środa, 31 lipca 2013

Ulubieńcy lipca

Lipiec upłynął pod znakiem słońca i wysokich temperatur. Makijaż nakładałam tylko w sytuacjach, kiedy był on niezbędny, w pozostałe dni z niego rezygnowałam przede wszystkim dlatego, że w ponad trzydziestostopniowym upale po prostu wszystko ze mnie spływało. Z tego też powodu w tym miesiącu ulubieńcy są wyłącznie pielęgnacyjni. 


Nie wyobrażam sobie wyjścia z domu bez wody termalnej w torebce – cudownie odświeża i orzeźwia, aplikuję ją nie tylko na twarz, ale też na dekolt i ramiona. Nieoceniona pomoc w walce z upałem w mieście. Moja avene jest już na wykończeniu, następnym razem kupię uriage. O toniku antybakteryjnym Ziaja Nuno nie będę się długo rozpisywać ponieważ peany na cześć tego produktu opublikowałam tutaj. Wspaniale nawilża i łagodzi skórę. Latem się rozleniwiłam i dawno nie robiłam peelingu kawowego: używam zwykłego żelu pod prysznic z rękawicą peelingującą albo gotowego produktu – Joanna peeling do ciała soczysta malina zawsze znajdzie miejsce na mojej łazienkowej półce. Jest dobrym gruboziarnistym zdzierakiem, skutecznie usuwa martwy naskórek przede wszystkim dzięki temu, że drobinki bardzo wolno się rozpuszczają. Do tego pachnie słodką, malinową mambą i nie zostawia na skórze żadnego oleistego filmu. 


Generalnie nie przepadam za leżeniem w wannie, zdecydowanie wolę prysznic, ale po ciężkim dniu nic nie przynosi takiej ulgi jak kąpiel w letniej wodzie z dodatkiem soli do kąpieli o zapachu lotosu z serii spa od bierdonkowej firmy Be beauty (do tego jeszcze gazeta albo książka żeby mi się nie nudziło podczas moczenia się). Sól pachnie bardzo ładnie, barwi wodę na różowo, nie wysusza skóry i rozpuszcza się do końca, nie ma nic gorszego niż drobinki soli kłujące nas w tyłek;p Oczywiście zapewnienia producenta o tym, że sól ma działanie ujędrniające możemy włożyć między bajki. Nie jest to kosmetyk niezbędny, ani też taki, który wpłynie w jakikolwiek sposób na kondycje naszej skóry, to taki gadżet – umilacz. Do ostatniej kropli wycisnęłam moją ulubioną odżywkę z  olejkiem z awokado i masłem karite z Garniera, zastąpiłam ją maską z proteinami mlecznymi z Kallosa. W ubiegłym roku miałam wielki słój tej maski, przez jakiś czas musiałam sobie zrobić od niej przerwę bo ile można używać tego samego produktu. Jednak teraz wróciłam do tej maski z radością – nie obciąża włosów, bardzo dobrze nawilża i nabłyszcza, ułatwia rozczesywanie (zawsze mi na tym zależy), po aplikacji włosy są sprężyste, miękkie i świetnie się układają. 

poniedziałek, 29 lipca 2013

Nie zagryzaj ust:)

Jak doskonale wiecie uwielbiam balsamy do ust w słoiczkach, zawsze jakiś zajmuje miejsce na moim stoliku, w domu absolutnie nie przeszkadza mi aplikacja za pomocą palca, wiem, że nie jest to najbardziej higieniczna opcja na świecie, ale jeśli nie wkładamy do opakowania ręki zaraz po tym, jak trzymaliśmy się rurki w tramwaju nie ma powodów do niepokoju ;) 


Blistex otrzymujemy zapakowany w sposób charakterystyczny dla tego typu produktów – kartonik + kawałek plastiku. Na opakowaniu widnieje taka oto informacja od producenta: Balsam Blistex Conditioner zapewnia codzienną pielęgnację i odżywienie skóry ust: skutecznie nawilża dzięki zawartości wyciągu z liści aloesu, głęboko odżywia usta, a dodatkowo olej z pestek winogron wygładza ich powierzchnię i łagodzi podrażnienia, zapobiega wysuszaniu i pękaniu ust, zapewniając im skuteczną ochronę przez cały rok, w każdych warunkach pogodowych, zawiera oliwę z oliwek, witaminę E oraz filtr SPF 15, które chronią usta przed szkodliwym działaniem wolnych rodników i promieniowaniu UVB.


W zasadzie wszystko się zgadza – produkt bardzo dobrze nawilża, aplikowany kilka razy dziennie (i raz na noc;) faktycznie zapobiega pękaniu ust, niweluje również pojedyncze suche skórki, które są okropnie nieestetyczne. Zarówno kolor (lekko żółtawy) jak i konsystencja (kremowo-żelowa) blistexu są bardzo zbliżone do słynnego carmexu w słoiczku, na szczęście blistex nie posiada tego okropnego zapachu kamfory, który mnie odrzuca. Po aplikacji nie występuje mrowienie (uff!), ani uczucie chłodzenia (trochę szkoda, na lato było by idealnie, ale się nie czepiam, bo przecież producent nie zapewnia nas o występowaniu takich atrakcji). Podsumowując bardzo dobry produkt, moim zdaniem zdecydowanie lepszy od carmex’u, jeśli miałabym go porównywać z tisane to pod względem działania oba produkty są bardzo zbliżone, ale nie oszukujmy się tisane pachnie zdecydowanie lepiej. Zapach omawianego dzisiaj balsamu jest trudny do opisania wyczuwam w nim lekko mentolową nutę, ale nie jest to nic nachalnego, ani męczącego, po aplikacji nie czuć nic. Początek okazał się bardzo obiecujący, dlatego byłam tak ciekawa, jak działają inne mazidła do ust od Blistex, już zaczęłam testowanie, kolejne recenzje niedługo ;)

sobota, 27 lipca 2013

Przyszłam sobie pogadać

Dzisiejsze popołudnie (i wieczór) spędzam w domu, jest cudownie gorąco w planach mam zrobienie mrożonej kawy, poczytam książkę i obejrzę nowy odcinek „Pretty Little liars” i zjem lody – jednym słowem chillout. Miałam nawet nie zaglądać na bloggera, ale naszła mnie chęć na pogadanie – w sumie o niczym nowym i ciekawym, ale… wiele dziewczyn pisze/mówi ostatnio o szczotkach tangle teezer więc stwierdziłam, że wtrącę swoje trzy grosze. 


Szczotkę mam już ponad dwa lata i nie zamierzam jej wymieniać. Używam jej codziennie, owszem kilka „zębów” trochę jej się wykrzywiło, ale nie ma to w sumie żadnego wpływu. Kupiłam najzwyklejszą, podstawową wersję (na allegro, bo w tamtym czasie nie znalazłam jej nigdzie indziej w sieci) w kolorze intensywnego różu. Przez moje ręce przeszło sporo różnego rodzaju szczotek i grzebieni i TT pobija je wszystkie (zaznaczam jednak, że nie miałam do czynienia z wersją kompaktową oraz tą nową wersją „do salonów”). Naprawdę nie szarpie moich włosów, a jak wielokrotnie podkreślałam mają ogromną tendencję do plątania się, przy karku tworzy mi się jeden wielki węzeł. Rozczesuje je delikatnie, nie ciągnie i nie wyrywa włosów. Oczywiście, że zawsze ich kilka znajdę na szczotce, ale to normalne, że włosy wypadają. 


Poza tym szczotka jest bardzo łatwa w utrzymaniu – myję ją zwykłym mydłem albo żelem pod prysznic, w zależności co mam akurat w zasięgu ręki, spłukuję wodą i kładę na zębach żeby się wysuszyła. Normalnie leży sobie na pleckach. Uwielbiam ten produkt, nigdy nie miałam nic lepszego. Mój znajomy po tym jak zobaczył ją w łazience stwierdził, że to „szczotka dla konia”;) i nie mógł uwierzyć, że zapłaciłam 50 zł za „kawałek plastiku”, ale uwierzcie mi – w moim przypadku to były bardzo dobrze wydane pieniądze.

