niedziela, 30 czerwca 2013

Migawki

Kiedy jeszcze było upalnie udało mi się pójść do parku – spokojne leniwe popołudnie w towarzystwie znajomych. Czas na koc i książkę też się znalazł. Zrobiłam sernik na zimno z truskawkami. Przegląd „kosmetycznej” prasy. Ostatnie zdjęcie jest najbardziej aktualne – remont kuchni w toku.

Miłego dnia;)          
***
Wiem, że cała blogosfera od kilku dni jako temat przewodni wybrała zamknięcie od 1 lipca  google reader'a, nie planuję tworzyć osobnej notki, tylko teraz przy okazji wspomnę, że możecie mnie śledzić (klikając tutaj) na bloglovin. Zapraszam:) 

piątek, 28 czerwca 2013

Żółty Garnier następcą różowej Isany

Czasem jest tak, że spodziewam się po danym produkcie naprawdę wiele, innym razem sięgam po coś z założeniem, że to będzie taki średniaczek. Biorąc z półki w Carrefourze (za 6,99 zł) odżywkę do włosów z Garniera z olejkiem z awokado i masłem karite cudów się po niej nie spodziewałam. Po prostu szukałam czegoś, co będę mogła nałożyć na włosy po każdym myciu. 

Odżywka zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie – przede wszystkim w składzie faktycznie znajduje się olejek z awokado i masło karite, co jest godne pochwały, bo często zdarza się, że producent obiecuje coś, co nie znajduje potwierdzenia w liście składników. Odżywka pięknie pachnie (ciężko określić czym, ale jest to lekko słodki, świeży, delikatny zapach, który utrzymuje się na włosach jeszcze następnego dnia), bardzo dobrze rozprowadza się na mokrych włosach i robi to co lubię najbardziej – ułatwia rozczesywanie. Moje włosy plączą się okropnie, dlatego lubię kosmetyki, które skutecznie zwalczają ten problem;) Poza tym odżywka nawilża, wygładza i nabłyszcza. Nie spodziewałam się po niej tak dobrego działania. Włosy są supermiękkie, po pierwszej aplikacji tego produktu cały czas głaskałam swoje włosy ;) Nie obciąża włosów, nie zauważyłam szybszego przełuszczania, nie podrażnia skóry głowy. Zapakowana jest w plastikową, spłaszczoną tubkę z wygodnym dozownikiem, produkt ma średnio gęstą konsystencję więc bez problemu możemy do z opakowania wycisnąć. Moim zdaniem to jedna z najlepszych odżywek drogeryjnych. Nakładam odżywkę na 5-10 minut i spłukuję, raz spróbowałam trzymać ja dłużej na włosach, ale nie zauważyłam żadnej różnicy w działaniu. Reasumując: działanie jest świetne (poważnie, nie mam do tego produktu żadnych uwag), zapach też, odżywka kosztuje niewiele, dostępna jest w Rossmannie, Hebe, Tesco, Carrefourze i pewnie wielu innych sklepach. Z pewnością będę do niej wracać. Jak wykończę to opakowanie sięgnę po wersję z aloesem, mam nadzieję, że będzie równie dobra jak ta. Tak jak napisałam w tytule znalazłam idealny zamiennik (i bardzo godnego następce) odżywki z isany z olejkiem babasu. 

wtorek, 25 czerwca 2013

Pomadkomasakra

Nawilżające pomadki do ust z serii elixir od wibo zrobiły się już sławne w blogosferze i nie ma się co dziwić bo to kosmetyk godny uwagi.


Jeśli powstrzymamy się od jedzenia i picia pomadka wytrzyma na naszych ustach nawet jakieś 2-3 godziny, uważam, że to wspaniały wynik i dokonała relacja jakości do ceny. Pomadka ściera się z ust równomiernie, nie zbiera się w załamaniach, nie podkreśla suchych skórek i dodatkowo nie przesusza ust. W promocji w Rossmannie można ją czasem dostać w zawrotnej cenie 5,50 zł. Skuszona wieloma pozytywnymi recenzjami skusiłam się na kolor 06 – to taki zgaszony, spokojny róż. Paleta barw jest dość ograniczona – jeden nudziak, czerwień, intensywny róż, fiolet i coś co na testerze wyglądało jak ciemny brąz, ale mogę się mylić ponieważ testery były dość mocno zmasakrowane. Ja jednak szukałam czegoś, co będzie się nadawało do codziennego noszenia i kolor 06 okazał się do tego celu idealny. Intensywność koloru można stopniować, jednak już nałożona jedną warstwą jest na ustach widoczna, to co bardzo mi się podoba to lekko błyszczące wykończenie.

