poniedziałek, 30 grudnia 2013

Czas podsumowań

Mam dzisiaj wolne, mimo to wstałam dość wcześnie, zrobiłam wszystkie rzeczy, które miałam do zrobienia. Zostało mi całkiem sporo wolnego czasu (w końcu!), który planuję przeznaczyć na relaks czyli nadrabianie blogowych zaległości, malowanie paznokci, czytanie i picie kawy. Dla mnie koniec grudnia to czas podsumowań, refleksji nad tym jaki był mijający rok. I wiecie co? Dla mnie był wspaniały. Gdybym miała rok 2013 podsumować jednym zdaniem powiedziałabym, że to był dla mnie czas bardzo pozytywnych zmian (których nic nie zapowiadało). Zmieniłam pracę, która ekstremalnie mnie stresowała i wykańczała psychicznie na taką, którą bardzo lubię i w której poznałam mojego obecnego chłopaka, nie udało mi się nigdzie jechać na wakacje (ale i tak nie żałuję), spełniłam dwa moje technologiczne marzenia: kupiłam czytnik Kindle oraz tablet Samsung Galaxy Tab 3, rzuciłam palenie, przetestowałam wiele nowości kosmetycznych (ale o tym wspomnę w osobnym poście), znalazłam wymarzone kozaki-oficerki, które zapinają się na mojej łydce;), polubiłam spódnice i przeczytałam 54 książki! Co roku sama sobie organizuję akcję 52 – która polega na tym, że w założeniu mam przeczytać tyle książek ile jest miesięcy w roku, oczywiście nie chodzi o bezmyślne czytanie na akord, dla mnie najważniejsza jest motywacja do znalezienia chwili czasu na czytanie (nie ukrywam, że Kindle bardzo to ułatwia).



***

Nie udało mi się złożyć Wam świątecznych życzeń dlatego już teraz życzę Wam aby nadchodzący rok był dla Was czasem wypełnionym szczęściem, sukcesami i spełnionymi marzeniami.

czwartek, 19 grudnia 2013

Tag: kocham zimę

1.      Ulubiony produkt do ust.
Jest ich kilka. Z pielęgnacyjnych produktów sięgam po balsam do ust tisane, jestem pewna, że nie trzeba go nikomu przedstawiać. Wspaniale pielęgnuje, odżywia i nawilża usta. Do tego ma przyjemny, delikatny zapach, nie wyobrażam sobie mojej zimowej pielęgnacji bez tego produktu. Co jakiś czas (przede wszystkim ze względu na zapach oraz dlatego, że lubię takie gadżety) sięgam po truskawkowy balsam z eos. Moim numerem jeden wśród kosmetyków kolorowych jest pomadka z bourjois shine editio w kolorze 26, idealny nudziak nadający się do codziennego makijażu.
2.      Ulubiony lakier do paznokci.
Bezapelacyjnie jest to lakier z Essie fifth avenue, piękna, nasycona czerwień.


3.      Ulubiona świeca.
Uwielbiam kiedy w domu unosi się jakiś zapach, wypaliłam wiele różnych świec i wosków, ale moim zimowym ulubieńcem są tea light’y z Ikei o zapachu ciasteczek. To taki ciepły, otulający zapach, idealny w chłodne wieczory.
4.      Ulubiony zapach.
Od kilku lat woda perfumowana z Yves Rocher So Elixir, w tym roku na przekór pogodzie sięgnęłam po wodę toaletową również z YR o zapachu kokosa, poprawia mi humor w zimowe dni.
5.      Ulubiony napój.
Ciężko zdecydować się na jeden. Herbatę wypijam litrami, najczęściej sięgam po zwykłą i dodaję do niej imbir, miód i cytrynę, ale lubię też aromatyzowane np. o smaku cynamonu, wanilii albo czarnej porzeczki. Jednak aby być całkowicie szczerą muszę wspomnieć o gorącej czekoladzie i kawie, najlepiej z dodatkiem syropu np. o smaku amaretto.
6.      Ulubiony dodatek/ubranie.
Zawsze, bez względu na porę roku moim ulubionym dodatkiem są kolczyki, nie wychodzę bez nich z domu. Zimą zawsze sięgam po jakieś małe, najlepiej z jakimś białym ‘szkiełkiem’ odbijającym światło.
7.      Ulubiona fryzura na zimę.
Rozpuszczone włosy, nie lubię mieć związanych włosów i robę tak tylko latem kiedy jest mi wybitnie gorąco. W inne pory roku pozwalam im swobodnie sobie leżeć na ramionach.


8.      Co najbardziej lubisz robić zimą?
Relaksować się! Czyli czytać książki pod kocem, oglądać filmy (i głośno komentować), chodzić na spacery, zamykać się w łazience i organizować małe domowe SPA.
9.      Najlepsze wspomnienie związane z zimą.
Ciężko zdecydować się na jedno. Mogłabym wymienić kilka z dzieciństwa, jakieś kuligi czy inne bitwy na śnieżki, ale tak naprawdę najlepsze wydarzenie związane z zimą to to, że poznałam P.
10. Ulubiony trend w modzie na zimę.
     Jakoś w tym roku nie zwróciłam uwagi na to jakie trendy obowiązują, niby widzę wiele zestawień czerni z bielą, styl barokowy, wielkie swetrzyska, ale to, co charakteryzuje mój tegoroczny zimowy trend to spódnice. Nie mogę się bez nich obyć, zakładam przynajmniej raz w tygodniu. 

wtorek, 17 grudnia 2013

Matowe paznokcie

Naszła mnie ostatnio ochota na eksperymenty ‘paznokciowe’ oczywiście akurat w tym czasie, kiedy postanowiłam nie kupować żadnych lakierów. Ale od czego są koleżanki z pracy i ich zbiory? 


Tak oto w moje ręce wpadły dwa matowe egzemplarze: lakier z Avonu z serii matt, kolor grey cement (co za wyszukana nazwa) oraz Delia cosmetics matt effect nr 414. Ten z Avonu jest typowym matem (charakteryzuje się bardzo szerokim pędzelkiem, jego aplikacja jest bezproblemowa i kryje praktycznie przy jednej grubszej warstwie), na paznokciach faktycznie trochę przypomina cement, natomiast ten z Delii ma wykończenie nieco bardziej satynowe (cienki pędzelek, bardzo rzadką konsystencję, aby uzyskać efekt pełnego krycia musiałam nałożyć aż cztery cienkie warstwy, co uważam za sporą przesadę). 


Co łączy oba produkty? Fatalna trwałość. Pomalowałam paznokcie po południu, a już następnego dnia rano miałam delikatne odpryski, pod koniec dnia lakier nadawał się do zmycia. Podoba mi się efekt na paznokciach, ale liczyłam na to, że manicure wytrzyma przynajmniej trzy dni, przecież lakiery na które nie można zastosować żadnego top’u powinny same z siebie być nieco bardziej trwałe, prawda? Przy matowym wykończeniu musimy dodatkowo pogodzić się z faktem, że każda niedoskonałość płytki paznokcia będzie widoczna. Mam jeszcze kilka kolorów (też pożyczonych) i będę je testować, tym razem z zastosowaniem lakieru bazowego, może w ten sposób trwałość będzie nieco lepsza. Za kilka dni zobaczycie efekty. 

niedziela, 15 grudnia 2013

Krem na dzień, stosuję na noc

Jakiś czas temu szukałam kremu (niezamierzony rym) na chłodniejsze pory roku, chciałam żeby był odżywczy i nawilżający, przy okazji wizyty w sklepie Yves Rocher do koszyka wpadł krem odżywiający na dzień 24h z serii Nutritive Vegetal. Co na temat kremu napisał producent: skóra delikatna, miękka i komfortowa przez cały dzień. Krem o bogatej konsystencji, bez efektu tłustego filmu, natychmiast usuwa uczucie ściągania i odżywia skórę. Efekt: skóra staje się bardziej miękka, elastyczna i aksamitna w dotyku. Formuła bez parabenów, olejów mineralnych oraz sztucznych barwników.



Krem docelowo przeznaczony jest na dzień, jednak ja aplikuję go wyłącznie na noc. Krem wchłania się długo i przez jakiś czas od aplikacji jest a skórze wyczuwalny, nie jest to jednak wada, przeciwnie – przynosi uczucie ulgi i nawilżonej skóry. Idealnie sprawuje się jesienią i zimą, kiedy moja cera jest mocno przesuszona. Aplikowany tylko raz dziennie rozprawił się z tym problemem niemal natychmiast. Dodatkowo działa kojąco, niweluje podrażnienia, mnie nie ‘zapchał’, ale jak już wielokrotnie wspominałam takie problemy niemal u mnie nie występują. 


Po ubiegłorocznej zimie moja cera wyglądała jak szara ścierka do podłogi (wiem, mocne porównanie, ale naprawdę tak było) – w tym roku bardzo chciałam takiego efektu uniknąć i jak na razie jestem bardzo zadowolona – krem sprawia, że skóra wygląda na odżywioną i wypoczętą. Zgodnie z tym, co napisał producent jest to krem o bogatej, powiedziałabym nawet ciężkiej formule, jest gęsty i tłusty dlatego nie polecałabym go do innej skóry niż sucha (i z tego też powodu stosuję go na noc, bo na dzień jest moim zdaniem trochę za ciężki). Do tego krem bardzo przyjemnie pachnie i jak na takiego tłuściocha bezproblemowo się aplikuje, tym samym jest też bardzo wydajny. Jak zawsze w przypadku kosmetyków z Yves Rocher szata graficzna opakowania bardzo przypadła mi do gustu. Produkt jest zapakowany w szklany słoiczek, który tradycyjnie otrzymujemy w kartoniku. Z tej samej serii możemy zakupić krem na noc (jeszcze tłustszy, przynajmniej takie odniosłam wrażenie po testach w sklepie), tonik oraz mleczko. Jego regularna cena to 39zł/50ml, ale jak zawsze w Yves Rocher można go upolować w promocji. Jestem z tego produktu bardzo zadowolona, jak sięgnę dna kupię kolejne opakowanie. 

piątek, 6 grudnia 2013

Każdy ma piasek na paznokciach

W końcu mam i ja! Nie, nie kupiłam kolejnego lakieru, postanowiłam, że tego nie zrobię i trzymam się dzielnie, ale od czego są koleżanki? Na kilka dni pożyczyłam sobie lakier z wibo z serii wow glamour sand nr 04. Jakie są moje spostrzeżenia? 


Lakier kryje całkowicie przy dwóch cienkich warstwach, jest też całkiem dobrej jakości – starł się na końcówkach po czterech dniach noszenia, oczywiście bez żadnych wspomagaczy. W czarnej bazie zatopione są tysiące mieniących się na zielono drobinek. Efekt na paznokciach przypomina mi trochę papier ścierny. W dotyku też jest lekko chropowaty – myślałam, że będzie się zaczepiał np. o rajstopy, ale nic takiego nie miało miejsca, jedyny minus tej faktury jest taki, że jak się czymś ubrudzi (w moim przypadku podkładem) to ciężko go później domyć. 


Lakier został wyposażony w standardowy, cienki pędzelek, konsystencja samego produktu jest dość gęsta, dzięki czemu nie rozlewa się na skórki. Największym minusem tego typu emalii jest bez wątpienia zmywanie, polecam metodę z owinięciem płatka nasączonego zmywaczem folią aluminiową, bardzo mocne tarcie z pewnością nie jest dobre dla płytki paznokcia, a w tym przypadku nie jest też najskuteczniejsze.


Wiem, że dzisiaj mikołajki, ale nie mam jeszcze Wam nic do napisania/pokazania w tej kategorii. Sobie prezent sprawię przy najbliższej okazji, czyli jak będę miała trochę więcej wolnego (swoją drogą najlepszym sposobem na oszczędzanie jest po prostu brak czasu na zakupy;). Wam tymczasem życzę otrzymania wymarzonych prezentów, oczywiście jeśli byłyście grzeczne w tym roku! 

