poniedziałek, 30 lipca 2012

Paczuszka


Po drodze z pracy wstąpiłam po paczkę. Do paczkomatów InPost mam dosłownie pięć minut drogi i zdecydowanie wolę taką formę dostawy niż wyczekiwanie na kuriera.
Skorzystałam z lipcowej promocji w sklepie paa tal (dostawa do paczko matów za darmo) i kupiłam odżywkę henna wax (pisałam o niej tutaj ), zapłaciłam za nią dokładnie 11,82 zł, podczas gdy jej cena w aptece to 31,50 zł!




Sklep paa tal polecam, świetny kontakt, szybka wysyłka. Odżywka była dobrze zapakowana w folię bąbelkową, nic jej się nie stało podczas podróży. Na pewno jeszcze coś w paa talu zamówię. 





Do zamówienia dostałam gratis w postaci opalizującego na zielono pigmentu. Zielony zdecydowanie nie jest moim kolorem w makijażu, ale doceniam fakt, że dostałam coś ekstra do zamówienia mimo faktu, że było ono takie malutkie.


Buziaki



sobota, 28 lipca 2012

Sama nie wiem


Zdjęcia podkładu rimmel match perfection przeleżały na dysku mojego laptopa ładnych kilka miesięcy, nie mogłam się zebrać do napisania recenzji przede wszystkim dlatego, że ten produkt wywołał u mnie mieszane uczucia.


Podkład zapakowany jest w szklany słoiczek z niebieską zakrętką, dodatkowo jest zabezpieczony białą plastikową osłonką, niestety kiedy produkt się kończy ciężko go wydobyć z wąskich ścianek słoiczka.


Producent określa match pefrection jako kremowy podkład w żelu – nie zauważyłam w tym produkcie absolutnie nic kremowego, ale należy przyznać, że podkład ma typowo żelową konsystencję. Rozprowadza się na twarzy bez większych problemów, super stapia się ze skórą, ładnie kryje, na mojej twarzy utrzymywał się bardzo długo, nosiłam go od rana do wieczora, nie ruszała go wysoka temperatura, ani szaleńczy pęd po mieście. Na twarzy wyglądał bardzo naturalnie, jak zwykle nie wypowiem się w kwestii matowienia ponieważ nie potrzebuję tutaj efektów specjalnych, moja twarz się po nim nie świeciła. Stosowałam chyba najbardziej popularny w Polsce kolor czyli 100 ivory, był idealnie dobrany do koloru mojej skóry.


To tyle jeśli chodzi o plusy. Z mniej pochlebnych rzeczy muszę napisać, że podkład zaraz po aplikacji strasznie ściąga skórę! I jest to nieprzyjemne uczucie, ale po jakimś czasie można się do tego przyzwyczaić. Produkt wysuszał moją i tak już suchą skórę i niestety podkreślał moje rozszerzone pory na nosie. Wydajność też nie była powalająca, stosowałam go 1,5 miesiąca, a inne podkłady starczają mi na trzy miesiące. Pojemność tego podkładu to tylko 18 ml, zapłaciłam za niego 23 zł na promocji w Rossmannie, normalnie kosztuje ok. 30 zł.

Czy wrócę do tego produktu? To jak ładnie i naturalnie wyglądał na twarzy sprawia, że mam ochotę go kupić jeszcze raz, ale jak sobie przypomnę jak wysuszał i ściągał skórę już nie jestem taka pewna. Odpowiedź brzmi: nie wiem, jak już coś postanowię to dam Wam znać ;)

A dzisiaj mój ulubiony dzień tygodnia, przedpołudnie wyglądało tak: 




Mam jeszcze dzisiaj w planach kawę z przyjaciółką, małe spa (jak zawsze) i relaks z książką na kanapie. Wypoczywajcie, miłego dnia ;)

czwartek, 26 lipca 2012

Deszczowy dzień


Wyszłam z pracy, lał deszcz więc wstąpiłam tylko do sklepu po jogurt i bułki i od razu szybko wróciłam do domu. W ramach wieczornego relaksu piję porzeczkową herbatkę i przykryta kocem czytam książkę. 