Opakowanie – to plastik i tandeta. Napis ściera się dosłownie tego samego dnia. Niestety nie jest to jedyny minus tego produktu – pomadka jest bardzo miękka, jak widzicie na zdjęciach mój egzemplarz jest dość mocno poturbowany, a zaznaczam, że używam pomadki zgodnie z przeznaczeniem;) nie zabieram jej ze sobą (ponieważ jej opakowanie stwarza ogromne ryzyko zsunięcia skuwki i wysmarowania całej zawartości torebki), stoi sobie na półce i się roztapia (nawet jak nie jest zbyt gorąco). Włożona do lodówki, po chwili odzyskuje swoją rozpuszczoną konsystencję. Dramat, coś takiego nie miało miejsca nawet przy bardzo miękkich pomadko błyszczykach z celii. Postaram się ją stopić i skleić, a jak nie zda to egzaminu to cały sztyft przetopie i przetransportuje do słoiczka, ale nie po to kupiłam pomadkę w sztyfcie, żeby jej używać ze słoiczka, prawda? Chciałam kupić jeszcze inne warianty kolorystyczne, jednak mimo bardzo niskiej ceny chyba się nie skuszę. Tak się zastanawiam czy one wszystkie takie są czy tylko ja trafiłam na roztapiający się egzemplarz? 

niedziela, 23 czerwca 2013

Nowości

Wszyscy szaleją na wyprzedażach, a mnie jakoś nic się nie podoba, chodziłam, oglądałam i nic mnie nie zachwyciło. Nowości, które u mnie ostatnio zagościły to pięć balsamów do ust marki blistex, które wygrałam w konkursie na blogu emmamija.blogspot.com. Jestem bardzo tych produktów ciekawa, ze względu na to, że ograniczam produkty do ust zdecydowałam, że testowanie rozpocznę od masełka w słoiczku, a reszta spokojnie poczeka na swoją kolej. Tonik z Ziaji kosztował tylko 6,49 i wpadł do koszyka po tym jak obejrzałam filmik 82Inez. Moja cera ostatnio trochę szaleje, upały nie wpływają pozytywnie na stan mojej cery. 




czwartek, 20 czerwca 2013

Coś na upał

Od kilku dni towarzyszą nam bardzo wysokie temperatury, z jednej strony fajnie – w końcu mamy lato, ale z drugiej strony kiedy idę do pracy mam wrażenie, że zaraz się roztopię. 

W takie upalne dni towarzyszy mi kilka sprawdzonych produktów. Przede wszystkim woda termalna, lubię tą z avene ponieważ jej dozownik sprawia, że woda jest aplikowana w postaci dobrze rozpylonej mgiełki, a nie strumienia. Idealnie odświeża i chłodzi. Podobną funkcję spełnia spray do stóp z oriflame o zapachu eukaliptusa i mięty. Przynosi stopom ulgę, ukojenie i przyjemnie chłodzi, ma również działanie antyseptyczne. Nadaje się również do butów. Kremy z wysokim filtrem to podstawa, obecnie używam SPF 50 z flos-leku, ale jak wcześniej nie denerwowało mnie to, że trochę bieli twarz, tak teraz doprowadza mnie to do szału, muszę poszukać jakiegoś zamiennika. 


Preferuję dezodoranty w spray’u, ale nivea anti-perspirant stress protect poleciła mi siostra. Bardzo ładnie pachnie (jest wyczuwalny cały dzień!), jednak zapach jest na tyle delikatny, że nie przeszkadza w aplikacji perfum. Antyperspirant działa całkiem skutecznie (nie oczekuję od niego cudów, w końcu mamy 35 stopni), nie pozostawia śladów na jasnych i ciemnych ubraniach, a poya tzm jest na tzle delikatny, że mogę go używać zaraz po goleniu, nie powoduje pieczenia, zaczerwienienia – generalnie nie podrażnia mnie w żaden sposób. Na koniec ochrona ust – od ciepłego powietrza moje wargi są spierzchnięte,  dlatego kilka razy dziennie aplikuję malinowe masełko yves rocher. Nie jest to najlepiej nawilżający produkt, jaki miałam, zimą wcale by się nie sprawdził, ale obecnie całkiem dobrze daje sobie radę. Nie pachnie typową maliną, zapach jest lekko chemiczny, ale czuć go wyłącznie po wsadzeniu nosa do słoiczka;) Po aplikacji tworzy na ustach lekki, ochronny film, nie pozostawia koloru, jedynie delikatny połysk. 

wtorek, 18 czerwca 2013

L’occitane

Kremy do rąk z l’occitane to kosmetyczne legendy. Bardzo dużo dziewczyn je poleca, kiedy oglądałam na yt różne filmiki z recenzjami tych kremów byłam bardzo ciekawa ich działania, ale cena 30 zł za 30 ml skutecznie studziła mój zapał. Niestety w Polsce o miniaturach kosmetyków w formie dodatków do gazet możemy pomarzyć, ale w jednym z wydań glamour był krótki formularz, który po uzupełnieniu można było złożyć w sklepie l’occitane i w zamian otrzymać 3 miniaturki (każda po 10ml) ich najsłynniejszego produktu czyli właśnie kremu do rąk. Nie mogłam się doczekać, aż zacznę je testować. Otrzymałam (dzięki pomocy mojej przyjaciółki) wersję z 30% zawartością masła shea, o zapachu piwonii oraz o zapachu kwiatu wiśni. 



Szata graficzna opakowań bardzo trafia w mój gust – prosta tubka stylizowana na starą, apteczną maść jest po prostu śliczna (chociaż wolę opakowania z korkiem na zatrzask, bo ciężko jest dokręcić korek rękami śliskimi od kremu, ale nie będę się czepiać). Jak wiadomo liczy się wnętrze – najlepiej działał krem z masłem shea – nawilżał całkiem przyzwoicie, pozostawiał na skórze lekki film (mnie to nie przeszkadzało), miał delikatny zapach i bardzo gęstą, trudną do rozsmarowania konsystencję. Jednak jego działanie nie było aż tak spektakularne żebym chciała do niego wrócić, a już z pewnością nie jest wart swojej regularnej ceny. Piwonia oraz kwiat wiśni (powalający, przepiękny zapach!) mają dużo rzadszą, trochę wodnistą konsystencję, zdecydowanie szybciej się wchłaniają (i łatwiej aplikują), ale niestety efekt nawilżenia jest chwilowy. Spodziewałam się po tym kremie lepszego, długotrwałego nawilżenia, moim zdaniem (na moich wiecznie suchych dłoniach) nie różni się niczym od kremów z ziaji czy Isany. 

niedziela, 16 czerwca 2013

Migawki

Kiedy jest sezon świeże truskawki mogę jeść codziennie, aż się sama dziwie, że cały czas mam na nie ochotę. Dwa lakiery z mijającego tygodnia to 500 caramel cupcake oraz 840 blue eyed girl. Nie używam kremu nivea, ale te nowe opakowania są śliczne! Na sam koniec dodatki w pastelowych kolorach – pasek oraz naszyjnik. Uwielbiam połączenie beżu albo jasnego różu ze „złotem”, natomiast zupełnie nie mogę już patrzeć na neony – one są wszędzie – na każdej wystawie sklepowej, na co drugiej mijanej dziewczynie.


Miłej niedzieli!

piątek, 14 czerwca 2013

Karmelowa babeczka

Choć tytuł może na to wskazywać nie będzie to post o ciastkach, chociaż mam ogromną ochotę na karmelową babeczkę;) Naoglądałam się na blogach wielu zdjęć lakierów rimmel z serii 60 seconds, ale jakoś nie wywołały one we mnie chęci posiadania. Pewnie dalej nie kupiłabym żadnego egzemplarza gdybym u mojej przyjaciółki nie zobaczyła buteleczki z pięknym, soczystym niebieskim kolorem! Zakochałam się w nim i przy najbliższej wizycie w Rossmannie postanowiłam bliżej się tym lakierom przyjrzeć. Dzisiaj jednak nie o niebieskim, ale o beżowym kolorze. 500 caramel cupcake zdecydowanie należy do lakierowych nudziaków, jest trochę ciemniejszy niż moje dłonie królewny śnieżki, ja zauważam w nim lekkie różowe tony. Wygląda ślicznie, lubię taki delikatny manicure, moim zdaniem jest taki elegancki, a dłonie wyglądają na zadbane. Bez większych uszczerbków utrzymuje się trzy-cztery dni, bez żadnego wspomagacza w postaci top coatu. Na moich paznokciach żaden lakier długo nie wytrzymuje więc wynik czterech dni należy uznać za sukces. Lakier oczywiście nie wysycha w minutę, ale faktycznie schnie szybciutko. Dwie cienkie warstwy wystarczą aby osiągnąć pełne krycie. Widzę tylko jeden minus – pędzelek. Nie mam małych paznokci, a i tak maluję nim sobie pół palca. Jest zdecydowanie za szeroki i nie mogę nim nałożyć lakieru precyzyjnie. Mam nadzieję, że z czasem się do tego pędzla przyzwyczaję.


środa, 12 czerwca 2013

Zakupy

Nie wiem dlaczego, ale lubię czytać/oglądać posty z zakupami innych dziewczyn, bez względu na to, czy są to kosmetyki, akcesoria, ubrania czy książki. Po prostu lubię i już. A przy okazji można coś ciekawego zobaczyć, zainspirować się i ostatecznie też kupić. Postanowiłam, że w czerwcu nie będę kupowała żadnych kosmetyków, ponieważ w maju poszalałam i obecnie niczego mi nie brakuje, jednak fundusz pozostał, trzeba go na coś przeznaczyć! Oto co ostatnio kupiłam: koszulka z napisem ‘bad is the new good’ (sinsay 24,90), bluzeczka w azteckie wzorki (19,90 przeceniona z 39,90 terranova), czarne spodnie z zaszewkami czyli moje ulubione chinosy (49,90 przecenione z 79,90 h&m). 


Na wizytę w ikei nie trzeba mnie długo namawiać – biały lampion (12,90) zestaw talerzy obiadowych i miseczek z motywem fioletowych kółeczek oraz jeden talerz stylizowany na starą, babciną zastawę (7,90), tea lighty żebym miała co palić w lampionie, szklany wazon, który wygląda jak butelka na mleko (3,90) i najlepsza rolka do ubrań.


poniedziałek, 10 czerwca 2013

Kulturalny Newsletter # 7

Coś czuję, że ten post będzie długi, dlatego zaczynamy bez zbędnych wstępów: „Fanaberie” Jolanty Wrońskiej to doskonały przykład oceniania książki po okładce. Słodka, lukrowana muffinka krzyczała do mnie z daleka, dlatego z ciekawości sprawdziłam opis na tyle obwoluty. Książka nie powala skomplikowaną fabułą, ba! Początkowo jest raczej średnio wciągająca, na szczęście po kilkudziesięciu stronach akcja się rozkręca. Dobrze prosperującej spółce Klary Werner grozi wrogie przejęcie przez sławnego i bezwzględnego rekina biznesu. Jak temu zaradzić lepiej wiedzą dzieci niż sama Klara, dzieciaki (z małym wsparciem dorosłych) tworzą plan jak delikatnie mówiąc rekina biznesu wykiwać. Oczywiście walne zgromadzenia, akcje, pełnomocnictwa nie są jedynym wątkiem – jest miłość, przyjaźń i rodzina. Lekka i przyjemna lektura, polecam zwłaszcza do pociągu albo na plażę.
„Za zasłoną strachu” Samia Schariff to książka autobiograficzna, autorka opisuje swoje przeżycia związane z agresywnym mężem, okrutną matką, ojcem obojętnym na jej los. Życie w ciągłym strachu, bita i poniżana tęskni za życiem wolnej kobiety, marzy o powrocie do Francji (gdzie się urodziła, w wieku kilku lat wróciła z rodzicami do Algierii). Książka w pewnym stopniu jest przerażająca i wstrząsająca, ale bywał też momenty, kiedy Samia tak mnie denerwowała swoją naiwnością (czasem jej małe dzieci były mądrzejsze i bardziej odpowiedzialne), że miałam ochotę wyrzucić książkę przez okno.
„Nieobecni” Bartosza Żurawieckiego trafili w moje ręce przy okazji wymiany książki (nie dziwię się, że ktoś „to” oddał). Samego autora cenię i lubię, podoba mi się jego ironiczne poczucie humoru i krytyczny stosunek do rzeczywistości. Sama książka z założenia też mogła być ciekawa – A. pracuje w radiu, jest młodym, nieszczęśliwym człowiekiem, przyjaźni się z Marią matką swojego byłego partnera. To właśnie do nich odnosi się tytułowe słowo „nieobecni”, z uwagi na fakt, iż A. jest gejem, Maria starą kobietą nie są oni brani pod uwagę przez społeczeństwo, są na marginesie, nie liczą się. Niestety potem jest tylko gorzej, akcja przypomina alkoholowe albo narkotyczne wizje rozwalenia tego niesprawiedliwego świata, łącznie z wysadzeniem Watykanu.
Z kolei „Coraz mniej olśnień” Ałbena Grabowska-Grzyb to najlepsza książka w tym zestawieniu. Napisana w porządny sposób, odpowiednim językiem. Ciekawa, wciągająca, intrygująca, skłaniająca do myślenia. To opowieść o trzech zupełnie różnych kobietach. Lena jest bezkompromisowa, w pewnym sensie podła, nie ma okazji, której nie potrafiłaby wykorzystać. Maria też jest typem człowieka-sempa, wcześniej była znaną dziennikarką jednak obecnie zajmuje się pisaniem do podrzędnej gazety, pewnego dnia niemal wpada na ulicy na dawną przyjaciółkę, nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że przyjaciółka zginęła w wypadku samochodowym. Alina wcześniej była lekarzem, miała męża i córkę, obecnie mieszka w obdrapanej kamienicy na Pradze, podszywając się pod kogoś kim nie jest. Trafiłam na tą książkę zupełnym przypadkiem, nigdy wcześniej o niej nie słyszałam, szkoda, że tak dobra, polska literatura jest niedoceniona.
