wtorek, 5 marca 2013

Kulturalny newsletter # 4


Czas na szybki przegląd tego, co udało mi się obejrzeć/przeczytać/przesłuchać. W kwestii muzyki ostatnio jestem minimalistą, jeszcze kilka miesięcy temu słuchałam czegoś cały czas, teraz włączam jakąś płytę tylko od czasu do czasu. Kiedy akurat nie dopada mnie potrzeba ciszy słucham albumu „Forth” brytyjskiego zespołu „The Verve” – mój ulubiony utwór to „Love is noise”. Poza tym wróciłam po bardzo długim czasie do dwóch absolutnie pięknych utworów: „Fast car” Tracy Chapman (właśnie umila mi pisanie tego posta) oraz „radioactive” Kings of Leon (uwielbiam!). Polecam, gdybym miała wybrać kilka piosenek, które miałabym słuchać do końca życia te dwie z pewnością by się w tym zestawieniu znalazły.


Jak wspominałam w jakieś weekendowej notatce obejrzałam „Cairo time”, film z kategorii: miły, spokojny i przyjemny. Zero akcji, nawet dialogów jest niewiele. Żona pewnego pracownika ONZ przylatuje na kilka dni do Egiptu, niestety okazuje się, że jej mąż musiał wyjechać do Strefy Gazy, w czasie jego nieobecności kobieta zwiedza Kair w towarzystwie byłego współpracownika i dobrego znajomego jej męża. Spotkanie Araba i Europejki jest pretekstem do ukazania różnic kulturowych. Zakończenie oczywiście jest do przewidzenia, można nawet stwierdzić, że jest ot produkcja bez większej fabuły, ale od czasu do czasu lubię obejrzeć coś w tym stylu. Miło jest w zimny wieczór popatrzeć na piramidy i zatłoczone ulice Kairu.


„Poradnik pozytywnego myślenia” zupełnie mnie zachwycił, nie jest to może wybitne działo, ale film bez wątpienia zaserwuje Wam porządną dawkę dobrej, przyjemnej, a przy tym nie głupawej rozrywki. Poza tym Bradley Cooper jest absolutnie obłędny.
W tym miesiącu spotkało mnie serialowe rozczarowanie, seriale (zwłaszcza amerykańskie) lubię, nie jestem w tym względzie też bardzo wybredna – oglądam wszystko od „Gossip girl” przez „True blond” po „Grę o tron”. Niestety po trzech odcinkach odpuściłam śledzenie dalszych losów tytułowych „dziewczyn”. Wiem, że ten serial ma wielu zwolenników, jednak moim skromnym zdaniem jest o niczym. Najgorsza jest główna bohaterka – kobieta o jednej skwaszonej minie.

Ostatnio byłam dość monotematyczna jeśli chodzi o książki. Czasem mam tak, że przeczytam jedną książkę, a jej tematyka mnie tak zaciekawi, że zaraz sięgam po podobne pozycje. Najpierw na wystawie Matrasu (czy tak się odmienia nazwę księgarni Matras?) zobaczyłam książkę Marka Owena „Niełatwy dzień”. Książkę wydał pod pseudonimem amerykański żołnierz należący do Navy Seals, który brał udział w operacji „Geronimo”. Nie pisze tylko o słynnej akcji zabicia Osamy, opowiada również o szkoleniach i wojnie w Afganistanie. Wszystko jest przedstawione w pasjonujący, bardzo ciekawy sposób. Czasem książkę czyta się nie jak dokument, ale jak dobrą powieść sensacyjną. Następnie sięgnęłam po „Cel snajpera”. Chris Kyle był najsłynniejszym amerykańskim snajperem, opowiada o tym w jaki sposób „zdejmował” rebeliantów w Iraku, jak wojna wygląda z bliska.  „Byłem synem Saddama Husajna” – książka napisana przez człowieka, który był sobowtórem Udaja Saddama. Gdybym miała opisać tą książkę jednem słowem, powiedziałabym, że jest straszna. Latif opisuje bestialstwo, przemoc i zezwierzęcenie syna Husajna. Z bliska możemy zobaczyć jak wygląda życie człowieka dla którego nie istnieją żadne granice ani moralne ani tym bardziej prawne. Orgie, morderstwa, gwałty, tortury wszystko to zostało tutaj przedstawione z ogromną skrupulatnością i dbałością o szczegóły. Zdecydowanie nie jest to książka typu „koc i herbata”. Jednak żeby nie było, że czytam taką ciężką literaturę wracam do lekkich, relaksujących lektur – zostało mi jeszcze kilkanaście stron książki „Pewnego dnia” Emily Giffin.


1 komentarz:

  1. Ja mam zamiar obejrzeć poradnik pozytywnego myślenia.

    OdpowiedzUsuń