źródło klik


środa, 4 grudnia 2013

Ulubieńcy listopada

Mam za sobą tydzień blogowej nieobecności – należą się Wam zatem jakieś wyjaśnienia. To był naprawdę szalony czas, który przyniósł duże zmiany, na szczęście wszystkie są bardzo pozytywne zarówno te w pracy, jak i życiu prywatnym. Muszę też zaznaczyć, że stęskniłam się za regularnym blogowaniem i planuję do tego powrócić.



A teraz czas na ulubieńców poprzedniego miesiąca. W listopadzie na moich paznokciach najczęściej gościła strażacka czerwień od Essie - fifth avenue - mam spore zastrzeżenia do trwałości, ale kolor i aplikacja wynagradzają mi te niedogodności (więcej na ten temat możecie przeczytać TU). Zużycie pojedynczego cienia z Inglota (nr 467 double sparkle) możecie zobaczyć na zdjęciach – używałam go niemal codziennie. Aplikowałam na całą powiekę i nosiłam w towarzystwie brązowego cienia w załamaniu albo tylko z granatową/czarną/fioletową kreską przy linii rzęs. Jasnoróżowy kolor i drobinki (wcale nie tandetne i bazarowe) ładnie odbijają światło i tworzą efekt wypoczętego oka. Pozostając w tematyce makijażu - tusz colossal od maybelline jest jednym z moich ulubionych produktów do podkreślania rzęs. 


Maskara nie rozmazuje się i nie kruszy, jest intensywnie czarna i nadaje objętość zgodnie z obietnicą producenta, nie tworząc przy tym efektu pajęczych nóżek. Ma dość dużą klasyczną szczoteczkę. Ulubionym produktem do demakijażu jest żel z Yves Rocher z serii pure calmille. Jest delikatny i bardzo skuteczny, nie podrażnia oczu, nie przesusza i nie podrażnia skóry. Do tego ma świeży, bardzo przyjemny zapach i dobrze się pieni, a demakijaż całej twarzy zajmuje nam tylko chwilę. Tradycyjnie w zestawieniu musi znaleźć się produkt pod prysznic, tym razem jest to żel z olejkiem - Balea o zapachu kwiatu jabłoni. Pachnie fantastycznie, do tego jest bardzo gęsty, świetnie się pieni i jest bardzo wydajny. Nie przesusza skóry. Na przekór pogodzie używam wody toaletowej z Yves Rocher o kokosowym zapachu. Przywodzi mi na myśl lato i słońce. Nie utrzymuje się bardzo długo, ale wcale mi to nie przeszkadza ponieważ taką małą i lekką buteleczkę można mieć zawsze przy sobie. Pachnie słodkim, naturalnym kokosem, nie jest to sztuczny i chemiczny zapach, od którego boli głowa. 

środa, 27 listopada 2013

Ja też byłam w Rossmannie

Promocja nadal trwa, ale z tego co zauważyłam większość z osób zainteresowanych zniżkami już Rossmanna odwiedziła. Moja lista zakupów uległa drobnej modyfikacji m.in. zrezygnowałam z różu, stwierdziłam, że jeśli chcę sobie kupić na gwiazdkę pudełeczko z Benefit’u to mogę ten zakup odpuścić. Nie kupiłam też kredki do ust, najbardziej ze wszystkich podobała mi się kredka z Astor’a w kolorze 008 hug me (co za sympatyczna nazwa), ale była wykupiona, znalazłam jeden egzemplarz, ale był już mocno zmasakrowany, czego nie mogę zrozumieć, bo zaraz obok leżał tester! 


A teraz co kupiłam: podkład Affinitone od maybelline w kolorze 09 opal rose i tutaj kończą się moje zakupy w Rossmannie. Z pracy mam bliżej do Hebe, poza tym ta drogeria jest dłużej otwarta, dlatego resztę zakupów zrobiłam tam, oczywiście również korzystając z -40% promocji. Czarny tusz do rzęs z wow! crazy volume mas cara z Bell, miałam ją kilka lat temu i byłam zachwycona jej działaniem, jestem ciekawa czy teraz również będę zadowolona. Długo szukałam granatowej kredki do oczu – większość albo wpadała w czerń i praktycznie nie było granatu widać, albo była w kolorze electric blue, który u innych bardzo mi się podoba, ale chyba nie czułabym się w nim dobrze. Ostatecznie znalazłam swój ideał – color riche le khol z l’oreal w kolorze 107 deep sea blue. Dwa produkty do ust – błyszczyk z Bell glam wear w kolorze 034 (piękny, dziewczęcy róż) oraz pomadka z Bourjois z serii shine edition w kolorze 26 (nudziak napakowany drobinkami), którą zobaczyłam u Iwetto (klik) i tak mnie urzekła, że jak tylko znalazłam ją w cenie 26,99 zł nie mogłam jej nie kupić. 


Z pielęgnacji do koszyka trafił balsam do ust tisane, ponieważ znowu zmagam się z suchymi skórkami. Chyba jeszcze poszukam kredki z Astora i podkładu match perfection. 

czwartek, 21 listopada 2013

Promocyjna kolorówka

Od piątku do przyszłego czwartku (czyli w dniach 22.11 – 28.11) trwa w Rossmannie akcja -40% na całą kolorówkę. W czasie ostatniej takiej akcji zrobiłam malutkie zakupy (klik), ale tym razem trochę więcej rzeczy wpadnie do mojego koszyka. Bardzo dawno nie kupowałam niczego z kolorówki, dlatego wykorzystam idealną okazję ku temu, żeby te braki nadrobić. 


Róż w musie z maybelline dream touch bush - nie wiem jeszcze na jaki kolor się zdecyduję, wszystkie są piękne i dziewczęce. Następnie podkłady – jeśli żadna nowość nie wpadnie mi w oko (a jak na razie bezskutecznie przeglądam strony internetowe w poszukiwaniu czegoś ciekawego) to skuszę się na moich dwóch ulubieńców: rimmel match perfection i maybelline affinitone. Kredki do oczu z serii smoky z bourjois lubię za miękką formułę, łatwość w rozcieraniu, intensywne kolory i trwałość. Myślę, że sięgnę po ciemną śliwkę albo granat. Będzie idealnym uzupełnieniem zimowych makijaży. Do ust chciałabym kupić jakąś kredkę z Astora w odcieniu nude albo pomadkę z serii color whisper od maybelline. Zobaczymy co będzie dostępne i w jakich kolorach. Na koniec wydam kilka złotych na jakiś (jakikolwiek, zobaczymy jaki znajdę na przetrzebionych półkach) tusz z Wibo albo Lovely. A co Wy sobie kupicie? 

wtorek, 19 listopada 2013

Kokosowe rozczarowanie

Kosmetyki o zapachu kokosa lubię bardzo. Kiedy na półce w Rossmannie zobaczyłam peeling pod prysznic papaja i ekologiczny kokos z Alterry (do tego w promocji za 6.99 zł) nie zastanawiałam się długo. 


Jednak jak widzicie po tytule posta nie jest to wybitnie udany produkt. Zapewnienia producenta: łagodny efekt peelingu z zastosowaniem kokosu o czarodziejskim zapachu Morza Południowego. Każda skóra zasługuje na indywidualną pielęgnację. Delikatny peeling pod prysznic Alterra oczyszcza skórę dzięki łagodnym substancjom powierzchniowo czynnym na bazie cukru: ekologiczne wiórki kokosowe usuwają delikatnie obumarłe komórki skóry, pozostawiając uczucie sprężystości i gładkości. Czysty ekstrakt z ekologicznego aloesu i roślinna gliceryna dostarczają dodatkowego nawilżenia i pielęgnacji. I faktycznie peeling jest bardzo delikatny, aż tak, że wcale nie działa. Istnieje na rynku wiele tego typu produktów, które choć nie są ostre jak papier ścierny jednak dobrze skórę peelingują. Jednak kokos z Alterry zachowuje się jak zwyczajny żel pod prysznic, do którego producent dosypał wiórków kokosowych. Zatem na skuteczne usunięcie obumarłego naskórka nie ma co liczyć, żel (bo peelingiem nie sposób tego nazwać) jest dość rzadki, jednak dobrze się pieni, faktycznie nie wysusza skóry, ani nie powoduje uczucia ściągnięcia. W przezroczystej bazie znajduje się sporo kokosowych wiórków i mikro-mikro drobinek, które nie robią praktycznie nic, a do tego nawet ich nie widać, jedynie lekko je czuć pod palcami. 


Produkt nie zawiera silikonów, parafiny, syntetycznych barwników. Zapach kokosanek jest zdecydowanie zaletą. Podsumowując jeśli szukacie żelu pod prysznic o dobrym składzie, w niskiej cenie ten produkt zdecydowanie jest dla Was, natomiast jeśli chcecie kupić peeling sięgnijcie po coś innego. Ja swój egzemplarz zużyję mieszając go z kawą. Jedyne, co naprawdę zasługuje na pochwałę to design opakowania, dobrze skomponowane kolory i ładna etykieta. Jednak wygląd opakowania to stanowczo za mało, przecież tutaj liczy się wnętrze.  

niedziela, 17 listopada 2013

Migawki

Przegląd migawek z ostatnich dwóch tygodni nie będzie chronologiczny. Zacznę od mojego dzisiejszego zakupu – termofor z Biedronki w fioletowym ubranku z wyhaftowaną sową musiał wrócić ze mną do domu. Zapłaciłam za niego 16,90 zł. Mój poprzedni termofor przeżył ze mną prawie osiem lat więc należy mu się już emerytura. Niestety nie załapałam się już na poszewki na poduszki, a koce nie za bardzo mi się podobały, nie były takie miękkie jak lubię i do tego trochę za małe. To będzie mój ulubiony duet tej zimy: jednopalczaste rękawiczki (Sinsay 19,90 zł) z napisem ‘Hi’ ‘5’ tak mnie rozbawiły, że musiałam je kupić, do tego komin łączący w sobie dwa różne sploty (Reserved 49,90 zł). Moja wygrana na blogu u Anety (klik) – żele pod prysznic z Balea. Obecnie używam tego o zapachu kwiatu jabłoni i zapach bardzo mi się podoba. Drugi wariant to truskawka. Dostałam też wosk z yankee candle o zapachu ‘november rain’, który oczywiście bardzo trafia w mój gust. Raz jeszcze dziękuję! Na koniec sałatka z brokułem i serem feta, może nie wygląda zbyt efektownie, ale była bardzo smaczna.


Miłego popołudnia! Ja spędzam czas pod kocem z książką, a w zasadzie z czytnikiem w ręce. A co Wy dzisiaj robicie? 

sobota, 16 listopada 2013

Chciejstwa

Rzadko robię listę rzeczy, które chciałabym sobie kupić. Jednak z racji tego, że zbliżają się mikołajki i Święta mam idealną okazję, żeby przy okazji obdarowywania innych pomyśleć też o sobie. W dzisiejszym zestawieniu znajdzie się tylko jedna rzecz kosmetyczna i właśnie od niej zacznę. Benefit feelin' dainty lip & cheeck kit wygląda ślicznie, słodko i dziewczęco. W pudełku znajdziemy miniatury kultowego high beam, poise tint, róż oraz błyszczyk.  

Mój laptop – o czym już wspominałam – odmawia posłuszeństwa. Zastanawiałam się nad zakupem kolejnego, ale doszłam do wniosku, że jak na moje obecne potrzeby tablet (Samsung galaxy tab 3 10.1 cala) będzie idealny. Na liście znalazł się również case (futerał?) na telefon. To takie małe (i niedrogie) chciejstwo, jednak znalazło się na liście, bo od jakiegoś czasu na nic nie mogę się zdecydować i tak przeglądam Internet w poszukiwaniu czegoś idealnego. Na sam koniec duża świeca z Yankee Candle, cena zdecydowanie nie przekonuje mnie do zakupu. Ich woski uwielbiam za różnorodność i intensywność zapachów, jestem ciekawa czy świece również przypadłyby mi do gustu. A do tego mają piękne słoje i etykiety. 

czwartek, 14 listopada 2013

Szary i fioletowy

Chciałam sobie kupić lakier z rimmelowskiej serii salon pro w kolorze 711 punk rock. Jednak zanim dotarłam do szafy rimmel’a stanęłam przy miss sporty i w oko wpadł mi lakier w niemal identycznym kolorze, porównałam obie buteleczki i doszłam do wniosku, że lakiery niemal wcale się od siebie nie różnią dlatego sięgnęłam po tańszy (miss sporty, kolor 425, za 6,49 zł). 


Lakier z serii lasting colour ma zdaniem producenta pozostawać na naszych paznokciach do 10 dni. Tak dobrze nie jest, ale i tak nie narzekam ponieważ lakier wytrzymał na moich paznokciach 5 dni, nie miałam żadnych odprysków, jedynie starte końcówki. Bez żadnego top coat’u to moim zdaniem bardzo zadowalający wynik, tym bardziej, że większość lakierów z miss sporty wytrzymuje na moich paznokciach dwa, trzy dni. Jak zawsze mamy tutaj szeroki pędzelek, lakier kryje po dwóch cienkich warstwach, nie smuży, nie rozlewa się przesadnie na skórki. Jest bezproblemowy w aplikacji. 


A teraz najważniejsze czyli kolor: trudno go jednoznacznie zdefiniować –jest stalowoszary, ale widać w nim również tony ciemnego fioletu.  Piękny, idealny na jesień i zimę.

To ostatni egzemplarz jaki kupiłam w tym roku. Zdecydowanie daleko mi do lakieromaniaczek, ale i tak jak na moje potrzeby mam za dużo lakierów do paznokci. 

sobota, 9 listopada 2013

Codzienna pielęgnacja

Moja codzienna pielęgnacja twarzy nie jest niczym skomplikowanym, ani super zaawansowanym. Nie przeprowadzam na sobie żadnych profesjonalnych zabiegów. Jednak moja codzienna rutyna sprawdza się u mnie bardzo dobrze, jestem zadowolona ze stanu mojej skóry, dlatego też postanowiłam wspomnieć o kosmetykach, po które sięgam codziennie. Niemal o każdym z nich wcześniej wspominałam, stwierdziłam jednak, że dobrze będzie zrobić takie całościowe zestawienie.


Rano przemywam twarz wodą z żelem, tym razem jest to jeden z moich ulubionych produktów – żel do mycia twarzy pure calmille z Yves Rocher. Ma świeży zapach, dobrze się pieni, nie podrażnia skóry, nadaje się również do stosowania w okolicach oczu. Bardzo delikatny i skuteczny (stosuję go również do demakijażu). Następnie przecieram twarz tonikiem antybakteryjnym z Ziaji (klik). Wspaniały produkt, to już chyba moje trzecie opakowanie. Nie zrezygnuję z niego w najbliższym czasie. Bardzo dobrze nawilża skórę, w żadnym wypadku nie wysusza, ma bardzo przyjazny skład. Później już tylko krem – obecnie jest to aktywnie kojący dermo krem z L’bioticii (więcej o nim możecie przeczytać TU). I to tyle z mojej porannej pielęgnacji, nie ma tego dużo, prawda?



Natomiast wieczorem zmywam makijaż. Tutaj technika zależna jest od tego jak bardzo zmęczona jestem i jak bardzo jest późno. Kiedy mam więcej czasu i energii zmywam makijaż twarzy przy użyciu płynu micelarnego z Urody (klik), demakijaż oczu wspomaga kultowy płyn micelarny  be beauty z Biedronki (klik). Jeśli dosłownie padam na twarz wszystko zmywam za jednym zapachem używając żelu z Yves Rocher (w tej roli również świetnie u mnie sprawdza się żel z serii normaderm z Vichy). Następnie nakładam tonik antybakteryjny z Ziaji. Kiedy leżę już w łóżku aplikuję przeciwzmarszczkowo-nawilżający krem pod oczy z serii wrażliwa natura 30+ z AA. Bardzo dobry krem, a do tego niesamowicie wydajny (więcej możecie przeczytać o nim tutaj. Faktycznie nawilża i uelastycznia delikatną skórę pod oczami, nie powoduje podrażnienia, pieczenia ani zaczerwienienia oczu, co występuje u mnie bardzo często. Później przychodzi czas na krem odżywiający z Yves Rocher. Krem docelowo przeznaczony jest na dzień, ale moim zdaniem jest dość bogaty i zdecydowanie lepiej sprawdza się u mnie na noc. Chociaż nie wykluczam, że kiedy zrobi się zdecydowanie chłodniej będę go używała już zgodnie z zaleceniem producenta. Stosuję go dość krótko, wstępnie jestem zadowolona z jego działania, ale szerszą recenzję opublikuję za kilka tygodni. Na sam koniec produkty do ust: na noc używam blistex lip relief cream (klik) natomiast w ciągu dnia kilkakrotnie aplikuję na usta balsam z eos (klik). Raz lub dwa razy w tygodniu funduję swojej skórze ukojenie w postaci maseczki do cery z problemami naczyniowymi. Ostatnio przetestowałam maskę-opatrunek wzmacniająco-łagodzącą z Tołpy, ale nie jestem z jej działania zadowolona. Ma dość intensywny zapach, mimo faktu, że nie nałożyłam jej zbyt blisko oczy mi łzawił, a działanie na skórę było dość przeciętne. Dużo bardziej polecam maseczki z Ziaji albo z Flos-Leku. Raz w tygodniu zamiast kremu aplikuję na noc peeling enzymatyczny z perfecty. Produkt jak najbardziej godny uwagi. Oczyszcza skórę, niweluje martwy naskórek skutecznie, ale również bardzo delikatnie. Nie podrażnia ani nie wysusza skóry. Do tego jest bardzo, bardzo wydajny. 

czwartek, 7 listopada 2013

What’s in my bag

Zrobiłam wczoraj porządek w torebce, stwierdziłam, że jest taka ciężka i tyle w niej noszę, że pewnego dnia urwie mi się ucho (albo odpadnie mi ramię;). Dlatego pozbyłam się zbędnego obciążenia i zostawiłam tylko to, co jest mi naprawdę potrzebne. 


Zaczynając od lewej strony: telefon, czytnik kindle (uwielbiam go, zdecydowanie wolę zabierać do torebki lekki, mały i poręczny czytnik niż nosić ciężką papierową książkę), portfel, butelka z wodą, kubek termiczny (wiem, że wygląda teraz mało estetycznie, ale zetrę wszystkie kropki i będzie zdecydowanie ładniejszy), w czarnej papierowej kopercie noszę kilka torebek herbaty, futerał na okulary, rękawiczki, klucze do domu (z misiaczkiem z sagi), długopisy, wejściówka i notatki do pracy, z rzeczy kosmetycznych zostawiłam tylko niezbędne minimum: balsam do ust z eos, krem do rąk z yves rocher oraz mokre chusteczki z lidla (wielozadaniowe, można nimi wytrzeć ręce albo wyczyścić buty). 


Nie poprawiam makijażu w ciągu dnia, dlatego nie noszę ze sobą podkładu/pudru/szminki/różu. Jak Wam się podoba mój niezbędnik? Co Wy nosicie ze sobą w torebkach? 

wtorek, 5 listopada 2013

Kulturalny newsletter # 11

Przez ostatnie dwa miesiące nie obejrzałam oszałamiającej ilości filmów. Wstyd się przyznać, ale wspomnę dzisiaj tylko o trzech tytułach. Zaczynając od najlepszego „Historia przemocy” z Viggo Mortensenem to film, po który sięgnąłem ponownie. Mocna historia o tym, że człowiek, który wcześniej żył z przemocy nie zmieni się tak łatwo, może udawać przed rodziną i przed sobą, może być przykładnym obywatelem, może stworzyć swoją przeszłość od nowa, ale ona i tak do dopadnie. Tom jest mężem i ojcem. Kiedy jednak dwóch bandytów chce obrabować jego kawiarnie sprawy przybierają nieoczekiwany obrót. Zdecydowanie warto obejrzeć. „Sęp” natomiast jest filmem średnim. Pomysł na fabułę jest bardzo ciekawy – przestępcy (mordercy, gwałciciele) dosłownie znikają z więzień, nikt nie wie gdzie są, ani kto pomaga im w ucieczce, do tego gdzieś w tle działa fundacja promująca dawców organów, z pozoru te dwa wątki nie mają ze sobą nic wspólnego, jednak gdzieś się łączą. Film dostaje ode mnie plus za ciekawe zakończenie. Minusów natomiast jest kilka: oczywiście w każdym (każdym!) polskim filmie musi być wątek miłosny, bo przecież sama sensacyjna historia to za mało. Do tego wątek kryminalny (dużo ciekawszy) nie jest tak wyeksponowany jak przeżycia wewnętrzne głównego bohatera oraz (a jakże!) jego romans. Czyli potencjał był, a jak został wykorzystany możecie ocenić sami. Obejrzałam też „Salę samobójców”. Tak wiem, że ten film żadną nowością nie jest, wiem też, że zdania na jego temat są mocno podzielone. Czy ta historia jest ciekawa? Nie za bardzo. Dominik jest młodym, dorastającym chłopakiem, problemy w szkole oraz fakt, że rodzice traktują go bardziej jak wyposażenie mieszkania niż człowieka sprawiają, że chce uciec od swojego dotychczasowego życia. Trafia na coś w rodzaju internetowego forum, tytułową salę samobójców. Nie podobały mi się animowane fragmenty, uważam je za zupełnie zbędne. Historia sama z sobie nie jest też w kinematografii żadną nowością, natomiast warto obejrzeć chociażby dlatego, że ten film znacząco różni się od innych polskich produkcji.



Na sam koniec serial. Wiem, że „Breaking Bad” ma sporą rzeszę fanów, ja niestety się do nich nie zaliczam. Dla tych, którzy jeszcze nie wiedzą o czym ta produkcja jest (jeśli jeszcze ktoś nie jest uświadomiony) – Walter jest nauczycielem chemii, ma żonę oraz chorego syna. Pewnego dnia dowiaduje się, że ma raka płuc. Jest to dla niego punkt zwrotny. Dotychczasowy porządny obywatel postanawia zmienić swoje postępowanie. Zdaje sobie sprawę z tego, że jest umierający, potrzebuje pieniędzy dla swojej rodziny i dlatego poszukuje zupełnie innego, nielegalnego sposobu zarabiania pieniędzy. Mówiąc w skrócie razem ze swoim byłym uczniem zajmuje się produkcją narkotyków. Serial jest nakręcony w bardzo dosadny i dosłowny sposób – zobaczymy w nim wszystko – krew, ludzkie wnętrzności. Natomiast to, co zasługuję na pochwałę to realizm, oglądając serial widz bardziej ma wrażenie, że podgląda swoich sąsiadów niż telewizyjną produkcję. Dlaczego zatem serial nie przypadł mi do gustu? Tematyka wyrobu oraz rozpowszechniania narkotyków jednak nie jest dla mnie. 

czwartek, 31 października 2013

Ulubieńcy października

Dawno w ulubieńcach nie znalazły się produkty z kolorówki, na szczęcie w październiku kilka rzeczy tak bardzo przypadło mi to gustu, że postanowiłam o nich tutaj wspomnieć. 


High impact mascara z clique (miniaturka z Douglasa) to jeden z moich maskarowych hitów. Ma tradycyjną szczoteczkę wykonaną z miękkiego włosia, zwracam na to uwagę, ponieważ niektóre szczoteczki są strasznie twarde i ostre. Tusz idealnie nadaje się do codziennego makijażu – jedna warstwa daje efekt ładnie rozczesanych, wyraźnych, czarnych rzęs. Natomiast dwie idealnie nadają się na wieczór. U mnie ten tusz przede wszystkim zwiększa objętość rzęs. Nie osypuje się, nie kruszy, szczoteczka nie jest zbyt duża więc jej obsługa to sama przyjemność. 3,5 ml starczyło mi na 1,5 miesiąca. Jedyną wadą tego produktu jest jego cena – ponad 100 zł na tusz, to moim zdaniem stanowczo za dużo. Uzupełnieniem codziennego makijażu była w tym miesiącu pomadka z Celii, w kolorze 603. Dziewczęcy, delikatny róż, ładny połysk, winogronowy zapach i piękne, złote opakowanie. Do ideału brakuje tylko większej trwałości, ale z uwagi na błyszczykową formułę przymykam na to oko. Róż z Bell (zakupiony w Biedronce, kolor nr 22) w założeniu miał być tylko wakacyjnym produktem, takim trochę z przypadku, bo zastanawiając się nad jakimś droższym różem, wzięłam ten, aby stosować go w międzyczasie. Używam go do teraz i uwielbiam ten produkt. Nie potrzaskał się, jego obecny stan jest spowodowany tym, że używam go codziennie i ta resztka pozostała na ściankach po prostu się pokruszyła. Nie zrobimy sobie nim krzywdy, daje bardzo subtelny efekt, rozświetla twarz. Więcej możecie o nim przeczytać tu