Lubię takie spokojne wieczory, ale żeby nie było zupełnie niekosmetycznie napiszę parę słów o kremie.


Isana krem do rąk kwiat pomarańczy kupiłam w Rossmannie za 3,99. Krem zapakowany jest w standardową miękką, plastikową tubkę o pojemności 100 ml (całkiem pokaźnej jak na krem do rąk). Kosmetyk bardzo łatwo wydobyć z opakowania, ze względu na to, że krem jest rzadki trzeba uważać żeby nie wycisnąć go za dużo. Jest bardzo, bardzo wydajny.


Mała ilość (jak ziarnko zielonego groszeku) wystarcza na pokrycie obu dłoni. Krem wchłania się w tempie ekspresowym. A jak nawilża? Całkiem przyzwoicie, po aplikacji dłonie są przyjemnie wygładzone i nawilżone, ale nie jest to takie efekt jaki możemy uzyskać np. po kremie z mocznikiem (też z Isany, taki z czerwoną nakrętką).



Jedyną kontrowersyjną sprawą jest zapach… Miałam nadzieję, że krem będzie pachniał energetycznie, świeżą pomarańczą, niestety zapach nie podoba mi się, jest delikatny, lekko kwiatowy, ale moim zdaniem mdły, na szczęście na dłoniach utrzymuje się tylko chwilkę.



wtorek, 24 lipca 2012

Edycja limitowana…?


Ja chcę! Nie wiem jak to się dzieje, że jedne edycje limitowane do mnie przemawiają, a inne nie? Na przykład wcale nie działa na mnie essence ani catrice z piękną kolorówką, ale z pielęgnacyjnych limitowanek np. z isany zawsze się na coś skuszę. Może wynika to z faktu, że nie wyobrażam sobie jak można zużyć pięć róży? Albo kilka rozświetlaczy – ja mam jeden, używam go codziennie od roku, a denka jak nie było tak nie ma.


To tylke rozważań, czas przejść do setna – to nie będzie nic spektakularnego. Kupiłam żel po prysznic z isany o fantastycznym zapachu! Być może kokos i marakuja to trochę banalne połączenie, ale ja je uwielbiam. Zapach nie jest zbyt słodki, nachalny, nie jest też chemiczny. Niestety nie utrzymuje się długo na skórze, ale za cenę 3,99 zł za 300ml spokojnie można mu to wybaczyć.


Żele z Isany są całkiem przyzwoite, nie wysuszają skóry, opcja kokos-marakuja ma przyjemną, kremową konsystencję, dobrze się pieni, generalnie pod względem pielęgnacyjnym brak zastrzeżeń.
Produkt zapakowany jest w standardowe plastikowe opakowanie z miękkiego plastiku, podoba mi się to, że wieczko nie jest odkręcane i płaskie, dzięki czemu możemy żel postawić do góry nogami i bezproblemowo wydobyć do ostatniej kropli.

na koniec skład, dla ciekawskich :)




poniedziałek, 23 lipca 2012

Pomadkobłyszczyk


                Nie lubię klasycznych pomadek, nie czuję się w nich dobrze, kupiłam kiedyś jedną, użyłam kilka razy, a teraz nawet nie potrafię powiedzieć w który kąt ją rzuciłam. Moje zainteresowanie pomadkami jednak nie malało, podobają mi się strasznie (u innych), są jednym z rzeczy typowo kobiecych, te piękne opakowania, intensywne kolory – bajka, ale jakoś nie dla mnie.


Przeglądający yt i różne blogi napatrzyłam się na pomadkę polskiej firmy Celia z serii Nude. Produkt to właściwie nawilżająca pomadka-błyszczyk. Nawilżenia nie zauważyłam, ale na szczęście nie wysusza ust. 


Zapakowana jest w bardzo ładne złote opakowanie (masło maślanie, ale cóź) i dodatkowo w srebrny kartonik. Faktycznie pachnie winogronami i nie jest to jakiś nachalny chemiczny zapach. Swój egzemplarz w kolorze 602 kupiłam w małej drogerii za 9,50 zł. Na blogowych „słoczach” bardziej przypadł mi do gustu kolor 604, ale na żywo 602 spodobał mi się bardziej. Niestety pomadka podkreśla suche skórki, nie obędzie się zatem bez peelingu i nawilżania. A teraz najważniejsze – wygląda na ustach bardzo naturalnie, nadaje lekki pudrowo-różowy kolor i delikatny połysk. Uwielbiam ten efekt!