„Inni” Ewa Draga – to taka książka zapychacz, kiedy nie mam co czytać, nudzę się wieczorem to łapię za cokolwiek, oczywiście za takie cokolwiek, które da się doczytać do końca;) „Inni” to dobra propozycja dla młodzieży, oparta na starej jak świat konwencji – dziewczyna zmienia szkołę, poznaje przystojnego chłopaka, dowiaduje się, że nie jest zwykłym człowiekiem tylko członkinią starożytnego, greckiego bractwa, następnie robi się niebezpiecznie, bo przecież wtajemniczeni dorośli muszą ścigać dwójkę dzieciaków. Nie ma się co rozpisywać na ten temat.
O tym, że uwielbiam książki Jodi Picoult wiedzą wszyscy, na szczęście „Pół życia” jest utrzymana na doskonałym poziomie i nie zawiodła mnie ani przez linijkę. Książka jak zwykle pisana jest z perspektyw kilki bohaterów – w tym przypadku córki, syna i ojca. Jednak Luke Warren nie jest zwyczajnym tatą – swoje życie poświęcił badaniu zwyczajów wilków, mieszkał z nimi przez kilka miesięcy, w lesie, odcięty od cywilizacji. Jego syn mieszka na drugiej półkuli i nie utrzymuje z Lukiem żadnego kontaktu, telefon z informacją, że ojciec miał wypadek, jest w szpitalu, a jego stan można określić jako krytyczny sprawia, że Edward wraca do domu. Cara kocha ojca ponad wszystko, pragnie utrzymać go przy życiu za wszelką cenę, jednak nie będzie to takie proste. Ksiązka jak zawsze napisana została pięknym językiem, z ogromną dbałością o szczegóły.
„Dzieci wolności” Marc Levy – to poruszająca, łapiąca za serce opowieść o francuskim ruchu oporu. O dwóch braciach, którzy zostali członkami Résistance, o ich odwadze, brawurze, zadaniach, które im przydzielono, o wojennej rzeczywistości, wyzwoleniu Francji – wszystko to, sprawia, że „Dzieci wolności” przypominają mi „Kamienie na szaniec”. Książka jest napisana specyficznym językiem, czasem idealnie oddającym opisywane zagadnienie, poetyckim i zabawnym, czasem jednak jest on irytujący.
„Irena” Małgorzaty Kamilińskiej, Basi Grabowskiej to mówiąc krótko historia matki i córki. Nie wiem, która z bohaterek denerwowała mnie bardziej? Matka, która jest nieodpowiedzialna, ma ogromną skłonność do dramatyzowania czy chłodna, opanowana wiecznie korzystająca z pomocy psychologicznego forum internetowego córka? Fabuła jest przewidywalna, nie ma w tej książce niczego ciekawego, odkrywczego, ani zaskakującego. Jedyną pozytywną bohaterką jest drugoplanowa, tytułowa Irena, która od czasu do czasu swoją mądrą przemową stawia matkę i córkę do pionu.
„Miłość oraz inne dysonanse” Janusz Leon Wiśniewski, Irada Wownenko. Nie mam zbyt wiele dobrego do powiedzenia. Książka jest jakaś taka ckliwa, bohaterowie oderwani od rzeczywistości, wszyscy albo cierpią, albo są odpowiedzialni za cierpienie innych, a kilka chwil radości i seksu na podłodze w pracy nie rekompensuje smutnego losu. Z dwojga złego wolałam fragmenty napisane przez Wownenko niż Wiśniewskiego. Co można zaliczyć na plus? Szybko się czyta.
Przeczytałam jeszcze „Intrygantki” – bardzo dobra sztuka o tym, jak kilka kobiet urządza sąd nad bezwzględnym mężczyzną, który rozkochał je wszystkie, a następnie porzucił oraz „Trucicielkę” (kolejna piękna okładka) – zbiór opowiadań, z których to tytułowe jest najgorsze. Uff… mam nadzieję, że ktoś dotarł do końca. Na przyszłość obiecuję na bieżąco wspominać o książkach. 

