środa, 30 stycznia 2013

Kilka słów o kupowaniu


Wyprzedaże już się kończą, dlatego postanowiłam dokonać małego podsumowania tych kilku tygodni. Jakiś czas temu przy okazji lektury „No logo” Naomi Klein (której nawiasem mówiąc jeszcze nie doczytałam) doszłam do wniosku, że kupuję za dużo, latem policzyłam swoje koszulki/topy/bluzeczki i okazało się, że mogłabym nie prać przez jakieś trzy miesiące (i codziennie zakładać coś innego), wiadomo, że niektóre ciuchy są zrobione z dobrych materiałów (rzadkość, ale jednak się zdarza) i wytrzymują w niezmienionej formie kilka sezonów, zawsze jednak coś mi wpadnie w oko, ostatecznie ląduje w mojej szafie i zasila ‘kolekcję’. 
Lubię modę, ale nie jestem trendomaniaczką, nie kupuję czegoś tylko dlatego, że jest na topie. Przeglądając blogi, prasę, oglądając filmiki na youtube jesteśmy zarzucani całą masą pięknych, ciekawych produktów (nie tylko ubrań, ale też kosmetyków, gadżetów) i często (w moim odczuciu za często) łapię się na tym, że myślę „chciałabym to mieć”, „następnym razem jak będę w Hebe to zobaczę (i pewnie kupię)”. Doszłam do wniosku, że to lekka przesada, nie jestem typem zbieracza, ale daleko mi też do minimalizmu, dlatego postanowiłam poskromić chęć posiadania szóstej pary spodni albo designerskich słuchawek do telefonu. Przecież nie żyję tylko po to, żeby wydawać pieniądze i kolekcjonować lakiery do paznokci.

Wracając do tematu wyprzedaży – byłam w centrach handlowych kilka razy (kto wpadł na szalony pomysł, aby tego typu miejsca nazywać galeriami?!) – i nie doszłam do pozytywnych wniosków. Tłumy ludzi, totalny chaos i mega bałagan, ciuchy na podłodze, kolejka do przymierzalni na pół sklepu, do kasy jeszcze dłuższa. Generalnie jestem na nie, fajnie jest kupić coś tańszego, ale nie ma sensu popadać w paranoję, myśląc o tym, że w kolejce do przymierzalni spędzę pewnie z pół godziny odwieszałam np. t-shirt na miejsce (jestem z siebie dumna;) ponieważ nie potrzebuję kolejnego t-shirtu tylko dlatego, że kosztuje 14,99 zł. 
Poza tym asortyment w niektórych sklepach został chyba wygrzebany spod ziemi (albo z bardzo dalekiej otchłani magazynu) – ubrania ‘spęczkowane’, bez guzika, wygniecione. Nic ciekawego. 
Wiem, że fajnie jest kupić taniej coś, co wcześniej już nam się spodobało, dlatego oczywiście nie dajmy się zwariować ;) żeby nie było, że tylko narzekam i uważam konsumpcjonizm za zły, też kilka rzeczy kupiłam, ale starałam się żeby to były uniwersalne, klasyczne fasony i takie ubrania, których jeszcze w swojej szafie nie mam. Pewnie mi nie uwierzycie, ale do tej pory w mojej szafie była tylko jedna spódnica (granatowa, typowo letnia maxi)! Pod koniec zeszłego roku postanowiłam, że chciałabym zacząć w nich chodzić także jesienią i zimą (wiadomo – są kobiece, to taka miła odmiana po tym, jak ciągle, przez kilka dobrych lat chodziłam w spodniach).



Wszystkie trzy kupiłam w Ravelu (normalnie wcale nie wchodzę do tego sklepu) szara ołówkowa, z czarnym przodem z czymś w rodzaju imitacji skóry została zakupiona w połowie grudnia (nie pamiętam dokładnie ale chyba była przeceniona z 100 zł na 60 zł). Czarna (39,90 z 79,90) i beżowa (29,90 z 79,90) nadają się do codziennego noszenia, w pasie mają zaszewki, dodatkowo zostały wyposażone w kieszonki (lubię to) pasuje do nich niemal wszystko.


Z biżuterii tylko dwa występki (oba po 5 zł) kolczyki z Camaie w intensywnych kolorach (idealna na wiosnę i lato) oraz cieniutki łańcuszek z zawieszką w kształcie klucza z River Island. Na sam koniec beżowy sweterek z Orsay.


