wtorek, 20 listopada 2012

Kulturalny newsletter


Wiem, że wiele razy obiecywałam poprawę, ale tym razem mi się uda. Uważam jednak, że ciągłe pisanie o kosmetykach może być trochę nudne dlatego stwierdziłam, że od czasu do czasu post o książkach, filmach i muzyce nie zaszkodzi, prawda?

Dopiero w listopadzie dokonałam muzycznego odkrycia roku. Nie będzie to jednak Gotye ani Lana del Rey tylko angielski zespół Mumford and sons. Tym, którzy z ich muzyką się jeszcze nie spotkali na początek polecam moją ulubioną piosenkę „the cave” (jest w niej coś co poprawia mi humor). Zespół wykonuje muzykę, którą można zaliczyć do kategorii folk rock (jeszcze niedawno nawet nie wiedziałam, że coś takiego istnieje!). Świetna muzyka, pozytywna energia, dobre, przemyślane teksty – wszystko to znajdziecie na płycie „Babel”. 


Nie obejrzałam w tym miesiącu wielu filmów: dwa typowo rozrywkowe przykłady amerykańskiego kina i jeden film Toma Tylwera (reżyser „Pachnidła” oraz „Biegnij Lola, biegnij”) i może od niego zacznę. „Trzy” to film po którym spodziewałam się więcej. Historia pary, Simon i Hana są razem chyba od zawsze, chociaż słowo „razem” nie jest do końca odpowiednie. Wygląda na to, że egzystują bardziej obok siebie, on ma swoje tajemnice, a ona swoją pracę. Nie mają dzieci, żyją z dnia na dzień, nie ma między nimi bliskości, zachowują się bardziej jak współlokatorzy niż zakochani. W pewnym momencie do ich nieciekawego życia wkracza pewien mężczyzna - Adam. Mają z nim romans, oboje, chociaż ani Hana ani Simon się do tego nie przyznają, oboje też zakochują się w Adamie. Film bez wątpienia porusza pewne tabu, obnaża ludzkie zachowania, jednak czegoś mi tutaj brakuje. Głębi, większego ładunku emocji. Akcja filmu jest powolna, więcej w nim rozmów o poglądach politycznych bohaterów niż namiętności, która przecież zawsze towarzyszy zakochaniu.

Teraz już będzie trochę lepiej –
„Skyfall” – chyba wszyscy widzieli już nowy film z agentem 007. Nie jestem ogromną fanką tego typu kina, zupełnie nie rusza mnie zabijanie ludzi długopisem, wyskakiwanie z lecącego śmigłowca ani kobiety padające na łóżko z okrzykiem „och James”. Tym razem na szczęście było trochę inaczej. Film ma dobry scenariusz, odwołuje się do przeszłości Bonda, do tego, co chce ukryć pod maską doskonale wyszkolonego agenta, a co w ukształtowało go jako człowieka. Oczywiście nie jest to skomplikowane, psychologiczne kino, znajdziemy tutaj wszystko to, co definiuje film akcji (strzelaniny, pościgi, morderstwa, psychopaci), przez ponad dwie godziny spędzone w kinie nie nudziłam się ani przez minutę.
Na fali optymizmu wywołanej superniebieskimi oczami Daniela Craiga obejrzałam „dziewczynę z tatuażem” – czyli ekranizację pierwszego tomu trylogii Larssona „Millennium”.  Mówiąc szczerze myślałam, że film będzie średni, jak bardzo się myliłam. Dziennikarz Mikael Blomkvist został skazany za zniesławienie Wennerstroma. Wówczas od Henrika Vagnera otrzymuje propozycję wyjaśnienia okoliczności, w którzy zginęła szesnastoletnia Harriet. Blomkvist razem z piekielnie inteligentną hakerką Lisbeth Salander przeprowadzą własne śledztwo. Początkowo akcja jest dość powolna, ale to absolutnie nie jest minus, wręcz przeciwnie – reżyser opowiada widzowi historię – robi to dokładnie i spokojnie, jakby nie chciał niczego pominąć. W drugiej części film zdecydowanie przyśpiesza, na szczęście dla widza większość wątków zostaje wyjaśniona, dowiadujemy się co się stało z Harriet Vanger, a także kim jest mężczyzna, który w bardzo brutalny sposób morduje kobiety.


W tym miesiącu rządzi u mnie literatura skandynawska, uwielbiam klimat tych powieści – są pełne tajemnic, mrocznych zagadek, a poza tym żadna inna literatura nie ukazuje tak wnikliwego studium psychologii człowieka.

 „Lewą ręką przez prawe ramię” – mężczyzna wbiega pod samochód – od tego zaczyna się powieść. Nie wiadomo dlaczego, co się stało, czy to był nieszczęśliwy wypadek czy coś go do tego skłoniło? Kobieta, która jeszcze przed chwilą z nim rozmawiała niespokojnie rozgląda się na boki po czym spokojnie odchodzi. Po karetkę dzwonią obcy ludzie. Na treść książki składają się opowieści trzech kobiet: żony, córki i kochanki. Ich losy wzajemnie się przeplatają, kobiety nie widząc o tym wzajemnie oddziaływają na swoje życia. Ciekawa książka, smutna i gorzka. Opowiada o trudzie codzienności, jest pełna szczerych wyznań od których często chcemy uciec. „Lewą ręką przez prawe ramię” to nie tylko tytuł książki, to również instrukcja do tego w jaki sposób wrzucić monetę do fontanny di Trevi aby znów powrócić do Rzymu. Zaintrygowani?
„Dom Augusty” – kolejna książka o kobietach, tym razem łączy je wspólne pochodzenie – babka, matka, córka. Zupełnie różne osobowości, wychowane w innych czasach, wyznające różne wartości, kobiety niepewne swojej przyszłości, samotne, zakompleksione, pełne tęsknoty i strachu. Tytułowy dom Augusty jest tylko pretekstem do tego, aby opowiedzieć trudne historie, które zniszczyły rodzinę. Można powiedzieć, że ta książka łączy w sobie wiele elementów: jej drobiazgowość i dokładność przypominają reportaż, sylwetki bohaterów wskazują na powieść obyczajową albo sagę rodzinną, natomiast magia i piękny literacki język sprawiają, że czasem ta książka przypomina baśń.


A co Wy polecacie do obejrzenia/przeczytania/posłuchania?






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz