czwartek, 30 maja 2013

Tęczowy Tag

Za oknem szaro i deszczowo, przeglądając blogi natknęłam u Iwetto na tęczowy Tag, jest taki kolorowy i pocieszny, że od razu złapałam za aparat! I tematycznie włączyłam sobie piosenkę „somewhere over the rainbow” ;)

Zasady są bardzo proste dla każdego koloru tęczy znajdujemy odpowiednik kosmetyczny (kluczem doboru może być kolor opakowania albo samego kosmetyku). Poniżej baner autorstwa Iwetto:

Czerwony: krem-maseczka flos lek seria do skóry z problemami naczyniowymi. Ta maseczka znalazła się już w ulubieńcach, dorobiła się też osobnego posta. Nie jest to moje pierwsze opakowanie, wracam do tego produktu kiedy moja cera jest podrażniona i zaczerwieniona (np. zimą). Maseczka ładnie koi, przynosi niemal natychmiastowe uczucie ulgi.


Pomarańczowy: multiwitaminowy tonik bourjois, pachnie świeżo, trochę cytrusowo. Używam go dwa razy dziennie, pod krem. Rano jego odświeżający zapach jest niezastąpiony, lepszy nawet od aromatu kawy;) Tonik nie podrażnia, sprawia, że skóra jest promienna i wypoczęta.


Żółty: jakiś produkt do pielęgnacji ciała musiał się w tym zestawieniu znaleźć. Masło do ciała mango the body shop, doskonały nawilżacz, piękny zapach, wygodne opakowanie. Nie wymagam od masła niczego więcej… no może niższej ceny;)  


Zielony: żel do mycia twarzy Vichy normaderm – kolejny produkt, o którym wspominałam już wiele razy. Wspaniale oczyszcza, nie podrażnia, nie przesusza. Ze względu na fakt, że nie mam skóry trądzikowej ani tłustej, używam go dwa razy w tygodniu. Ma bardzo ładny zapach, świetnie się pieni, jest bardzo gęsty i wydajny (nawet stosowany codziennie;)


Niebieski: słynny płyn micelarny z biedronki – jest delikatny, nie podrażnia skóry ani oczu, nie wysusza i dobrze zmywa makijaż. W tym przedziale cenowym dla mnie nie ma lepszego produktu.


Fioletowy: lakier crystal strenght lovely, numerek starł się już dawno, mam ten lakier dwa lata (albo dłużej), nie zmienił swojej konsystencji, ma wygodny pędzelek standardowej szerokości, do pełnego krycia wystarczy jedna warstwa, ja jednak wolę nałożyć dwie cieńsze. Mój ulubiony letni lakier do stóp. 


Miłego długiego weekendu;)

poniedziałek, 27 maja 2013

Jak nie ulec?

Rossmannowska promocja – 40% kusi bardzo skutecznie. Jak jej nie ulec skoro zawsze znajdziemy coś czego potrzebujemy/co się przyda w najbliższym czasie i jeśli możemy mieć tą rzecz dużo taniej to dlaczego nie? Wiem, że mam wszystko czego potrzebuję, ba - staram się zużywać kolorówkę, a nie kupować nowe rzeczy, ale jak się powstrzymać? Wykazałam się sporą siłą woli i zdrowego rozsądku ponieważ do koszyka wpadł tylko jeden tusz extreme lashes wibo (5,49 zł) oraz nawilżająca pomadka do ust wibo z serii eliksir w kolorze 06 (5,19 zł!). Tusz miałam już wcześniej i zużyłam go z ogromną przyjemnością – bardzo ładnie rozdzielał i pogrubiał rzęsy, nie osypywał się i nie tworzył efektu pajęczych nóżek. Pomadka ma błyszczykowe wykończenie, bardzo przyjemnie nosi się ją na ustach, faktycznie lekko nawilża, nie podkreśla suchych skórek i ma imponującą trwałość jak na produkt za piątaka ;) Kolor określiłabym jako zgaszony róż, to taki neutralny odcień idealnie nadający się na co dzień.


Z racji tego, że w Rossmannie nie poszalałam, zajrzałam w drodze powrotnej do sklepu z produktami z Niemiec. Moja logika zadziałała w ten sposób: kupiłam tylko dwa produkty z kolorówki (za łączną kwotę 11 zł) więc należy mi się jakaś nagroda czyli coś do pielęgnacji;) A tak poważnie to dwa (z trzech) żele pod prysznic sięgnęły dna więc musiałam jakoś tą lukę uzupełnić kupiłam żel pod prysznic balea o zapachu brazylijskiego mango (pachnie owocowo i przesłodko, prawdziwe cudo na ciepłe dni 5,50 zł). Do tego jagodowy krem do rąk w wygodnym i bardzo dużym (300 ml) pojemniczku z pompką (12 zł). 


sobota, 25 maja 2013

Migawki


Tradycyjny, cotygodniowy przegląd, tego co się wydarzyło w przeciągu ostatnich siedmiu dni. Odwiedziłam sklep yves rocher – kupiłam szampon do włosów (pięknie pachnie, tak dalej mam zakaz kupowania kosmetyków!) i przy okazji odebrałam mój urodzinowy prezent – niby całkiem ładny wisiorek zawieszony na długim łańcuszku ze „starego złota”, ale od sklepu z kosmetykami wolałabym dostać prezent kosmetyczny, logiczne prawda? ;) Dzisiaj jest najbardziej zabiegana sobota roku, jutro idę na komunię i musiałam na szybko ogarnąć kilka spraw, na szczęście rano udało mi się wygospodarować trochę czasu na leniwe picie kawy i przegląd gazet. A za godzinę idę do teatru z przyjaciółką.


piątek, 24 maja 2013

Mango i kokos


Zaaplikowałam sobie właśnie masełko z the body shop o zapachu mango – i mimo tego, że stwierdziłam, że nie będę więcej o tych masłach wspominać na blogu (ile można pisać o tych samych właściwościach?) – nie mogłam się powstrzymać i napisałam tą krótką notkę.


To, co sprawia, że zawsze będę wracać do tych masełek to fantastyczne zapachy, nie ma takiego, który by mi się nie podobał, a jak wiadomo wybór jest ogromny – malina, jagoda, cytryna, truskawka, czekolada, wanilia, kokos, papaja, mango, brzoskwinia (a do tego jeszcze edycje limitowane!). Po aplikacji otula nas przyjemna, długo utrzymująca się na ciele woń, a co najważniejsze – nie jest to sztuczny, chemiczny zapach odświeżacza do toalety. Z tego powodu masła z the body shop są moim zdaniem idealnym uzupełnieniem domowego spa – niezawodnie poprawiają mi humor. Kolejne plusy tbs zbiera za praktyczne słoiczki (dzięki czemu możemy wygrzebać produkt do końca), wykonane z twardego plastiku, bardzo estetyczne szaty graficzne i żywe kolory opakowań. Do tego masła wspaniale nawilżają, pozostawiają skórę gładką i miękką. Jak nie lubić tych produktów? Gdyby były tylko trochę tańsze.
Obecnie w mojej szafce znajduje się wersja kokosowa (bardzo gęsta, zbita konsystencja, długo się wchłania, słodki zapach) i mango (lżejsza konsystencja, szybciej się wchłania, zapach jest słodki, ale z lekko cierpką nutą). 

wtorek, 21 maja 2013

Odżywka-maska regenerująca Tołpa


Zdecydowanie bardziej lubię pisać o produktach, które się u mnie sprawdziły. Ostatnio w kwestii włosów trochę sobie ponarzekałam - szampon z joanny nie przypadł mi do gustu, olejku vatika moje włosy też wcale nie polubiły. Na szczęście tym razem jest inaczej, chociaż wkładając odżywkę z tołpy do koszyka mocno się zastanawiałam czy to nie będzie kolejny taki przypadek, kiedy wiele dziewczyn jest działaniem produktu zachwyconych, a ja jakoś nie bardzo. 