;))


sobota, 21 lipca 2012

Co jest w mojej torebce?


Wyszłam kupić lakier do paznokci (potrzebuję jasnego, neutralnego koloru do pracy) a wróciłam z torbą ;)

Torebki o tym kroju podobały mi się już dawno, ale albo była za droga, albo nie do końca odpowiadał mi kolor, a poza tym bardzo wiele dziewczyn je nosi… Ale ta urzekła mnie zupełnie i nie mogłam jej nie kupić. Jest w miodowym kolorze, w środku ma dużo przegródek (może w końcu uda mi się utrzymać w torebce ład i porządek?) i kosztowała 59 zł. W związku z tym, że przepakowywałam rzeczy z poprzedniej torebki do tej postanowiłam zrobić fotę i pokazać co noszę w torebce. 

w środku: 




Nie ma tutaj nic nadzwyczajnego: kalendarz, długopisy, okulary, ładowarka do telefonu, klucze, portfel, kosmetyczka (w środku znajdują się: chusteczki, plastry, carmex, pilniczek do paznokci, próbka perfum, gumka do włosów).


Opcjonalnie w torebce pojawia się kanapka do pracy, jabłko albo parasol. Wcześniej nosiłam jeszcze książkę, ale wtedy dojazd do pracy autobusem zajmował mi pół godziny, teraz chodzę na nogach dziesięć minut więc książka czeka na mnie w domu.  
Nie noszę dużo w torbie przede wszystkim dlatego, że jak jest strasznie ciężka to boli mnie ramię, ale mam koleżankę, która nosi ze sobą w mega wielkiej torbie wszystko: dodatkowy sweter, szalik, butelkę soku, dwa flakony perfum i wiele wiele innych! 

piątek, 20 lipca 2012

Bioderma


Sensibio AR krem aktywny do skóry z problemami naczyniowymi chciałam przetestować już dawno, ale jakoś zawsze kupowałam coś innego, ale kiedy zobaczyłam ten krem w Supher-Pharm w promocyjnej cenie 10 zł (przy zakupach za 30 zł) nie zastanawiałam się ani chwili.


Krem zapakowany jest w miękką, płaską plastikową tubkę pojemności 40 ml, zwieńczoną aplikatorem-dziubkiem. Produkt ma konsystencję kremową, nie jest bardzo gęsty przez co bezproblemowo rozprowadza się na twarzy i szybko wchłania,  jest jednak dość treściwy dlatego nie polecałabym go dla osób o skórze tłustej/mieszanej. Plusem jest wydajność – krem stosuję już 2,5 miesiąca, a zostało mi go jeszcze tak na mniej-więcej dwa tygodnie. Krem aplikuję raz dziennie (rano) i chwilę później nakładam makijaż, nic się nie waży, nie roluje, nie spływa.

A jak działa na naczynka? Uspokaja czerwoną skórę, przynosi ulgę, łagodzi, ale zdecydowanie nie zwalcza samego problemu, np. po wypiciu alkoholu skóra mnie nie piekła, ale była wyraźnie zaczerwieniona. Spodziewałam się czegoś lepszego. Poszukiwania kremu, który dorówna dirosal’owi trwają więc nadal.
Krem jest dla mnie średniaczkiem z wyższej półki cenowej (jego normalna cena to ok. 70 zł). Gdybym znalazła go w dobrej promocji skusiłabym się na niego jeszcze raz, ale za normalną cenę zdecydowanie nie.

Pora zacząć weekend ;) zaraz zacznę malować paznokcie – na moje ulubione połączenie tego lata – niebieski ze złotym.





czwartek, 19 lipca 2012

Ejj..?


