środa, 29 sierpnia 2012

Biovax latte


Bardzo cenię produkty do włosów marki Biovax, świetnie się u mnie sprawdzają i ani razu nie trafił mi się żaden bubel.
Maseczkę kupiłam przy okazji promocji w Superpharm, szukałam z keratyną i jedwabiem, ale niestety nie było więc wybrałam maseczkę z proteinami mlecznymi. Maseczki używałam jakieś dwa lata temu i dobrze się u mnie sprawdzała. Zauważyłam jednak, że produkt zmienił się przez ten czas, maseczka ma zdecydowanie bardziej gęstą, treściwą konsystencję oraz inny zapach (niestety mniej przyjemny, pachnie jak to okropne masło z isany orzech włoski i coś jeszcze, ale nie pamiętam co;).


Stosuję maseczkę na wilgotne włosy, rozprowadzam na całej długości włosów, zakładam czepek (czasem zawinę g dodatkowo ręcznikiem, ale ta opcja odpada przy temperaturze 25 plus), zmywam po godzinie.


Maseczka jest zapakowana w standardowy, plastikowy słoiczek o pojemności 250 ml. Dodatkowo w kartoniku znajduje się próbka serum wzmacniającego z witaminą a+e oraz czepek (moim zdaniem to świetny gratis do maseczki).


Teraz czas na najlepsze, opis działania: maseczka nawilża i odżywia włosy, sprawia, że są sprężyste, mięciutkie i ładnie się układają. Bardzo lubię efekt po jej zastosowaniu! Maseczka nie obciąża włosów, wydaje mi się, że po jej zastosowaniu moje włosy dłużej pozostają świeże. Produkt nie zawiera SLSów, SLESów, parabenów, glikolu propylenowego. 



wtorek, 28 sierpnia 2012

oh my GOSH


Moja chwilowa nieobecność na blogu była spowodowana nawałem pracy oraz małym remontem. Z remontem się uporałam, nawał pracy trwa;p A teraz do rzeczy:

Gosh 599 night Kiss to kolor, którego długo szukałam. Bez wątpienia jest ciemny i jesienny, ale jak ostatnio wspominałam mam ochotę na takie lakiery. Gosh jest czymś pomiędzy bardzo ciemną wiśnią, a gorzką czekoladą – wszystko zależy od oświetlenia. Aplikacja należy zdecydowanie do przyjemnych, lakier nie smuży, szybko wysycha, a do pełnego krycia potrzebujemy dwóch warstw.


U mnie przetrwał w stanie niezmienionym trzy dni (bez top coat’u), w czwartym dniu zaczął się wycierać na końcówkach. Jak na moje paznokcie, na których żaden lakier nie przetrwa długo jest to doskonały wynik.


Niestety nie zrobiłam zdjęcia buteleczki dlatego, że lakier nie jest mój, a paznokcie malowałam w pracy ; ) Muszę sobie kupić własny egzemplarz.


Buziaki


czwartek, 23 sierpnia 2012

Sleek


Palety sleek’a są na blogach/kanałach na yt wszechobecne, wszyscy mają, wszyscy testują, zdecydowana większość chwali ;)
Ze względu na to, że cena jest zdecydowanie bardzo przystępna (zapłaciłam 33 zł za paletę 12 cieni, łącznie z przesyłką) postanowiłam spróbować. Moje cienie z inglota w neutralnych kolorach wykańczam ekspresowo dlatego skusiłam się na paletę au naturel utrzymaną w tonacji beżo-brązów.


Cienie są miękkie, ładnie się blendują, kolor nie ginie na powiece, u mnie utrzymuję się cały dzień (tak jak inglot). W palecie znajduje się 12 kolorów – 4 cienie perłowe i 8 matowych. Jasne kolory są słabiej napigmentowane niż ciemne, ale i tak są dobrze widoczne na powiece. Czarny idealnie nadaje się do podkreślenia górnej linii rzęs, używam go ostatnio częściej niż kredki.



Kolory idealnie nadają się do codziennego makijażu do pracy, ale spokojnie można nimi również stworzyć wieczorowe smoky. Cienie zapakowane są w plastikową paletę z dużym lusterkiem, na początku ciężko ją otworzyć, ale z czasem się wyrabia i nie sprawia większych kłopotów.
Jestem z tej palety bardzo zadowolona! Na zdjęciu widać tylko dolny rząd, jasne cienie za nic nie dały się sfotografować.



Minusy? Przy aplikacji cienie mocno się osypują i trzeba uważać, żeby sobie nimi nie sypnąć na policzki. Więcej negatywnych cech nie odkryłam. 

wtorek, 21 sierpnia 2012

Ikea – czyli post niekosmetyczny


Lubię rzeczy z Ikei, podobają mi się ich pomysły na wykorzystanie każdej, nawet najmniejszej przestrzeni. Generalnie lubię skandynawski design, szerzej pojęty niż komoda z ikeowskiej sklejki ;)
Oto, co kupiłam:


Biała pościel, w niebieski kwiatowy motyw (19,90),
Zestaw świeczek w szklanych osłonkach z motywem różyczek (14,90),
Duża świeca o zapachu jabłka i cynamonu (4,90),
Biała rama (16,90),
Biała i czarna podpórka do książek w kształcie literki B (7,90),
Narzuta na łóżko – jest dokładnie taka jakiej szukałam, beżowa, w tłoczone, delikatne cieniutkie paseczki, wymiar 150x250 (26,90).


Mój zakupowy błąd polegał na tym, że przyjechałam do sklepu w niedzielę. Oczywiście tłumy były ogromne, całe rodziny, z małymi dziećmi, kuzynami i dziadkami. Najbardziej jednak zastanowiło mnie to, że niektóre kobiety były ubrane jak do teatru – szpilki, sukienki, malutkie torebki na łańcuszku, wszystko to tylko po to, żeby wybrać patelnię albo żyrandol. Moim zdaniem nie dość, że za dużo zachodu, to jeszcze zdecydowanie nieodpowiedni, zbyt elegancki ‘otufit’. Nie chcę oczywiście popadać w paranoję, uważam, że kobieta powinna być zadbana i zawsze dobrze wyglądać, ale czy kopertówka do Ikei to nie przesada?






poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Raz jeszcze bielenda


Jakiś czas temu okazało się, że jednak lubię dwufazowe płyny do demakijażu, po prostu wcześniej zdarzały mi się same beznadziejne, podrażniające egzemplarze. Kiedy zaopatrzyłam się w płyn z bielendy – wersja z bawełną, o której pisałam tutaj wszystko się zmieniło.


Okazało się, że płyny szybko i skutecznie usuwają cały makijaż oka, nawet taki bardzo intensywny. Nie podrażniają, u mnie nie występuje wrażenie ‘widzę przez mgłę’, nawet na charakterystyczną dla tego typu produktów tłustą warstewkę znalazł się sposób – przemywam twarz żelem (używam go jako kolejny etap demakijażu) i po kłopocie.


Wersja awokado zawiera oleje palmowy i kokosowy, przeznaczona jest do oczu wrażliwych (chociaż nie zauważyłam żeby traktowała moje oczy inaczej niż wersja z bawełną, obie są równie łagodne) składa się klasycznie z dwóch warstw (woda i olejek), które dość ciężko wymieszać, natomiast po wymieszaniu trzeba szybko zaaplikować na wacik, ponieważ warstwy od razu się rozdzielają. Świetny produkt w niskiej cenie (w Biedronce 5,99zł). Następny w kolejce to opcja z czarną oliwką.


tyle na dzisiaj, dobranoc!

sobota, 18 sierpnia 2012

Nie samym Larssonem człowiek żyje


Dlatego dzisiaj napiszę kilka słów o najnowszej powieści Carloza Ruiza Zafona „Więzień nieba”, na samym początku zaznaczam, że nie będą to słowa pochlebne.


Zafona uwielbiam, uważam, że ma ogromny talent do tworzenia ciekawych powieści, potrafi stworzyć niebanalny klimat – czasem piękny i magiczny, innym razem mroczny i przerażający. Można autorowi zarzucić, że konstrukcja i akcja wszystkich jego książek jest do siebie bardzo podobna, ale mnie to wcale nie przeszkadza.

W kilka wieczorów przeczytałam „Cień wiatru” i „Grę Anioła”. Podoba mi się to, że bohaterowie występujący w różnych książkach Zafona pojawiają się w kolejnych, czasem są tylko epizodem, innym razem możemy odkryć większy fragment ich historii.

Sięgając po „Więźnia nieba” cieszyłam się na ponowne spotkanie z rodziną Sempere, powrotem do cmentarzyska książek, do pięknej Barcelony. I co? Spotkało mnie wielkie rozczarowanie. Książka jest krótka, brak w niej akcji i fabuły, wszystko jest przewidywalne i płytkie. Bohaterom brakuje charakteru, nie są autentyczni, nawet ich uczucia pozbawione są temperamentu.
Książkę przeczytałam, ale pozostał po niej niesmak. Co się stało z Zafonem? Gdzie podziała się jego umiejętność wciągnięcia czytelnika w wir tajemniczej Barcelony? 
____________________________________________________________________

Byłam dzisiaj w empiku - promocja minus 30% na czarną serię jest bardzo kusząca! Zwłaszcza jeśli ktoś lubi skandynawskie kryminały. 

piątek, 17 sierpnia 2012

Soraya


Dawno nie było żadnego bubla, niestety skończyła się dobra passa i czas przedstawić oczyszczający żel do mycia twarzy Soraya. Jakiś czas temu zauważyłam na półce w Rossmannie nową serię kosmetyków – nawilżenie&dotlenienie, akurat poszukiwałam czegoś innego zamiast Vichy normaderm, zaciekawiona kupiłam. Póżniej było już tylko gorzej;/


Zaznaczam, że w cudotwórcze detoksy i dotleniania nie wierzę wcale, nie wspominając już o tym jakim cudem detoks może nam zafundować żel do mycia twarzy, ale do rzeczy. Żel słabo się pieni, okropnie pachnie (farbą i plastikiem), a najgorsze jest to, że mam dzięki niemu kilku nieprzyjaciół na twarzy. Producent odradza stosowanie żelu do demakijażu oczu i zdecydowanie ma rację, raz zdarzyło mi się, że żel dostał się za blisko oka i spowodował masakrę – miałam zaczerwienione, piekące, łzawiące oko, nie wiem co by się stało gdyby produkt dostał się bezpośrednio pod powiekę. Obiecywanego nawilżenia i ukojenia oczywiście też nie odnotowałam. Plusy? Faktycznie oczyszcza twarz (to znaczy policzki, nos i brodę, bo okolice oczu wypala!).


Bubel zapakowany jest w miękką tubkę z białego plastiku, z wygodnym zatrzaskiwanym wieczkiem. Zapłaciłam za żel 11.99 i więcej tego błędu nie popełnię. Przy zakupie dostałam próbkę płynu micelarnego z tej samej serii, jeszcze nie używałam, szczerze mówiąc trochę się obawiam.

Miłego weekendu! 


środa, 15 sierpnia 2012

Projekt denko


Nie mam dużej ilości kosmetyków (jeden podkład, jeden puder, dwa balsamy, jeden peeling i tak dalej) dlatego nie mam problemu z ich systematycznym zużywaniem. Dopiero kiedy wykańczam jedno opakowanie (bez względu na to, co to jest) kupuję kolejne. Trochę inaczej przedstawia się sytuacja z produktami do ust, z pewnością w porównaniu do wielu dziewczyn mam ich przerażającą mało, ale moim zdaniem i tak za dużo. Dlatego mam Bana na dalsze kupowanie rzeczy do ust, dopóki nie skończę tego, co sfotografowałam: 


Carmex – mam go i mam, zużyć nie mogę, przeważnie znajduje się niedbale rzucony w otchłań torebki, teraz go grzecznie wkładam do bocznej kieszonki na zamek i używam np. w pracy.
Masełko z the body shop – pisałam o nim już wcześniej, nie nawilża, to raczej ładnie pachnąc gadżet, czas go zdenkować i zastąpić czymś lepszym.
Na koniec dwa błyszczyki – rose toffee z h&m (opakowanie się starło wygląda tragicznie, ale sam błyszczyk lubię, to taki jasny kolor, idealny na dzień, używam go ostatnio codziennie, mam go za długo i chciałabym jakiegoś nowego nudziaka) i virytual nr 203 (ładnie podkreśla usta, idealnie nadaje się na wieczór, długo przeleżał w jakieś torebce).


Stwierdziłam, że żeby wytrwać w tym postanowieniu wrzucę je na bloga, co będzie mnie dodatkowo hamowało w kwestii niekontrolowanych, kompulsywnych zakupów;p dopiero jak wszystkie produkty dotkną dna kupię coś nowego do ust. 

niedziela, 12 sierpnia 2012

Midnight charm


Jakoś tak wzięło mnie na ciemny manicure, złapałam jedyny bardzo ciemny kolor, który posiadam – granatowy (prawie czarny) z miss sporty, niestety lakier lata świetności miał zdecydowanie za sobą, zgęstniał, smużył, generalnie nie nadawał się do aplikacji.


Ja jednak miałam taką ogromną ochotę na ciemne paznokcie, że pojechałam do Douglasa i postanowiłam kupić lakier z essence. Wybrałam 84. Midnight charm – kolor trudny do zdefiniowania, w zależności od światła jest ciemnym granatem albo stalową szarością, jego wykończenie określiłabym jako lekko metaliczne (na szczęście nie jest to znienawidzona przeze mnie perła). Spodobał mi się od razu! A teraz czas na wyznanie: to mój pierwszy lakier z essence, nie wiem dlaczego – są tanie (zapłaciłam 5,49 zł), łatwo dostępne, mają wiele kolorów i różnych wykończeń. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie;)


Do pełnego krycia potrzebujemy tylko jednej warstwy, lakier zaopatrzony jest w szeroki, płaski bardzo wygodny pędzelek. Producent opisuje lakier jako quick dry i faktycznie szybciutko wysycha. 
Minusy? Nie jestem w stanie stwierdzić obiektywnie ile czasu lakier przetrwa w dobrym stanie na paznokciach przede wszystkim dlatego, że kolorowe paznokcie mogę nosić tylko w weekendy. Lakierem z essence pomalowałam paznokcie w piątek wieczorem, ale w sobotę po południu urządziłam sobie maraton sprzątania, który nieco znizczył mój manicure – lakier starł się z końcówek niemal wszystkich paznokci. 
Myślę, że biorąc pod uwagę cenę można mu to spokojnie wybaczyć. Mam nadzieję, że w przyszły weekend, który planuję spędzić w wyjątkowo relaksujący sposób (bez sprzątania) lakier wytrzyma dłużej.


Mam jeszcze ochotę na lakier w kolorze bardzo ciemnej gorzkiej czekolady, taki prawie czarny. Widziałam idealny odcień w ofercie essie – lady Godiva, byłby idealny na jesień.




sobota, 11 sierpnia 2012

Wakacyjny duet kokos&ananas

Pogoda za oknem typowo jesienna, jest pochmurno i deszczowo, a ja na przekór postanowiłam napisać post o zapachu lata. Jakby na to nie patrzeć nie ma jeszcze połowy sierpnia.



Najpierw będzie krótka historia o tym jak nie mogłam kupić wody toaletowej o zapachu ananasa i kokosa. Byłam w sklepie yves rocher i pytałam o ten zapach pani ekspedientka powiedziała mi, że jest to edycja limitowana jeszcze nie dostępna w sklepie, kiedy natomiast przyszłam drugi raz ta sama pani poinformowała mnie, że „produkt wchodził w skład edycji limitowanej i już został wyprzedany”. Dowiedziałam się też, że w żadnym sklepie już go nie ma. W domu sprawdziłam stronę internetową yr i limitowani już nie było. Pomyślałam trudno, ze względu na moją wielką miłość do wszystkiego co pachnie kokosem postanowiłam zaopatrzyć się w kokosową wodę toaletową, która jest w regularnej sprzedaży, tym razem wybrałam inny sklep yr i ku mojemu zdziwieniu okazało się, że limitowana woda toaletowa jeszcze tam jest, co prawda resztki w postaci wody o pojemności 20 ml, a nie 100 ml, ale i tak wzięłam.  Za 20 ml zapłaciłam 19,90, cena za 100 ml to 39,90 zł.


 Zapach bardzo w moim guście, słodki – ale nie chemicznie przesłodzony. Kojarzy mi się bardziej z mgiełką zapachową, nie jest nachalny, łączy w sobie proste nuty zapachowe kokosa i ananasa, przez co pachnie trochę jak pinacolada. Idealnie sprawdza się w upalne letnie wieczory, ale będę go też używała od czasu do czasu jesienią żeby sobie przypomnieć słoneczne, upalne dni.

czwartek, 9 sierpnia 2012

Peeling od babuni ;)


Skończyłam peeling czekoladowy z ziaji (KLIK) - byłam z niego zadowolona do ostatniej kropli. Podczas zakupów wypatrzyłam peeling z Joanny, seria z apteczki babuni. Zakupiłam wersję o zapachu bzu, dlatego, że był tylko taki, ale tak dla Waszej wiadomości zaznaczam, że są jeszcze miód&mleko i oliwka.


Producent zapewnia, że stosując peeling uzyskamy efekt gładkiej skóry, jędrnej i elastycznej. Podoba mi się to, że Joanna nie obiecuje nam cudów, po aplikacji faktycznie skóra jest miękka i gładka. Produkt dobrze się pieni, nie spływa z dłoni, zatopione w żelowej bazie duże ścierające drobinki świetnie oczyszczają. Peeling nie jest bardzo ostry, stosuję go spokojnie na dekolt i po aplikacji skóra nie jest podrażniona. Przyzwoity produkt, jak go skończę z pewnością sięgnę po wersję z miodem.


Zapakowany jest w praktyczny, płaski, plastikowy słoik z białą nakrętką. Peeling ma kolor i zapach bzu. Sam zapach nie jest taki zły, mój problem polega natomiast na tym, że mam płyn do mycia podłóg o podobnym zapachu, co sprawia, że pod prysznicem nie odczuwam pełni relaksu. Podoba mi się stosunek jakości, ilości i ceny. Za 300g produktu zapłaciłam dokładnie 12,70 zł.





wtorek, 7 sierpnia 2012

Pozostając w temacie włosów


Jestem wielką fanką peelingów, uwielbiam to, że po wyjściu z wanny skóra jest mięciutka i czysta. Zluszczając skórę mam wrażenie, że jest ona oczyszczona i dobrze przygotowana do kolejnych etapów pielęgnacji. Powszechnie znane są peelingi do ciała, dłoni, stóp, ust, a co ze skórą głowy?

Stosując różnego rodzaju maseczki, odżywki i oleje czasem nasze włosy potrzebują oczyszczenia i wtedy stosujemy specjalne oczyszczające szampony. Warto jednak pamiętać, że większość tego, co wcieramy we włosy aplikujemy również na skórę głowy dlatego warto ją od czasu do czasu oczyścić. 


Jak wykonać taki peeling? Nic prostszego, wystarczy zmieszać zwykły szampon, który aktualnie macie pod ręką z cukrem (w proporcjach mniej więcej 1:2) tak powstałą mieszankę nakładamy na skórę głowy i masujemy. Najlepiej do momentu rozpuszczenia kryształków cukru, jednak jeśli ktoś jest mniej cierpliwy albo cierpi na chroniczny brak czasu oczywiście można peeling spłukać szybciej. Uwaga: dzięki zawartości cukru szampon bardzo mocno się pieni dlatego lepiej użyć go mniej niż zwykle.

Peeling pomaga usunąć martwy naskórek, pozostałości masek/olejków, kurz, bród i każdy inny osad, ma również działanie antybakteryjne, a dodatkowo poprawia krążenie.
Czytałam w sieci o specjalnych preparatach do peelingu skóry głowy, ale mówiąc szczerze nigdy żadnego nie spotkałam na sklepowej/aptecznej półce dlatego nie jestem w stanie nic poza szamponem i cukrem polecić.  

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

To nie jest zwykły szampon do włosów ;)


Zawsze wydawało mi się, że szampony przeznaczone dla dzieci nie sprawdzą się na włosach dorosłych i z tego powodu nie sięgałam po takie szampony, ale przeczytałam tyle pozytywnych opinii o różnych produktach dla dzieci (płyny do kąpieli, kremy, nawilżane chusteczki), aż w końcu poszłam do Rossmanna i za ok. 4 zł nabyłam szampon z serii babydream.


Szampon zapakowany jest w jasnoniebieską, plastikową butelkę z wygodnym ‘otwieranym’, a nie odkręcanym aplikatorem i słodkimi wytłoczonymi motylkami (wiem, że motylki nie mają wpływu na jakość szamponu, ale ślicznie wyglądają).
Szampon pachnie dokładnie tak, jak większość produktów przeznaczonych dla malutkich konsumentów. Nie utrzymuje się długo, w zasadzie zaraz po zmyciu szamponu z włosów ulatuje również zapach, który kojarzy mi się z zasypkami dla niemowląt.


Produkt jest gęsty i początkowo ciężko go rozprowadzić po włosach, ale później dobrze się pieni i nie sprawia większych problemów. Dobrze usuwa wszelkie olejki i maseczki, pozostawia włosy czyste i niesamowicie mięciutkie (uwielbiam ten efekt), jest tylko jeden minus – bardzo plącze włosy, ale mając na uwadze jego skład (bez parabenów, silikonów i SLSów) takie działanie nie powinno nas dziwić.  Podsumowując: wysoka jakość, niska cena, dobra dostępność. Czego jeszcze chcieć więcej?





niedziela, 5 sierpnia 2012

Koniec z zakupami


Zrobiłam wczoraj remanent w mojej szafie, czego efektem jest całkiem sporo wolnego miejsca, a zatem zakupy ;) Zauważyłam, że kupuje mało, ale często jeżdżę na zakupy, to nie moja wina, zawsze mnie ktoś wyciągnie, a przecież nie odmówię! Na zdjęciach znajdują się zakupy wczorajsze i dzisiejsze. Z tego wszystkiego naprawdę chciałam kupić tylko szary sweterek, a reszta jakoś tak sama wpadła. Powstrzymuję się od zakupów kosmetycznych, na razie wszystko mam. A po weekendzie się zbiorę i wyprodukuję kilka recenzji.

Tymczasem zdjęcia: 
Motyw ptaszków bardzo mi się podoba, sama nie wiem dlaczego. Koszulka z dwukolorowym zameczkiem na plecach pochodzi z reserved (29,90) pierścionek z c&a (10 zł). Prawda, że śliczne?


W h&m kupiłam kultowy wypełniacz do koka (9,90 zł, próbowałam zastąpić go skarpetką ale skarpetka jest dla moich cienkich włosów za ciężka i kok za nic nie chciał się trzymać) i gumkę do włosów ze srebrną blaszką – niestety nie było już złotych (6,90 zł).


Pozostałe zakupy to: top z guziczkami z kobaltowym kolorze (całe 9,95 zł New Yorker), bluzeczka typu nietoperz (35 zł, bazarek) i jasnoszary sweterek (c&a 55,90 zł).



Do jutra ;)



sobota, 4 sierpnia 2012

Zielony duet


Maseczka z glinki zielonej to produkt firmy Argiletz/Francja konfekcjonowany przez ARPOL-FR. (testowałam również czerwoną glinkę, pisałam o niej TU). Maseczka  dostępna w aptekach, kosztuje ok. 2,5 zł i jedno opakowanie wystarczyło mi na trzy użycia.  Maseczka jest przeznaczona do cery tłustej i trądzikowej, ale ja używam czasem produktów nieprzeznaczonych do mojego typu skóry (sucha, naczynkowa) ponieważ uważam, że raz na jakiś czas dobrze jej służą. Maseczki używam raz 10 dni.


Mieszając zielonkawy proszek z malutką ilością wody uzyskujemy konsystencję budyniu, myślałam, że po nałożeniu będę wyglądała jak Shrek, ale okazało się, że to bardziej kolor wojskowej zieleni. Maseczka nakłada się bezproblemowo, nie podrażnia skóry, świetnie oczyszcza – po aplikacji skóra jest taka czysta, że aż skrzypi, mam nadzieję, że wiecie o co mi chodzi.  Podczas aplikacji nie należy dopuścić do tego, żeby maseczka zatchnęła na twarzy, dlatego ja spryskuję ją kilkakrotnie wodą termalną. 


Glinka zielona trochę wysusza i po zmyciu produktu twarz pozostaje nieprzyjemnie ściągnięta, ale mam na to sposób. Zielony ogórek słynie z właściwości nawilżających, dlatego po zmyciu maseczki nakładam na twarz plastry ogórka, sok z plasterków wmasowuję w skórę i po nieprzyjemnym ściągnięciu nie ma nawet śladu. 

Miłego wieczoru ;) 

czwartek, 2 sierpnia 2012

70 zł?

Oglądałam ostatnio na yt filmik Inez82 (KLIKW którym przedstawiła pełny makijaż twarzy za 20euro/70zł. Warto zaznaczyć, że w tę kwotę wlicza się również wszystkie akcesoria użyte do wykonania makijażu i przez ten fakt zadanie zostało mocno utrudnione, ale postanowiłam, że spróbuję.


Podkład affinitone maybelline – 25 zł, oszczędzając na aplikacji nakładany dłońmi, generalnie jestem zwolennikiem właśnie takiej aplikacji, podkład pod wpływem ciepła ładnie się rozprowadza, nie tworząc efektu maski.
Puder synergen – ok. 6 zł, nałożony dołączonym do niego aplika torem, nieznoszę tego, zdecydowanie wolę pędzel, ale chcę się zmieścić w kwocie 70 zł więc obcinam takie wydatki.
Pomadka z Celii – 9,50 zł, aplikowana bezpośrednio na usta, nie lubię bawić się pędzelkami do ust i takowego nie posiadam.
Cienie z inglota – aż dwa (czyste szaleństwo) jasny na całą powiekę, tak tak zgadłyście nałożony palcem, ciemniejszy w załamanie, lekko roztarty żeby nie było widać nieprecyzyjnej aplikacji (też placem). 10 zł/sztuka
Tusz do rzęs  curling pump up mascara lovely 8,99 zł  o dziwo jest bardzo fajny, jeszcze trochę potestuję i stworzę notatkę na bloga.
Razem: ok. 69,50 zł

 Niestety nie udało mi się wcisnąć żadnego różu ani bronzera, nie dlatego, że używam drogich produktów, ale z tego powodu, że jedyny pędzel, który posiadam do aplikacji tego typu rzeczy to pędzel z sephory za 59 zł więc cenowo zdecydowanie nieodpowiadający realiom tagu.  Inne przydatne pędzle to języczkowy z inglota (ok. 21 zł) oraz  z essence do blendowania (ok. 7 zł).


W codziennym makijażu najczęściej używam różu z inglota (19zł), brązera z golden rose (ok. 15 zł), rozświetlacza z limitowanej edycji catrice wonderland (chyba kosztował ok. 16 zł? Ale to było tak dawno, że nie dałabym sobie ręki odciąć) i korektora z Bell ( 10,99 zł) Noszę też brązową kredkę z bourjois w kolorze 71 smoked brown (ok. 25 zł)
Łącznie kwota prawie 170 zł (plus 70 = 240 zł). Oczywiście niektóre rzeczy kupiłam dużo taniej, np. za pędzel z spephory w promocji zapłaciłam 29,5 zł, a za kredkę z bourjois coś koło 16 zł, ale to nie zmienia faktu, że moim zdaniem w Polsce kosmetyki są po prostu drogie. 


środa, 1 sierpnia 2012

Jest 1 sierpnia


A ja dopiero przedstawiam ulubieńców lipca, ale nie jestem bardzo spóźniona, prawda? Na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć tylko tyle, że po prostu wiele czasu, jak udało mi się znaleźć wolną chwilę wolałam poczytać, ale o tym zaraz.
Postanowiłam kontynuować ulubieńców niekosmetycznych ponieważ o kosmetykach piszę przez niemal cały miesiąc więc kilka postów o czymś innym jest chyba mile widziane?


Największym ulubieńcem, totalnym faworytem w lipcu była książka Stiega Larssona. Trylogia „Millenium” towarzyszyła mi przez trzy tygodnie, nie mogłam się od niej oderwać. Ciekawa fabuła, kryminalne zagadki, mroczne charaktery, doskonale zarysowani bohaterowie, krew, przemoc i wciągająca akcja – wszystko to znajdziecie w książkach Larssona. Czego nie znajdziecie? Nudy, tandety i naiwnych zbiegów okoliczności. Jeśli ktoś jeszcze nie czytał, trzeba to nadrobić ;)
Kosmetyczni ulubieńcy to balsam kokosowy z The Body Shop, dawno go nie używałam, miło jest po jakimś czasie powrócić do produktu i znów cieszyć się jego właściwościami, kiedy używam czegoś non-stop po jakimś czasie przestaje doceniać jego zalety. Dzięki temu, że ma aplikator-atomizer świetnie się rozprowadza. Idealny na upały. A poza tym uważam, że kokos to zapach wakacji!
Woda toaletowa Elizabeth Arden Sunflower  to zapach lekki, kojarzy mi się ze słońcem. Sunflower moim zdaniem pachnie kwiatowo-owocowo, to ciekawy zapach, ładnie rozwija się na skórze i jest naprawdę trwały
nuta głowy: bergamotka, melon, brzoskwinia, drzewo różane 
nuta serca: cyklamen, osmatus, jaśmin, róża herbaciana 
nuta bazy: drzewo sandałowe, mech piżmo.


Ulubieńcy z kategorii spożywczej to jogurt do picia danone, że nie jest ani odżywczy ani zdrowy ale kokos i ananas smak lata. Jest pyszny, mogłabym go pić codziennie. Generalnie nie lubię piwa i pewnie tego też sama bym nie kupiła gdyby nie rekomendowała go moja koleżanka z pracy. Warka radler to bardziej lemoniada niż piwo (ze względu na smak i zawartość alkoholu). Radler to świetnie, orzeźwiające połączenie.

Na sam koniec zupełne zaskoczenie. Płyn dwufazowy do demakijażu Bielenda (wersja z bawełną) niegdy nie lubiłam takich produktów, ale ten jest zupełnie inny. Szybko rozpuszcza i zmywa makijaż oka, nie trzeba pocierać delikatnej skóry. Nie podrażnia, nie występuje po nim efekt ‘widzę przez mgłę’ polubiłam go tak bardzo, że zużyłam do ostatniej kropli i zakupiłam kolejny, tym razem z awokado. 

To tyle na dzisiaj, idę dalej odpoczywać po ciężkim dniu w pracy;)