niedziela, 9 czerwca 2013

Migawki

Kolejny tydzień za nami. Prawie cały czas padał deszcz, stąd zdjęcie różowego parasola. Malowanie paznokci mnie uspokaja, truskawki poprawiają humor, a czekolada milka karmelowa idealnie pasuje do gorzkiej kawy, bo solo jest niesamowicie słodka. Zrobiłam cynamonową płukankę do włosów (na ok. pół litra gorącej wody dałam dwie łyżki cynamonu, poczekałam aż woda ostygnie, przelałam płukankę przez szmatkę, żeby nie mieć na włosach cynamonowych kawałków) ładnie podkreśla brązowe refleksy/pasemka. Podczas robienia porannego makijażu mój najukochańszy rozświetlacz z catrice spadł na kafelki w łazience i jak widać rozpadł się na kawałeczki! Oczywiście dalej będę go używać bo nie spotkałam jeszcze godnego następcy.


piątek, 7 czerwca 2013

Kulturalny Newsletter # 6

Ostatni przegląd przeczytanych książek i obejrzanych filmów opublikowałam prawie dwa miesiące temu! Przez ten czas nadrobiłam trochę zaległości przede wszystkim filmowych. Wśród muzycznych inspiracji znalazła się ostatnio tylko jedna piosenka – Koniec Świata „Serce w Paryżu”. Piękny tekst, taki wiosenny „serce jej popękało w Paryżu nad Sekwaną, w obcym mieście zasypia sama budzi się rano…”. Udało mi się wygospodarować kilka wolnych wieczorów podczas których obejrzałam: „Operacja Argo” to taka typowo hollywoodzka produkcja – pojawia się bohater, plan, przejściowe kłopoty z realizacją zamierzonego planu, konieczność podjęcia trudnej decyzji wbrew woli przełożonych. Klasyka, ale w dobrym wydaniu. Film opowiada o tajnej rządowej operacji uratowania sześciu amerykańskich pracowników ambasady w Teheranie. Agent CIA wpada na z pozoru szalony pomysł, aby pracownicy ambasady udawali członków ekipy filmowej, planującej zrealizować w Teheranie produkcję filmu science fiction klasy B. Wspaniała gra aktorska (zwłaszcza Ben Afleck) i całkiem dobry scenariusz sprawiają, że „Argo” trzyma w napięciu do ostatnich minut. 
„Pokłosie” nie chcę wnikać i dokonywać analizy historycznych faktów, wzajemnych uraz i przekłamań, w skrócie - film nie przypadł mi do gustu, uważam, że jest zbyt przerysowany, bardzo upraszcza fakty. Jestem na nie. Nie ma w nim nic, co w moim odczuciu zasługiwałoby na pochwałę – zdjęcia, muzyka, gra aktorska. Wszystko jakieś takie średnie.

Nie wiem, który już raz widziałam „Babel”, ale zdecydowanie jest to film, do którego lubię wracać. Strzał z karabinu gdzieś w Maroku sprawia, że historię rodzin z kilku różnych zakątków świata (amerykańscy turyści, ich dzieci, meksykańska niania, japońska nastolatka, marokański chłopiec) wzajemnie się  przenikną, będą na siebie oddziaływały, chociaż z pozoru nic ich nie łączy. Tytułowy „Babel” jako symbol braku porozumienia, ogromnych różnic kulturowych to zjawisko wciąż aktualne. W podobnej konwencji utrzymany jest polski film „Zero”. W dużym mieście wstaje świt, w jakimś szklanym korporacyjnym budynku dzwoni telefon i uruchamia całą machinę akcji, w której poszczególni bohaterowie są trybikami, ich losy wzajemnie się zazębiają. Poznajemy prostytutkę i jej alfonsa, szefa międzynarodowej korporacji i jego żonę, barmana, mężczyznę sprzedającego zabawki dla dzieci. Jest w tym filmie coś poruszającego. „Drugie oblicze” to moim zdaniem bardziej dramat niż klasyczne kino akcji, film nie jest pełen scen pościgów czy strzelanin, jest pełen emocji. To takie kameralne kino, kiedy widz obserwuje bohaterów z bardzo bliska. Kiedy nieodpowiedzialny, żyjący z dnia na dzień kaskader Luke dowiaduje się, że zostanie ojcem jego świat ulega zupełnemu przewartościowaniu. Chce jak najlepiej dla swojego dziecka, nie ma żadnych oporów przed przekraczaniem pewnych, nazwijmy to granic moralnych. Bez wątpienia jest to film, który wywiera duże wrażenie, chwyta za serce, wbija w fotel.

Na koniec trzy seriale: (czy ja kiedyś przestanę je oglądać?) „House of cards” to pierwszy wyłącznie internetowy serial. Senator Francis Underwood jest rozczarowany tym, że po zwycięskich wyborach jego własna partia nie zapewniła mu obiecanego stanowiska. Od tego momentu tworzy coś w rodzaju jednoosobowej piątej kolumny. Z ogromną wprawą i pewnością prowadzi polityczną grę, pełną intryg i wzajemnych konotacji. Bardzo ciekawa, wciągająca produkcja. Kultowa „Gra o tron” - kolejny sezon, który moim zdaniem w aspekcie akcji nie jest zbyt zachwycający, ale to, co mnie powala na kolana to scenografia i muzyka. Z kolei „Niskozatrudnieni” to świetny serial na odstresowanie po ciężkim dniu pracy. Tytułowi niskozatrudnieni to piątka przyjaciół, którzy mimo aspiracji, planów i wykształcenia stali się ofiarą światowego kryzysu. Zamiast pracować w wydawnictwie albo piąć się po szczeblach korporacyjnej kariery pracują jako sprzedawcy pączków, kelnerują, dorywczo łapią się każdej pracy. Ich życie zdecydowanie nie jest idealne, co krok trzeba iść na kompromis, z czegoś zrezygnować, ale mimo wszystko nie opuszcza ich dobry humor i nadzieja – dlaczego? Bo mają wsparcie w przyjaciołach. Bardzo pozytywny serial, który przypomina o tym, że życie nie kończy się na opieprzu od szefa ;)

Ze względu na to, że nie chciałam publikować posta-tasiemca postanwiłam wyjątkowo kulturalny newsletter podzielić. Następnym razem wspomnę o przeczytanych książkach. 

