środa, 30 stycznia 2013

Kilka słów o kupowaniu


Wyprzedaże już się kończą, dlatego postanowiłam dokonać małego podsumowania tych kilku tygodni. Jakiś czas temu przy okazji lektury „No logo” Naomi Klein (której nawiasem mówiąc jeszcze nie doczytałam) doszłam do wniosku, że kupuję za dużo, latem policzyłam swoje koszulki/topy/bluzeczki i okazało się, że mogłabym nie prać przez jakieś trzy miesiące (i codziennie zakładać coś innego), wiadomo, że niektóre ciuchy są zrobione z dobrych materiałów (rzadkość, ale jednak się zdarza) i wytrzymują w niezmienionej formie kilka sezonów, zawsze jednak coś mi wpadnie w oko, ostatecznie ląduje w mojej szafie i zasila ‘kolekcję’. 
Lubię modę, ale nie jestem trendomaniaczką, nie kupuję czegoś tylko dlatego, że jest na topie. Przeglądając blogi, prasę, oglądając filmiki na youtube jesteśmy zarzucani całą masą pięknych, ciekawych produktów (nie tylko ubrań, ale też kosmetyków, gadżetów) i często (w moim odczuciu za często) łapię się na tym, że myślę „chciałabym to mieć”, „następnym razem jak będę w Hebe to zobaczę (i pewnie kupię)”. Doszłam do wniosku, że to lekka przesada, nie jestem typem zbieracza, ale daleko mi też do minimalizmu, dlatego postanowiłam poskromić chęć posiadania szóstej pary spodni albo designerskich słuchawek do telefonu. Przecież nie żyję tylko po to, żeby wydawać pieniądze i kolekcjonować lakiery do paznokci.

Wracając do tematu wyprzedaży – byłam w centrach handlowych kilka razy (kto wpadł na szalony pomysł, aby tego typu miejsca nazywać galeriami?!) – i nie doszłam do pozytywnych wniosków. Tłumy ludzi, totalny chaos i mega bałagan, ciuchy na podłodze, kolejka do przymierzalni na pół sklepu, do kasy jeszcze dłuższa. Generalnie jestem na nie, fajnie jest kupić coś tańszego, ale nie ma sensu popadać w paranoję, myśląc o tym, że w kolejce do przymierzalni spędzę pewnie z pół godziny odwieszałam np. t-shirt na miejsce (jestem z siebie dumna;) ponieważ nie potrzebuję kolejnego t-shirtu tylko dlatego, że kosztuje 14,99 zł. 
Poza tym asortyment w niektórych sklepach został chyba wygrzebany spod ziemi (albo z bardzo dalekiej otchłani magazynu) – ubrania ‘spęczkowane’, bez guzika, wygniecione. Nic ciekawego. 
Wiem, że fajnie jest kupić taniej coś, co wcześniej już nam się spodobało, dlatego oczywiście nie dajmy się zwariować ;) żeby nie było, że tylko narzekam i uważam konsumpcjonizm za zły, też kilka rzeczy kupiłam, ale starałam się żeby to były uniwersalne, klasyczne fasony i takie ubrania, których jeszcze w swojej szafie nie mam. Pewnie mi nie uwierzycie, ale do tej pory w mojej szafie była tylko jedna spódnica (granatowa, typowo letnia maxi)! Pod koniec zeszłego roku postanowiłam, że chciałabym zacząć w nich chodzić także jesienią i zimą (wiadomo – są kobiece, to taka miła odmiana po tym, jak ciągle, przez kilka dobrych lat chodziłam w spodniach).



Wszystkie trzy kupiłam w Ravelu (normalnie wcale nie wchodzę do tego sklepu) szara ołówkowa, z czarnym przodem z czymś w rodzaju imitacji skóry została zakupiona w połowie grudnia (nie pamiętam dokładnie ale chyba była przeceniona z 100 zł na 60 zł). Czarna (39,90 z 79,90) i beżowa (29,90 z 79,90) nadają się do codziennego noszenia, w pasie mają zaszewki, dodatkowo zostały wyposażone w kieszonki (lubię to) pasuje do nich niemal wszystko.


Z biżuterii tylko dwa występki (oba po 5 zł) kolczyki z Camaie w intensywnych kolorach (idealna na wiosnę i lato) oraz cieniutki łańcuszek z zawieszką w kształcie klucza z River Island. Na sam koniec beżowy sweterek z Orsay.


To, co mnie w nim urzekło to rękawy z cieniutkiego półprzezroczystego materiału (nie mam pojęcia jak się nazywa), przeceniony z 69,90 zł na 40 zł. A co Wy sobie kupiłyście? Ulegacie magii promocji? 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz