wtorek, 26 lutego 2013

Z tęsknoty za wiosną

Jak większość z nas cierpię obecnie na tęsknotę za wiosną. Mam już dość szarego śniegu leżącego na ulicach, zimowych płaszczy, grubych skarpetek i kozaków. Tęsknię za kolorem. I dlatego sięgnęłam po pomadkę z catrice w kolorze 210 kiss kiss hibiskiss. Produkty z catrice zawsze mają ciekawe, niebanalne nazwy, tak oczywiście jest i tym razem.



Pomadka ma intensywny, niemal neonowy kolor różu, trochę przełamanego maliną. Na ustach wygląda obłędnie, nie podkreśla suchych skórek, nie zbiera się w załamaniach, schodzi bardzo równomiernie, nie ma obaw, że zjemy ją nierówno i będziemy wyglądały jak klaun. Na ustach trzyma się bardzo długo, bez jedzenia nawet przez kilka godzin! Jestem zachwycona jej trwałością. Nałożona oszczędnie, roztarta palcem wygląda bardzo naturalnie i nadaje się do codziennego użytku. Natomiast zaaplikowana w ‘normalnej’ ilości wygląda bardzo kobieco, przez tak intensywny kolor twarz wygląda na bardziej wypoczętą, moim zdaniem idealnie komponuje się z delikatnym, świetlistym makijażem. Pomadka ma przyjemną, kremową konsystencję, a dodatkowo nadaje ustom połysk. Opakowanie też zasłużyło na pochwałę – jest dobrze wykonane, metalowe, srebrne, połyskujące, przy zamykaniu wydaje charakterystyczny ‘klik’, dzięki któremu jestem pewna, że pomadkę zamknęłam. Nalepka znajdująca się na spodzie opakowania jest w kolorze pomadki, dzięki czemu posiadając kilka sztuk nie musimy otwierać każdej po kolei w poszukiwaniu konkretnego odcienia, niby detal, ale dobrze pomyślany.


Bardzo podoba mi się połączenie pomadki z niemal identycznym kolorem lakieru na paznokciach. Udało mi się znaleźć taki w superpharm. Delia coral prosilk nr 33 to intensywny, głęboki róż. Niestety do pełnego krycia potrzebuję aż trzech warstw, ale dobra wiadomość jest taka, że kolor po aplikacji jest identyczny jak ten w buteleczce. Lakier ma kremową formułę i delikatny połysk. Niestety bez żadnego wspomagacza w postaci top coat’u wytrzymuje na paznokciach jeden dzień, następnie odpryskuje na niemal każdym paznokciu. 

niedziela, 24 lutego 2013

Zagadkowe działanie szamponu z Joanny


Zachęcona bardzo dobrym działaniem serum na końcówki z Joanny (o którym pisałam całkiem niedawno) sięgnęłam po szampon regenerująco-nawilżający z tej samej linii czyli mleko i miód z apteczki babuni. Szampon zgodnie z obietnicami producenta miał skutecznie oczyszczać włosy i skórę głowy, wygładzać włosy oraz sprawić, że będą bardziej lśniące i sprężyste.


Szampon ma dość rzadką konsystencję, jest przezroczysty, dobrze się pieni i ma przyjemny, delikatny zapach, który na włosach utrzymuje się cały dzień. Produkt zapakowany jest w białą, plastikową buteleczkę wyposażoną w wygodny korek, stylizowaną na produkty apteczne. Ma też nieco większą pojemność niż standardowy produkt – 300 ml. Cena też bardzo przyjazna – 5,99 zł.


Niestety ten produkt się u mnie zupełnie nie sprawdził. Przede wszystkim dlatego, że nie domywa moich włosów! Kiedy pierwszy raz umyłam włosy tym produktem nie mogłam uwierzyć w to co mam na głowie – przyklapnięte, obciążone, matowe włosy. Winę zrzuciłam na siebie – stwierdziłam, że pewnie niedokładnie spłukałam szampon, stąd taki fatalny efekt. Następnym razem płukałam włosy bardzo długo i dokładnie, a efekt był niewiele lepszy. Włosy dalej były bez blasku, poplątane i tylko nieco bardziej odświeżone niż za pierwszym użyciem. Ze względu na to, że nie lubię wyrzucać żadnych produktów stosowałam ten szampon do pierwszego mycia włosów (np. po maseczkach, olejkach), a następnie myłam włosy szamponem, po którym moje włosy wyglądają normalnie (czyli na umyte;). Któregoś dnia sięgnęła po niego moja siostra – i tutaj niespodzianka – była z niego bardzo zadowolona. Jej włosy były miękkie, sprężyste i lśniące. Totalne przeciwieństwo tego, co działo się na mojej głowie. Czy ktoś potrafi wytłumaczyć tą zagadkę? Siostra zabrała szampon, jest z niego zadowolona, a ja nie muszę się z nim więcej męczyć. 

piątek, 22 lutego 2013

Migawki


Należę do osób, które wierzą w to, że małe rzeczy cieszą dlatego w ramach piątkowego relaksu wrzucam kilka zdjęć z minionego tygodnia: domowa szarlotka musi mieć krateczkę ;) mleko (opcjonalnie jogurt), miód i banan – mój ulubiony zimowy koktajl, poza tym tęsknię za truskawkami i malinami. Mimo faktu, że chcę wiosnę zima nie odpuszcza, trzeba uzupełnić skarpetki i rajstopy. Polecam te z Pepco – skarpetki są dobrej jakości, mają przyjemne wzorki i są w bardzo przystępnej cenie, podobnie sytuacja wygląda z rajstopami - jeśli kupujecie kryjące rajstopy to wiecie, że czasem są po prostu brzydkie, te są idealne – grube, w ładnym kolorze (czarny jest czarny a nie jakiś taki siny i sprany), z bardzo subtelnym połyskiem.


Lubię książki E.Giffin, obejrzałam nowy odcinek „Lekarzy” powiedzmy, że jest to jedyny polski serial, który jestem w stanie znieść, choć i tak uważam, że do ideału mu daleko. Środa to dla mnie idealny dzień na SPA, relaksujemy się po trzech dniach pracy i nabieramy siły na kolejne dwa;) A dzisiaj już piątek – czas iść na kawę z koleżanką i oficjalnie ogłosić weekend!  

środa, 20 lutego 2013

Jestem na nie


Jak możecie zobaczyć po tytule nie jestem zadowolona z działania Vatiki, bardzo żałuję. Przeczytałam tyle pozytywnych opinii, że byłam niemal pewna, że ten olejek zdziała na moich włosach cuda ;) ale jak wiadomo każda z nas jest inna, to co działa z powodzeniem u jednych zwyczajnie nie sprawdza się u innych. Prawda stara jak świat, ale najczęściej o niej zapominam i wydaje mi się, że produkt polecany przez tyle dziewczyn też będzie dla mnie dobry.


Vatika pachnie bardzo ładnie – kokosem, ale wyczuwam w nim też lekko ziołowe nuty – bardzo ciekawe połączenie. Olejek jest zapakowany w plastikową buteleczkę z zieloną zakrętką. Jak wszyscy wiedzą produkt w pokojowej temperaturze występuje w formie stałej, jednak wystarczy włożyć buteleczkę dosłownie na chwilę pod strumień ciepłej wody i już jest roztopiony i gotowy do aplikacji.
Zalety olejowania znam – używałam oleju kokosowego i alterry (granat i awokado) - bardzo lubię tą formę pielęgnacji. Poprzednie olejki nie obciążały moich włosów, dobrze je odżywiały, sprawiały, że włosy były lśniące i sprężyste. Od Vatiki włosy są „lśniące” tylko z tego powodu, że po aplikacji bardzo szybko się przetłuszczają, są obciążone i oklapnięte. Nawilżenia nie zauważyłam. Poza tym vatikę z włosów bardzo ciężko zmyć – zdarzało mi się dwukrotnie umyć włosy tylko po to żeby po wysuszeniu umyć je jeszcze raz bo zdecydowanie nie nadawały się do pokazania publicznie bez czapki. Z uwagi na fakt, że ten olejek okropnie obciążał moje włosy po kilku nieudanych próbach aplikowałam go wyłącznie od wysokości ucha, ale na końcówki też się nie sprawdza – nie nawilża, a poza tym wydaje mi się, że sprawia, że każdy włos sterczy w inną stronę. Zużyłam połowę opakowania starając się znaleźć na niego sposób, niestety nie udało się. Bardzo żałuję. Na szczęście kupiłam mniejsze opakowanie. 