Na sam koniec pielęgnacja: o balsamie z Vaseline wspominałam tutaj, dlatego nie będę się powtarzać. Trafił do ulubieńców ponieważ zdecydowanie na to zasłużył swoim działaniem. Zawsze musi się też znaleźć jakiś produkt do mycia ciała, tym razem jest to oliwka pod prysznic z olejkiem arganowym z Yves Rocher. Uwielbiam ten produkt za jego otulający, orientalny zapach, za wspaniałą, gęstą konsystencję, która rozprowadza się na ciele nie tworząc piany tylko delikatną, myjącą emulsję. Niestety nie należy do najtańszych 200ml kosztuje ok. 30 zł, ale na szczęście możemy go często dostać jako gratis do zakupów, albo w innej promocji. 

wtorek, 29 października 2013

Migawki

Ten dzień zdecydowanie nie należy do najlepszych, dlatego nie biorę się za pisanie niczego ambitniejszego. Przegląd dwutygodniowych obrazków – kupiłam bardzo zachwalaną w blogosferze herbatę z Rossmanna (mango i jogurt) i nie jest jakaś wybitna. Natomiast jagodowa muffinka jest świetna. Do herbaty upiekłam szarlotkę z karmelizowanymi jabłkami. Kupiłam ‘Twój styl’ z kalendarzem, nie wiem jak wszystkie moje notatki się w nim zmieszczą, najwyżej dokupię sobie jakiś notes. Nowe, jesienne woski z YC. W biedronce za całe 16 zł zakupiłam kubek termiczny – super trzyma ciepło o i co najważniejsze nie przecieka. Niestety groszki się ścierają. Na sam koniec Butowa nowość.


A jakie nowości zagościły ostatnio u Was? 

piątek, 25 października 2013

Stal i lawenda

Jesień to czas, kiedy na moich paznokciach niemal codziennie gości czerwień, teraz zrobiłam mały wyjątek, to połączenie tak mi się podoba, że musiałam o nim wspomnieć. 


Lakier golden rose z serii rich color nr 38 jest zdecydowanie bardziej letni, ale w zestawieniu z ciemnym grafitem sprawdza się świetnie. Lakier wyposażony jest w szeroki pędzelek, charakterystyczny dla tej serii, jest kremowy, zupełnie ‘bezdrobinkowy’, ma bardzo dobre krycie – praktycznie jedna warstwa dobrze pokryje paznokieć – ja jednak tradycyjnie nakładam dwie cienkie. Najciekawszy jest kolor – niebieski z odrobiną lawendowego (uwierzcie mi, choć wiem, że na zdjęciach tego nie widać). 


Natomiast lakier z serii Paris nr 68 ma cienki pędzelek, do pełnego krycia potrzeba trzech cieniutkich warstw, nie pozostawia smug, zmywa się jak zwyczajny lakier. W ciemnoszarej bazie są zatopione srebrne drobinki. Moim zdaniem efekt jest świetny, trochę metaliczny, ale zdecydowanie nie podchodzący pod wykończenie perłowe, za którym nie przepadam, jest dla mnie takie babcine. Uwielbiam ten manicure w zestawieniu z szarą bluzą i srebrnym zegarkiem. Każdy z tych lakierów kosztował 5 zł, nie mogę ich niestety pochwalić za trwałość, w obu przypadkach odpryski są widoczne już drugiego dnia, ale od czego są top coat’y, prawda? ;) Prawa ręka jest pomalowana inaczej niż lewa, podoba mi się takie urozmaicenie. 

środa, 23 października 2013

Aktualnie pod prysznicem

Znajdują się u mnie dwa szampony. W poprzednich postach wspominałam Wam o odżywkach i masce, stwierdziłam, że napiszę jeszcze coś o szamponach, tym samym kończąc wpisy z kategorii ‘włosy’. Bananowy szampon z The Body Shop kupiłam w promocji razem z odżywką z tej samej serii za 25 zł, natomiast szampon z Yves Rocher „kocham moją planetę” kosztował 15,50 zł. 


Zacznijmy od tego drugiego, zdaniem producenta: szampon wzbogacony jest o witaminę E pochodzenia naturalnego oraz wyciąg z cytryny, dzięki czemu włosy są miękkie i błyszczące. Szampon przeznaczony jest do każdego rodzaju włosów, do codziennego stosowania. Szampon pachnie świeżo i bardzo miło używa się go w zaspane poranki, dzięki SLS pieni się bardzo mocno, jest przezroczysty i dość gęsty, bezproblemowo rozprowadza się po włosach, dobrze spłukuje. Po jego zastosowaniu włosy są świeże, miękkie i lśniące, niestety bardzo je plącze, dlatego odżywka jest niezbędna. Faktycznie nadaje się co codziennego stosowania – nie obciąża, ani nie przesusza włosów. Ma też całkiem dużą pojemność 300 ml i często można go znaleźć w promocji (nie jest oznaczony zielonym punktem).  Szampon posiada europejski certyfikat jakości produktów ekologicznych Ecolabel. 
Zatem jeśli szukacie dobrego, wydajnego, ładnie pachnącego szamponu (i nie macie ogromnych obiekcji przed SLSami) do częstego stosowania ten mogę Wam polecić. 