Wróciłam z pracy, zmyłam makijaż, nałożyłam maseczkę i liczyłam na chwilę relaksu i nawilżenia. Nie doczekałam się. Stosowałam maseczkę nawilżającą z Ziaji niezliczoną ilość razy i zawsze byłam zadowolona, ale dzisiaj…
Maseczka strasznie podrażniła mi oczy! Zaraz po nałożeniu (warto zaznaczyć, że w normalnej odległości od oczu) zaczęły mnie piec i szczypać oczy, od razu zaczerwieniły mi się białka. Zmyłam maseczkę zanim wypaliła mi oczy i teraz siedzę i się zastanawiam jak to się stało?? Maseczka nie była przeterminowana, nie była też wcześniej otworzona. 



Nie wiem, nie wiem, cieszę się tylko, że nie podrażniła mi twarzy. Zdecydowanie zmieniam wszystkie inne maseczki na glinki.

Buziaki


wtorek, 17 lipca 2012

Mydło marsylskie


Mydło zostało wyprodukowane na bazie czystej zimno tłoczonej oliwy z oliwek (72% składu). Polecane jest to wszystkich typów skóry, szczególnie suchej i z tendencją do łuszczenia. Mydło bardzo dobrze nawilża, natłuszcza i odżywia skórę. Po wyjściu z wanny nie trzeba używać balsamu, chociaż ja przeważnie i tak używałam. Mydło bardzo dobrze się pieni, w kontakcie z wodą zmienia się w dość gęstą emulsję. Można je aplikować na całe ciało (nadaje się nawet do higieny intymnej), parę razy w formie eksperymentu umyłam nim nawet twarz. Mydło nie podrażnia, jest bardzo delikatne, nie powoduje efektu ściągnięcia skóry, bardzo skutecznie zwalcza problem zapalenia mieszków włosowych.


 Minusem jest specyficzny zapach, na początku go nie znosiłam, ale później się przyzwyczaiłam. Na szczęście po aplikacji już go nie czuć. Za mydło wielkości 300g zapłaciłam 20 zł, kupiłam je w sklepie stacjonarnym „Mydlarnia u Franciszka”.  Mydło jest wielkie, nie wyobrażam sobie jak można się umyć taką ogromną kostką dlatego przekroiłam je na trzy części.


Dzisiaj za oknem pada deszcz, pogoda jest raczej jesienna – idealna na czytanie skandynawskiego kryminału. Buziaki



poniedziałek, 16 lipca 2012

...


Sezon wyprzedażowy w pełni, a ja jakoś nie mam czasu na chodzenie po sklepach. Dzisiaj po pracy miałam chwilę więc pojechałam na małe zakupy -  chciałam sobie umilić tydzień już od poniedziałku.
Ludzi mnóstwo, w sklepach totalny chaos i bałagan, ubrania leżą w nieładzie, chciałam przymierzyć koszulę, ale miała wyrwaną wielką dziurę… Co ludzie robią z tymi ciuchami? Jak widzę, że coś nie jest w moim rozmiarze to nie pcham tego na siebie z uporem maniaka, czy tylko ja tak mam?? Kupiłam tylko dwie bluzeczki: granatowa jest z tally weijl, a ta we wzroki z reserved (19,90). Ceny zdecydowanie przyjazne.  


A na koniec weszłam do Empiku, nie kupiłam żadnej książki, ale przy kasie znalazłam przypinki. Podobała mi się jeszcze z napisem „Hanibal Lektur” i „czarny charakter” ;)

 Buziaki

niedziela, 15 lipca 2012

Hydra Vegetal


Na lato szukałam kremu o lekkiej formule dlatego zdecydowałam się na żel krem intensywnie nawilżający z linii Hydra Vegetal Yves Rocher (dostępna jest również wersja typowo kremowa). Produkt przeznaczony jest co prawda do skóry normalnej i mieszanej, ale na mojej suchej sprawdza się wspaniale!


Zacznijmy od tego, że nie wierzyłam za bardzo w jego cudownie, dogłębnie nawilżające właściwości o których przekonywała mnie pani w sklepie, ale chyba muszę iść i jej podziękować za to, że doradziła mi ten krem:) Krem naprawdę świetnie nawilża, moja skóra nie jest ściągnięta, zniwelował nawet suche, odstające skórki oraz bardzo suchą skórę przy nosie. Krem nie podrażnia i nie wyskoczył mi po nim żadne niespodzianki. Producent zaleca aplikować go dwa razy dziennie, ja jednak używam kremu tylko raz dziennie, a efekt nawilżenia utrzymuje się całą dobę.