To, co mnie w nim urzekło to rękawy z cieniutkiego półprzezroczystego materiału (nie mam pojęcia jak się nazywa), przeceniony z 69,90 zł na 40 zł. A co Wy sobie kupiłyście? Ulegacie magii promocji? 

wtorek, 29 stycznia 2013

AA mleczko do ciała intensywnie odżywiające


Są takie produkty o których nie wiem co mam myśleć. Mleczko AA jest dla mnie niezłą zagwozdką, za każdym razem kiedy go używam (a zostało go już na dosłownie jedno użycie) zastanawiam się czy ten produkt jest w miarę dobry czy zły? Dziwne, prawda? Otóż produkt z AA jest mleczkiem, a od mleczka nie mogę wymagać zniewalającego nawilżenia, z drugiej jednak strony znam mleczka, które całkiem dobrze sobie z tym radzą… Tak mniej więcej wygląda mój proces myślowy podczas stosowania tego produktu. Dzisiaj jednak siadłam do komputera z zamiarem podjęcia ostatecznej decyzji.


Fakty przedstawiają się następująco: mleczko ma bardzo rzadką konsystencję, niemal spływa z ręki, wcale nie nawilża, wchłania się niesamowicie  szybko i po pięciu minutach patrząc na moją skórę zastanawiam się czy ja w ogóle użyłam czegoś do ciała? Produkt zapakowany jest w dużą, miękką, plastikową butlę, która ze względu na konsystencję mleczka nie sprawia żadnych kłopotów. Mleczko ma bardzo przyjemny, delikatny zapach. Cena ok. 15 zł za 400 ml jest bardzo przystępna. Z dostępnością też nie ma problemu.


Z czego wynikały moje wątpliwości: mleczko to jednak mleczko, przeważnie produkt tego typu jest przeznaczony do skóry normalnej ale… producent sam nas zapewnia, że „mleczko opracowano z uwzględnieniem potrzeb skóry przesuszonej, wymagającej intensywnego odżywienia”. Nie zauważyłam takich efektów, szczerze mówiąc nie zauważyłam żadnych. Od biedy plusem może być to, że mleczko ekspresowo się wchłania i od razu możemy naciągnąć na nogi nawet bardzo obcisłe rurki.
Reasumując ten produkt może się sprawdzić w przypadku osób z niewymagającą skórą, natomiast w przypadku tych, którzy zmagają się z suchą skórą (jak na przykład ja) mleczko z AA nie zdaje egzaminu.  

niedziela, 27 stycznia 2013

Perfecta SPA masło do ciała ujędrniające czekolada+olejek kokosowy


Zużyłam ostatnio sporo produktów do smarowania ciała. Jestem ogromną fanką balsamowania się, kiedy wychodzę spod prysznica nie ma szans żebym nie nałożyła na ciało balsamu/mleczka/masła. Wiele zależy od konsystencji produktu, ale podejrzewam, że zajmuje mi to dwie minuty, więc nie ma sensu wykręcać się zmęczeniem albo brakiem czasu. Warto wypracować sobie nawyk używania balsamu, uwierzcie mi – jeśli będziecie używały przez tydzień codziennie jakiegoś nawilżacza do ciała poczujecie różnice i przestaniecie się wykręcać;)


Perfecte poleciła mi moja przyjaciółka zachwycona działaniem tego masła. Jakoś nie byłam przekonana, sama nie wiem dlaczego, wcześniej nie sięgałam po produkty od dax cosmetics. Ale przyjaciółka stwierdziła, że ten zapach z pewnością przypadnie mi do gustu, szukałam akurat jakiegoś masła i akurat to wylądowało w moim koszyku. Produkt pachnie pięknie, nie nachalnie, nie chemicznie, to idealna, relaksująca woń czekoladowego budyniu (kokos wcale nie jest wyczuwalny)! Niestety zapach nie przetrwa do rana, ale przez jakieś dwie godziny jest wyczuwalny. Ze względu na jasnobrązowy kolor masło barwi trochę skórę, wygląda na lekko opaloną, na szczęście nie brudzi piżamy ani pościeli. Szybko się wchłania, jest bezproblemowy w aplikacji i co najważniejsze bardzo przyzwoicie nawilża. 


