piątek, 29 marca 2013

Migawki


Piątek! Czas na przegląd tygodnia. W niedzielę poszłam na wymianę książki, lubię takie inicjatywy, można spoktać ciekawych ludzi i w zamian za swoje przeczytane książki zabrać coś nowego, w końcu będę miała okazję przeczytać kultową „Mechaniczną pomarańczę”. Kawa i coś słodkiego idealnie pasują do książki. Zafarbowałam włosy, za każdym razem sięgam po inną farbę, przede wszystkim dlatego, że żadna nie spełnia moich oczekiwań. Ta jest najbliższa ideału, po aplikacji uzyskałam naturalny (czekoladowy) kolor. Jednak pianka nie jest najwygodniejsza w aplikacji, jest dość rzadka, przez co spływa z dłoni i brudzi wszystko dookoła.


Skorzystałam z oferty przysłanej przez yves rocher, przy zakupie masełka do ust dostałam żel pod prysznic o pojemności 400 ml za jeden grosz. Oba produkty są malinowe – masełko pachnie jak malinowy budyń, natomiast żel pod prysznic jak malinowy kisiel. Za dwa produkty zapłaciłam 12 zł;) to mi się podoba. Od kilku dni noszę na paznokciach energetyczne, wiosenne kolory. Niestety, wiosna omija Polskę z daleka, ostatnie zdjęcie prezentuje dzisiejszy, poranny widok z okna. 

czwartek, 28 marca 2013

Opowieść o maskach

Podczas mojej ostatniej wizyty w Starej Mydlarni kupiłam dwie maseczki, obie wydały mi się bardzo interesujące i nie mogłam się doczekać aż je przetestuję. Z uwagi na moją ogromną miłość do czekolady na pierwszy ogień poszła maska czekoladowa do zabiegów na twarz, szyję i dekolt. Najpierw kilka słów od producenta:zabieg na bazie czekolady, działa przeciwstarzeniowo i przeciwzmarszczkowo, doskonale dotlenia skórę. Czekolada bogata jest w witaminy A, E, F, H oraz związki mineralne, które poprawiają koloryt i ukrwienie skóry. Zabieg korzystnie wpływa na zmysły, pobudza produkcję endorfin, które poprawiają samopoczucie, działają stymulująco i antydepresyjnie. Czekolada chroni skórę przed utratą wody”.


Maseczkę można stosować na dwa sposoby: na zimno, po prostu aplikując ją z saszetki albo na ciepło (tą opcję wybrałam) poprzez podgrzanie saszetki w garnku z gorącą wodą, trzeba tylko uważać, żeby produkt nie był zbyt gorący! Maseczka ma kolor, konsystencję i zapach roztopionej mlecznej czekolady. Musiałam się powstrzymać, żeby po aplikacji nie oblizać placów;) Produkt łatwo się rozprowadza na twarzy, trochę przysycha, ale zdecydowanie nie przybiera formy skorupy, nie ściąga twarzy, a do tego bardzo szybko się zmywa. Poza relaksującymi właściwościami (och ten zapach!) maseczka bardzo dobrze nawilża, ładnie koi i uspokaja skórę twarzy, idealnie nadaje się na jesień i zimę. Dla mnie ideał! Zdjęcie pochodzi ze strony Starej mydlarni. Cena 3,60 zł/10 g. Jedna saszetka wystarczyła mi na dwie aplikacje. 

Druga zakupiona przeze mnie saszetka zawierała marokańską maseczkę arganową. Najpierw tradycyjnie zapewnienia producenta: „Maska peel-off do twarzy wzbogacona olejkiem arganowym, zwanym eliksirem młodości z powodu silnego działania odmładzającego. Zawiera on duże ilości naturalnych przeciwutleniaczy - tokoferoli (wit. E) i karotenoidów oraz witaminy F przyspieszającej gojenie. Olejek arganowy łagodzi objawy trądziku młodzieńczego, alergii, przynosi świetne efekty w chorobach skóry. Głęboko i skutecznie nawilża suchą skórę. Chroni przed przedwczesnym pojawieniem się zmarszczek”.


Produkt ma postać białego proszku, po dodaniu wody (w proporcjach 1:4) przybiera konsystencję gęstej, żelowej masy o przyjemnym dla oka złotym zabarwieniu. Maseczka pachnie bardzo delikatnie, jej aplikacja nie przysparza problemów, niestety gorzej jest z jej ściągnięciem. Produkt bardzo szybko zastyga na twarzy, na szczęście nie towarzyszy temu nieprzyjemne uczucie ściągnięcia.


Podczas zdejmowania z twarzy maseczka się rwie, nie ma możliwości zdjęcia jej w całości, w miejscach gdzie warstwa produktu była dość cienka (pod oczami, przy skroniach) musiałam ją dosłownie skubać! Właśnie z tego powodu nie przepadam za maseczkami typu peel-off. Poza problemami z usunięciem produktu maska funduje nam lekkie nawilżenie i mocno widoczne uelastycznienie i ujędrnienie skóry, efekt jest świetny, bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Twarz wyglądała na wypoczętą i promienną. A to wszystko jedynie za 4,60 zł/7g (taka ilość wystarcza na jedną aplikacje). Podsumowując obie maseczki bardzo przypadły mi do gustu, z pewnością będę do nich wracać, zapewniły mi dużo lepsze efekty niż wszystkie inne drogeryjne produkty tego typu.


wtorek, 26 marca 2013

Demakijaż


Podobnie jak wiele dziewczyn nie wyobrażam sobie pójścia spać w makijażu, nie chcę spędzić nocy przyklejając podkład do poduszki i krusząc rzęsy na prześcieradło;) A tak poważnie kiedy wracam do domu z pracy/zakupów/kawy z koleżanką niemal od razu zmywam makijaż, nie czekam z tym do wieczora, uważam, że cera czuje się lepiej bez niego. W kwestii demakijażu przerobiłam bardzo wiele produktów: na samym początku używałam mleczka, którego obecnie wręcz nie znoszę, uważam, że tylko rozmazuje makijaż po całej twarzy, następnie przyszła kolej na płyny dwufazowe, żele, produkty w formie pianki, w międzyczasie przewinęły się też nawilżane chusteczki i płatki. Wybór w tej kategorii pielęgnacji jest tak ogromny, że bardzo rzadko sięgam po ten sam produkt dwa razy (która z nas nie lubi testować nowości?), w zasadzie mam tylko jeden taki wyjątek i jest to: żel głęboko oczyszczający Vichy normaderm.


Dla przypomnienia – mam cerę wrażliwą, naczynkową, suchą i ten żal sprawdza się u mnie świetnie. Produkt nie powoduje u mnie żadnych podrażnień, ostatnio stosuję go codziennie i nie przesuszył mojej skóry, po aplikacji nie występuje również uczucie ściągnięcia skóry, bardzo dokładnie zmywa makijaż. Jest też wyjątkowo wydajny, cena regularna nie należy do niskich, ale często można go znaleźć w superpharm za ok. 21 zł i za taką cenę zawsze go kupuję. Żel ma bardzo gęstą konsystencję, dobrze się pieni, mimo faktu, że nie jest przeznaczony do okolic oczu, kiedy przez nieuwagę się tam dostanie nie powoduje żadnych szkód (nie podrażnia, oczy mnie od niego nie pieką ani nie są zaczerwienione). Dla mnie to najlepszy żel do demakijażu jaki kiedykolwiek wpadł w moje ręce. Moja cera ostatni trochę szalała – zupełnie niespodziewanie pojawiło się kilku nieprzyjaciół na brodzie, na szczęście m.in. przy pomocy tego żelu wróciła do normalnego wyglądu. Produkt zapakowany jest w wysoką, plastikową butelkę, z wygodną pompką (jedna pompka wystarczy mi na umycie całej twarzy). 

niedziela, 24 marca 2013

Kulturalny newsletter # 5


W kwestii obejrzanych filmów reprezentuję sobą żenujący poziom. Nie mam jakoś ostatnio do tego głowy, wiem, że to może dziwna wymówka, ale gapię się w ekran i totalnie nie mogę się skupić, niby oglądam, a moje myśli lecą w zupełnie inną stroną i po 20 minutach orientuję się, że nie za bardzo ogarniam akcję. Udało mi się obejrzeć dwa filmy z Ewanem McGregorem (bardzo lubię tego aktora) „Ostatnia miłość na ziemi” to produkcja o ogólnoświatowej epidemii, ludzie tracą po kolei wszystkie zmysły: najpierw smak, następnie węch, słuch i wzrok. Ciekawy pomysł, ale w jego realizacji czegoś mi zabrakło. Obejrzałam zachęcona bardziej pięknym tytułem niż samą fabułą. „Niemożliwe” to film ukazujący tragiczne losy rodziców oraz trójki ich dzieci dosłownie rozdzielonych przez wody tsunami w Tajlandii. Film smutny, dramatyczny i poruszający, miałam go obejrzeć w kinie, ostatecznie się nie udało, to nawet lepiej, nie lubię płakać w tłumie. Poza tym, że obejrzałam jeszcze dwie części ekranizacji ostatniego tomu przygód Harrego Pottera (podejrzewam, że wszyscy już je widzieli kilka lat temu) skupiałam się bardziej na serialach. Przez 40 minut byłam w stanie śledzić akcję, a poza tym seriale są idealnymi towarzyszami do obiadu albo kolacji. Pamiętniki Carrie – podoba mi się początek „before was the sex before was the city…” i czołówka, tak zwracam uwagę na takie detale. Na początku myślałam: nie, to serial nie dla mnie, choć pomysł prequelu „seksu w wielkim mieście” (która dziewczyna nie lubi tego serialu?!) wydawał mi się całkiem ciekawy stwierdziłam, że ta produkcja bardziej przeznaczona jest dla nastolatek. Z jednej strony faktycznie tak jest, ale z drugiej to całkiem przyjemna opowieść o życiu i dylematach młodych ludzi. Poza tym ciekawe stylizacje, niebanalne dodatki i oczywiście Manhattan!


Czas na książki! „Pewnego dnia” Emily Giffin to książka o kobiecie, której życie jest doskonale zorganizowane i ułożone: świetna praca, przystojny narzeczony, mieszkanie, czas na zakupy w ekskluzywnych sklepach. Jednak jak to bywa najczęściej za pięknym życiem stoi tajemnica z młodości. Pewnego dnia w progu mieszkania Marianne staje Kirby Rose, jej córka. Choć to, jak zakończy się ksiązka jest do przewidzenia po ok. stu stronach bardzo przyjemnie się ją czyta. Podoba mi się również to, że opowieść jest przedstawiona z dwóch perspektyw: matki i córki. Poza tym sama autorka zasługuję na pochwałę ponieważ widać jak jej styl pisania ewoluuje, z każdą kolejną książką jest coraz lepszy. Po „Przyjaciółki” Lisy Verge Higgins sięgnęłam zachęcona pozytywnymi opiniami na blogach. To historia trzech przyjaciółek, każda z nich otrzymuje list, który sprawia, że ich życie diametralnie się zmienia. Autorka listów – zmarła przyjaciółka – wie lepiej, co powinny zrobić, wie również, że ze względu na strach, stare przyzwyczajenia i masę innych wymówek ciężko jest sięgnąć po to, o czym się marzy. Przyjemna lektura, idealna do herbaty i koca. Czasem takie banalne historie są trochę nudne, na szczęście ta jest całkiem przyjemna. Idealna na poprawę humoru.  

Last but not least „Cyrk nocy” Erin Morgenstern. To magiczna opowieść, w której tytułowy cyrk jest tylko pretekstem do ukazania złożonych relacji między ludźmi. Miłość, przyjaźń, zaufanie, wiedza to w tej historii coś więcej niż słowa. Cyrk pojawia się znikąd, otwarty dla widzów od zmierzchu do świtu serwuje rozrywkę na najwyższym poziomie, odrywa od rzeczywistości, sprawia, że widzowie się w nim zakochują, uzależniają, nie mogą bez niego żyć, dlatego tworzą grupę, która podąża za cyrkiem. Nikt jednak nie podejrzewa, że wspaniały Le Cirque des Rêves powstał jedynie jako arena dla wielkiego pojedynku. Celia i Marco od dziecka byli szkoleni, przygotowywani do walki, jednak los sprawił, że nie stali się wrogami, wręcz przeciwnie. Książka pełna jest barwnych osobowości, pięknych, bardzo plastycznych opisów cyrkowych namiotów i magicznych sztuczek. Erin Morgenstern napisała książkę, którą czyta się z ogromną przyjemnością nie tylko ze względu na ciekawą fabułę ale również z uwagi na bardzo ładny język literacki. 

piątek, 22 marca 2013

Migawki


Kolejny tydzień za nami, czas tak szybko mi leci, za tydzień święta, a za oknem śnieg. W tym tygodniu upiekłam czekoladowe muffinki, takie oszukane bo z pudełka, ale wyszły bardzo dobre, mocno czekoladowe i niesamowicie słodkie. Kawą z bitą śmietaną umilałam sobie inny dzień, nie polecałabym takiego duetu. Na zdjęciu możecie zobaczyć służycie paletki ze sleek’a au naturel, używam jej bardzo często, niestety ostatnio mi spadła na podłogę i teraz zamiast jednaj paletki lusterko jest osobno. Na szczęście żaden cień (ani lusterko) się nie roztrzaskał.


Przeczytałam „Cyrk nocy”, chyba czas na kulturalny newsletter. W tym tygodniu udało mi się zjeść spokojnie zjeść śniadanie (hura!), uwielbiam celebrować poranki, kiedy nie mam mało czasu wolę nie jeść wcale niż jeść w biegu, wiem, że śniadanie to najważniejszy posiłek dnia, ale nie lubię trzymać kanapki w jednej ręce, a drygą ręką zapinać koszulę albo suszyć włosy. Idealny poranek jest wtedy kiedy mam czas na to, żeby zrobić herbatę, tosty i przy okazji przejrzeć gazetę albo pooglądać telewizję śniadaniową w piżamie. Byłam przeziębiona i dlatego moje cotygodniowe środowe spa urządzam dzisiaj. Miłego weekendu!   

wtorek, 19 marca 2013

Ogórek na oczy


Czy jestem wyspana i wypoczęta czy też nie, mam cienie pod oczami. Na szczęście opuchlizna pod oczami wystąpiła u mnie ostatni raz podczas studiów, zapewne była spowodowana mega kacem albo nauką przez pół nocy. Jednak cienie mam i nie mogę się ich pozbyć. Przyczyn jest kilka: niedobór żelaza, witaminy K, jednak najczęściej cienie pod oczami to sprawa dziedziczna. Zdaję sobie sprawę z tego, że nigdy całkowicie tych cieni nie zlikwiduję, ale przecież trzeba chociaż spróbować coś zrobić, prawda? Skóra w okolicy oka jest bardzo delikatna i wrażliwa, dlatego nie trę oczu, zmywam makijaż delikatnymi produktami i nawilżam! Po żelowe płatki pod oczy sięgam sporadycznie, przede wszystkim dlatego, że poza chłodzącym działaniem nie widzę żadnych innych efektów. 


Po purederm hydro soothing cucumber pads prawdopodobnie nie sięgnęłabym wcale gdyby nie fakt, że poleciła mi je koleżanka. Wypowiadała się o nich bardzo pozytywnie, dlatego przy okazji zakupów w Hebe wrzuciłam je do koszyka (w promocji kosztowały ok. 7 zł, cena regularna to ok. 10 zł). Płatki są wykonane z cieniutkiego materiału, który bardzo dobrze przylega do oka i możemy się spokojnie relaksować na kanapie słuchając muzyki zamiast się denerwować, że płatki nam spadają. „Ogórki” są bardzo mocno nasączone, aplikujemy je na oczy na 10-15 minut, nie ma sensu trzymać ich dłużej ponieważ po tym czasie wysychają. Bardzo przyjemnie pachną (świeżym ogórkiem), nie podrażniają, nawilżają i w widoczny sposób napinają skórę wokół oczu. A teraz najważniejsze: lekko rozjaśniają sińce pod oczami! Nie jest to spektakularny efekt photoshopa, ale kiedy ściągnęłam płatki i przejrzałam się w lusterku zauważyłam różnicę. Produkt zapakowany jest w saszetkę, którą można wielokrotnie zamykać i otwierać. Dzięki szczelnemu zamknięciu nasze ogórki nie wysychają, tylko znużone w płynie czekają na użycie. Wszystko jest dobrze przemyślane i praktyczne. Swoje 10 sztuk już zużyłam, w ofercie dostępne są róże wersje: cytryna, kiwi i truskawka.  

sobota, 16 marca 2013

Migawki


Lubię pisać posty typu przegląd tygodnia, relaksuje mnie to i kojarzy mi się z weekendem. Najczęściej piszę je w piątek, zaraz po powrocie z pracy, ale wczoraj brakło mi czasu. To był dobry tydzień! Wiele dziewczyn poleca herbaty z Rossmanna, wybrałam Afrykę i jestem zachwycona – mieszanka herbat roiboos, banan, mango i ananas.  Coś słodkiego do herbaty też się znalazło. Pozostając w temacie Afryki kupiłam tea light’y pachną jak drzewo sandałowe. Zachęcona zniżkami kupiłam kwietniowe wydanie „Twojego Stylu” znajdziemy tutaj kupony rabatowe do m.in. parfois, camaieu, top secret, I am, six, triumph, vero moda (lista sklepów biorących udział w akcji). Kilka ciekawych artykułów i bardzo dużo reklam!  


Aby urozmaicić moje cotygodniowe środowe spa odwiedziłam Starą Mydlarnię. Stwierdzenie  że lubię ten sklep to stanowczo za mało! Znajdziemy tutaj mydła, sole do kąpieli, musujące kule, maski do ciała, twarzy i włosów, olejki i masła. Wszystko bardzo estetycznie poukładane i pięknie zapakowane, obsługa też ok. Kupiłam sobie czekoladową maskę do twarzy na ciepło, energizującą maskę do twarzy z olejkiem arganowym, różany olejek do twarzy oraz masło shea o zapachu cupcake.
Wczoraj wracając do domu jeszcze raz zajrzałam do księgarni Weltbild i udało mi się kupić „Cyrk Nocy” od bardzo dawna chciałam przeczytać tą książkę, ale nie mogłam jej znaleźć w sieci, a w księgarni cena 39,90 nie była zachęcająca. Przy wcześniejszej wizycie w Weltbild niestety nie było tego tytułu, dlatego bardzo się cieszę, że wczoraj wpadła w moje ręce. Zapłaciłam niecałe 10 zł! Miłego weekendu!

czwartek, 14 marca 2013

Sleek line


Nie poddałam się po moich ostatnich włosowych rozczarowaniach klik klik) – chęć testowania jest wiecznie żywa ;) dlatego przemierzałam Rossmanna i Hebe w poszukiwaniu nowego szamponu. Wbrew pozorom nie mamy tutaj jakiegoś ogromnego wyboru, żyję już 26 lat, myję włosy kilka razy w tygodniu więc miałam czas na przetestowanie (i wyrobienie sobie opinii) bardzo wielu drogeryjnych szamponów, są wśród nich takie do których chętnie wracam (alterra, biowax) i takie po które z różnych przyczyn więcej nie sięgnę (pantene, fructis). Stałam więc przed półkami z profesjonalnymi szamponami w Hebe i w oko wpadł mi egzemplarz Sleek Line – szampon z jedwabiem repaire & shine, kosztował całe 4,90 za 300 ml (niesamowicie dobra cena) więc postanowiłam, że wezmę i przetestuję. Produkt zapakowany jest w plastikową butelkę z wygodnym dozownikiem, nie ma żadnego problemu z wyciśnięciem dość gęstego szamponu. Obietnice producenta: intensywnie nawilżający szampon z jedwabiem do włosów zniszczonych lub po farbowaniu. Dzięki zawartości protein jedwabiu posiada właściwości silnie nawilżające skórę i włosy. Nadaj się do codziennego stosowania.


A teraz czas na moje zdanie, no cóż… Nie wiązałam z nim wielkich nadziei, a teraz mi wstyd za mój brak wiary ;) Jednym słowem szampon jest niesamowity( z pewnością znajdzie się w ulubieńcach marca)! Nawilża włosy, sprawia, że są wygładzone i ładnie się układają, zamiast sterczeć każdy w inną stronę. Nabłyszcza, poważnie moje włosy po żadnym szamponie nie miały takiego blasku. Nie obciąża włosów, nie podrażnia skóry głowy, bardzo dobrze się pieni (sls w składzie, ale wybaczam mu) przez co jest też wydajny. Ma też bardzo przyjemny kwiatowo-owocowy zapach, który utrzymuje się na włosach cały dzień, zastosowany bez odżywki nie plącze włosów. Chyba znalazłam ideał ;) Następnym razem kupię jeszcze maskę do kompletu. 

wtorek, 12 marca 2013

Słynny micel


Płyn micelarny z Biedronki zyskał ostatnio sławę na blogach porównywalną z popularnością Biodermy. Niestety nie mogę porównać obu tych produktów ponieważ nie używałam kultowej Biodermy (dziwne, prawda?:), ale produkt z Biedronki bardzo przypadł mi do gustu. Micel został wyprodukowany przez Tołpę, zapakowany jest w plastikową buteleczkę, z wygodnym aplikakatorem, a 200 ml produktu kosztuje 4,49 zł. Stwierdziłam, że za tak niską cenę warto przetestować ten produkt. Jego działanie zaskoczyło mnie bardzo pozytywnie. Płyn prawie nie ma zapachu, nie podrażnia moich delikatnych oczu, nie piecze, ani nie przesusza skóry w okolicy oczu. Nie powoduje też znienawidzonego przede mnie „widzę przez mgłę”. Ale poza tym, że nie podrażnia istotną kwestią jest to czy zmywa makijaż. 

Zmywa! Przynajmniej z moim codziennym makijażem radzi sobie bardzo dobrze, z imprezowym smoky też daje radę, niestety nie jestem w stanie stwierdzić czy podoła kosmetykom wodoodpornym ponieważ takowych nie używam. Słyszałam na temat tego produkt wiele sprzecznych opinii, ja jestem tym produktem oczarowana. Już kończę pierwsze opakowanie, na szczęście udało mi się zakupić kolejne, a musicie wiedzieć, że kilka Biedronek w tym celu zwiedziłam, ale nie ma się co dziwić, że tak tani produkt jest słabo dostępny. Z pewnością za cenę 4,49 zł wiele dziewczyn postanowiło go przetestować. Czytałam opinie, że po dwóch, trzech tygodniach płyn zaczyna podrażniać oczy, u mnie nic takiego nie miało miejsca (a używam go od prawie dwa miesiące), cały czas działa bardzo delikatnie (i skutecznie). 

piątek, 8 marca 2013

Migawki


To był ciężki tydzień, ale na szczęście mamy już weekend. W ramach terapii mającej na celu poprawę mojego humoru byłam kilka razy na zakupach. Kolczyki – „złote” serduszka, to coś czego szukałam od dawna, pasują niemal do wszystkiego. Do tego zakupiłam za całe 5,70 zł łańcuszek z zawieszką w kształcie &. Mój poprzedni portfel po kilku intensywnych latach używania dokonał żywota. Był już bardzo zniszczony i wytarty (co widać na zdjęciu), dlatego kupiłam nowy, trochę większy, ze złotym zamkiem, w karmelowym kolorze.


