się w środku. Praktyczne rozwiązanie, zwłaszcza dla kogoś, kto ma kilka takich granatowych kasetek. Najczęściej używam go w załamanie powieki w połączeniu z jasnym, rozświetlającym cieniem. Bardzo ładnie wygląda też nałożony na całą powiekę. Wierzcie mi, że starałam się zrobić mu zdjęcie na oku, ale niestety mój brak umiejętności sprawił, że albo zdjęcie wyszło zupełnie rozmazane albo kolor był przekłamany, a zdarzyły się i takie foty, na których wyglądałam jak po spożyciu. Wybaczcie mi. Będę ćwiczyć tą trudną sztukę fot z ręki;) 

niedziela, 25 sierpnia 2013

Migawki

W piątek po pracy w ramach rozpoczęcia weekendowego chillout’u upiekłam francuskie ciasteczka z brzoskwinią, wiem, że wyglądają jak dzieło siedmiolatka na szkolnych zajęciach praktyczno-technicznych, ale został mi mały kawałek ciasta i nic chciałam żeby się zmarnował. Wosk blissful autumn jest moim ostatnim odkryciem, to jeden z moich ulubionych zapachów z yankee candle. Pachnie już trochę jesiennie – suszonymi owocami, gruszką, jabłkiem i śliwką. Ciężko opisać ten zapach, jest taki słodko-kwaśny. Przy okazji powąchajcie, jest boski! Wczoraj podczas zakupów spożywczych kupiłam w Auchanie kwieciste trampki za całe 9,95 zł! Dzisiaj będę leżeć i czytać. Może uda mi się napisać kilka kosmetycznych recenzji, bo w tygodniu nie bardzo mam czas na blogowanie. 


Miłej niedzieli! 

czwartek, 22 sierpnia 2013

Groszki…

To mój ulubiony wzór, podoba mi się na wszystkim – tkaninach, przedmiotach codziennego użytku i na paznokciach. Taki mani nie jest trudny do zrobienia, wystarczy sonda (albo szpilka, wykałaczka), lakier i już. Jak zawsze wszystko jest uzależnione od naszej fantazji i upodobań. Ja zdecydowanie nie przepadam za przepychem w tym temacie, dlatego zawsze wybieram stonowane połączenia. Mój ulubiony motyw to białe kropki na serdecznym palcu.

Na wszystkich paznokciach lakier rimmel 60 second w kolorze 500 caramel cupcake + groszki z białego lakieru d’or french manicure nr F12. Nie polecam tego białego, do kropek się nadaje, ale pomalowanie nim całego paznokcia to katorga, pozostawia niesamowite smugi.


Na paznokciach błękit z flormaru nr P25, groszki jak wyżej.



Na sam koniec opcja, która podoba mi się najmniej. Miętowy lakier to golden rose z serii paris nr 236, niebieski rimmel 840 blue eyed girl. 



wtorek, 20 sierpnia 2013

Afryka w butelce

A może bym dzisiaj napisała coś o balsamie do ciała? Pomyślałam wychodząc z pracy, dawno taka notka się nie pojawiła, a to oczywiście nie świadczy o tym, że niczego do nawilżania ciała nie używam. Często wracam do ulubionych smarowideł (tylko kupuję inny wariant zapachowy, tak jest w przypadku maseł z TBS albo z perfecty), ale jakiś czas temu skusiłam się na odmładzające mleczko do ciała z serii Afryka SPA od Bielendy (nie ukrywam, że na mój wybór w znacznej mierze wpłynęła promocyjna cena 6,99 zł za 250 ml). Produkt zapakowany jest w plastikową buteleczkę zwieńczoną wygodną pompką (kto tego nie lubi;). 


Producent zapewnia nas, że odmładzające mleczko do ciała wykorzystuje niezwykłe właściwości roślin rytualnych Afryki – aktywnie regeneruje skórę, przywraca jej właściwą jędrność i elastyczność. Ciało odzyskuje niezwykłą miękkość, gładkość i właściwe nawilżenie. Egzotyczny, ciepły i korzeny aromat mleczka poprawia samopoczucie, pobudza i dodaje energii. 