Na koniec kolejny powszechnie znany gadżet czyli wypełniacz (pączek) do koka – teraz kiedy jest tak gorąco noszę włosy związane, ponieważ udusiłabym się z tym kocem na karku;p Próbowałam opcji „na skarpetkę”, ale moje cienkie włosy ledwo ją utrzymywały. Pączek jest leciutki, przez to, że jest chropowaty włosy się z niego nie zsuwają, więc nie ma obawy, że w ciągu dnia kok się zdefasonuje i ktoś zobaczy nasze małe oszustwo. Swój kupiłam za 6,90 zł w h&m, ale pączki są dostępne niemal wszędzie. Jeśli jeszcze nie wypróbowałyście, serdecznie polecam! 

piątek, 26 lipca 2013

Nawilżacz

Latem nie wyobrażam sobie pielęgnacji twarzy bez toniku, kiedy wstaję rano i przecieram twarz wacikiem aż się uśmiecham z zadowolenia. Wysokie temperatury nie sprzyjają mojej twarzy: czoło mam wyschnięte, nos się świeci jak żarówka, a na brodzie gości kilku nieprzyjaciół. Generalnie nie jest dobrze, a w zasadzie powinnam napisać: nie było dobrze, ponieważ znalazłam tonik idealny, który zdecydowanie poprawił wygląd mojej cery. Ziaja Nuno technologia przeciw pryszczom tonik antybakteryjny – cera zanieczyszczona, skłonna do wyprysków to jeden z tych produktów, po które nigdy bym nie sięgnęła gdyby nie czyjaś rekomendacja (w tym przypadku była to 82Inez). 


Produkty ze słowem „antybakteryjne” albo „przeciw pryszczom” omijam szerokim łukiem – kojarzą mi się z czymś co na pewno zawiera alkohol w składzie, uczuli mnie, podrażni i wysuszy na wiór. W tym akurat przypadku nic bardziej mylnego! Produkt nie zawiera alkoholu, ma natomiast w składzie znajdziemy m.in. pantenol i alantoinę. Świetnie oczyszcza i rewelacyjne nawilża twarz. Po aplikacji znika uczucie ściągnięcia skóry, nos mi się nie świeci, a teraz najlepsze: pryszcze oraz lekkie blizny po innych nieprzyjaciołach nie goszczą już na mojej brodzie. Tonik łagodzi, nawet skóra w okolicach oczu mnie nie piecze, produkt w żaden sposób mnie nie podrażnia. Stosuję go rano i wieczorem. Uwielbiam ten tonik i pozostanę mu wierna, nawet nie spojrzę na inne produkty;) 


Używam go od pięciu tygodni zużyłam ¾ opakowania, a następne już czeka w szafce. Kosztuje 6 zł za 200 ml. Ideał! Produkt jest zapakowany w białą, plastikową buteleczkę, wyposażoną w różowy korek zamykany na ‘klik’. Na koniec zapewnienia producenta: Nuno przeciw pryszczom łagodnie oczyszcza i zamyka rozszerzone pory (to jedyna rzecz do której mogę się przyczepić, oczyszczania porów idzie mu średnio) intensywnie nawilża naskórek (prawda) stosowany systematycznie ogranicza wydzielanie serum (owszem), przygotowuje skórę do dalszych zabiegów pielęgnacyjnych (wiadomo;). 

czwartek, 25 lipca 2013

Migawki

Nie mam ostatnio na nic czasu, przez ostatni tydzień prawie nie korzystałam z komputera, co w moim przypadku jest niemal niemożliwe, przecież jestem uzależniona od Internetu;) latem zawsze dużo się dzieje, a zdecydowanie wolę posiedzieć z przyjaciółmi w plenerze niż przeglądać zakamarki sieci. Dzisiaj jednak jest dzień nadrabiania zaległości – mam popołudnie tylko dla siebie. Zrobiłam sobie wielką szklankę wody z cytryną i miętą, wygonie się rozsiadłam i mam w planach przeczytać zaległą prasę (chyba jeszcze z czerwca?), poprzeglądać Wasze blogi i napisać w końcu kilka zaległych recenzji. A teraz na szybko przegląd pozostałych zdjęć: kupiłam nowe sandałki, ponieważ życie w biegu wykończyło moje dwie ostatnie pary, zastanawiam się co sfotografować jako pierwsze, na koniec dwa najczęściej noszone przeze mnie zestawy.