Z okazji dnia kobiet w pracy kwiatki i coś słodkiego. Po pracy poszłam sama sobie zrobić prezent(y) do księgarni Weltbild. Słyszałam wiele o trwających wyprzedażach i znalazłam kilka książek dla siebie. „Za zasłoną strachu” –mimo faktu, że fabuła każdej takiej książki jest do siebie bardzo zbliżona, po prostu lubię czytać o kobietach żyjących w krajach arabskich. „Przyjaciółki” to książka z typu lekka i przyjemna, czytałam jej recenzje na kilku blogach i od dawna chciałam jej się bliżej przyjrzeć. Na sam koniec „Fanaberie” – powiedzieć, że okładka tej książki bardzo mi się podoba to zdecydowanie za mało, ta okładka mnie niemal hipnotyzuje. Poza tym akcja dzieje się we współczesnej Polsce, jestem bardzo ciekawa tej książki. Skończyłam już „Pewnego dnia” Giffin, obecnie czytam „Podróż do miasta świateł. Róża z Wolskich”, ale pojęcia nie mam po którą książkę sięgnę jako po następną. Poza tym uwielbiam zapach nowych książek. A teraz najlepsze: za trzy książki zapłaciłam 27 zł! To mniej niż za jedną. A  w gratisie dostałam ogrzewacz do rąk.

***
Z okazji dnia kobiet życzę nam spokoju, chwil relaksu i więcej czasu dla siebie! 

czwartek, 7 marca 2013

Produkty wcześniej nieznane


Zdecydowana większość kosmetyków, które kupuje to produkty o których już coś wiem – czytałam o nich, albo oglądałam recenzje na yt. Czasem jednak przyjemnie jest przetestować coś zupełnie w ciemno, coś o czym wcześniej nic nie wiedziałam i w związku z tym nie mam wobec tego produktu żadnych oczekiwań. Rzadko jednak zdarzają mi się takie przypadki, przede wszystkim dlatego, że kiedy coś wybieram wolę kierować się tym, że już gdzieś na temat danego produktu usłyszałam pozytywną opinię. Dzisiaj napiszę kilka słów o dwóch produktach do pielęgnacji ciała, które dostałam od przyjaciółki i nigdy ich na żadnej sklepowej półce nie widziałam (ciekawa jestem skąd je wytrzasnęła!).


Na początek mus do ciała wyprodukowany przez firmę Galanea Laboratories, z którą nigdy wcześniej się nie spotkałam, ale przecież człowiek poznaje nowości przez całe życie, więc byłam bardzo ciekawa działania tego produktu. Po tym jak ściągnęłam zabezpieczającą folię i powąchałam zawartość słoiczka nie byłam przekonana. Niby produkt pachnie lilią wodną i trawą cytrynową czyli z założenia dość świeżo i niemal przyjemnie, jednak ja wyczuwam w tym jakiś taki nieprzyjemny, trochę cierpki zapaszek. Poza wątpliwymi walorami zapachowymi produkt zasłużył na kilka pochwał. Przede wszystkim (i co dla mnie najważniejsze) bardzo dobrze nawilża i wygładza skórę dzięki zawartości w składzie masła shea, oleju migdałowego oraz alantoiny. Mus nie smuży, jest bardzo przyjemny w aplikacji i szybko się wchłania. Ma bardzo ciekawą żelowo-kremową konsystencję, która sprawia, że skóra po aplikacji jest napięta i niemal jędrna ;) Zdecydowanie dobry produkt, jeśli znajdziecie go gdzieś na półce radzę mu się bliżej przyjrzeć – dzięki pomocy google dowiedziałam się, że te produkty dostępne są w aptekach. Muszę przyznać, że Galanea Laboratories ma całkiem ciekawą ofertę – zaciekawił mnie krem na rozszerzone naczynka oraz masło do ciała o zapachu brzoskwini i wanilii. 


Drugi egzemplarz to balsam shea butter + coconut. Tutaj zapach też do najprzyjemniejszych nie należy – trochę chemiczny, zdecydowanie nie ma wiele wspólnego ze słodkimi kokosowymi nutami zapachowymi. Produkt ekspresowo się wchłania, problem polega jednak na tym, że już dwie minuty po aplikacji moja skóra wygląda tak jak przed – jest sucha i ściągnięta jakbym niczego nie użyła. Jaki zatem sens stosowania produktu, który nie działa? Trochę mi głupio tak ostro oceniać produkt, który moja znajoma w swojej wspaniałomyślności mi podarowała, ale przecież, nie mogę napisać, że balsam jest dobry, kiedy zupełnie się u mnie nie sprawdził, prawda?

wtorek, 5 marca 2013

Kulturalny newsletter # 4


Czas na szybki przegląd tego, co udało mi się obejrzeć/przeczytać/przesłuchać. W kwestii muzyki ostatnio jestem minimalistą, jeszcze kilka miesięcy temu słuchałam czegoś cały czas, teraz włączam jakąś płytę tylko od czasu do czasu. Kiedy akurat nie dopada mnie potrzeba ciszy słucham albumu „Forth” brytyjskiego zespołu „The Verve” – mój ulubiony utwór to „Love is noise”. Poza tym wróciłam po bardzo długim czasie do dwóch absolutnie pięknych utworów: „Fast car” Tracy Chapman (właśnie umila mi pisanie tego posta) oraz „radioactive” Kings of Leon (uwielbiam!). Polecam, gdybym miała wybrać kilka piosenek, które miałabym słuchać do końca życia te dwie z pewnością by się w tym zestawieniu znalazły.


Jak wspominałam w jakieś weekendowej notatce obejrzałam „Cairo time”, film z kategorii: miły, spokojny i przyjemny. Zero akcji, nawet dialogów jest niewiele. Żona pewnego pracownika ONZ przylatuje na kilka dni do Egiptu, niestety okazuje się, że jej mąż musiał wyjechać do Strefy Gazy, w czasie jego nieobecności kobieta zwiedza Kair w towarzystwie byłego współpracownika i dobrego znajomego jej męża. Spotkanie Araba i Europejki jest pretekstem do ukazania różnic kulturowych. Zakończenie oczywiście jest do przewidzenia, można nawet stwierdzić, że jest ot produkcja bez większej fabuły, ale od czasu do czasu lubię obejrzeć coś w tym stylu. Miło jest w zimny wieczór popatrzeć na piramidy i zatłoczone ulice Kairu.


„Poradnik pozytywnego myślenia” zupełnie mnie zachwycił, nie jest to może wybitne działo, ale film bez wątpienia zaserwuje Wam porządną dawkę dobrej, przyjemnej, a przy tym nie głupawej rozrywki. Poza tym Bradley Cooper jest absolutnie obłędny.
W tym miesiącu spotkało mnie serialowe rozczarowanie, seriale (zwłaszcza amerykańskie) lubię, nie jestem w tym względzie też bardzo wybredna – oglądam wszystko od „Gossip girl” przez „True blond” po „Grę o tron”. Niestety po trzech odcinkach odpuściłam śledzenie dalszych losów tytułowych „dziewczyn”. Wiem, że ten serial ma wielu zwolenników, jednak moim skromnym zdaniem jest o niczym. Najgorsza jest główna bohaterka – kobieta o jednej skwaszonej minie.

Ostatnio byłam dość monotematyczna jeśli chodzi o książki. Czasem mam tak, że przeczytam jedną książkę, a jej tematyka mnie tak zaciekawi, że zaraz sięgam po podobne pozycje. Najpierw na wystawie Matrasu (czy tak się odmienia nazwę księgarni Matras?) zobaczyłam książkę Marka Owena „Niełatwy dzień”. Książkę wydał pod pseudonimem amerykański żołnierz należący do Navy Seals, który brał udział w operacji „Geronimo”. Nie pisze tylko o słynnej akcji zabicia Osamy, opowiada również o szkoleniach i wojnie w Afganistanie. Wszystko jest przedstawione w pasjonujący, bardzo ciekawy sposób. Czasem książkę czyta się nie jak dokument, ale jak dobrą powieść sensacyjną. Następnie sięgnęłam po „Cel snajpera”. Chris Kyle był najsłynniejszym amerykańskim snajperem, opowiada o tym w jaki sposób „zdejmował” rebeliantów w Iraku, jak wojna wygląda z bliska.  „Byłem synem Saddama Husajna” – książka napisana przez człowieka, który był sobowtórem Udaja Saddama. Gdybym miała opisać tą książkę jednem słowem, powiedziałabym, że jest straszna. Latif opisuje bestialstwo, przemoc i zezwierzęcenie syna Husajna. Z bliska możemy zobaczyć jak wygląda życie człowieka dla którego nie istnieją żadne granice ani moralne ani tym bardziej prawne. Orgie, morderstwa, gwałty, tortury wszystko to zostało tutaj przedstawione z ogromną skrupulatnością i dbałością o szczegóły. Zdecydowanie nie jest to książka typu „koc i herbata”. Jednak żeby nie było, że czytam taką ciężką literaturę wracam do lekkich, relaksujących lektur – zostało mi jeszcze kilkanaście stron książki „Pewnego dnia” Emily Giffin.


niedziela, 3 marca 2013

Ulubieńcy lutego


Wiem, że wszyscy to powtarzają, ale kolejny miesiąc zleciał mi niesamowicie szybko! Czas zatem przedstawić produkty po które sięgałam w lutym najchętniej i najczęściej. Nie ma ich dużo, bo miesiąc był krótki;)  


Masło do ciała z perfecta – akurat teraz mam wersję pomarańcza i wanilia (panie pięknie, nie tak intensywnie i energetycznie jak sama pomarańcza, bardziej przypomina aromat kwiatu pomarańczy). Masło ekspresowo się wchłania, nie smuży, bardzo dobrze nawilża, nie ma konsystencji typowego masła, bardziej przypomina budyń ;) Oczywiście jego antycelulitowe właściwości należy włożyć między bajki, ale to w żadnym stopniu nie umniejsza klasie tego produktu. Wcześniej miałam wersję zapachową kakao i kokos, następnym razem sięgnę po migdał. 
The body shop ginger sparkle body polish – wykończyłam ten produkt do cna, przecięłam plastikową tubeczkę i wygrzebałam resztki, jednak wcześniej pamiętałam o tym, żeby zrobić mu zdjęcie. Idealny zapach na poprawę humoru! Zapachowa mieszanka imbiru, pierniczków i żelków haribo (o smaku coli) to jest to, czego potrzebuję po ciężkim dniu. Więcej pisałam o nim tu.
W poprzednich ulubieńcach wspomniałam o różu z inglota, cały czas używam tego produktu, teraz jednak z innym pędzlem. Ścięty pędzel do różu z serii elite professional jest świetnym produktem. Bardzo dobrze i precyzyjnie nakłada i rozciera róż, nie tworzy nieestetycznych placków, jest bardzo delikatny i mięciutki. Stworzony z syntetycznego włosia nie podrażnia mojej skóry. Myję tak jak każdy inny pędzel – szamponami przeznaczonymi dla dzieci. Mam go ponad rok, a pędzel cały czas wygląda jak nowy – włosie się nie odkształciło, nie wypadło ani nie stwardniało, nic się też nie rozkleiło. Jeśli szukacie dobrego pędzla w przystępnej cenie rozważcie zakup tego z elite. Dostępny jest w Rossmannie, w cenie ok. 20 zł.


Last but not least – cienie z catrice. Staram się zużywać cienie, które mam i nie kupować nowych. Od kilku miesięcy mocno trzymam się tego postanowienia, ale jak wiemy kolorówka jest tak bardzo wydajna, że nie wiem kiedy uda mi się ujrzeć denko. Catrice 040 lord of the blings to produkt dosłownie nie do zdarcia. Trzyma się na powiekach od porannej aplikacji do wieczornego demakijażu. Zawsze aplikuję go za pomocą palca, uważam, że pod wpływem ciepła lepiej się stapia z powieką, trzeba go jednak szybko rozetrzeć po produkt ekspresowo zastyga. Nałożony lekką ręką nadaje się do makijażu dziennego, kiedy zaaplikujemy go więcej świetnie nada się jako cień bazowy do smoky. Jako baza przedłuża trwałość innych cieni. Słowem – wspaniały produkt.
410 c’mon cameleon! jak sama nazwa wskazuje to kolor kameleon – kiedy zobaczyłam go pierwszy raz pomyślałam: zwykły zgniło-zielony cień, o co tyle zamieszania. Powiedziałabym nawet, że wydał mi się bury i brzydki, ale kiedy roztarłam go na dłoni od razu zrozumiałam te wszystkie zachwyty! Cień jest mieszanką brudnej zieleni z brązem, czasem można zobaczyć w nim fioletowe podbicie. To wielowymiarowy, trudny do określenia kolor. Trochę się osypuje, ale jak na typowy prasowany cień ma bardzo przyzwoitą. Najczęściej używam go do podkreślenia załamania, ale na całej powiece też tworzy ciekawy efekt. 


piątek, 1 marca 2013

Migawki


Udało mi się dzisiaj zacząć weekend już o godzinie 16:30 ;) To był bardzo intensywny tydzień: dużo pracy, a po pracy, kawa, zakupy i spotkania ze znajomymi. Znalazłam też trochę czasu na przegląd tak zwanej prasy kobiecej. Czekolada z orzechami była bardzo wskazana z uwagi na czwartkowy spadek formy. Stwierdziłam, że zasłużyłam na małe ciuchowe zakupy (ponieważ nie kupuję ostatnio prawie wcale kosmetyków, obawiam się, że zaraz nie będę miała o czym pisać!). Wspominałam Wam wcześniej (tutaj ) o moich wiosennych inspiracjach. Kurtka z h&m z rękawami z czarnej pseudo-skóry jest zachwycająca. Jeśli zapiszecie się na stronie stronie h&m na newsletter dostaniecie na maila kupon -25% na jedną rzecz. Tym sposobem zapłaciłam za kurtkę 150 zł zamiast 200 zł. Lubię takie promocje. Bardzo podobają mi się botki z taką dziurkowaną cholewką i przecieranymi czubkami, niestety kwoty w okolicach 300 zł za kawa wałek materiału to dla mnie ceny nie do przejścia. Swoje kupiłam w takim sklepie no-name za 69,90 ;) Tyle na dzisiaj, lecę się relaksować. Miłego weekendu.