piątek, 30 listopada 2012

Lubię jesień ;)


Miałam nie robić tego tagu, ale dzisiaj wracając z pracy myślałam o tym, że w domu czeka na mnie ciepły koc, gorąca czekolada (a do tego jutro mam wolne) i tak stwierdziłam, że jednak lubię jesień i odpowiem na te kilka pytań, żeby jakoś uzasadnić swoje pozytywne podejście do tej pory roku.

Ulubiona jesienna szminka – uwielbiam pomadkę z celii (znana wszystkim seria nude) nr 602, daje bardzo delikatny efekt, idealni komponuje się z ciemniejszym makijażem oczu, który lubię nosić jesienią. Mój egzemplarz jest już mocno wysłużony – używam jej codziennie!
Ulubiony jesienny lakier – post o lakierach dodałam kilka dni temu, więc nie będę się tutaj rozwodzić ;)
Napój, który towarzyszy Ci w jesienne dni – gorąca czekolada (albo kakao), herbaty smakowe (ostatnio moja ulubiona to dilmah wiśnia&migdały) i oczywiście kawa.


Ulubiona świeca zapachowa – w tym roku już ich kilka wypaliłam, lubię ciepłe, otulające zapachy – czekolada, jabłko z cynamonem, żurawina, ale w tym roku mój ulubieniec to świeca o zapachu wanilii.
Ulubiony jesienny zapach – wiem, że nie jestem oryginalna ale przepadam za tartami z yankee candle, mój ulubiony zapach to – Spiced Orange. Pachnie dokładnie tak jak się nazywa – jest korzenny z wyraźną nutą pomarańczy.
Od kilku lat w porze jesienno-zimowej używam tego samego zapachu – Yves Rocher So elixir – uwielbiam.



Ulubiony szalik i/lub akcesoria – uwielbiam ciepłe, milutkie kominy, mam ich kilka, ale w tym miesiącu wygrywają dwa połączenia: beżowy komin (reserved), czapka w tym samym kolorze i czarne, krótkie rękawiczki, ze słodką kokardką (I am), drugi zestaw to czarny gruby szalik (f&f), różowa czapka (tally weijl) i dwupalczaste rękawiczki (bazar;).
Gdybyś poszła na imprezę halloweenową za co byś się przebrała – byłam na imprezie halloweenowej w tym roku, wiem, że wiele osób nie popiera bezmyślnej amerykanizacji społeczeństwa, ale uważam, że halloween nie jest takim złym świętem. Może jednak nie będę się na ten temat rozwodzić : ) Przebrałam się za wiedźmę – czarne smoky, purchawka na nosie, siwe włosy (zasługa suchego szamponu) a na głowie tiara z kartonu – tak właśnie wyglądałam.



Jaki trend tej jesieni podoba Ci się najbardziej – co roku urzekają mnie ciepłe, długie swetrzyska – w tym roku jest dokłanie tak samo. Podobają mi się też butelkowa zieleń i winne bordo. Do gustu przypadły mi też ćwieki, uważam, że w małej ilości są ciekawym uzupełnieniem stroju, niestety teraz są na wszystkim – butach, rękawiczkach, płaszczach, marynarkach, spodniach – dla mnie to już przesada. Wolę większy umiar.



Co lubię, czego nie lubię w jesieni – lubię to, że jesienią wszystko jest takie przytulne: koce, szaliki, swetry. Wieczory są dłuższe i mogę je spędzać czytając książki, pijąc piernikową herbatę. Jesienią świat zwalnia. Czego nie lubię? Błota, które powstaje z nieuprzątniętych liści! Zawsze jak po czymś takim idę (jest ślisko) myślę o tym jak bardzo się ubrudzę jeśli się przewrócę ;)
Tyle o jesieni, jutro już grudzień! 

czwartek, 29 listopada 2012

Mini recenzje #1


Czasem o jakimś produkcie nie mam za dużo do powiedzenia, po prostu nie ma się co rozwodzić – na post trochę za mało dlatego pomyślałam, że jeśli uzbiera mi się kilka takich produktów będę tworzyła takie zestawienie mini recenzji.


Nivea lip butter – wybrałam wersją karmelową (jest jeszcze malinowa oraz wanilia + makadamia) pachnie cudownie – zapach jest delikatny, poczuć go można wsadzając nos do opakowania, podczas aplikacji jest niestety niewyczuwalny. Ale nie o sam zapach tu chodzi, a o działanie. Produkt natłuszcza usta, pozostawia na nich przyjemną, cienką, kremową warstwę, która utrzymuje się dość długo, niestety po ‘zjedzieniu’ masła usta nie są dostatecznie nawilżone. Ze względu na sposób aplikacji stosuję wyłącznie w domu. Co zaliczam mu na plus? Uroczy metalowy słoiczek, bardzo duża gramatura (16,7g), łatwa dostępność, niska cena.



Krem pod oczy – Siquens prevention -  mimo lekkiej konsystencji wchłania się ekspresowo, a co najważniejsze: doskonale i długotrwale nawilża. Nie podrażania, oczy mi od tego kremu nie łzawią (a często mi się to zdarza). Stosuję go rano i wieczorem. Otrzymałam kilka próbek (nie pamiętam ile dokładnie),przetransportowałam je do zakręcanego pojemniczka – tym sposobem nic nie wysycha, a opakowania próbek nie leżą porozwalane. Jak wykończę próbki z pewnością zakupię pełnowymiarowe opakowanie.

 


Podczas zakupów w SuperPharm otrzymałam w prezencie dość pokaźną próbkę  płynu do demakijażu z serii dermo-expertise (l’oreal).
W dwóch słowach: świetny produkt. Nie podrażnia oczu, nie przesusza delikatnej skóry, doskonale zmywa makijaż (nie używam produktów wodoodpornych), nie doświadczyłam po nim uczucia ściągnięcia ani pieczenia. Produkt na piątkę. Z przyjemnością zużyłam próbkę. Jakoś nie mogę go znaleźć ani w Rossmannie ani w Hebe. Jeśli uda mi się go dorwać od razu wyląduje w koszyku ; ) 

wtorek, 27 listopada 2012

Jesień z pazurem


Krótka prezentacja (niech obraz przemówi) tego, co na moich paznokciach znajduje się w sezonie jesienno-zimowym. Wiem, że większość dziewczyn tego typu posty opublikowała już we wrześniu, ale biorąc po uwagę to, że mój manicure do pracy powinien być jasny, trochę czasu zajęło mi pomalowanie paznokci na każdy z tych ciemnych kolorów.


Flormar 404 – mój ulubieniec, jeśli chcecie uzyskać paznokcie w kolorze ferrari ten lakier nadaje się idealnie. Ma żelową konsystencję (jest bardzo rzadki – trzeba na to uważać), nie smuży, do pełnego krycia potrzebujemy dwóch warstw. Uwielbiam lakiery z tej firmy przede wszystkim za trwałość – na moich paznokciach wytrzymują bez odprysków 3 – 4 dni.


Kolejny egzemplarz marki Flormar U33 – tym razem bardzo ciemny lakiery typu duo chrome – czarna baza napakowana drobinkami opalizującymi na fiolet i turkus. Piękny, niespotykany kolor. Najbardziej podoba mi się to, że lakier na paznokciach tworzy gładką powierzchnię, bez żadnych grudek.


Golden Rose Paris 122– kolor gorzkiej czekolady, długo szukałam takiego lakieru. Ma kremową formułę, do pełnego krycia potrzebujemy dwóch warstw, bezproblemowo się nakłada, nie ma żadnych drobinek.


I ostatni – najgorszy pod względem trwałości miss sporty nr 470 – te lakiery u mnie nie są w stanie przetrwać jednego dnia bez odprysków. Nie przepadam też za pędzelkiem, który nie jest ścięty na prosto tylko zakończony na ‘półokrągło’ co sprawia, że zawsze sobie wyjadę i pomaluję skórki. Wiele niedogodności ten egzemplarz nadrabia pięknym kolorem, modnej w tym sezonie butelkowej zielenii.


Na koniec dwa toppery – powszechnie znany essence 02 cirrus confetti – moim zdaniem jest idealny na zimę, kojarzy mi się z bombkami i choinką (ach ten różnokolorowy brokat)! W przezroczystej bazie znajduje się cała masa różnokolorowych drobinek o różnej wielkości. Jedyny minus – tego lakieru nie da się zmyć tak łatwo!


Meybelline 48 honey crystals  – drobniutki złote drobinki, jeśli nałożymy trzy warstwy uzyskamy dobre krycie i efekt złotej folii na paznokciu. Bardzo mi się podoba, zwłaszcza do czekolady z golden rose. 





niedziela, 25 listopada 2012

Promocja w Rossmannie


Do 28 listopada w sklepach Rossmann trwa promocja – 40 % na całą kolorówkę (m. in. astor, wibo, rimmel, lovely, l’oreal, Bourjois,  Maybelline). Wczoraj pojechałam do Rossmanna – spodziewałam się pustek na pułkach i tabunów ludzi. Tabuny były, ale okazało się, że na półkach znajduje się bardzo dużo produktów. 


W zasadzie nie potrzebowałam żadnego produktu do makijażu (może poza tuszem do rzęs, próbka high impact mascara jest już na wykończeniu) dlatego wykazując się zdrowym rozsądkiem wzięłam tylko pogrubiający tusz do rzęs wibo extreme lashes oraz brązowy żel stylizujący do brwi (też z wibo).



Oczywiście dzisiaj rano zrobiłam makijaż z wykorzystaniem obu produktów, na razie nie mogę o nich nic więcej powiedzieć poza tym, że maskara ma świetną szczoteczkę (bardzo dużo krótkich włosków, które wyczesują każdą rzęsę) natomiast żel do brwi ma stanowczo za dużą szczotę, ale udało mi się nie wymazać sobie połowy czoła. Za każdy produkt zapłaciłam 5,49 zł! I tak się zastanawiam czy może jeszcze po coś nie wrócić? Ale przecież wszystko mam… ;)  


sobota, 24 listopada 2012

Poprawa humoru


Wczoraj po prostu musiałam poprawić sobie humor małymi zakupami. Oczywiście nie są to rzeczy niezbędne, ale nie były drogie – tak wiem, wszyscy się tak usprawiedliwiają ;)

Buty z pomponami – są po prostu śliczne! W środku mają ciepły kożuszek. Są za kostkę, można spokojnie do nich wcisnąć spodnie. Pomponiki są świetne. Kojarzą mi się ze śniegiem, kominkiem i chatką w górach.



Pisałam już o tym, że szukam dwupalczastych rękawiczek, te znalazłam na bazarku, kosztowały 8 zł. Są cieplutkie (w środku mają polar), wąskie (w końcu moja dłoń nie wygląda w rękawiczce jak łopata) i całkiem ładne. Poza tym uważam, że zimą nie chodzi o jakiś mega szyk i klasę, a bardziej o ciepło i wygodę.



Na sam koniec upiekłam muffinki, znalazłam podstawowy przepis w sieci i zrobiłam wersję waniliową, powiem nieskromnie, że bardzo mi smakują. 




czwartek, 22 listopada 2012

Czekolada po raz kolejny


Wiem, że nudna się robię z tą czekoladą, ale co poradzę, że uwielbiam ten zapach? Tym razem masło z The Body Shop’u o nazwie Chocomania. Produkt zapakowany jest w standardowy płaski, okrągły, plastikowy słoiczek z przyklejoną bardzo ładną etykietą. Podoba mi się szata graficzna niemal wszystkich produktów z TBS.


Producent na opakowaniu zapewnia nas, że masło nawilży skórę na 48 godzin, co jest lekką przesadą. Na mojej wiecznie suchej skórze masło sprawdza się rewelacyjnie – nawilża na 24 godziny (jeśli już koniecznie chcemy określać czas nawilżenia w godzinach). Kiedy aplikuję masło wieczorem przez cały następny dzień nie mam suchej skóry, po przejechaniu paznokciem nie zostaje biały ślad i co najważniejsze, nie odczuwam tego nieprzyjemnego uczucia szorstkiej, ściągniętej skóry.


Masło pachnie pięknie, nie jest to typowa słodka czekolada, raczej aromat gorzkiego kakao, jest mocny i intensywny, zdecydowanie nie nadaje się do stosowania na co dzień, ale jako uzupełnienie relaksującego wieczoru raz w tygodniu sprawdza się wspaniale.


Masło ma bardzo zbitą konsystencję, jednak w kontakcie z ciepłem ciała roztapia się i rozprowadza bezproblemowo, szybko się wchłania i nie zostawia tłustej powłoczki, nie brudzi ubrań ani pościeli. Pozostawia skórę miękką, miłą w dotyki i co najważniejsze nawilżoną na wiele godzin. Mój egzemplarz (50ml/20zł) jest już na wykończeniu (co widać na ostatnim zdjęciu) i jestem pewna, że kupię go kolejny raz. Podoba mi się to, że możemy kupić małe masełko, przetestować, sprawdzić czy nam odpowiada (poza tym na podróż też jest świetne, nie zajmuje połowy walizki;), ale cena jest zdecydowanie za wysoka.  

wtorek, 20 listopada 2012

Kulturalny newsletter


Wiem, że wiele razy obiecywałam poprawę, ale tym razem mi się uda. Uważam jednak, że ciągłe pisanie o kosmetykach może być trochę nudne dlatego stwierdziłam, że od czasu do czasu post o książkach, filmach i muzyce nie zaszkodzi, prawda?

Dopiero w listopadzie dokonałam muzycznego odkrycia roku. Nie będzie to jednak Gotye ani Lana del Rey tylko angielski zespół Mumford and sons. Tym, którzy z ich muzyką się jeszcze nie spotkali na początek polecam moją ulubioną piosenkę „the cave” (jest w niej coś co poprawia mi humor). Zespół wykonuje muzykę, którą można zaliczyć do kategorii folk rock (jeszcze niedawno nawet nie wiedziałam, że coś takiego istnieje!). Świetna muzyka, pozytywna energia, dobre, przemyślane teksty – wszystko to znajdziecie na płycie „Babel”. 


Nie obejrzałam w tym miesiącu wielu filmów: dwa typowo rozrywkowe przykłady amerykańskiego kina i jeden film Toma Tylwera (reżyser „Pachnidła” oraz „Biegnij Lola, biegnij”) i może od niego zacznę. „Trzy” to film po którym spodziewałam się więcej. Historia pary, Simon i Hana są razem chyba od zawsze, chociaż słowo „razem” nie jest do końca odpowiednie. Wygląda na to, że egzystują bardziej obok siebie, on ma swoje tajemnice, a ona swoją pracę. Nie mają dzieci, żyją z dnia na dzień, nie ma między nimi bliskości, zachowują się bardziej jak współlokatorzy niż zakochani. W pewnym momencie do ich nieciekawego życia wkracza pewien mężczyzna - Adam. Mają z nim romans, oboje, chociaż ani Hana ani Simon się do tego nie przyznają, oboje też zakochują się w Adamie. Film bez wątpienia porusza pewne tabu, obnaża ludzkie zachowania, jednak czegoś mi tutaj brakuje. Głębi, większego ładunku emocji. Akcja filmu jest powolna, więcej w nim rozmów o poglądach politycznych bohaterów niż namiętności, która przecież zawsze towarzyszy zakochaniu.

Teraz już będzie trochę lepiej –
„Skyfall” – chyba wszyscy widzieli już nowy film z agentem 007. Nie jestem ogromną fanką tego typu kina, zupełnie nie rusza mnie zabijanie ludzi długopisem, wyskakiwanie z lecącego śmigłowca ani kobiety padające na łóżko z okrzykiem „och James”. Tym razem na szczęście było trochę inaczej. Film ma dobry scenariusz, odwołuje się do przeszłości Bonda, do tego, co chce ukryć pod maską doskonale wyszkolonego agenta, a co w ukształtowało go jako człowieka. Oczywiście nie jest to skomplikowane, psychologiczne kino, znajdziemy tutaj wszystko to, co definiuje film akcji (strzelaniny, pościgi, morderstwa, psychopaci), przez ponad dwie godziny spędzone w kinie nie nudziłam się ani przez minutę.
Na fali optymizmu wywołanej superniebieskimi oczami Daniela Craiga obejrzałam „dziewczynę z tatuażem” – czyli ekranizację pierwszego tomu trylogii Larssona „Millennium”.  Mówiąc szczerze myślałam, że film będzie średni, jak bardzo się myliłam. Dziennikarz Mikael Blomkvist został skazany za zniesławienie Wennerstroma. Wówczas od Henrika Vagnera otrzymuje propozycję wyjaśnienia okoliczności, w którzy zginęła szesnastoletnia Harriet. Blomkvist razem z piekielnie inteligentną hakerką Lisbeth Salander przeprowadzą własne śledztwo. Początkowo akcja jest dość powolna, ale to absolutnie nie jest minus, wręcz przeciwnie – reżyser opowiada widzowi historię – robi to dokładnie i spokojnie, jakby nie chciał niczego pominąć. W drugiej części film zdecydowanie przyśpiesza, na szczęście dla widza większość wątków zostaje wyjaśniona, dowiadujemy się co się stało z Harriet Vanger, a także kim jest mężczyzna, który w bardzo brutalny sposób morduje kobiety.


W tym miesiącu rządzi u mnie literatura skandynawska, uwielbiam klimat tych powieści – są pełne tajemnic, mrocznych zagadek, a poza tym żadna inna literatura nie ukazuje tak wnikliwego studium psychologii człowieka.

 „Lewą ręką przez prawe ramię” – mężczyzna wbiega pod samochód – od tego zaczyna się powieść. Nie wiadomo dlaczego, co się stało, czy to był nieszczęśliwy wypadek czy coś go do tego skłoniło? Kobieta, która jeszcze przed chwilą z nim rozmawiała niespokojnie rozgląda się na boki po czym spokojnie odchodzi. Po karetkę dzwonią obcy ludzie. Na treść książki składają się opowieści trzech kobiet: żony, córki i kochanki. Ich losy wzajemnie się przeplatają, kobiety nie widząc o tym wzajemnie oddziaływają na swoje życia. Ciekawa książka, smutna i gorzka. Opowiada o trudzie codzienności, jest pełna szczerych wyznań od których często chcemy uciec. „Lewą ręką przez prawe ramię” to nie tylko tytuł książki, to również instrukcja do tego w jaki sposób wrzucić monetę do fontanny di Trevi aby znów powrócić do Rzymu. Zaintrygowani?
„Dom Augusty” – kolejna książka o kobietach, tym razem łączy je wspólne pochodzenie – babka, matka, córka. Zupełnie różne osobowości, wychowane w innych czasach, wyznające różne wartości, kobiety niepewne swojej przyszłości, samotne, zakompleksione, pełne tęsknoty i strachu. Tytułowy dom Augusty jest tylko pretekstem do tego, aby opowiedzieć trudne historie, które zniszczyły rodzinę. Można powiedzieć, że ta książka łączy w sobie wiele elementów: jej drobiazgowość i dokładność przypominają reportaż, sylwetki bohaterów wskazują na powieść obyczajową albo sagę rodzinną, natomiast magia i piękny literacki język sprawiają, że czasem ta książka przypomina baśń.


A co Wy polecacie do obejrzenia/przeczytania/posłuchania?






poniedziałek, 19 listopada 2012

Flos-lek krem maseczka z wyciągiem z kasztanowca


Skórę naczynkową trzeba nieustannie pielęgnować, na swoim przykładzie mogę stwierdzić, że długotrwała i konsekwentna pielęgnacja potrafi zdziałać wiele i zamiast buraka na twarzy w końcu udało mi się uzyskać efekt normalnej, niemal bladej cery ;) dobry krem to podstawa (nigdy nie przestanę polecać avene diroseal), ale bez maseczki też trudno się obejść.


Maseczka z flos-leku jest zapakowana w białą, miękką tubkę. Dodatkowo producent opakował tubkę w kartonik, a kartonik w folię, co sprawia, że mam pewność, że jestem pierwszą osobą która otworzyła produkt. Bardzo to lubię ;)


W gratisie otrzymujemy zielony korektor, na jego temat nie mam zdania ponieważ nie widzę u siebie potrzeby używania tego typu produktu, jeśli jeszcze mamy taką możliwość lepiej zapobiegać niż maskować się na zielono.


Maseczka ma jasno żółty kolor, ma kremową konsystencję, nie jest za rzadka, łatwo rozprowadza się na twarzy.


 
Przez tydzień zgodnie z zaleceniem producenta używałam maseczki codziennie, teraz używam jej dwa razy w tygodniu. Po aplikacji skóra na twarzy jest ‘uspokojona’, zaczerwienienia zniwelowane, moim zdaniem maseczka też lekko nawilża. Jest łagodna, delikatnie pachnie (nie mam pojęcia czym), nie podrażnia i zdecydowanie krzywdy nikomu nie zrobi. Produkt zawiera suchy wyciąg z kasztanowca, witaminę c i e, masło shea, olej ze słodkich migdałów oraz alantoinę. U mnie ta maseczka jest świetnym uzupełnieniem pielęgnacji ;)
75ml/16,90 zł 