Pierwsze wrażenia przedstawiają się następująco: odżywka jest zapakowana w przezroczystą, plastikową tubę, zwieńczoną zatrzaskiwanym korkiem (plus! ponieważ nie lubię produktów do włosów z odkręcanym korkiem, bo jak to zakręcić kiedy ma się mokre ręce?). Szata graficzna opakowania jest przyjemna dla oka, niestety produkt jest bardzo gęsty i wyciskanie go z tubki jest średnio komfortowe. Już sobie ponarzekałam teraz czas na pozytywy: produkt pachnie pięknie, świeżo i delikatnie. Możemy go stosować na dwa sposoby: trzymamy chwilę i zaraz zmywamy jak odżywkę, albo nakładamy na dłużej razem z czepkiem/ręcznikiem i stosujemy jak maskę. Zawsze wybieram drugą opcję, z prostego powodu – uważam, że tołpa jest za droga na zwykłą trzyminutową odżywkę. Produkt jest bardzo bogaty i treściwy, ale wcale nie obciąża włosów. Ładnie je odżywia, nawilża i wygładza, zwłaszcza moje nieszczęsne wysuszone na wiór końcówki. Włosy są miękkie i lepiej się układają. Niestety maska w żaden sposób nie ułatwia rozczesywania włosów. Podsumowując masko-odżywka z tołpy to zdecydowanie produkt wart przetestowania, mój egzemplarz już się kończy, ale wiem, że kupię go jeszcze nie raz. 


piątek, 17 maja 2013

Migawki


Konwalie to kwiaty, które jak żadne inne kojarzą mi się z majem, a do tego pięknie i intensywnie pachną. Od kilku tygodni używam odżywki do paznokci z eveline 8 w 1 i powiem Wam, że mimo wielu moich obaw sprawdza się całkiem dobrze, a paznokcie po niej rosną jak szalone! Wychodząc ostatnio z pracy miałam ogromną ochotę na colę, nie wiedziałam, że mają teraz takie śmieszne puszki. Dostałam kartkę, pierwszą od kilku lat, jest radość. Miałam w tym tygodniu urodziny, siostra dała mi w prezencie moje ulubione perfumy na lato Sunflowers Elisabeth Arden. Ostatnia rzecz, która mnie urzekła w tym tygodniu (też prezent) to magnetyczne zakładki do książek. Małe rzeczy mają moc ;) Miłego weekendu!


środa, 15 maja 2013

Akcja depilacja


Wracając dzisiaj do domu myślałam o tym, że lato jest już bardzo blisko! Słońce świeci, wieczory są coraz cieplejsze, a miasto w końcu zaczyna żyć. Jak śpiewała Coma „Lato wybuchło z całych sił, w knajpach dziewczęta piją sok”, zaraz zaczną się upały, będziemy mogły do późnego wieczora siedzieć na balkonach/patiach/ogródkach, już nie mogę się doczekać! A wiosna/lato to czas na spódnice, sukienki, szorty, sindbady i inne części garderoby, w których widać nogi. Moim zdaniem nie ma nic ładniejszego niż opalone, gładkie nogi, nawet nie muszą być szczupłe (sama takowych niestety nie posiadam), ale absolutnie nie mogą być zarośnięte! Dlatego dzisiaj kilka słów o najbardziej popularnych metodach pozbywania się niechcianego owłosienia (jak to paskudnie brzmi;).


Najszybszy, najpopularniejszy i niekoniecznie najtańszy sposób czyli zwykła maszynka. Teraz kupuję wyłącznie zielone maszynki marki big, moim zdaniem są najlepsze, a przerobiłam całą masę różnych (od Gilette po Isanę). Mają trzy ostrza, żółty pasek, który moim zdaniem do niczego nie służy, ale co najważniejsze nie podrażniają mojej skóry, ani też nie zacinają. Po innych maszynkach moja skóra wyglądała jakbym padła ofiarą jakieś tropikalnej choroby – była mocno zaczerwieniona i okropnie piekła. Koszt maszynki to ok. 2 zł, niewiele prawda? Natomiast jeśli zastanowimy się ile w miesiącu takich maszynek zużywamy cena przestaje być taka przyjazna. Do tego musimy zakupić żel albo piankę do golenia. Zalety tej metody: jest szybka – 10 minut i nogi ogolone. Wady: efekt jest bardzo krótkotrwały.
Plastry z woskiem – najmniej lubiana przeze mnie metoda, przede wszystkim dlatego, że jest bardzo bardzo czasochłonna! Z wrodzonej oszczędności takie zabiegi zawsze wykonuję w domowym zaciszu i nigdy nie udało mi się „zrobić” dwóch nóg za jednym zamachem ;p Przede wszystkim dlatego, że w tym samym miejscu musimy kilkakrotnie powtarzać depilację, ponieważ za pierwszym razem nigdy nie uda nam się usunąć wszystkich włosków. Poza tym wosk szybko stygnie i znów trzeba go rozgrzewać, a kto ma na to siłę?:P Ostatnio kupiłam plastry z Isany, tak dlatego, że były najtańsze, nie widzę żadnej różnicy pomiędzy tymi droższymi. Wiele osób uważa, że depilacja woskiem boli – moim zdaniem nie tak bardzo, na pewno jest trochę przyjemniejsza niż depilator. Wady: trzeba mieć przynajmniej jeden wolny wieczór (caaaały) żeby sobie wydepilować dwie nogi, u osób z bardzo delikatną skórą mogą występować podrażnienia. Zalety: efekt jest długotrwały, u mnie utrzymuje się ok 3 tygodni. A trzy tygodnie spokoju to kusząca opcja.