Produkt ma ciekawą konsystencję, nie przypomina typowego masła, określiłabym ją jako żelowo-kremową (bardzo mi się to spodobało). Nigdy nie wierzę w zapewnienia producenta o tym, że produkt ujędrnia, ale tutaj spotkało mnie pozytywne zaskoczenie. Nie jest to oczywiście ogromny efekt liftingu ud, ale dzięki żelowej konsystencji produkt sprawia, że skóra jest wygładzona i taka spięta (zauważyła to również moja przyjaciółka)
Ze względu na zapach i to, że barwi skórę używam go wyłącznie na noc, w kwestii wydajności sprawuje się jak każde inne masło.


Produkt zapakowany jest w okrągły, zakręcany słoiczek (moja ulubiona forma pakowania maseł do ciała) więc możemy go wykorzystać do ostatniego mililitra ;) Dodatkowo jest zabezpieczony folią ochronną, dzięki czemu wiemy, że nikt przed nami masła nie odpakował. Podoba mi się to rozwiązanie, natomiast nie znoszę tego, że w Rossmannie/Naturze nie ma testerów i tym sposobem musimy kupić coś w ciemno, ponieważ nie mamy okazji sprawdzić jak konkretny produkt pachnie. A wracając do perfecty – produkt skradł moje serce i z pewnością będę do niego wracać, następnym razem wybiorę zapach pomarańczy i wanilii. Cena 11,90/225 ml.  

środa, 23 stycznia 2013

Zima w pełni


Kiedy wyglądam przez okno nie wierzę, w to co widzę, miasto totalnie zasypane śniegiem i temperatura mocno poniżej zera. Ale, co Wam będę o tym pisać, wszyscy mają w domu okna i termometry ;) wczoraj aura tak mocno wpłynęła na mój nastrój, że aż obejrzałam „Annę Kareninę”, ale dzisiaj nie o tym, tylko o kilku produktach, które ratują moją skórę.


Maść z witaminą A – zawsze gości w mojej kosmetyczce w sezonie jesienno-zimowym (nie wiem ile zużyłam już opakowań), jest bardzo tłusta, wchłania się strasznie długo, a do tego ma charakterystyczny średnio przyjemny zapach (producent zapewnia, że to aromat cytrynowy, moim zdaniem bardziej przypomina starem mydło). Brzmi mało ciekawie, prawda? Jednak nawilża i zmiękcza skórę w tak spektakularny sposób, że jestem jej w stanie wszystko wybaczyć. Maść stosuję na stopy, łokcie, kolana, ramiona – wszystkie te partie, które mocno się u mnie przesuszają. Poza tym maść bardzo dobrze sprawdza się w walce z zapaleniem mieszków włosowych, jeśli macie bardzo szorstką skórę na dłoniach też warto zaopatrzyć się w ten produkt. Krem zapakowany jest w metalową tubkę o pojemności 25 g. Kosztuje ok. 3 zł, znajdziecie ją w każdej aptece.

Pharmaceris multilipidowy krem odżywczy – idealny nawilżacz. Stosuję go na noc (na dzień też, ale w takie dni kiedy temperatura nie jest ekstremalnie niska, wtedy używam Johnsona, ale o nim za chwilę;), wchłania się ekspresowo, ma bardzo przyjemną lekką konsystencję i delikatny zapach. Krem zawiera wyciąg z wosków roślinnych, glicerynę oraz d-pantenol. Produkt posiada SPF 15. Zniwelował moje suche skórki na czole i w okolicach nosa. Zapakowany jest w plastikową buteleczkę ariless z wygodną pompką, która dozuje odpowiednią ilość produktu. Spotkałam się z opinią, że krem zapycha – u mnie nic takiego nie miało miejsca, a zużyłam już ¾ opakowania. Dla mnie produkt idealny, jestem pewna, że jeszcze nie raz po niego sięgnę. Niestety wyrzuciłam kartonik zanim pomyślałam o tym, żeby sfotografować;/



Johnsons baby – krem dla dzieci przeznaczony typowo na zimę, stosuję go na twarz pod makijaż, próbuję w ten sposób zapobiec totalnemu wysuszeniu oraz podrażnieniu mojej skóry przez wiatr, śnieg i niską temperaturę. Krem jest bardzo tłusty, ma zbitą konsystencję i naprawdę ciężko go rozprowadzić (nie wyobrażam sobie zaaplikowania go dziecku, chyba, że ktoś ma bardzo cierpliwe dziecko). Nie polecałabym go dla osób z tłustą cerą. Krem świeci się, dlatego trzeba go mocno przypudrować. Nie przeszkadza mi ten efekt, ale wiem, że wielu z Was nie przypadłby do gustu. Produkt jest zapakowany w miękką białą tubkę, z której łatwo wycisnąć gęsty krem. Doskonale sprawdza się też na podrażnioną skórę np. po goleniu.