Miłego popołudnia!

czwartek, 18 lipca 2013

Na stoliku

Jakiś czas temu w sieci krążył tag „co jest na moim nocnym stoliku”, ostatnio sobie o nim przypomniałam i stwierdziłam, że to fajny pomysł na pokazanie tych rzeczy, które zawsze mam pod ręką. Mój stolik, chociaż stoi przy łóżku nie jest typowo nocny, to zwykły stół z IKEI – bardzo go lubię – jest lekki, zawsze można go złożyć i gdzieś schować ponieważ nie zajmuje dużo miejsca, jednym słowem jest funkcjonalny. 

Na filcowej podkładce z pepco zawsze znajduje się jakiś krem do rąk, obecnie jest to jagodowa Balea (o której wspominałam tutaj), krem pod oczy (klik), balsam do ust w słoiczku Blistex daily lip conditioner (należy mu się recenzja, ponieważ bardzo przypadł mi do gustu), buteleczka z balsamem do ciała najczęściej krąży między pokojem, a łazienką – teraz jest to odmładzające mleczko do ciała z serii Afryka SPA Bielenda (ma obłędny zapach drzewa sandałowego). 


Z rzeczy niekosmetycznych: szklanka z wodą (opcjonalnie sokiem), kolczyki, które codziennie noszę, aktualnie czytana książka („Jedz, módl się, kochaj”). A co Wy macie zawsze pod ręką? 

wtorek, 16 lipca 2013

AA 30+ przeciwzmarszczkowo – nawilżający krem pod oczy

Jak sama nazwa wskazuje krem przeznaczony jest dla kategorii wiekowej 30+, do trzydziestki trochę mi jeszcze brakuje (dokładnie 4 lata), ale szukałam kremu, który porządnie nawilży skórę pod oczami. Zawsze starannie wybieram krem do tej partii twarzy ponieważ mam wrażliwe, skłonne do podrażnień oczy, najlepiej byłoby testować tego typu produkty na próbkach, ale nie wiem jak Wy, ja nie dostaję ich zbyt często. A opinie znalezione w sieci nie są zbyt pomocne, ponieważ moim zdaniem w kwestii podrażnienia, zaczerwienienia i innych tego typu reakcji każdy musi przetestować dany produkt organoleptycznie, inaczej się nie dowie. Po latach doświadczeń szerokim łukiem omijam produkty w formie żelu, ponieważ zawsze powodują u mnie łzawienie, pieczenie i zaczerwienienie oczu. 


Krem z serii wrażliwa natura na szczęście łagodnie obchodzi się z moimi oczami – wcale mnie nie podrażnia. Produkt jest bezzapachowy, nie zawiera barwników ani parabenów, ma dość bogatą konsystencję (idealnie nadaje się na noc), jeśli chcemy używać go na dzień musimy poczekać aż się wchłonie (można sobie w tym czasie zjeść śniadanie, albo wypić poranną kawkę, generalnie warto odczekać te 10 minut) ponieważ inaczej może się rolować. W kwestii przeciwzmarszczkowej nie jestem wstanie stwierdzić czy produkt działa (ponieważ w okolicach oczu nie mam zmarszczek, yeee!), ale uważam, że dobrą profilaktyką przeciw zmarszczkom jest nawilżanie, nawilżanie i jeszcze raz nawilżanie. A w tym temacie krem sprawdza się naprawdę bardzo dobrze – po aplikacji skóra jest miękka i elastyczna, znika nieprzyjemne uczucie ściągnięcia.



Produkt zapakowany jest w miękką plastikową tubkę, zakończoną wygodnym aplikatorem – jest to mój ulubiony sposób pakowania kremów do oczu. Możemy wycisnąć malutką kropeczkę produktu (więcej nie trzeba) na palec, albo prosto pod oko. Krem kupiłam w promocji za 8,99 zł w Rossmannie, ale nawet w regularnej cenie (ok. 13 zł) nie jest drogi. Reasumując krem dostaje ode mnie ogromny plus za to, że nie podrażnia i doskonale nawilża. Jest bardzo wydajny, będę go używała jeszcze przez kilka miesięcy, aż sięgnę dna. 

niedziela, 14 lipca 2013

Zdrowy rumieniec od Bell

Nie przesadzę jeśli napiszę, że róż do policzków kupuję raz na kilka lat. Podoba mi się efekt zdrowego, dziewczęcego rumieńca, ale nie lubię dublować kosmetyków dlatego jeden, góra dwa produkty w tym zakresie są dla mnie wystarczające. Podobają mi się pomarańczowe, koralowe, brzoskwiniowe odcienie, ale zdecydowanie preferuję kolory wpadające w róż. Dotychczas przeze mnie używany produkt z inglota dobił dna, długo zastanawiałam się czym go zastąpić – najbardziej skłaniałam się ku hervanie z benefit’u (piękny mix kolorów, urocze opakowanie), ale zdecydowana większość dziewczyn pisała, że produkt nie jest zbyt trwały, myślałam też nad jakimś różem z MAC’a. Nie podjęłam jeszcze ostatecznej decyzji w tym zakresie, dlatego przy okazji spożywczych zakupów w Biedronce do koszyka wpadł róż z serii skin 2 skin rouge modelujący róż do policzków z Bell w kolorze 22. Kosztował tylko 4,99 zł więc stwierdziłam, że będę go używać, a w międzyczasie dalej zastanawiać się nad jakimś droższym produktem – szczyt logiki ;)


Najpierw kilka słów od producenta – ultralekki, satynowy o wyjątkowo miękkiej strukturze zapewniającej komfort aplikacji. Posiada wielofunkcyjne działanie: uwydatnia kości policzkowe, optycznie wyszczupla twarz, rozświetla cerę. Formuła różu z domieszką miki pozwala uzyskać jednolity „muślinowy” kolor, bez smug i nieestetycznych przebarwień.


Produkt ma piękny kolor zgaszonego, jasnego różu, moim zdaniem jest dość uniwersalny i będzie odpowiedni zarówno dla blondynek jak i dla brunetek. Będzie też idealnym produktem dla dziewczyn, które dopiero zaczynają swoją przygodę z makijażem, ponieważ jego jasny kolor oraz średnia pigmentacja sprawią, że nie uzyskamy efektu klauna. Róż jest miękki, lekko się osypuje przy nabieraniu na pędzel (na szczęście podczas aplikacji na twarz nie), nie tworzy plam, świetnie się rozciera, ma bardzo ładne satynowe wykończenie, daje naturalny efekt zdrowego rumieńca, co sprawia, że wyglądam na bardziej wypoczętą ;) Jeśli dobrze się przyjrzymy zobaczymy, że w różu są zatopione drobniutko zmielone drobinki (absolutnie nie jest to dyskotekowy brokat), jednak na twarzy wcale nie są zauważalne.

Jedynym minusem tego produktu jest jego trwałość – niestety róż z Bell nie przetrwa na policzkach całego dnia, znika po około czterech godzinach od aplikacji (testowałam go również w chłodniejsze dni). Opakowanie nie jest szczytem design’u, ale z uwagi na małe wymiary (oraz to, że jest płaskie) jest funkcjonalne i nie zajmuje wiele miejsca w kosmetyczce. Na opakowaniu nie było żadnej informacji dotyczącej gramatury produktu. Róż jest ważny przez 12 miesięcy od otwarcia. W zeszłym tygodniu jeszcze widziałam te róże w Biedronce. Dostępne są również w stałej ofercie Bell, np. w Hebe za 9,90 zł. 

sobota, 13 lipca 2013

Migawki

Przez ostatni tydzień remont dosłownie mnie pochłonął, ale na szczęście dobiega końca (jeszcze tylko brakuje mebli do kuchni)! Od wczoraj trwa akcja gruntowne sprzątanie, mam dłonie wyschnięte na wiór, stopy w podobnym stanie, ale dzisiaj wieczorem robię porządne, długie spa. Mam też do nadrobienia zaległości blogowe. Mój ulubiony zestaw bransoletek na lato, nowa różowa piżamka, paznokcie pod kolor, biedronkowa sól do kąpieli (dzisiaj będę testować)!



***

Zapomniałabym! Nie mam szczęścia w rozdaniach, ale żeby wygrać trzeba brać udział, prawda? Rozdanie u Iwetto trwa do jutra. Poniżej dobroci do wygrania: 



Miłego weekendu! 

poniedziałek, 8 lipca 2013

Zawsze pod ręką mam jakiś krem do rąk. Z uwagi na fakt, że moje dłonie są wiecznie suche nawilżam je kilka razy dziennie. Sprzątanie, detergenty i przewracanie papierów w pracy nie wpływa dobrze na moje dłonie. Obecnie posiadam krem marki Balea o zapachu jagodowym (edycja limitowana) oraz kokosowy krem do rąk z Ziaji. 


Nie ukrywam, że o wyborze kremu decyduje zapach oraz właściwości nawilżające (nie znalazłam w tej kwestii jeszcze ideału, dlatego cały czas prowadzę poszukiwania). Jagodowa Balea poza cudownym, smakowitym zapachem uwiodła mnie praktycznym opakowaniem z pompką, dużą pojemnością (300 ml) i niską ceną (12 zł). Nawilżenie niestety nie jest mocną stroną tego produktu, zdecydowanie jest to krem nadający się do aplikacji kilka razy w ciągu dnia, zaraz po nałożeniu przynosi ulgę, znika uczucie suchości i ściągnięcia, ale jest to bardzo krótkotrwały efekt. Krem ma bardzo rzadką, wodnistą konsystencję, szybko się wchłania i praktycznie od razu możemy pisać na komputerze albo odkręcić słoik, dłonie nie będą nam się ślizgały ;) Bez problemu zużyję ten produkt (przede wszystkim z uwagi na to, że stoi na moim stoliku zaraz obok laptopa), natomiast nie wrócę do niego, szukam czegoś o lepszych właściwościach nawilżających.

Do torebki wybrałam Ziaję kokosową – zapakowaną w białą, spłaszczoną plastikową tubkę (producent powinien zadbać o lepszą szatę graficzną!). Krem pachnie bardzo przyjemnie, słodkim kokosem, dość szybko się wchłania (nie tak ekspresowo jak Balea, ale w zadowalającym tempie) całkiem dobrze nawilża dłonie, dla mnie na wiosnę/lato to bardzo dobry krem, na zimę jednak jego działanie będzie trochę za słabe. Po aplikacji skóra jest miękka i gładka, efekt utrzymuje się zdecydowanie dłużej niż w przypadku niemieckiej jagody ;) Dodatkowo producent zapewnie, iż krem wzmacnia paznokcie, zmniejszając ich skłonność do rozdwajania i łamania się – nie zauważyłam takiego działania. Podsumowując Ziaja kokosowa jest tania (ok. 6 zł/80 ml), ogólnie dostępna, ładnie pachnie i działa. 

sobota, 6 lipca 2013

Wyprzedaże

Tegoroczne wyprzedaże – zwłaszcza w sklepach z ubraniami i akcesoriami – nie powalają. Nie wiem jak to jest, ale jak stwierdziła moja przyjaciółka rozglądają się po Reserved „tyle ciuchów na wieszakach, a nie ma co wybrać”. Dlatego moje zakupy ograniczyły się do dwóch sztuk – biała bluzeczka z koronką (camaie przeceniona z 99 zł na 49 zł) oraz duża kremowo-czarna torba (reserved przeceniona z 139 zł na 49 zł). Torebka jest porządnie wykonana, w środku ma tylko jedną dużą zapinaną na zamek saszetkę, minusem jest to, że nie ma żadnej osobnej kieszonki np. na telefon.



Zniechęcona zwiedzaniem różnych sklepów wstąpiłam do empiku, gdzie od niedawna dostępne są rzeczy z Flo (uwielbiałam ten sklep, jak mogli je zlikwidować?!), promocje były spore bo aż 50 %. Kupiłam sobie wazon z bardzo ciekawym „wygniecionym” motywem (12,90 zł po przecenie 6,45 zł) oraz dwa obrazki utrzymane w pastelowej kolorystyce (oba przed przeceną kosztowały 14,90 zł, zapłaciłam za każdy 7,45 zł). Lubię kupować dodatki do domy, a najlepsze jest to, że za trzy (śliczne) rzeczy zapłaciłam tylko 21 zł ;) 


Miłego weekendu! 

piątek, 5 lipca 2013

Ciemna śliwka

Chwilowo cierpię na przesyt jasnych, pastelowych kolorów lakierów do paznokci, naszło mnie na coś ciemniejszego, co oczywiście chciałam mieć na już. Wizyta w małej drogerii zaowocowała zakupem lakieru z golden rose nr 101 za całe 3 zł, ale żeby mu smutno nie było dokupiłam top coat quick dry z tej samej firmy w cenie 6,70 zł. 



Lakier w buteleczce ma piękny ciemnofioletowy kolor, w zależności od światła lekko wpadający w granat. Zakochałam się totalnie ;) niestety lakier jest typowo żelowy i do pełnego krycia potrzebujemy aż trzech warstw, z uwagi na niziutką cenę oraz wymarzony kolor wybaczam mu ten mały feler. Produkt jest wyposażony w wąski pędzelek. Wiem, że jest wielu przeciwników takiego rozwiązania, ale ja zdecydowanie wąskie pędzelki preferuję ponieważ pozwalają na dokładną, precyzyjną aplikację, nie mam małych paznokci ale szerokim pędzelkiem maluję bardzo nieumiejętnie i zawsze lakier rozlewa mi się na skórki. Generalnie emalie od golden rose na moich paznokciach wytrzymują maksymalnie 3 dni, z tego ten dzień ostatni to istna masakra, z tego też powodu (i z ciekawości, i zachęcona niską ceną) kupiłam top coat. 

Muszę go jeszcze trochę protestować z innymi lakierami zanim wyrobię sobie opinię, jednak to, co już teraz mogę powiedzieć – ciemna śliwka pokryta jedną warstwą rzeczonego top coatu wytrzymała 6 dni, to prawie cały tydzień! Owszem lekko starły się końcówki, ale tragedii nie było, lakier mi nie odprysnął z żadnego paznokcia, co w przypadku palców wskazujących obu rąk jest u mnie normą. Mam nadzieję, że w duecie z innymi lakierami będzie się sprawdzał równie dobrze. 

środa, 3 lipca 2013

Ulubieńcy czerwca

Zupełnie przypadkiem złożyło się tak, że ulubieńcy czerwca są energetycznego pomarańczowego koloru ;) a mamy tutaj jak zawsze przewagę pielęgnacji i tylko jeden kosmetyk kolorowy. 


Po długim czasie wróciłam do podkładu Affinitone z maybelline, naprawdę lubię ten produkt – bardzo dobrze się u mnie sprawdza, jest lekki, ma średnie krycie, równomiernie znika z twarzy, nie wyglądamy w nim jak w masce, na lato idealny. Jedyny minus jest taki, że podkład jest bardzo rzadki i trzeba uważać przy aplikacji, bo rozlewa się na wszystko. Sunflowers Elizabeth Arden to kolejny pewniak, tym razem flakonik dostałam od siostry, ale nie jest to pierwszy (a chyba trzeci) egzemplarz, który posiadam. Uwielbiam ten zapach, jest bardzo trwały, zdarza się, że po kilku godzinach od ich użycia ktoś mi mówi, że mam ładne perfumy. Ten zapach jest bardzo „mój”, nie czuję go na sobie, co tylko potwierdza fakt, że bardzo mi pasuje. Sunflowers pachną kwiatowo i świeżo, nuty zapachowe: nuta głowy: bergamotka, melon, brzoskwinia, drzewo różane nuta serca: cyklamen, osmatus, jaśmin, róża herbaciana, nuta bazy: drzewo sandałowe, mech, piżmo.


W czerwcu wyjątkowo do gustu przypadł mi duet mango czyli żel pod prysznic balea oraz masło do ciała z the body shop (klik). W opakowaniu  (które jest utrzymane w typowo wakacyjnym klimacie i bardzo cieszy oko) żel pachnie wspaniale, poza tym dobrze się pieni i nie wysusza skóry, kupiłam go w sklepie z produktami z Niemiec w bardzo przystępnej cenie 5 zł za 300 ml. Po kąpieli pachnie nim cała łazienka, niestety na skórze zapach nie utrzymuje się wcale. Dlatego po prysznicu aplikowałam masło o podobnym zapachu. Mango z tbs pachnie mniej słodko niż to w produkcie od Baleii, ale i tak tworzą udany duet. Masło jak każde z tej firmy świetnie nawilża, pozostawia skórę miękką i gładką.

Na sam koniec odżywka do włosów z olejkiem z awokado i masłem karite z serii Ultra Doux Garnier, o której wspominałam całkiem niedawno (a dokładnie tutaj). Niekwestionowany ulubieniec – pięknie nawilża, odżywia i wygładza włosy, ułatwia rozczesywanie i nie obciąża. Czego chcieć więcej?