niedziela, 17 lutego 2013

Niedzielny mix


Nie przepadam za niedzielą, zdecydowanie bardziej lubię piątek albo sobotę. W wyniku dzisiejszej nudy, gdzieś między czytaniem książki, a oglądaniem kolejnych odcinków „Suits” przeglądałam strony internetowe m.in. h&m, Reserved, Lasocki, przy okazji oczywiście kilka rzeczy wpadło mi w oko ;)


Już nie mogę doczekać się wiosny, cieszę się, że wszystkie ubrania i dodatki dostępne w sklepach są zdominowane przez pastele. Z rzeczy, które chętnie bym przygarnęła: spódnica z dżinsu, biały t-shirt z czarnym nadrukiem (bo nie są takie nudne jak zwykłe białe koszulki, a świetnie pasuję do wszystkiego – marynarki, sweterka, koszuli dżinsowej), ‘dziurkowane’ botki, kolczyki z miętowym akcentem, lekkie chusty (mam już dość zimowych, grubych, wełnianych kominów), baletki ze złotymi czubkami oraz totalny hit – parka z h&m. Wiosenna jasnobeżowa kurteczka, ze złotym akcentami i rękawami z czarnej ‘skóry’. Śliczna! W oko wpadło mi też kilka rzeczy z Kruka, moim zdaniem tworzą piękną, delikatną, klasyczną biżuterię. Szukam delikatnych srebrnych kolczyków, a przy okazji oczarowała mnie zawieszka w kształcie klucza, niestety cena (349zł) skutecznie ostudziła mój zapał.


Wiem, że całkiem niedawno napisałam post nt. racjonalnego podejścia do zakupów, dlatego wyżej wskazane rzeczy to dla mnie bardziej inspiracje, a nie konkretne wytyczne. Poza tym rzeczą, której naprawdę potrzebuję jest czytnik e-booków. Czytam dużo, miejsca na regałach mam mało. Do tej pory czytałam e-booki na laptopie – kiedy bardzo chcę przeczytać jakąś książkę nie stoi mi na przeszkodzie dyskomfort czytania z komputerowego ekranu. Postanowiłam jednak zrobić sobie prezent (urodziny mam dopiero w maju, ale to nic;) i kupić czytnik z dobrym ekranem. Po dzisiejszym researchu zdecydowałam się na kindle 5.


piątek, 15 lutego 2013

serum na końcówki


Czasem w całym gąszczu kosmetycznych produktów możemy natknąć się na coś – co nas bardzo pozytywnie zaskoczy. Tak było w tym przypadku. Zawsze po myciu, na lekko wilgotne włosy stosuję jakiś produkt nawilżający i ujarzmiający – wcześniej był to olejek, a właściwie serum wzmacniające z witaminą a+e L’biotica z działania którego byłam bardzo zadowolona – nie obciążał włosów, wygładzał, nabłyszczał, nawilżał, pielęgnował i sprawiał, że moje końcówki ładnie się układały podczas gdy naturalnie przypominają miotłę. Dodatkowo serum pięknie pachnie słodkim kokosem, zapach na szczęście utrzymuje się na włosach jeszcze kilka godzin po aplikacji. Olejek z witaminą a+e stosowałam nakładałam na całą długość włosów, na noc, następnie rano zmywałam, oczywiście przy takiej opcji zużyłam niemal 1/3 produktu, ale moje włosy potrzebowały wtedy porządnej regeneracji i to serum sprawdziło się świetnie. Musiałam zaczerpnąć zdjęcie przy pomocy grafiki google ponieważ zanim pomyślałam o tym, żeby je zrobić  kartonik wylądował w koszu.


Kiedy serum wycisnęłam do ostatniej pompki zapragnęłam odmiany (stosowany standardowo jest niesamowicie wydajny!) dlatego zachęcona pozytywnymi opiniami sięgnęłam po serum wygładzająco-nawilżające do końcówek włosów seria z apteczki babuni.


Produkt zapakowany jest w miękką, plastikową tubkę, szata graficzna też jest całkiem przyjemna dla oka, ale przecież nie o wygląd, a o działanie chodzi. Serum z Joanny robi to, co ma robić. Jest godnym następcą l’biotiki - włosy są gładkie, nawilżone, wyglądają zdrowo, ładnie się układają. Serum nie przetłuszcza ani nie obciąża włosów. Produkt ma postać kremowo-żelową i chociaż producent zapewnia, że można je stosować zarówno na mokre i suche włosy, ja zawsze wybieram tą pierwszą opcję. Produkt ma delikatny zapach na włosach wcale nie wyczuwalny. Jest dostępne w bardzo przystępnej cenie 5,90 zł/50g Nie szukam  już innych produktów do końcówek – będę używać zamiennie Joanny i L’biotiki ;)


wtorek, 12 lutego 2013

Mini recenzje #2


Wróciłam do domu strasznie zmęczona, laptop sukcesywnie odmawiał współpracy i rozlałam sobie jogurt. Słowem – średnio, ale postanowiłam jakiś czas temu, że będę bloga prowadziła w miarę możliwości regularnie dlatego mimo przeciwności w postaci laptopa, który szaleje zamiast współpracować przedstawiam dwie, skromne mini recenzje.


Foot Works Avon cinnamon&orange – nie jestem zwolennikiem produktów z katalogów, nie podoba mi się to zamawianie z ciemno bez sprawdzenia składu, zapachu itp. Krem z serii Foot Works to taki zupełny przeciętniak o pięknym zapachu. Zimą na noc stosuję maść ochronną z witaminą A i uważam, że to dzięki niej moje stopy nie straszą ;) zdaniem producenta ten krem nawilża – nie zauważyłam takiego działania. Szybko się wchłania, pięknie pachnie (bardziej pomarańczą niż cynamonem, to taki zimowy, relaksujący zapach), ma lekką konsystencję, jednak nie sprawi, że skóra stóp stanie się miękka i gładka.


Mineral water collagen mask Purederm – w saszetce o całkiem ciekawym kształcie dostajemy materiałową maseczkę bardzo dobrze nasączoną. Maska bezproblemowo przywiera do twarzy, pachnie delikatnie i przyjemnie. Dla mnie takie maseczki są idealnym uzupełnieniem wieczornego relaksu, są też idealną opcją dla leniuchów – wyciągamy z opakowania, nakładamy na twarz, ściągamy i tyle. Żadnego rozrabiania jak w przypadku maseczek z glinki ;) Oczywiście poza tym, że unikamy bałaganu ważne jest działanie i tutaj maseczka zasłużyła na same pochwały. Bardzo dobrze nawilża, nie podrażnia, po ściągnięciu maski skóra wygląda na jasną i świetlistą. Bardzo podoba mi się ten efekt, stosowałam też inne warianty (m.in. z rumiankiem) i moim zdaniem wszystkie te maseczki działają identycznie. Nie są też drogie, kupuję je w Hebe za ok. 5 zł.

A teraz czas na szybki prysznic, herbatę i książkę. Żałuję, że nie mam w zapasie żadnej saszetki z materiałową maseczką bo chętnie bym ją sobie teraz zaaplikowała ;) 

niedziela, 10 lutego 2013

Migawki


Weekend niestety dobiega końca, dlatego wykorzystam dzisiejszy wieczór na totalny relaks – obowiązkowo maska na włosy i na twarz, a do tego film „Cairo time” (recenzenci twierdzą, że to takie spokojne, babskie kino – mam nadzieję, że takie będzie).
Nie jestem zwolennikiem ciast z torebki, ale moja siostra bardzo chciała spróbować jeża więc nie zastanawiałam się długo i postanowiłam, że zrobię, a co mi tam. Stwierdzam jednak, że z typowo domowymi ciastami jest mniej pracy i bałaganu. Poważnie!


Sobota to dla mnie dzień sprzątania – lubię to, mop, ręczniki papierowe, głośna muzyka to jest to! Sprzątani mnie uspokaja. Zawsze kiedy sprzątam zapalam jakiś wosk w kominku, dzięki temu mieszkanie nie pachnie chemicznymi środkami do czyszczenia. A po sprzątaniu nadszedł czas na zasłużony odpoczynek – kawa, ciastko i youtube ;) A jak Wam minął weekend? Nawet się nie obejrzę, a już będzie piątek. Dlaczego czas tak szybko leci?

sobota, 9 lutego 2013

Perfecta peeling enzymatyczny wygładzający


Pozostając w tematyce peelingów czas na twarz ;) Za każdym razem kiedy kończy mi się peeling enzymatyczny (albo jest już na wykończeniu) obiecuję sobie, że złożę zamówienie na Biochemii Urody, później idę do Rossmanna/Hebe po coś innego (najczęściej po żel pod prysznic albo balsam) i ostatecznie w koszyku ląduje też peeling. Nie wiem dlaczego tak jest. Jak wykończę perfecte to zamówię peeling z BU ;)


Jako posiadaczka cery naczynkowej sięgam wyłącznie po peelingi enzymatyczne, wcześniej miałam kilka przygód z normalnymi ziarnistymi peelingami (stosowałam je wyłącznie na czoło i nos czyli tam gdzie moja skóra nie jest zbyt delikatna), ale poza tym, że zbyt mocno działają na skórę twarzy nie zauważyłam w zasadzie żadnych efektów. Moim zdaniem peelingi enzymatyczne działają po prostu lepiej.
Producent radzi aby nałożyć peeling na całą noc i tak zastosowany (nakładam dość grubą warstwę) sprawdza się świetnie. Rano go zmywam i wszystkie suche skórki znikają, twarz wygląda bardzo dobrze – nie jest podrażniona ani zaczerwieniona. Peeling robi to, co ma robić w sposób bardzo delikatny, w nocy nie zasycha na twarzy tylko wchłania się w skórę (przynajmniej mam taką nadzieję, że nie wycieram go w poduszkę ;) Produkt jest bezzapachowy, co bardzo mi się podoba, nie wytrzymałabym całą noc z czymś, co pachnie bardzo intensywnie. Nie łzawią mi od niego oczy, a skóra nie piecze. Peeling nie wysusza, po zmyciu nie występuje też nieprzyjemne uczucie ściągnięcia.
Z uwagi na to, że lubię przeprowadzać różne testy próbowałam stosować peeling w inny sposób – trzymałam go na twarzy godzinę, ale nie uzyskałam pożądanego efektu, w zasadzie nie uzyskałam żadnego efektu ;)


Peeling jest zapakowany w wygodną, miękką tubkę, jest tani, bardzo skuteczny i wydajny. Stosowany raz w tygodniu rozprawił się z moim problemem suchych skórek w okolicy nosa i na czole. Dobry produkt, który mogę polecić. Cena ok. 12 zł/60 ml. 

środa, 6 lutego 2013

Zdzierak do stóp


Zawsze mam w domu jakiś peeling. Do ciała preferuje naturalne peelingi z kawą, ale do stóp potrzebuję ostrego zdzieraka. Paloma foot SPA cukrowy peeling do stóp z olejem winogronowym i migdałowym jest zdecydowanie tym czego szukałam. Producent zapewnia nas, że peeling „perfekcyjnie usuwa zrogowaciały naskórek, idealnie nawilża i odżywia skórę”, nie wiem w jaki sposób ten produkt miałby odżywić i nawilżyć skórę, ale całkowicie zgadzam się z tym, że jest świetnym zdzierakiem i usuwa to, co ma usunąć. Produkt należy stosować na suchą skórę, nakładam trochę produktu na dłoń i masuję, masuję, masuję (aż mnie ręka boli ;) jest bardzo wydajny, ma gęstą konsystencję, jest dosłownie wypełniony po brzegi ostrymi kryształkami cukru. Pachnie bardzo przyjemnie, przypomina mi trochę kosmetyczny zapach zielonej herbaty.


Produkt jest zapakowany w plastikowy słoiczek o pojemności 125 ml, dodatkowo zabezpieczony folią aluminiową, więc mamy pewność, że nikt wcześniej naszego peelingu nie dotykał. Ze względu na to, że produkt jest bardzo wydajny czasem stosuję go na inne partie ciała, np. na dłonie, tylko wtedy aplikuję go na mokro, co sprawia, że nadal jest skuteczny ale zdecydowanie delikatniejszy. Nie pamiętam dokładnie (ponieważ to było kilka miesięcy temu) ale podejrzewam, że kosztował ok. 10 – 12 zł. Zdecydowanie warto, ja ten produkt uwielbiam. Stosuję go raz w tygodniu, w połączeniu z maścią ochronną z witaminą A sprawił, że moje stopy są miękkie i gładkie. 

poniedziałek, 4 lutego 2013

Powrót ulubieńców


Bardzo lubię czytać posty typu “ulubieńcy”, a jednocześnie sama robię je bardzo rzadko. Dlatego postanowiłam większą uwagę zwracać na to, po jakie produkty w danym miesiącu sięgałam najczęściej, jakie kolory poprawiały mi humor, coś z pielęgnacji, coś w kolorówki.



Isana hand creme sheabutter & kakao – ten krem zasługuje na osobny wpis – uwielbiam ten produkt! Stoi na stoliku obok laptopa i sięgam po niego kilka razy dziennie. Dobrze nawilża, szybko się wchłania, ma bardzo przyjemny lekko czekoladowy zapach, wygodne opakowanie i kosztuje 5 zł! To mój ulubiony krem do rąk z Isany.

Original source mango & macadamia – uwielbiam ich żele za wspaniałe, niespotykane zapachy. Mango i makadamia to ciekawe, nieprzesłodzone połączenie. Nie wiem dlaczego, ale ten delikatny zapach kojarzy mi się z wiosną. Ten egzemplarz jest jeszcze wyposażony w ‘błonkę niekapkę’ i zupełnie nie rozumiem dlaczego teraz OS z tego rozwiązania zrezygnowało. Nie przekonuje mnie argument o tym, że to bardziej ekologiczne, bo przecież i tak produkują plastikowe zamknięcia do butelek. Nie podoba mi się też to, że ma SLS w składzie, ale wybaczam mu to, ze względu na piękny zapach i gęstą żelowo-kremową konsystencję.

Rimmel match perfection – pisałam o tym podkładzie tutaj dlatego nie będę się powtarzać – w kilku słowach – wygląda bardzo naturalnie, długo utrzymuje się na twarzy, nie ciemnieje. I like it.

Inglot ultradelikatny róż do policzków, oczu i ciała nr 93 – kiedy tylko zobaczyłam w nim trochę denka zaczęłam sięgać po niego częściej, mam go już długo i chciałabym go wykończyć zanim się przeterminuje. Zimą lubię ten odcień różu, podoba mi się jego satynowe wykończenie, zdecydowanie nie można sobie zrobić nim krzywdy, dzięki niemu twarz wygląda na zdrową i wypoczętą.