Depilator – mój faworyt. Owszem swoje kosztuje jednak jest to jednorazowa inwestycja, mam go od kilku lat i nadal dzielnie mi służy. Teraz wybrałabym taki z możliwością używania go w wodzie, ale jakoś bez tej opcji daję radę. Jest to metoda średnio przyjemna, trochę bolesna, ale zdecydowanie nie są to tortury i można się do tego przyzwyczaić. Po pewnym czasie człowiek dochodzi do takiej wprawy, że siedzi przed telewizorem, ogląda mtv i „jedzie”. Dlaczego wolę tą metodę od wosku? Jest skuteczniejsza, po pierwszym przejechaniu depilatorem usunięte są prawie wszystkie włoski. Utrzymanie depilatora w czystości też nie jest trudne. Zaraz po zabiegu skóra jest podrażniona (u mnie trochę bardziej niż po wosku, ale mniej niż po zwykłej maszynce – wiem, że to dziwne, ale właśnie tak mam) dlatego najlepiej depilować nogi wieczorem, przez nos skóra wróci do normalnego stanu. Zalety: zabieg jest stosunkowo szybki, a efekt długotrwały. Wady: depilacja nie należy do najprzyjemniejszych czynności ;)
Podsumowując: do plastrów więcej nie wrócę – szkoda mojego czasu i pieniędzy, najlepszą metodą jest depilacja moim wysłużonym braunem, z uwagi na fakt, że nie wyobrażam sobie użycia depilatora na inne części ciała niż nogi do pach i bikini pozostaje mi zielona maszynka ;)

poniedziałek, 13 maja 2013

Pod prysznicem stoją sobie


Miałam dzisiaj bardzo ciężki dzień w pracy, nie da się tego określić inaczej niż totalna masakra. Staram się oddzielać pracę od życia prywatnego, chociaż czasem ciężko mi to idzie. Po stresującym albo męczącym dniu najlepszym wstępem do popołudniowego/wieczornego relaksu jest długi, ciepły prysznic. Dzisiaj sobie pomyślałam, że przedstawię Wam żele pod prysznic, z których aktualnie korzystam. Zawsze mam przynajmniej dwa różnie, których używam w zależności od tego na jaki zapach mam ochotę. Dzięki temu zapach tak szybko mi się nie nudzi i zużywam produkt do końca z przyjemnością. Obecnie królują wiosenne, rześkie zapachy.


Yves rocher żel do kąpieli i pod prysznic bio malina – pachnie jak kisiel malinowy, tworzy gęstą, przyjemną pianę, choć moim zdaniem jest trochę za rzadki, nie wysusza skóry i nie podrażnia. Bardzo podoba mi się szata graficzna i kształt butelki, jedyne do czego można się przyczepić to odkręcany korek – średnio praktyczna sprawa pod prysznicem. Ten żel dostałam jako prezent do zakupów (za 1 grosz) jego regularna cena to 15,90 zł za 500 ml.
Dwa żele z rossmannowskiej marki Isana – wiem, że mają sporo przeciwników, ale ja naprawdę je lubię. Dobrze się pienią, nie wysuszają skóry, są wydajne, tanie (w promocji kosztują 2,90 zł za 300 ml!), nie podrażniają skóry i są łatwo dostępne. Podoba mi się też opakowanie, z zatrzaskiwaną zakrętką, nie ma problemu żeby otworzyć żel mokrymi rękami. Edycja limitowana o zapachu maków to produkt o gęstej żelowej konsystencji, nie jestem pewna czy tak pachną maki, ale zapach jest słodki i kwiatowy. Vitamin & jogurt to z kolei żel o kremowej konsystencji i owocowym zapachu. 