środa, 5 czerwca 2013

Malina

Pogoda w czerwcu zdecydowanie nas nie rozpieszcza – jest zimno i leje. Jestem typowym meteopatą, pogoda ma znaczący wpływ na moje samopoczucie, dlatego robię wszystko, aby poprawić sobie nastrój w te szare dni. Moje ulubione sposoby to koktajl ze świeżych truskawek, wieczór z przyjaciółmi, dobra książka albo domowe spa. No i oczywiście zakupy też znajdują się na tej liście. Dzisiaj napiszę kilka słów o produkcie, który świetnie sprawdza się na poprawę humoru.
Najpierw kilka słów od producenta: poczuj fascynujący aromat soczystej maliny. Spraw by rytuał pielęgnacji Twojego ciała był przyjemny i energizujący, aby przywodził na myśl najlepsze wspomnienia. Peeling doskonale usuwa zanieczyszczenia i martwe komórki naskórka. Sprawia, że Twoje ciało staje się doskonale wygładzone i odświeżone. Spróbuj, a już nigdy nie zamienisz tej owocowej świeżości na nic innego.


Najczęściej robię peeling kawowy, ale ostatnio skończyła mi się kawa przeznaczona do tego celu, więc pomyślałam, że to dobry pretekst do tego, żeby sięgnąć po jakiś inny produkt. Stałam w Hebe przed półką z peelingami i jakoś nic mnie nie powaliło na kolana, owszem słoiczki z perfecty wyglądając całkiem ok., ale mają w składzie parafinę, co je bezapelacyjnie przekreśla. Nie lubię tego oleistego uczucia oblepienia po wyjściu z wanny. Od peelingu oczekuję tego, że moja skóra będzie taka czysta, że aż skrzypiąca. I produkt z Joanny właśnie takie wrażenia mi zapewnia. 
Ma też kilka innych zalet. Po pierwsze i najważniejsze: peeling pachnie cudownie! To aromat bardziej słodkiej malinowej mamby niż klasyczna cierpka malina, nie jest chemiczny, długo utrzymuje się na mojej skórze, a co najlepsze po wyjściu spod prysznica pachnie nim cała łazienka. Produkt jest dość gęsty, hojnie napakowany drobinkami cukru, w kontakcie z wodą troszkę się pieni. Dobrze ściera martwy naskórek, ale nie jest strasznym zdzierakiem więc spokojnie nadaje się również do dekoltu. 
W całym tym miłym i pięknie pachnącym produkcie minusem jest jedynie opakowanie. Tubka wyglądająca jak wibrator (naprawdę mam takie skojarzenie) stworzona została z bardzo twardego plastiku, nie ma zatem mowy o tym, żeby tubkę ścisnąć kiedy produkt się kończy, a rozcięcie jej równałoby się w moim przypadku ucięciu palca ;) Dla tych, którzy do tej pory używali tylko peelingów z serii Joanna naturia w takich małych buteleczkach zaznaczam, że te dwa produkty (z malutkiego opakowania i tego przypominającego wibrator) znacząco się różnią, naturia bardziej przypomina peelingujący żel pod prysznic natomiast egzemplarz, który gości u mnie pod prysznicem to najprawdziwszy peeling. 

wtorek, 4 czerwca 2013

Mleczko z bio olejkiem arganowym

O produkcie z Ziaji wspomniałam w ulubieńcach maja, ale zdecydowanie mleczko zasłużyło na osobną notatkę. Kupiłam je zachęcona pozytywnymi opiniami na blogach, poza tym cena 11 zł za 500 ml zachęca do przetestowania.


Zacznijmy od opakowania – największy (i jedyny w tym temacie) plus za wygodną pompkę, która aplikuje odpowiednią ilość produktu i nie rozpryskuje go na wszystkie strony świata. Buteleczka jest wyprodukowana ze słabego, miękkiego i generalnie beznadziejnego plastiku, który wygina się i dosłownie załamuje w rękach, naklejka się odkleja i marszczy (nie mam pojęcia dlaczego), poza tym firma Ziaja zdecydowanie powinna popracować nad szeroko pojętym „dizajnem”. Produkty mają w przeważającej mierze dobre, ale opakowania fatalne. Ja wiem, że biały kolor i minimalizm to niejednokrotnie bardzo eleganckie i ładne połączenie, ale zdecydowanie nie w tym przypadku.

Rozpisałam się o opakowaniu podczas gdy liczy się wnętrze. W tej kwestii na szczęście jest zdecydowanie lepiej. Produkt ma gęstą, bogatą, troszkę tłustą konsystencję, która bardziej przypomina treściwy balsam niż drogeryjne mleczko. Mimo takiej konsystencji bardzo dobrze się rozprowadza, nie rozmazuje (czego bardzo nie lubię) po skórze i szybko wchłania. Największą zaletą tego mleczka jest to, że po aplikacji skóra jest odżywiona, nawilżona i wygładzona. A efekt na mojej ekstremalnie suchej skórze utrzymuje się do następnej aplikacji (czyli całą dobę). Ziaja robi wszystko to, co charakteryzuje dużo droższe masła do ciała. Mleczko ma bardzo delikatny zapach, na skórze praktycznie nie wyczuwalny. Jestem z tego produktu bardzo zadowolona, to moje kosmetyczne odkrycie roku. Z pewnością będę do niego wracać, obecnie mleczko w zestawie z kremem do twarzy z tej samej serii można kupić w superpharm w cenie 8,99 zł. 

niedziela, 2 czerwca 2013

Migawki

Koktajl bananowy i musli z jogurtem jagodowym. W tym tygodniu jak zawsze zrobiłam sobie małe, domowe spa, żel pod prysznic o zapachu brazylijskiego mango powala;) Przeczytałam książkę, wczoraj z okazji dnia dziecka dostałam od mamy czekoladę i lizaka, sama kupiłam sobie w prezencie spódnicę w intensywnym kolorze różu. Na zdjęciu tego nie widać, ale ma długość maksi, dwie kieszonki, jest wykonana z bardzo przyjemnego, mięciutkiego materiału. Teraz tylko czekam na ładną pogodę, żeby ją założyć.



Długi weekend się już kończy, nie lubię tego. 

sobota, 1 czerwca 2013

Ulubieńcy maja

Maj dla mnie sam w sobie jest ulubieńcem, to dla mnie najpiękniejszy i najlepszy miesiąc w roku. Maj zdecydowanie zdominowała pielęgnacja, miałam trochę czasu na domowe spa, w kwestii makijażu nie używałam w tym miesiącu niczego, co zasłużyło by na miano ulubieńca.

Od lewej:
Ziaja maska regenerująca z glinką brązową do każdego rodzaju skóry – producent zapewnia nas, że maseczka uzupełnia niedobór substancji odżywczych, przyspiesza regenerację skóry oraz skutecznie wygładza drobne zmarszczki. Żadnych zmian w zakresie zmarszczek nie zauważyłam, ale produkt bardzo dobrze nawilża, odżywia i wygładza skórę. Po aplikacji cera wygląda na wypoczętą i jest cudownie gładka. Produkt ma gęstą konsystencję, szarobury kolor (podczas aplikacji efekt potwora z bagien gwarantowany) i piękny zapach budyniu czekoladowego. Jedna saszetka wystarczy na dwie aplikacje.
Zanim nałożę maseczkę robię peeling, z uwagi na fakt, iż peelingi ziarniste nie służą mojej cerze zawsze wybieram produkty enzymatyczne. Bielenda Professional formula enzymatyczny peeling dotleniający znalazł się w ulubieńcach przede wszystkim dlatego, że to bardzo skuteczny produkt. W ekspresowym tempie (5-10 minut) usuwa suche skórki, wygładza i oczyszcza skórę. Nie podrażnia, nie przesusza. Ma żelową konsystencję, przezroczysto-zielony kolor, podczas aplikacji trochę wsiąka w skórę. Stanowi doskonałą bazę do dalszych kroków w pielęgnacji. Dla mnie to najlepszy peeling enzymatyczny. Jedna saszetka to 3 aplikacje.
Odkąd kupiłam odżywkę-maskę odbudowującą z tołpy praktycznie nie sięgnęłam po nic innego do pielęgnacji włosów. Stosuję ją dwa razy w tygodniu. Pięknie pachnie i rewelacyjnie działa. Więcej napisałam o niej tutaj.
O multiwitaminowym toniku bourjois, wspominałam w ostatnim tagu. Po długiej zimie moja cera była szara i zmęczona, szukałam czegoś co postawi ją „na nogi”. Świetny produkt, bardzo przyjemnie pachnie, odświeża skórę, sprawia, że wygląda na promienną i jakąś taką zrelaksowaną;) Nawet bo bezsennej nocy funduje nam wygląd wypoczętej twarzy. Stosuję go dwa razy dziennie i muszę przyznać, że nigdy wcześniej nie byłam aż tak zadowolona z działania żadnego toniku.
Na sam koniec pielęgnacja ciała. Mleczko do ciała z bio olejkiem arganowym do skóry bardzo suchej, podrażnionej Ziaja. Ten produkt ze zwykłym drogeryjnym mleczkiem nie ma (poza nazwą) nic wspólnego. Ziaja zafundowała nam produkt o bogatej, gęstej konsystencji, która zdecydowanie bardziej przypomina balsam. Pachnie bardzo delikatnie. Wchłania się dość szybko, rewelacyjnie nawilża i zmiękcza skórę. Wspaniały produkt, który na dniach doczeka się osobnej notki, na którą w zupełności zasłużył.