Balea sztyft ochronny do ust o zapachu świeżego grejpfruta – nie wychodzę z domu bez pomadki ochronnej, tą dostałam w prezencie, nie mam pojęcia co obiecywał nam na kartoniku producent ponieważ moja znajomość niemieckiego jest ograniczona do wyrażeń typu guten morgen, ale do rzeczy ;) pomadka całkiem przyzwoicie chroni usta, lekko nawilża, po nałożeniu zostawia ochronny, nieco tłusty film (co mi bardzo odpowiada), ma jasnożółty kolor, nie barwi ust, nadaje im ładny połysk. Ale to, co w tym sztyfcie jest najlepsze to zapach! Świeży, soczysty (w żadnym wypadku nie chemiczny) grejpfrut.

Lakier do paznokci delia coral prosilk nr 33 – intensywny, energetyczny odcień różu, trochę ‘barbiowy’, lekko wpadający w fuksję. Jak na niego patrzę myślę o lecie i od razu mam lepszy humor. Lakier ma wygodny pędzelek, (standardowej szerokości), nie rozlewa się na skórki, ma kremowe wykończenie, szybko wysycha i nie tworzy bąbelków na powierzchni (nienawidzę tego). Niestety jego krycie jest słabe, potrzebujemy trzech warstw żeby na paznokciu nie było żadnych prześwitów.
______________________________________________________________________________________
Niekosmetyczny ulubieniec to reklama Chanel no 5 z Bradem Pittem! Jednym słowem: piękna. Elegancka, klasyczna, doskonale wykonana. Jestem nią totalnie zachwycona. 

sobota, 2 lutego 2013

Kulturalny newsletter # 3


W tym tygodniu nie obejrzałam żadnego filmu ponieważ nadrabiałam zaległości serialowe. Nie oglądam ich na bieżąco nie tylko dlatego, że zapominam albo zwyczajnie nie mam czasu, ja po prostu lubię obejrzeć w jeden wieczór dwa alb trzy docinki. 

„Good wife” oraz „Suits” to propozycja dla wszystkich tych, którzy lubią seriale prawnicze. Akcja „Good wife” rozpoczyna się dość niefortunnie – mąż głównej bohaterki zostaje uwikłany w seks-aferę, oskarżony o sypianie z prostytutkami trafia do więzienia. Jest, a raczej był prokuratorem stanowym, teraz to na Alicję spada ciężar utrzymania dwójki nastoletnich dzieci. Zatrudnia się w kancelarii swojego dawnego przyjaciela ze studiów. Wydarzenia drugoplanowe to wątki polityczne. Nie chcę opisywać fabuły, ponieważ nie o to chodzi, jeśli jednak lubicie polityczno-prawnicze wątki powinniście obejrzeć ten serial. 


„Suits” ostatnio zyskał dość dużą popularność w vlogo i blogosferze, nie ma się co dziwić ;) Harvey Specter jest rekinem, a nie prawnikiem – skomplikowane, trudne sprawy to dla niego bułka z masłem. Lubi wyzwania, nie przegrywa, w jego życiu nie ma miejsca na porażkę. Silny i nieugięty. Oczywiście z czasem okazuje się, że ma też swoje słabsze strony. Jego współpracownik Mike Ross nie jest absolwentem Harvardu, ba nawet nie skończył prawa! Ale co z tego skoro jest geniuszem? Przeinteligentny chłopak, o fotograficznej pamięci, który od czasu do czasu pali trawę. To niebanalny, pełen niespodzianek duet. Ciekawa akcja, humor na wysokim poziomie, generalnie jestem na tak.
Kolejną, mniej ambitną propozycją jest znany młodzieżowy serial „Gossip girl” – nie odkryję ameryki jeśli powiem, że serial oglądam przede wszystkim dla pięknych stylizacji (ciekawe stroje, niebanalne zestawienia i świetne dodatki) oraz równie uroczych wnętrz. Fabuła jest średnia, wiadomo - intrygi, kłamstwa, tajemnice, skomplikowany (sic!) świat bogatych nastolatków - trochę to naiwne, ale wspaniale relaksuje. Najbardziej jednak podoba mi się to, że Nowy Jork nie jest tłem wydarzeń, jest kolejnym bohaterem. A poza tym, kto nie lubi Chuck’a Bassa?? ;)