Cóż… moim skromnym zadaniem trochę przesadzili, zwłaszcza z tym zapewnieniem o wykorzystaniu rytualnych afrykańskich roślin, no bez przesady, w składzie nic na to nie wskazuje. Przy okazji składu – najlepiej nie jest (olej mineralny, parabeny), jeśli jesteście fankami tylko naturalnej pielęgnacji ciała omińcie ten produkt szerokim łukiem. To, co mnie w tym produkcie urzeka to zapach – trochę korzenny, kolonialny, przypomina mi woń drzewa sandałowego. Dla mnie jest idealny na wieczór, zdecydowanie wbrew temu, co twierdzi producent nie jest to zapach pobudzający ani energetyzujący, raczej relaksujący ;) Mleczko nie jest rzadkie, konsystencją przypomina balsam do ciała. Szybko się wchłania, faktycznie wygładza skórę i całkiem przyzwoicie nawilża. Nie jest to ideał, ale ze względu na zapach jestem mu w stanie wiele wybaczyć. Na plus zaliczam mu również konsystencję, szybkie wchłanianie, łatwość aplikacji (nie lubię kiedy produkty do ciała rozmazują się) oraz całkiem dobre nawilżenie. To, co bardzo mi się nie podoba to beznadziejne, totalnie nieprzemyślane słowa od producenta to ewentualnych użytkowniczek mleczka. Oczywiście zawartość bio olejku arganowego, odmładzanie oraz rytualne rośliny (naprawdę nie mogę tego przeżyć!) możemy spokojnie włożyć między bajki. 

niedziela, 18 sierpnia 2013

Jak malować to pędzlem

Dzisiaj zaprezentuje pędzlowe minimum, są to moje ulubione i tym samym najczęściej używane egzemplarze. W tym zestawieniu nie znajdziecie pędzla do podkładu ponieważ go nie używam, nigdy nie miałam żadnego egzemplarza, ponieważ jakoś nie mogę się przekonać, poza tym nakładanie produktu palcami albo gąbeczką sprawdza się bardzo dobrze. Nie jestem również szczęśliwą posiadaczką beauty blendera, nie dlatego, że nie chcę się przekonać o jego właściwościach, ale z tego powodu, że nie moim zdaniem jest zdecydowanie za drogi. 


Zacznijmy od najstarszego i jednocześnie najtańszego egzemplarza (nie pamiętam ceny, ale kosztował dosłownie kilka złotych) – pędzel do pudru z rossmannowskiej serii for your beauty. Kupiłam go na studiach, a zatem w mojej kosmetyczce jest już kilka lat. Jest wykonany z syntetycznego, bardzo miękkiego włosia, rączka jest metalowo-plastikowa. Używam go praktycznie codziennie. Nadaje się do aplikacji pudru prasowanego i sypkiego. Po setkach myć jego włosie nie stwardniało, na szczęście również nie wyłysiał. Za jakiś czas zastąpię go czymś innym, a for your beauty odejdzie na zasłużoną emeryturę. Jeśli zaczynacie dopiero przygodę z makijażem albo poszukujecie taniego i dobrego pędzla – ten mogę Wam polecić.
Pędzel do różu z Elite Professional również kupiłam w Rossmannie, kosztował ok. 20 zł, często można go dostać na promocji. Jest wykonany z bardzo miękkiego, elastycznego syntetycznego włosia. Bardzo dobrze się dopiera, po wielu myciach nie stracił swojego kształtu. Dobrze i sprawnie nakłada się nim róż. Jest dość mały, a dzięki temu nie zrobimy sobie wielkich różowych placków, dobrze rozciera kosmetyk. Nie mam uwag :)
Pozostając w tematyce konturowania twarzy mój największy ulubieniec do brązera to pędzle z sephory nr 44 bronzer. Ma dość krótką i grubą rączkę, ale mimo tego bardzo dobrze się z nim pracuje. Włosie jest naturalne i bardzo miękkie, dobrze zbite i ścięte na okrągło. Na początku wypadło mu kilka włosków, ale na szczęście był to jednorazowy wybryk. Po praniu nie stracił kształtu, ani włosów. Ze względu na to, że jest bardzo zbity ciężko go doprać. Świetnie nakłada się nim brązer, nie robi plam ani smug, bardzo sprawnie rozciera kosmetyk. Jego regularna cena to ok. 60 zł.


Twarz ‘zrobiona’ teraz czas na oczy. Moi niekwestionowani ulubieńcy to dwa pędzle z inglota i dwa z essence. Na całą powiekę aplikuję cień za pomocą płaskiego, języczkowego pędzla – 16 PP inglot. Ma półokrągły kształt i nie jest za duży. To egzemplarz naprawdę bardzo dobrze wykonany, mam go ponad cztery lata, a on wygląda i zachowuje się jakbym kupiła go wczoraj. Jest bardzo miękki, nadaje się również do nałożenia cienia w załamanie powieki. Jest z włosia naturalnego (mieszanka kucyka i pami), posiada długą, smukłą rączkę i kosztował ok. 30 zł.
Następny inglot nr 8 OHP to mała bardzo zbita kulka. Zdaniem producenta nadaje się do rozcierania cieni, ale nie jestem w stanie się z tym zgodzić. Włosie (naturalne – kucyk i wół) jest zbyt krótkie i za bardzo zbite, aby używać go w tym celu. Doskonale natomiast sprawdza się do roztarcia kreski (np. zrobionej kredką). Uwielbiam roztartą kreskę, nadaje spojrzeniu takiej ‘miękkości’, a makijaż ma to coś. Z tego co pamiętam kosztował ok. 27 zł.


Do rozcierania cieni oraz ich nakładania w zagłębienie powieki używam kulki z essence, nie ma żadnego numerka ale z pewnością każdy dobrze ten egzemplarz zna. Pędzle jest wykonany z syntetycznego włosia zabarwionego na fioletowo, osadzonego na plastikowej rączce. Jest miękki, tani (ok. 9 zł), łatwo dostępny i bardzo dobrze się sprawdza w codziennym makijażu. O świętym pędzlu z essence (również fioletowe, syntetyczne włosie) przeczytałam wiele niepochlebnych opinii, postanowiłam jednak go przetestować (cena ok. 8 zł mnie przekonała) i jestem z niego bardzo zadowolona. Podejrzewam, że taka różnica zdań wynika z tego, że nie używam pędzla zgodnie z jego przeznaczeniem (aplikacja eyelinera). Używam go do wypełniania brwi cieniem oraz do rysowania kreski cieniem na powiece. W obu przypadkach sprawdza się tak dobrze, że nie rozglądam się za żadnym zamiennikiem. Czy jeszcze czegoś mi brakuje? Tak – słynnego pędzla do rozcierania cieni czyli 217 z MAC’a.

A jacy są Wasi pędzlowi ulubieńcy?

Miłej niedzieli! 

piątek, 16 sierpnia 2013

Szóstka

Miało być pięciu wspaniałych, ale żadnego z tych lakierów nie mogłam pominąć, z tego powodu przedstawiam ulubioną letnią szóstkę. Oczywiście w takim zestawieniu musiała się znaleźć jakaś mięta, pięknie wygląda solo albo w połączeniu ze złotym topperem. Idealnie podkreśla opaleniznę. Nie mogło również zabraknąć niebieskiego (ten kolor kojarzy mi się z cukierkami m&m) oraz koralowego (flormar wiecznie żywy). Zresztą zobaczcie same:


Golden rose nr 236 ten kolor to moim zdaniem połączenie miety z pistacją, wygląda bardzo ładnie do opalonej skóry, niestety trzeba aż 3 warstw żeby lakier całkowicie pokrył płytkę paznokcia.
Rimmel 840 blue eyed girl intensywny niebieski, bardzo długo się utrzymuje (bez top coat’u nawet 5 dni), trzeba jednak pamiętać o zaaplikowaniu lakieru bazowego ponieważ bardzo barwi płytkę, raz o tym zapomniałam i nie mogłam domyć paznokcia przez kilka dni.


Golden rose nr 101 więcej na jego temat przeczytacie (i zobaczycie) TU.
Delia coral prosilk nr 33 intensywny róż, więcej na jego temat możecie przeczytać TUTAJ.


Flormar nr 402 mój lakierowy ulubieniec mam go już kilka lat, a jego konsystencja dalej jest taka sama, nie zgęstniał, a wiek w żaden sposób nie wpływa na jego długość utrzymywania się na paznokciach, kryje też bardzo dobrze.
Miss sporty nr 452 kolor jest typowo wakacyjny, niestety nie znoszę tych szerokich pędzelków, utrudnia mi to malowanie.


Na koniec moje dzisiejsze paznokcie: rimmel 840 blue eyed girl, a na serdecznym palcu rimmel 500 caramel cupcake razem z topperem z maybelline mino colo rama 48 honey crystals.



A bez jakich kolorów Wy nie wyobrażacie sobie lata?

środa, 14 sierpnia 2013

Wysypane z kosmetyczki

Wiem o tym, że dużo częściej piszę posty o pielęgnacji, wynika to z faktu, że zdecydowanie więcej uwagi jej poświęcam. Oczywiście robię makijaż, uwielbiam tą zmianę z niewypoczętego człowieka, w kogoś czyja twarz tryska energią, ale kiedy jest tak gorąco jak ostatnio podkład, kredkę czy tusz zostawiam sobie tylko na specjalne okazje. Wiele dziewczyn latem sięga po zwariowane, intensywne kolory, ja w tym temacie jestem raczej ostrożna i wystarczy mi śliwkowa kreska od czasu do czasu. Makijaż, który gości u mnie od kilku miesięcy nie jest niczym wyjątkowym – lekko rozświetlone oko, jasne usta, policzki podkreślone różem i tyle. Na szczęście przez ostatnie kilka dni temperatura jest dużo bardziej przyjazna i mogłam zrobić sobie standardowy make-up (hura!). 


Na twarz nakładam (palcami;) podkład maybelline affinitone perfecting + protecting foundation with vitamin E w kolorze 14 creamy beige. Jeden z moich totalnych ulubieńców, często do niego wracam. Jest bardzo rzadki dlatego trzeba z nim uważać. Średnio kryje, nie ciemnieje, jest bardzo lekki i równomiernie znika z twarzy dzięki temu idealnie nadaje się na lato. Zawsze podkład utrwalam jakimś pudrem obecnie jest to flormar loose powder w kolorze 03. Jest półtransparentny, dobrze matowi skórę i co najważniejsze nie zafunduje nam efektu „pudernicy”. Jest bardzo drobno zmielony, aplikuję go pędzlem, ponieważ dołączona gąbeczka jest twarda i do niczego się nie nadaje. Również długo się utrzymuje na twarzy i nie ciemnieje. 


Następnie czas na róż z Bell skin 2 skin w kolorze 22, śliczny, dziewczęcy kolor, niestety nie należy do najtrwalszych, ale w końcu kosztował tylko piątaka. Więcej o nim pisałam całkiem niedawno tutaj. W małym pojemniczku z Douglasa znajduje się highlighting powder w kolorze 01 z limitki enter wonderland. Z uwagi na fakt, że wypadł z moich niezdarnych rączek i roztrzaskał się na kawałeczki postanowiłam ratować to, co zostało i tym oto sposobem highlighter zyskał nowy domek. Ten produkt pojawiał się już kilkakrotnie na blogu. Uwielbiam go, daje piękny efekt złotej tafli odbijającej światło, nie ma żadnym brokatowych drobinek, utrzymuje się na twarzy cały dzień. To tyle jeśli chodzi o „zagruntowanie” twarzy – teraz czas na oczy. 


Cień w kremie z catrice made to stay longlasting eyeshadow w kolorze 040 lord of the blinks to idealny wynalazek na lato – wytrzymuje cały dzień nawet w ekstremalnych temperaturach, nie waży się, nie roluje, nie ściera. Kolor możecie zobaczyć TUTAJ. Ładnie ożywia twarz, rozjaśnia spojrzenie. W duecie z roztartą brązową kredką moim skromnym zdaniem prezentuje się świetnie. Vipera eye&brow liner w kolorze 260 sepia też jest nie do zdarcia – trzyma się cały dzień, a do tego jest miękka i bardzo dobrze się rozciera. Możecie ją zobaczyć TU. Na rzęsy aplikuję jedną warstwę tuszu z miss sporty studio lash instant volume w kolorze czarnym. Na początku tusz był bardzo rzadki i strasznie sklejał, teraz po ok. 2 tygodniach trochę zgęstniał i jest wspaniały! Ma bardzo praktyczną silikonową szczoteczkę, której włoski złapią i pomalują nawet najkrótszą rzęsę, nie osypuje się, świetnie rozdziela i pogrubia. W swojej kategorii cenowej nie ma sobie równych. Brwi podkreślam tylko brązowym żelem stylizującym do brwi. Więcej o nim możecie poczytać TU


Na sam koniec usta – używam ostatnio najczęściej roztapiającej się pomadki z wibo elixir w kolorze 06 (klik). Ma piękny kolor, nadaje się na każdą okazję i o każdej porze (hasło, jak z reklamy;p) – pasuje do pracy, do wieczorowego makijażu i na kawę z koleżanką. Na trwałość też nie narzekam, do tego nie wysusza ust i ma piękny błyszczykowe wykończenie. Tylko dlaczego się tak roztapia?! I makijaż skończony. Zwykle nie zajmuje mi to więcej niż 15 minut. 

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Jak dbam o stopy?

Latem zdecydowanie częściej odsłaniamy stopy, jednak moja pielęgnacja w tym zakresie jest przez cały rok taka sama. Teoretycznie co wieczór nakładam krem, dwa razy w tygodniu robię peeling, od czasu do czasu (powiedzmy 2-3 razy w miesiącu) moczę stopy z dodatkiem soli do kąpieli, ścieram martwy naskórek, wtedy kiedy jest taka potrzeba. Napisałam teoretycznie ponieważ w pielęgnacji stóp nie jestem aż tak systematyczna jak w przypadku innych części ciała, np. nie idę do łóżka bez nałożonego kremu do twarzy czy pod oczy, ale zdarza mi się spokojnie zasnąć bez nakremowania stóp. Oczywiście wszystkiemu winne lenistwo, jak nie zabiorę do łóżka kremu z łazienki, to nie chce mi się tam specjalnie dreptać i odpuszczam.


Obecnie używam kremu z Green pharmacy przeciw odciskom i zgrubieniom. Nie mam problemów z odciskami (a ewentualne zgrubienia usuwam mechanicznie przy pomocy tarki), ale wybierając krem do stóp nie kieruję się niczym konkretnym. Ten wzięłam przede wszystkim dlatego, że kosmetyki z Green pharmacy są na wielu blogach chwalone i chciałam coś z ich stajni przetestować. Czy krem mi się spodobał? Krótko mówią tak, przede wszystkim dlatego, że jego formuła nie jest ciężka ani tłusta (nie znoszę tłustych stóp!) dzięki czemu szybko się wchłania. Zapewnienia producenta: „zmiękcza i nawilża zrogowaciały, suchy, szorstki naskórek, ułatwia oddzielanie tkanki martwej. Zgrubienia i odciski stają się cieńsze i znikają. Krem regeneruje i wygładza skórę. Olejek cedrowy bogaty w witaminę E, przyspiesza gojenie ubytków i ran. Stopy stają się gładkie, miękkie, pachnące i odświeżone”.


Stosuję krem na noc, ale dlatego, że ekspresowo „wsiąka” w stopy można go z powodzeniem stosować na dzień bez obaw, że wychodząc w japonkach z domu wybijemy sobie zęby. Krem ma leśny zapach, dobrze nawilża i wygładza. Jeśli mamy bardzo suchą skórę na stopach bądź popękane pięty zdecydowanie ten produkt nam nie pomoże, z pewnością będzie odpowiedni dla normalnych, niezbyt wymagających stóp. Ja nie mogę się do niczego przyczepić, gdyby nie fakt, że takie specyfiki zużywam raczej długo, a wybór na półkach jest ogromny kupiłabym go ponownie. Kosztował 4,90 w Rossmannie (75 ml).

Peeling, który aktualnie stoi pod prysznicem dostałam od mamy, sama nie kupuję kosmetyków pielęgnacyjnych z Avonu, nie jestem do nich przekonana, zniechęcia mnie również fakt, że przed zakupem nie można przeczytać składu produktu, a zamawianie z uwagi na samo opakowanie to nie dla mnie. Wygładzający scrub do stóp pomarańcza i cynamon nie jest dobrym zdzierakiem, moim zdaniem z powodzeniem nadaje się do codziennego stosowania. Aplikuję go wyłącznie na sucho (tak też zaleca producent) ponieważ jego mikroskopijne, wcale nieostre drobinki zastosowane na mokro nic by nie zdziałały. Jedyna zaleta produktu jest taka, że ładnie pachnie. Oczywiście go zużyje, ma tylko 75 ml pojemności, ale następnym razem zdecydowanie sięgnę po peeling z Yves Rocher, to mój ulubiony zdzierak do stóp. 

niedziela, 11 sierpnia 2013

Migawki

Zdjęcia z ostatnich dwóch tygodni. Żel pod prysznic to artykuł pierwszej potrzeby, w sklepie z produktami z Niemiec kupiłam dwa żele marki Balea (mango i mandarynka) uwielbiam je za piękne zapachy. W Realu produkty z serii Ultra Doux były w promocji jeden za 3,99 zł więc postanowiłam przetestować inne wersje odżywki (siła 5 roślin oraz granat i drożdże piwne). W lidlu kupiłam jedną książkę, reszta jest z biblioteki, niestety czasu na czytanie mam coraz mniej. W biedronce skusiłam się na silikonową formę do tarty i niemal od razu upiekłam tartę z pomidorami i mozarellą.



Miłego popołudnia. 

piątek, 9 sierpnia 2013

50 faktów o mnie

     Widzę ostatnio ten tag wszędzie, na początku nie byłam do niego przekonana, ale z czasem czytając kolejne zabawne/ciekawe/intrygujące fakty o innych dziewczynach doszłam do wniosku, że to całkiem fajna sprawa. Musiałam się nad tym postem trochę zastanowić i szczerze mówiąc pisałam go kilka dni, nie wiem jak Wam, ale dla mnie podanie nawet 10 faktów o mnie nie jest takie łatwe, ale do rzeczy:


1.      Jestem leworęczna.
2.      Urodziłam się w maju.
3.      Marzę o posiadaniu buldoga francuskiego, kiedyś będę go miała;)
4.      Śpię na plecach z rękami nad głową, wiem, że dziwnie to wygląda, ale naprawdę jest mi w tej pozycji wygodnie.
5.      Mam takie natręctwo, że cały czas coś liczę, plasterki ogórka, które kładę na kanapkę, ile jeszcze ziemniaków zostało mi do obrania, na nudnych spotkaniach liczę nawet ilość pasków na czyjejś koszuli.
6.      Chciałabym mieszkać za granicą.
7.      Nie umiem prosić o pomoc, zawsze z uporem maniaka próbuję coś zrobić/ naprawić/ znaleźć/ zrozumieć sama.
8.      Jestem mistrzynią pakowania walizki, na każdy wyjazd, bez względu jak długi jestem w stanie się spakować dosłownie w 15 minut.
9.      Mając do wyboru morze czy góry zawsze wybieram morze. Uwielbiam.
10. Skończyłam prawo.
11. Moja ulubiona pora roku to wiosna.
12.  Nie znoszę chamstwa.
13.  Jestem uzależniona od czytania, zawsze czytam jakąś książkę.
14.  Jestem cierpliwa.
15. Oglądam najbardziej żenujący program telewizyjny – Snooki & Jwoww. Proszę Was, jak można nie lubić Snooki, ona jest tak rozkosznie głupiutka.
16. Mylę kierunki, kiedy muszę komuś wyjaśnić jak jechać po prostu podnoszę rękę i mówię: w tą stronę.
17. Prześcieradło musi być idealnie prosto rozłożone na materacu, nie toleruję żadnych fałd i zagnieceń.
18. Wolę piec niż gotować.
19. Kiedy byłam nastolatką moim idolem był… Zbigniew Herbert, czytałam jego biografię, wiersze, eseje, listy dosłownie wszystko. Oczywiście do tej pory uwielbiam poezję Herberta.
20. Lubię chodzić do teatru.
21. Porażki mnie nie motywują, nigdy nie mam „parcia” na to, żeby coś komuś udowodnić.
22. Jestem humanistą, w szkole zawsze lubiłam polski i historię
23. Mam młodszą siostrę.
24. Uwielbiam lody miętowe z kawałkami czekolady.
25. Przyjaciele są dla mnie bardzo ważni, robię wszystko, żeby bliskie mi osoby wiedziały, że zawsze mogą na mnie liczyć.
26. Lubię sprzątać, to mnie uspokaja.
27. Jestem punktualna i bardzo nie lubię, kiedy ktoś się spóźnia.
28. Nie lubię chodzić na wesela. Po prostu.
29. Jak nazwa bloga wskazuje mam na imię Aleksandra, ale nikt się do mnie tak nie zwraca. Na studiach mówili na mnie „Badyl”.
30. Jestem gadułą.
31. Najczęściej albo jestem na diecie albo zastanawiam się nad jakąś nową kolejną.
32. Nie lubię popcornu, zawsze jak jestem w kinie zastanawiam się jak ludzie mogą go jeść, przecież to nie ma smaku.
33. Moje ulubione perfumy ever to Alien.
34. Jestem sową, mogę siedzieć w nocy do późna, poranne wstawanie nie jest dla mnie, ale chciałabym to zmienić, zazdroszczę ludziom, którzy bez budzika budzą się o 7.00 rano zupełnie wypoczęci.
35.  Mam ciągłą potrzebę zmian, już kilka razy się przeprowadzałam, mieszkałam w różnych miastach, zmieniałam pracę, ale cały czas wiem, że to nie to.
36. Bardzo często jakaś piosenka kojarzy mi się z konkretnym człowiekiem.
37. Lubię sushi, raz nawet zrobiłam sama.
38. Nie jestem przesądna, ale interesują mnie różne przesądy z innych zakątków Polski, ciekawi mnie to.
39. Podoba mi się motyw kropek na ubraniach. Moi znajomi śmieją się ze mnie, że chodzę w ciuchach  Magdy M.
40. Jestem cierpliwa, a moje drugie imię to czekanie.
41. Mam wadę wymowy (francuskie er), na którą nie zwracam uwagi, czasem zupełnie o niej zapominam i nawet tego nie słyszę.
42. Planuję, planuję, planuję.
43. Nie mam w szafie nic zielonego. Od czasu kiedy moja przyjaciółka powiedziała mi, że zielony to kolor gangreny, nie noszę zielonych ubrań.
44. Jak możecie zauważyć na powyższym przykładzie cenię sobie konstruktywną krytykę.
45. Przeklinam.
46. Oglądam za dużo amerykańskich seriali.
47. Jestem uzależniona od czekolady. Mogłabym ją jeść codziennie.
48. Nie wychodzę z domu bez kolczyków.
49. Lubię spać pod namiotem.
50. Najczęściej sama nie wiem czego chcę, za duży sukces uważam fakt, że wiem czego nie chcę.