Bananowy tbs również posiada w składzie SLS. Ma żółty kolor, piękny zapach bananowy i fatalne opakowanie. Butelka jest zrobiona z twardego plastiku i ma bardzo małą dziurkę, szampon jest bardzo gęsty, zatem ‘wytrzepanie’ go do najłatwiejszych nie należy. Podobnie jak ten z YR szampon okropnie plącze włosy i odżywka jest tutaj bardzo wskazana. Dobrze oczyszcza, ale nie polecałabym go do częstego stosowania, może wtedy bardzo przesuszyć włosy. Jest dobry – działa, łatwo się spłukuje, nie obciąża włosów, ładnie pachnie, ale nie jest to nic w szamponach rzadko spotykanego i nie kupiłabym go w regularnej cenie (25 zł). Jest wiele dużo tańszych szamponów (z lepszym składem), które działają identycznie.  

sobota, 19 października 2013

Vaseline

Dzisiejszy post będzie przepełniony słowami zachwytu oraz grubą warstwą lukru – ostrzegam. Jak doskonale wiecie jestem maniaczką maseł/balsamów/mleczek do ciała, jak określiła moja przyjaciółka (od której dostałam balsam z vaseline) ‘kupiłam Ci taki duży, bo wiem, że Ty się w tych balsamach kąpiesz’, fakt zużywam ich dużo, ale mam skórę suchą i nie lubię tego uczucia ściągnięcia. 


Niestety produkty z Vaseline nie są dostępne w Polsce i gdyby nie był to wspaniały i warty uwagi produkt nawet bym o nim tutaj nie wspomniała. Jak to się dzieje, że w Rossmannach, Hebe, Naturze i setkach innych drogerii półki dosłownie uginają się od ilości produktów do ciała, a my zawsze chcemy tego, co akurat nie jest dostępne od ręki? Przed napisaniem tego posta przejrzałam Allero i jest tam kilka produktów z Vaseline (balsam z ekstraktem z owsa, z aloesem i wariant kakaowy), ceny nie są też zawrotne, w przedziale 20-30 zł możemy kupić balsam o pojemności 400 ml.



Zacznijmy od rzeczy widocznych na pierwszy rzut oka – produkt ma ogromna pojemność 725 ml i zdecydowanie jest to największy balsam, jaki kiedykolwiek miałam, na szczęście jest wyposażony w bardzo wygodną pompkę, która dozuje odpowiednią ilość produktu. Balsam ma biały kolor i konsystencję charakterystyczną dla tego typu produktów – czyli nie za rzadką i nie za gęstą, wiecie o co mi chodzi, prawda? Pachnie pięknie i delikatnie,  nie jest to nachalny zapach, który znudzi nam się po tygodniu używania. Kojarzy mi się z perfumami. Dostałam wersję nawilżającą z ekstraktem z owsa. Balsam ma zdaniem producenta głęboko nawilżać i szybko się wchłaniać bez pozostawiania tłustej warstwy. Wszystko się zgadza! Produkt rozprowadza się bezproblemowo, nie rozmazuje się na skórze, szybko wchłania i nie pozostawia żadnej tłustej/lepkiej warstwy, skóra jest miękka i fantastycznie nawilżona, od razu znika uczucie suchości i nieprzyjemne ściągnięcie skóry. Używam go tylko wieczorem, a przez cały dzień moja skóra ma odpowiedni poziom nawilżenia. Mimo lekkiej formuły (w końcu to balsam), produkt działa jak bardzo treściwe masło. Uwielbiam ten balsam i cieszę się, że jest taki duży, będę go używać z ogromną przyjemnością przez kilka miesięcy. 

czwartek, 17 października 2013

Dwa peelingi

Lubię mieć peelingi do różnych części ciała – wiem, że nie jest to kosmetyk niezbędny w pielęgnacji i można się ścierać jednym produktem, ale lubię i już. Obecnie w mojej łazience stoi peeling roślinny do ciała z pudrem z pestek moreli oraz peeling do stóp z organiczną lawendą. Oba pochodzą ze sklepy Yves Rocher, miałam już wcześniej ten duet, a to, że znów gości pod moim prysznicem świadczy o tym jak dobre to produkty. 


Zacznijmy od tego do ciała – w składzie ma m.in. sok z agawy, proszek z migdałów, olejek sezamowy, a zmielone pestki moreli są już na trzecim miejscu w składzie. Peeling pachnie ładnie, ale nie jestem w stanie opisać tego zapachu, nie wiem też, do czego mogłabym o porównać, zdecydowanie nie jest to owocowy zapach. Produkt jest zapakowany w bardzo miękką tubkę o pojemności 150 ml, czyli mniejszej niż standardowe peelingi do ciała, jest jednak bardzo wydajny. Najważniejsze jest jednak działanie – peeling ściera świetnie, jest mocnym zdzierakiem i nie polecałabym stosowania go na delikatną skórę dekoltu, na innych partiach ciała sprawdza się świetnie. Peelingujące drobinki występują w różnych rozmiarach, są ostre i z uwagi na fakt, że to pestka nie rozpuszczają się jak np. produkty na bazie cukru. Skóra po wyjściu spod prysznica jest gładka, miękka i wchłania balsam ekspresowo. Oczywiście nie zawiera parafiny. Produkt nie pieni się, aplikuję go na dłoń, a następnie rozcieram okrężnymi ruchami na wilgotnej skórze. Taki masaż funduję sobie dwa razy w tygodniu, to dla mnie idealny sposób na wieczorny relaks. To obok peelingu kawowego mój ulubieniec, niestety nie należy do najtańszych – jego regularna cena to aż 36 zł, dlatego zawsze kupuję przy okazji różnych promocji. 


Peeling do stóp też jest mocnym zdzierakiem, również nie zawiera parafiny, dzięki czemu stopy nie są oblepione żadną tłustą warstwą, tylko dobrze starte i gładkie. Uwielbiam ten efekt, niestety ten produkt również ni należy do najtańszych – 19,90 zł za 50ml to sporo i tutaj również nigdy nie zakupiłam go w regularnej cenie. Oba produkty nie są oznaczone zielonym punktem więc często możemy je kupić w promocji -40%. Peeling w składzie zawiera pumeks, wodę z lawendy oraz puder z pestek moreli. Pachnie bardzo intensywnie lawendą, chociaż nie jest to moja ulubiona nuta zapachowa, po zmyciu produktu nie utrzymuje się również zapach. A jakie produkty obecnie stoją w Waszych łazienkach?