niedziela, 20 stycznia 2013

Leniwy weekend


Lubię przeglądać takie ‘codzienne’ posty, nie o pielęgnacji ani kolorówce tylko np. o pieczeniu ciasta albo innym sposobie na niedzielny relaks, pooglądać zdjęcia z czyjegoś tygodnia bez względu czy znajduje się na nich chodnik, ciasto, mydło czy zegarek, też tak macie? Kiedyś nie znosiłam robić zdjęć (już nawet nie pamiętam dlaczego) a teraz pluję sobie w brodę ;) Wpisując się w konwencję blogowych pogadanek (weekend bardzo temu sprzyja) zrobiłam zdjęcia tego jak wygląda sobota i niedziela – upiekłam rogaliki, piję kawę, czytam książkę, plany na popołudnie to zrobienie lasagne i ploty z przyjaciółką. Im jestem starsza tym mniej lubię gonitwę i inne wyścigi. Dopiero teraz rozumiem znaczenie słów „spokój nie ma ceny”.


miłego dnia ;)

piątek, 18 stycznia 2013

Ombre


W zeszłym tygodniu za pomocą gąbki do zmywania naczyń (i trzech lakierów) stworzyłam swoje pierwsze w życiu ombre. Powiem szczerze, że choć nie jest idealnie, efekt końcowy mi się podoba. Zwłaszcza w zestawieniu z dżinsową koszulą. Jestem zdecydowanie w tyle za trendami, ale postanowiłam zaopatrzyć się w srebrny albo złoty lakier o wykończeniu foil i próbować sił w ruffian manicure.



środa, 16 stycznia 2013

Rimmel match perfection


Kupiłam ten podkład zupełnie w ciemno, byłam w Rossmannie, chciałam kupić maybelline affinitone (ponieważ zeszłoroczny koszmarek od Lirene na kilka miesięcy zniechęcił mnie do kupowania podkładowych nowości) ale zostały same kolory dla mulatek więc postanowiłam przetestować coś nowego, match perfection kupiłam zupełnie w ciemno, nie spotkałam się w sieci z żadną opinią na jego temat, była więc okazja by wyrobić sobie własny pogląd ;) 


Dopiero po tym jak zaczęłam testy spotkałam się z niemal samymi negatywnymi ocenami tego podkładu. Moje zdziwienie było ogromne ponieważ mnie ten produkt bardzo przypadł do gustu, ale jak wiadomo u każdego sprawdza się co innego;) Najbardziej jednak byłam zaskoczona kiedy przeczytałam, że podkład zawiera drobinki – ja w moim egzemplarzu nie odkryłam nawet jednej, a uwierzcie mi nie znoszę drobinek i z pewnością bym ich nie przeoczyła! 
Poza tym podkład ma dość lekkie krycie (dla mnie wystarczające), na twarzy wygląda bardzo naturalnie, nie podkreśla suchych skórek (hura!), na mojej twarzy wytrzymuje cały dzień, jest rzadki, dlatego aplikuję go palcami, nie pozostawia smug, ładnie stapia się ze skórą. Zdecydowanie nie matuje, wręcz przeciwnie ma dość ‘mokre’ wykończenie i zawsze aplikuję na niego puder w kamieniu.



Trzeba producenta pochwalić za gamę kolorystyczną, ja wybrałam 101 classic ivory, który jest bardzo jasny i idealnie pasuje do mojego koloru skóry, był jeszcze odcień jaśniejszy (nie pamiętam dokładnie, chyba 100?), który pasowałby nawet królewnie śnieżce:) Podkład posiada SPF 18. Mamy aż 18 miesięcy aby go zużyć.

Podkład jest zapakowany w wąską, szklaną buteleczkę zwieńczoną pompką, która dozuje odpowiednią ilość produktu. Pod względem wizualnym opakowanie jest jak najbardziej ok, cieszy oko. Niestety do najpraktyczniejszych nie należy, lubię kiedy produkt jest zapakowany tak, że mogę go zużyć do ostatniej kropli (opakowanie typu airless, słoiczek, w przypadku podkładów sprawdza się też plastikowa tubka, którą można rozciąć). W przypadku wąskiego, szklanego opakowania podkład zostaje na ściankach i za nic nie da się go wydobyć. Moim zdaniem jak na drogeryjny produkt match perfection jest dość drogi ok. 39 zł za 30 ml, warto poczekać na promocję (ja zapłaciłam 26,99 zł). 

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Kulturalny newsletter #2


Postanowiłam kontynuować wpisy o filmach i książkach, mam nadzieję, że ktoś je czyta, oczywiście byłoby jeszcze lepiej gdyby to kogoś zachęciło do bliższego zapoznani się z konkretnym filmem albo książką.

Piosenka tygodnia – „dumb ways to die” – wiem, że tytuł jest przerażający, ale piosenkę można potraktować jako przestrogę albo jako ironiczną mini produkcję o ludzkiej głupocie. Fajna melodia, ciekawy animowany klip i straszny tekst! Piosenki można posłuchać tutaj. Zimą zawsze towarzyszy mi „What the world needs now is love” klik, jednym słowem uwielbiam – za tekst i melodię.

Niedawno podczas czytania jakieś recenzji natknęłam się na stwierdzenie „hollywoodzkie kino historyczne” i myślę, że właśnie w ten sposób mogę opisać film „IX legion”, scenarzyści stworzyli własną wizję tego, co stało się z tytułowym rzymskim oddziałem. Głównym bohaterem jest młody, ambitny Marcus Aquila (Channing Tatum), który obejmuje dowodzenie nad legionem w Brytanii, jak wiadomo teren jest trudny – barbarzyńcy napadają, Marcus chciałby przy okazji odzyskać wojskowego orła (symbol Imperium Romanum), którego w nieszczęśliwych okolicznościach zgubił jego ojciec – jednym słowem impas. Akcja filmu jest przewidywalna, od samego początku wiadomo jak się skończy, to taki film przygodowy, nic specjalnego.  



Natomiast „360” to coś zupełnie innego. Film w stylu mojego ukochanego „Babel” gdzie historie różnych bohaterów wzajemnie się przeplatają i łączą, nie ma tutaj miejsca na przypadek. „360” to piękna, pełna refleksji produkcja poruszająca tematykę miłości, zdrady, prostytucji, przemocy i kłamstwa. Nie chcę zdradzać fabuły ponieważ oglądanie tego filmu bez spoilerów to naprawdę ogromna przyjemność. Polecam.
Na sam koniec „Atlas chmur” obejrzałam ten film niemal przez przypadek, trailery mnie nie zachęciły i gdyby nie fakt, że najzwyczajniej w świecie nudziłam się wieczorem kliknęłam z myślą „ten film trwa trzy godziny?! Obejrzę godzinkę, a resztę ewentualnie dooglądam jutro”. Film obejrzałam jednym tchem, akcja doskonale się rozwija, do tego jest bardzo ‘ładnie’ nakręcony, a Tom Hanks właściwie „zrobił” cały film. Pewnie wszyscy już wiedzą o czym „Atlas chmur” jest, dla przypomnienia wspomnę tylko, że akcja rozgrywa się w różnych przedziałach czasowych, a decyzje i wybory bohaterów oddziałują na to, co dzieje się w innej przestrzeni, film łączy w sobie kilka gatunków: dramat, sf, są też elementy komediowe. Brakło mi tylko pewnego podsumowania, liczyłam na bardziej spektakularne zakończenie.


Trylogię „Cukiernia pod Amorem” czytałam prawie rok – nie dlatego, że jestem leniwa albo składanie literek idzie mi wyjątkowo opornie. Powód jest dość prozaiczny. Staram się nie kupować książek – z paru względów – po pierwsze uważam, że są stanowczo za drogie (czterdzieści złotych, really?), a po drugie nie mam już miejsca na moim malutkim metrażu (dwa regały wypchane po brzegi). Jeśli nie kupuję to wypożyczam – a jak z bibliotekami jest większość wie (za dużo czytelników, za mało książek) dlatego pierwszy tom udało mi się wypożyczyć w zeszłe wakacje, drugi dorwałam gdzieś w międzyczasie, a trzeci przeczytałam w grudniu. Ciężko napisać kilka słów o serii „Pod Amorem” dlatego, że jest to wielowątkowa, pięknie napisana (z zachowaniem wielu detali) saga rodzinna. Znajdziemy tutaj wszystko – tajemnicę, intrygi, nieślubne dzieci, nieszczęśliwą miłość, zdradę, sukcesy i wielkie osobowości. Losy trzech rodzin Zajezierskich, Cieślaków i Hryciów wzajemnie się przeplatają i łączą. Powieść jest pisana „dwutorowo” – rozdziały dzielą się na historyczne (np. „rok 1889”) i obecne (rok 1995). Postacie (zwłaszcza kobiet) są opisane wspaniale – Małgorzata Gutowska-Adamczyk stworzyła bohaterki z krwi i kości, prawdziwe, odważne, nieustępliwe, jeśli przeczytacie „Cukiernie pod Amorem” z pewnością zapadnie wam w pamięć Barbara Zajezierska albo Gina Weylen. Autorka z wielkim rozmachem pokazuje czytelnikowi losy Gutowa i Zajezierzyc od XIX wieku do czasów obecnych. Losy wszystkich bohaterów są opowiedziane do końca, żaden wątek się nie urywa, ani nie zostaje beznadziejnie zakończony.  Książka, która nie przyniosła mi ani jednego rozczarowania, natomiast podarowała mi wiele mile spędzonych wieczorów.

sobota, 12 stycznia 2013

Kosmetyczne odkrycia 2012 cz. 2


Makijaż – zacznijmy od podstaw – nie znalazłam (bardzo żałuje) podkładu który skradłby moje serce. Zawsze coś jest nie tak: podkreśla suche skórki, nierówno schodzi z twarzy, wysusza. Szukam dalej. Puder, który używałam przez kilka miesięcy (i jeszcze go nie zużyłam) i zasługuje na uznanie to puder matujący z Bell klik-  wytrzymuje na twarzy cały dzień i nie ciemnieje.  Jeśli chodzi o cienie to od kilku lat moimi faworytami są te z Ingota klik, ostatnio zdradziłam je na rzecz paletki ze Sleek’a Au naturel, ale nasza rodzima marka to cały czas number one – nie osypują się, nie zbierają w załamaniu powieki, utrzymują się cały dzień, mają świetną pigmentację, ogromny wybór kolorów i wykończeń. Pomadka roku (a właściwie pomadko - błyszczyk) to celia nude nr 602 klik – jest fantastyczna, wybaczam jej nawet to, że jest tak miękka, że niemal rozpływa się w opakowaniu. Odkąd zwalczyłam suche skórki używam jej codziennie.




Pielęgnacja – dla mnie najlepszy krem nie tylko w ubiegłym roku, ale przez kilka lat to Avene dirosal  klik – krem, który robi wszystko to, o czym zapewnia nas producent – uszczelnia naczynka i niweluje rumień na twarzy. Dzięki temu produktowi przekonałam się, że mając cerę naczynkową nie trzeba wyglądać jak burak;) Demakijaż zdominowały dwa produkty – żel oczyszczający Yves rocher Pure Calmille klik – który idealnie nadawał się do mojej suchej i wrażliwej cery, doskonale oczyszcza, ładnie pachnie, nie ściąga, nie podrażnia i nie przesusza oraz płyn dwufazowy z Bielendy klik klik– to prawdziwe odkrycie, wcześniej trafiałam na same beznadziejne dwufazy, widziałam po nich jak przez mgłę, piekły mnie oczy i musiałam się nieźle natrzeć żeby to zmyć! Na szczęście Bielenda jest zupełnie inna – skuteczna i delikatna, przetestowałam wszystkie warianty (bawełna, czarna oliwka, awokado) i każdy sprawdził się wspaniale. 




Do pielęgnacji ust niezastąpiony jest balsam tisane (wersja w słoiczku) klik nawilża i pielęgnuje, ładnie pachnie, pozostawia na ustach delikatną ochronną warstwę. Jestem maniaczką różnego rodzaju masełek i balsamów do ust, testowałam ich wiele (the body shop, nivea, carmex, bebe) ale nic nie sprawdza się u mnie tak dobrze jak tisane. 

Koniec! To już wszyscy moi ulubieńcy ubiegłego roku. 

piątek, 11 stycznia 2013

Zimowi ulubieńcy


Powiem Wam szczerze, że powoli zaczynam już myśleć o wiośnie, co prawda wyglądam za okno i widzę padający śnieg, ale wiem, że jeszcze tylko dwa/trzy miesiące i wszystko się zazieleni.

A dzisiaj przedstawiam moich bezkonkurencyjnych ulubieńców, kilka rzeczy, które umilają mi zimowy czas. Na starość stałam się zmarzluchem (a pamiętam jak wcześniej w mroźne wieczory chodziłam w rozpiętym płaszczu!) i przez większość wieczorów towarzyszy mi ciepły, polarowy koc w norweskie motywy – uwielbiam go (kupiony za 30 zł w Pepco). Na stópkach noszę dzianinowe balerinki z pomponem ( 10 zł - promocja w careffour).


Nie ma zimy bez gwiazdy betlejemskiej, kupują ją co roku (prakticer 4,99 zł). Czekoladki z chocolissimo to małe, bardzo bardzo słodkie dzieła sztuki, w zestawie były dwa bałwanki i dwie choinki, wszystko pięknie zapakowane w świąteczne pudełeczko.


Kominek w energetycznym czerwonym kolorze (zeszłoroczna promocja we Flo, ok. 10 zł) oraz tea light’y z Ikei o zapachu ciasteczek (9,90 zł/36 szt.) to rzeczy niezbędne. Wypalam niezliczone ilości świec o różnych zapachach, ale te ‘ciasteczkowe’ są bezkonkurencyjne. 



Na koniec kubek z panią renifer i panem pingwinem – dostałam go w prezencie i nie wyobrażam sobie, że wróci do szafki na wiosnę. Kawa – najlepiej z syropem karmelowym albo biszkoptowym, nie trzeba chodzić do sturbacks, można stworzyć zimową kompozycję we własnym domu ;)


___________________________________________________________________________________________
Produkuję drugi post o kosmetycznych odkryciach roku. Mam nadzieję, że wieczorem skończę ;) Miłego dnia

środa, 9 stycznia 2013

Kosmetyczne odkrycia 2012 cz. 1


Długo zbierałam się do napisania posta na temat kosmetycznych odkryć ubiegłego roku, wiedziałam, że nie będzie to zadanie proste. Musiałam się mocno zastanowić, były spektakularne odkrycia, o których nie mogłabym zapomnieć, ale niektórych kosmetyków używam, od tak dawna, że prawie zapomniałabym o nich wspomnieć. Aby uniknąć posta-tasiemca postanowiłam odkrycia podzielić – dzisiaj przedstawiam kosmetyki do włosów i pielęgnacji ciała, następnym razem napiszę o twarzy (pielęgnacja, demakijaż, kolorówka). Wszystkie przedstawiane produkty już wcześniej pokazywałam, dlatego nie będę się wybitnie rozwodzić ;)

Włosy – temat rzeka, mogłabym w nieskończoność wymieniać produkty które uwielbiam i do których wracam, ale czy o to chodzi? Nie, moim zdaniem trzeba przedstawić coś co mnie z nóg zwaliło. W kategorii maska przedstawiam: bezkonkurencyjny produkt henna wax - (klik) zwalcza wypadanie włosów, bardzo pozytywnie wpływa na poprawienie ich ogólnego stanu, wygładza, nie przetłuszcza – słowem ideał. Maskę mleczną z kallosa –  (klik) wspaniale wygładza włosy, nawilża oraz sprawia, że włosy są sprężyste i wspaniale się układają nie mogłabym pominąć isany z olejkiem babasu (klik kto jej nie lubi?) – została zaliczona do elitarnego grona ulubieńców ze względu na wspaniałe właściwości nawilżające, wygładzające i cudowny wiśniowy zapach. Szampon roku to Rossman Babydream dla dzieci(klik) pięknie oczyszczał włosy, nie obciążał, był tani, wydajny i miał skład godny pochwały. 




Ciało – ideału w kategorii produkt pod prysznic nie znalazłam, nie jestem w tym temacie zbyt wymagająca – żel ma myć, nie wysuszać skóry na wiór i ładnie pachnieć. Zupełnie inaczej jest w kwestii balsamów/maseł/mleczek do ciała – tutaj wymagania mam całkiem spore. Najlepszym masłem do ciała jest produkt z the body shop z serii chocomania –   (klik) miało zbitą, gęstą konsystencję, piękny zapach, doskonale i długotrwale nawilżało, nie brudziło ubrań ani pościeli. Minus? Cena regularna 65 zł/200 ml. Przesada.
W kategorii balsam/mleczko przedstawiam dwa produkty – subtelne mleczko do ciała Bielenda (klik za wspaniały zapach, nawilżanie i ekspresowe wchłanianie) oraz Odżywczy balsam z masłem malinowym AA ( klik za to, że posiada te same cechy co Bielenda ;) 



Nic tak dobrze nie wpływa na stan mojej skóry jak peeling z kawy i olejku kokosowego – wygładza, nawilża, ujędrnia, relaksuje i niestety robi ogromny syf w wannie ;) przeglądałam bloga ponieważ byłam pewna, że pisałam o peelingu kawowym, ale nie znalazłam takiej notki, nadrobię to teraz. Kawę (nie parzę jej wcześniej) mieszam z olejkiem kokosowym w proporcjach mniej więcej 2 do 1, mieszam aż olejek się całkowicie rozpuści, następnie nakładam na całe ciało, masuję, masuję, masuję, spłukuję wodą i gotowe. Skóra jest mięciutka, po peelingu nie używam balsamu ponieważ przez zastosowanie olejku kokosowego ciało jest bardzo dobrze nawilżone. Mieszanka kawy i kokosa pachnie jak cukierki tiki-taki z Wedla ;)

Tym pozytywnym stwierdzeniem dotarłyśmy do końca. Myślę, że produktów nie jest dużo, ale wszystkie mogę polecić z ręką na sercu ;) 

wtorek, 8 stycznia 2013

Organizacja


Nie wyobrażam sobie roku bez kalendarza – zapisuję w nim ważne daty, urodziny, spotkania, listy rzeczy do zrobienia, wkładam bilety, paragony i inne świstki. Lubię kalendarze z Edycji św. Pawła – podoba mi się rozkład jeden dzień – jedna strona. W tym roku zdecydowałam się na mniejszy format niż zwykle, kalendarz z serii futuro ma 9x14 cm i zmieści się nawet do malutkiej torebki. 


Podoba mi się ładny biały papier oraz to, że na końcu każdej strony znajduje się cytat albo rozkład danego miesiąca. Wybrałam okładkę z motywem kwiatowym (z tylu w kolorze oberżyny) ale były też inne wersje – z widokiem miasta, kotkami albo pieskami.


W zeszłym roku mój kalendarz został zdominowany przez terminy i ważne rzeczy do pracy, niemal nie zostało mi miejsca na bardziej prywatne zapiski dlatego w tym roku kupiłam mały (słodki) notes. Jego regularna cena to 12,90 z ale akurat w Accessorize była promocja i zapłaciłam połowę czyli 6,45 zł. Notes ma twardą oprawę w leśne motywy zwierząt, liści, kwiatków, tylna okładka to motyw różowych kropek na granatowym tle. Wiem, że jest trochę dziecinny, ale nie przeszkadza mi to.


Kartki w linie zainstalowane „na sprężynie” i zapinanie na fioletową gumkę zachwycają mnie równie mocno jak sowy na okładce ;) Notes jest przeznaczony na zapisywanie cytatów, postanowień noworocznych, przepisów, inspiracji, tytułów przeczytanych książek, tytułów filmów do obejrzenia i tego typu rzeczy.



 Mój duet:


niedziela, 6 stycznia 2013

Noworoczne przemyślenia


Minął pierwszy tydzień nowego roku, jak Wasze postanowienia? Rozmawiając z moimi znajomymi doszłam do wniosku, że większość postanowień się powtarza: chciałabym więcej ćwiczyć, zdrowiej jeść, częściej się uśmiechać. Co roku robię sobie listę postanowień, moim zdaniem ważniejsze od ich dotrzymywania jest to, że w ogóle je robimy – to znak, że chcemy coś w naszym życiu zmienić, że do czegoś dążymy, że nie jesteśmy taki zobojętniali ;) Kilka moich postanowień na ten rok: przeprowadzić się, lecieć wiosną do Paryża, kupić czytnik e-booków, przestać oceniać siebie zbyt surowo. Najlepsze postanowienie jakie usłyszałam (autorem jest moja przyjaciółka) to: „chcę sprawiać sobie w nowym roku perwersyjnie dużo przyjemności każdego dnia” ;) Oby się udało.