sobota, 11 maja 2013

Migawki


Tydzień po majówce był ciężki, ale na szczęście już weekend. Z okazji urodzi dostałam ulotkę z yves-rocher. Znowu poszłam na zakupy (teraz już nic nie kupuję! Przynajmniej prze najbliższy miesiąc), mleczko z olejkiem arganowym z ziaji użyłam już kilka razy i jestem z jego działania bardzo zadowolona (a kosztowało tylko 11 zł). Buty na koturnie z ccc w beżowym kolorze, będą idealne na lato. Bardzo podoba mi się kiedy kobiety chodzą w butach na wysokich obcasach, ja niestety do nich nie należę (obcasy masakrują moje biedne stopy, zakładam takie buty wyłącznie na wesela/komunie), dlatego stawiam na dużo wygodniejsze koturny. Wczoraj po pracy poszłam uzupełnić zapas wycofanego ze sprzedaży w biedronce płynu micelarnego. Na sam koniec dzisiejsze śniadanie, uwielbiam sobotnie poranki, można smażyć jajecznicę albo robić tosty w piżamie, sam spokój ;) 

Miłego weekendu! 

piątek, 10 maja 2013

Ulubieńcy kwietnia


Czas na trochę spóźnionych ulubieńców kwietnia. Jak, co miesiąc w kilku słowach przedstawiam kosmetyki, które dobrze mi w tym czasie służyły. 


Z kolorówki w tym miesiącu najczęściej sięgałam po paletkę Sleek Au naturel – pisałam to już kilkanaście razy, ale pozwolę sobie na koleje powtórzenie – to idealny zestaw cieni do codziennego makijażu do szkoły/pracy, kiedy wstaję rano i nie mam czasu na nic wymyślnego i skomplikowanego nakładam na powieki jeden, góra dwa cienie i gotowe. Poza tym zwykłego, matowego brązu używam do podkreślania brwi. Słynny krem do rąk z l’occitane o zapachu kwiatów wiśni – trafił do ulubieńców z uwagi na przepiękny (wcale nie chemiczny) zapach, konsystencję i ekspresowe wchłanianie. Minusy? Średnio nawilża, po kremie za cenę 30 zł spodziewałam się czegoś więcej. Chciałabym perfumy/żel pod prysznic/ balsam do ciała o tym zapachu. Jest urzekający. Pozostając w temacie nawilżania – multilipidowy krem odżywczy pharmaceris – ideał, nie ma ciężkiej konsystencji, szybko się wchłania, super nawilża, ma dużą pojemność, nie jest też przesadnie drogi. Ideał. (więcej na jego temat tutaj). L’biotica biovax serum wzmacniające z witaminą a+e o tym kosmetyku więcej wspominałam tu. Pięknie pachnie, bardzo ładnie wygładza i ujarzmia włosy, jeden z moich ulubionych produktów na niezdyscyplinowane końcówki. Flos-lek krem maseczka seria do skóry z problemami naczyniowymi – (więcej tutaj) kolejny świetny produkt (w końcu o to chodzi w ulubieńcach, prawda?) koi zaczerwienioną skórę i wzmacnia naczynka. Przez pierwszy tydzień stosujemy go codziennie, następnie według potrzeb, ja obecnie używam go raz w tygodniu. Na sam koniec masełko do ust nivea caramel cream – pięknie pachnie, dobrze pielęgnuje usta, nie jest tak dobry jak tisane, ale wiosną i latem kiedy moje usta nie są skrajnie przesuszone całkiem dobrze się sprawdza. Oczywiście pięknie pachnie, ma ogromną pojemność (19 ml!), kosztuje ok. 10 zł. Mam ochotę na wersję z maliną. 

czwartek, 9 maja 2013

Sławna bioderma


Jak pisałam wcześniej dzięki promocji w Hebe osławiony micel z Biodermy trafił w moje ręce. 100 ml buteleczka pozwala zapoznać się z produktem i wyrobić sobie pogląd czy nam się podoba i chcemy więcej czy też nie. Trochę bałam się spotkania z tym kosmetykiem – przede wszystkim dlatego, że tak mi przypadnie do gustu, że przepadnę i będę na niego wydawać każde pieniądze ;) ale z drugiej strony byłam przygotowana na to, że ten wychwalany płyn się u mnie nie sprawdzi, bo jak wiadomo ile ludzi tyle opinii. 


Po pierwszych dwóch-trzech użyciach byłam zupełnie zachwycona, przede wszystkim dlatego, że płyn działa niemal bez pocierania – wystarczy nasączony wacik przyłożyć do powieki, chwilkę przytrzymać i już. Proste prawda? Niestety rzadko który płyn do potrafi. Ale po pierwszych bardzo, bardzo pozytywnych wrażeniach naszła mnie chwila zwątpienia – bo i owszem bioderma jest bardzo łagodna i delikatna, nie podrażnia oczu, przynosi skórze ukojenie, skutecznie usuwa makijaż, niemal nie pachnie. Wszystko pięknie, ale w zasadzie płyn z biedronki działa w bardzo podobny sposób a jest kilka(naście) razy tańszy. Nie zrozumcie mnie źle – płyn micelarny z biodermy jest wspaniały i godny wszelkich pochwał, które na niego spływają w blogosferze. Ale moim zdaniem relacja ceny - i tak, raz jeszcze to powtórzę - wspaniałej jakości nie jest relatywna. Dlatego jeśli spotkam ten płyn  w przyzwoitej promocji na pewno zagości w mojej łazience ponownie. Teraz już mała buteleczka została wyciśnięta do dna i nie pozostaje mi nic innego jak wyciągnąć z szafki micel z biedronki.
__________________________________________________________
Dzisiaj przeczytałam, że Biedronka wycofuje ze sprzedaży mój ulubiony płyn micelarny. Dlaczego?! Trzeba kupić kilka na zapas, bo chyba nie uda mi się znaleźć nic równie dobrego w tak przystępnej cenie. 

wtorek, 7 maja 2013

Focus na brwi


Majówka skutecznie wybiła mnie z rytmu regularnego blogowania, generalnie jestem ostatnio trochę oderwana od rzeczywistości i po tych kilku dniach wolnego jakoś ciężko mi się ze wszystkim ogarnąć. A tematów do opisania na blogu jest całkiem sporo. Dzisiaj kilka słów (wdrażam się powoli;) o produkcie do stylizacji brwi. 


Na samym początku muszę zauważyć, że moje brwi wcześniej trochę zaniedbywałam, nie w tym sensie, że ich nie regulowałam i nosiłam krzaki, raczej chodzi mi o to, że nie podkreślałam ich w żadne sposób ani kredką ani cieniem. Błąd, ponieważ ładnie „zrobione” brwi nadają twarzy wyrazistości. Ja w tym celu używam cienia z paletki sleek’a au naturel oraz brązowego żelu do stylizacji brwi z wibo. Produkt jest zapakowany w ten sam sposób co zwyczajna maskara. Produkt dostępny jest tylko w jednym kolorze, moim zdaniem to taki odcień szarobrązowy, pasujący dla dziewczyn o ciemnej prawie oczu (szatynki, brunetki), zdecydowanie będzie za ciemny dla blondynek. Żel bardzo dobrze utrzymuje włoski w miejscu, zabarwi brwi, może być stosowany w połączeniu z kredką/cieniem albo solo (w obu opcjach dobrze się sprawdza), utrzymuje się cały dzień, nie rozmazuje się, nie rozpływa. Jest tani (w promocji zapłaciłam za niego coś ok. 6 zł) i dostępny w Rossmannie. Jedyny minus to szczoteczka, a właściwie wielka szczota, trzeba się do niej przyzwyczaić i na początku uważać ponieważ możemy sobie niechcący domalować brwi tam, gdzie ich nie mamy. 

środa, 1 maja 2013

Urodziny


30 kwietnia ubiegłego roku napisałam pierwszego posta, a to oznacza, że wczoraj mój blog skończył rok! Wiem, że wiele dziewczyn pisze od kilku lat, ale dla mnie ten jeden rok sporo znaczy. Jak zaczynałam pisać dawałam sobie kilka miesięcy (dwa, trzy), minął rok, a ja tak bardzo przyzwyczaiłam się do pisania tutaj, że obecnie nie wyobrażam sobie tego, że kiedyś ta przygoda się skończy.
Prowadzenie tego bloga sprawia mi ogromną przyjemność, wiem, że jeszcze sporo muszę się nauczyć (chciałabym robić lepsze zdjęcia, lepszym sprzętem), ale dzisiaj chciałam Wam podziękować za czas, który poświęcacie na to, żeby przeczytać moje notki. Każdy komentarz, mail, wyświetlenie sprawia mi wielką radość! Raz jeszcze dziękuję.