środa, 14 listopada 2012

Figa z czekoladą


Oglądałam zdjęcia na blogach innych dziewczyn i sobie myślałam, że ta limitowana edycja kosmetyków marki Balea o zapachu figi i czekoladowych makaroników musi pięknie pachnieć. Ale kosmetyki niemieckiej marki DM jak wiadomo w Polsce nie są osiągalne więc jakoś wybitnie się nawet nie zastanawiałam skąd by tu sobie wytrzasnąć taki relaksujący specyfik. Do czasu ;) szłam sobie na zakupy, patrzę na wystawę sklepu z niemieckimi produktami i wypatrzyłam żel po prysznic. W środku okazało się, że jest jeszcze balsam do ciała z tej samej linii, poza tym dostępne były inne produkty baleii (tak to się odmienia?), ale wykazałam się odrobiną zdrowego rozsądku i wzięłam tylko balsam i żel pod prysznic.


Kosmetyki pachną cudownie, zapach jest zdecydowanie słodki, ale nie duszący, po tygodniu codziennego stosowania jeszcze mi się nie znudził. Poza czekoladą wyczuwam tam jeszcze czereśnie. Co najlepsze zapach utrzymuje się na skórze przez całą noc, nie podejrzewałam o takie właściwości balsamu za 8 zł ;)


Jeśli chodzi o inne właściwości jest raczej średnio – balsam ma konsystencje mleczka (odzwyczaiłam się od takich rzadkich produktów), jest bardzo wydajny, szybko się wchłania, problem polega jednak na tym, że zanim się wchłonie podczas aplikacji rozmazuje się na skórze, początkowo z nim walczyłam i z uporem maniaka masowałam, aż nie było na skórze żadnych białych zamazań, teraz odpuściłam, nawet taka gruba warstwa wchłania się szybciutko. Balsam nawilża średnio, stosowany rano i wieczorem to i tak za mało dla mojej skóry. Dlatego stosuję go tylko wieczorem (dla relaksu) a rano używam lepiej nawilżającego produktu.


Żel pod prysznic scharakteryzuję krótko, bo nie ma co się rozwodzić – nie wysusza skóry, dobrze się pieni, pachnie jak marzenie. Za 300 ml zapłaciłam 5 zł.

A poza tym mam tyle żeli pod prysznic, że mogę nimi całą wannę wypełnić, muszę w końcu przestać je kupować, ale same przyznajcie, że ciężko się powstrzymać kiedy na sklepowych półkach jest taki wybór ;) 



sobota, 10 listopada 2012

Zostałam otagowana


Po raz pierwszy! Czuję się wyróżniona i bardzo dziękuję Ewelinie z  TEGO bloga.  


Zasady prezentują się tak: ,,Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za "dobrze wykonaną robotę" Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował."
A oto pytania, które do mnie trafiły:

1.     Twoje najskrytsze marzenie?
Właśnie dlatego, że jest najskrytsze nie opiszę go tutaj ;)  a tak poważnie należę do tej nielicznej grupy ludzi, która zamiast marzyć woli planować. Może to mało romantyczne, ale nie widzę po prostu sensu w tym, żeby myśleć o rzeczach, których nie mogę osiągnąć. I proszę mi tutaj nie opowiadać o cudownej mocy marzeń, bo jak bym nie robiła tak np. posiadaczką własnej wyspy nigdy nie będę, prawda?
2.     Jakbyś nie mieszkała w Polsce, to w którym kraju chciałabyś zamieszkać?
Jest wiele takich miejsc, ale decyzja o wyjeździe jest bardzo trudna. Może UK? 
3. Woda gazowana, czy woda niegazowana?
Wiem, że zdrowiej jest pić wodę niegazowaną, ale od czasu do czasu mam ochotę na gazowaną wodę, moja ulubiona to Kropla Beskidu (tak wiem, że to koncert coca-coli)
3.     Ulubione ciastka?
Łatwiej wymienić te, których nie lubię: delicje. Całą resztę wcinam ;)
4.     Ulubiony cytat?
„Nie martw się, że bitwę przegrałeś, trzeba wiele sił by dojść do miejsca, gdzie się bitwy przegrywa”.
5.     Czy znalazłaś 4-listna koniczynkę?
Tak!
6.     Film czy książka?
Książka! Czytać uwielbiam i nie wyobrażam sobie bez tego życia, ale filmy oczywiście też lubię oglądać.
7.     Ulubione zajęcie domowe?
Lubię sprzątać ;)
9.Kawa czy herbata?
Po dłuższych przemyśleniach wybieram herbatę.
10.Ulubiony herbata?
Piernikowa albo wiśnia z migdałem.
11. Książka papierowa czy ebook?
Wersja papierowa ;) Nie mam czytnika więc ciężko mi jednoznacznie stwierdzić czy ebooki by mi przypadły do gustu. Ale uwielbiam papierowe książki, ich zapach (zwłaszcza tych nowiutkich), piękne okładki etc.

Niestety muszę trochę nagiąć zasady, nie jestem w stanie nominować aż 11 blogów, ponieważ nie znam aż tylu osób początkujących, a nie chcę dodawać tutaj kogoś tylko dlatego, żeby dobić do jedenastki. Taguję:



I na sam koniec pytania do innych dziewczyn:
1.      Masło do ciała czy balsam?
2.      Ulubione perfumy?
3.      Jaki lakier masz obecnie na paznokciach?
4.      Komin, szal a może chusta?
5.      Jaki film ostatnio obejrzałaś?
6.      Największy kosmetyczny bubel?
7.      Gdzie najczęściej kupujesz kosmetyki?
8.      Jaki masz rodzaj cery?
9.      Ulubiona polska marka kosmetyczna?
10.  Najdroższy kosmetyk jaki kupiłaś to?
11.  Najlepsza maska do włosów to? 

czwartek, 8 listopada 2012

Winter is coming


Jak twierdzi George R.R Martin, biorąc pod uwagę śnieg w ostatnim tygodniu października i fakt, że jest mi ciągle zimno ciężko się z nim nie zgodzić. Żeby przygotować się na lód i śnieg, a przy okazji poprawić sobie humor kupiłam papilotki na muffinki (Ikea, 9.90) z pięknym motywem płatków śniegu, już nie mogę się doczekać aż wylądują w piekarniku!


W reserved kupiłam czapkę (24.90) i komin (49.90) w moich ulubionych beżowych odcieniach. Teraz na zimę brakuje mi tylko dwupalczastych rękawiczek! Bardzo mi się podobają, są takie słodkie, jedyny minus jest taki, że wszystkie są strasznie szerokie i jak je zakładam to wyglądam jakbym miała łopatę do odśnieżania zamiast dłoni. Do 10 listopada możemy zrobić zakupy w reserved 25% taniej, wystarczy wejść na profil sklepu na fb i skorzystać z aplikacji. W nawiasach podałam ceny regularne, ale oczywiście skorzystałam z promocji ;)


Chciałam sobie kupić jakiś mały krem do rąk, taki żebym mogła nosić go w torebce. Wybór padł na essence 2in1 hand and nail balm (5.99). Skład jest delikatnie mówiąc kiepski, ale nawet nie przeczytałam go przed zakupem, ponieważ krem ma taki piękny zapach, że kupiłabym go nawet gdyby miał w składzie połowę tablicy Mendelejewa;p Krem pachnie jak koktajl bananowy! Do tego bardzo szybko się wchłania. Nie oczekuję od niego długotrwałego nawilżenia rąk, ale stosowany na suche dłonie łagodzi nieprzyjemne uczucie ściągnięcia suchej skóry. 


Wiem, że pisałam o tym już ze sto razy, ale w długie wieczory wszelkiego rodzaju świece są po prostu niezbędne! Pojechałam do Biedronki, chciałam kupić te duże słoje, które widziałam na wielu blogach, ale niestety zostały same niedobitki, wersje zapachowe przypominające wonią cytrynowy odświeżać do łazienki. Wzięłam więc ostatnią świecę o zapachu liczi (3.99).



Na sam koniec żel pod prysznic z original source w wersji zapachowej chocolate&orange – pachnie jak pomarańczowe delicje, ma galaretową konsystencję i idealnie nadaje się do tego, żeby poprawić mi humor w zimny wieczór (żele są obecnie w promocji w Hebe za 6.99 zł). Lubię te żele nie tylko za niepowtarzalne zapachy – bardzo dobrze się pienią, nie wysuszają skory, są zapakowane w plastikowe butelki, które stawiamy na wieczku, żel spływa do ostatniej kropli, do tego aplikator wyposażony jest w silikonową osłonkę niekapkę.



Dzisiejszy wieczór to totalny relaks – gorąca czekolada, ciastko, gazeta. Robiąc zakupy w reserved dostałam w prezencie grudniowe wydanie „Elle” ;) to lubię!


miłego wieczoru ;)