Poświęciłam parę wieczorów i w końcu przeczytałam „Pięćdziesiąt twarzy Graya” (słowo „poświęciłam” jest tutaj kluczowe). Przez pierwsze 100 stron myślałam sobie – nie jest tak źle, trochę płytkie, ale czyta się szybko – niestety całość ma ponad 600 stron. Wycinając sceny seksu (a raczej krępowania, pocierania, ściągania jeansów i skarpetek) i beznadziejnie słabe dialogi można by skrócić treść o ¾. Język literacki (jeśli można to tak nazwać) jest bardzo słaby (przynajmniej polski przekład) sformułowania typu „jejku”, „rany Julek”, „jasny gwint”  i moje ulubione „Święty Barnabo” padają niemal w każdym zdaniu, trudno to znieść.
Christian Grey ma wyraźne problemy ze sobą (nie mam tutaj na myśli absolutnie jego seksualnych upodobań) – sam nie wie czego chce, w ciągu dwóch minut jest zadowolony, zły, uśmiechnięty, zdenerwowany, najbardziej jednak irytujące jest to, że swojego nazwiska używa zamiast wielu innych słów np. zamiast „cześć”, „do zobaczenia”, „słucham”. Niestety Anastasia jest jeszcze gorsza, na wszystkie przeżycia wewnętrzne tej dziewczyny wpływa jej podświadomość (która wybitnie, niemal nienaturalnie często się z nią kontaktuje) oraz wewnętrzna bogini (czymkolwiek jest, dowiadujemy się o niej mniej więcej tyle, że na myśl o seksie z Greyem wykonuje piruety jak baletnica). Fabuła przypomina nieco latynoską telenowelę: ona jest biedna i skromna, on bogaty i rozrzutny, spotykają się przypadkiem, on ma pociąg do ciemnej strony mocy, a ona oczywiście się zakochuje. Trochę to wszystko słabe, wymagam więcej od literatury.

Następnie przeczytałam „Matkę wszystkich lalek” Moniki Szwaji, określiłabym tą pozycję jako zupełnego średniaka. Kiedy byłam młodsza lubiłam książki Szwaji – są łatwe, miłe i przyjemne w odbiorze. Historie nie są zbyt zawiłe, od pierwszych stron wiadomo jak cała opowieść się skończy, jest w tym wszystkim bardzo duża doza szczęścia, miłości i przyjaźni, pięknych widoków (tutaj w zależności od tytułu występuje albo morze albo góry) i pozytywnych doświadczeń. Dopiero na przykładzie „Matki wszystkich lalek” odkryłam, co mnie w tych książkach irytuje – dialogi! Wszyscy – bez względu czy to matka, babka czy pradziadek – mówią identycznym językiem, używają tych samych sformułowań, totalny brak indywidualizmu. A kiedy babcia używa słowa „bzykać” jest dla mnie jakaś tama mało autentyczna, nic na to nie poradzę.

Na szczęście są też dobre książki „Przypadek” Grzegorza Miecugowa to opowieść o dziennikarzu Marcinie. Jego dziewczyna wyjeżdża na szkolenie na Mazury, ale dziwnym trafem Marcin wracając z pracy do domu widzi jej samochód pod domem swojego szefa – Wielkiego Bo – podejrzewa swoją dziewczynę o zdradę. Następnie odkrywa w gabinecie szefa sejf po brzegi wypchany euro. Marcin nie zastanawia się dwa razy – wie, że jego dotychczasowe życie się skończyło. Wszystko w książce dzieje się przez tytułowy przypadek. Bohaterowie wzajemnie się mijają, nawet nie wiedząc jak mało im brakuje by się spotkać i wszystko wyjaśnić. Dodatkowo w akcję zamieszana jest policja, fałszerz dokumentów i światowy kryzys. Wybuchowa mieszanka i świetna książka!