Produkt ma konsystencję typowego żelu-kremu, wchłania się bardzo szybko, moja skóra po nim się nie świeci, ale w sumie ten efekt u mnie nie występuje więc nie potrafię stwierdzić jak zadziała na innych. Krem ma wspaniały orzeźwiający zapach, taki trochę ogórkowy. Zapakowany jest w klasyczny szklany słoiczek, z zakrętką w ładnym miętowym kolorze.




Ze względu na lekką konsystencję krem jest bardzo wydajny, używam go od 1,5 miesiąca, a zużyłam 1/3. Regularna cena kremu to 39 zł/50ml, w promocji zapłaciłam za niego 23zł. Produkt na piątkę, z pewnością go niego wrócę. 


sobota, 14 lipca 2012

W końcu


Sobota! To był długi tydzień, a dzisiaj też byłam w pracy.
Teraz zdecydowanie potrzebuje odpoczynku: kawa, ciastka, koc i książka to idealny plan na popołudnie. 


Wieczorem domowe spa: maseczka (tym razem z zielonej glinki, jestem przygotowana na to, że będę wyglądała jak Shrek), olejek kokosowy na włosy, miałam zrobić też kokosowy peeling, ale stwierdziłam, że użyję rękawicy do peelingu, a później zaaplikuję próbkę balsamu z ivostinu - nigdy nie miałam, ale na szczęście zostałam zaopatrzona w kilka porządnych próbek więc mam nadzieję, że uda mi się go lepiej przetestować. Nie uważacie, że po użyciu jednej dwumililitrowej próbki nic nie można powiedzieć o produkcie? Może poza jego zapachem i faktem czy nas nie uczulił? Uważam, że lepiej jest podarować klientowi kilka próbek żeby miał okazję faktycznie przekonać się o właściwościach produktu, czy to tylko moje zdanie?


Rękawica do peelingu zakupiona za całe 5 zł (kupiłam ją w sklepie Tiger, ale dostępne są w Rossmannie, w Naturze) sprawdza się świetnie do szybkiego peelingu, zamieni w peeling każdy żel po prysznic. Używam jej prawie codziennie, ale trzeba uważać bo jest naprawdę ostrym zdzierakiem.


 Jutro już się ogarnę (odpocznę) i napiszę normalną, kosmetyczną recenzję ;)
 Miłego weekendu!


środa, 11 lipca 2012

Pod prysznicem


gości u mnie ostatnio olejek pod prysznic z olejkiem arganowym z Yves Rocher. Bardzo podoba mi się zapach całej serii tradition de hammam. Ciężko opisać czym pachnie olejek, ale jest to zapach który kojarzy mi się z krajami arabskimi, z tradycyjnymi targami pełnymi różnych przypraw – między innymi dlatego lubię używać tego olejku w takie gorące dni.


Olejek zapakowany jest w plastikową, wąską buteleczkę, która bardzo przypadła mi do gustu, niestety opakowanie jest mało praktyczne – plastik jest dość twardy i nie da się wycisnąć produktu – trzeba go wytrząsnąć albo cierpliwie poczekać aż spłynie, odkręcany korek też nie jest zbyt praktyczny gdy mamy mokre ręce. Na plus natomiast trzeba zaliczyć aplikator, dzięki któremu dozujemy odpowiednią ilość olejku. 


 A teraz właściwości – olejek nie wysusza skóry, ale nie zauważyłam też żadnego nawilżenia. Produkt pieni się bardzo delikatnie, tworzy na skórze coś w rodzaju przyjemnej emulsji. Nie zauważyłam, żadnych spektakularnych właściwości pielęgnujących, ale czy można takowych wymagać od żelu/oliwki/mydła pod prysznic? Natomiast właściwości relaksujące oceniam na piątkę :)


Ze względu na dość gęstą konsystencję oraz przyjemne uczucie rozprowadzania na skórze lekko spienionej emulsji jest to produkt po który bardzo chętnie sięgam pod prysznicem, ale cena 29 zł to stanowczo za dużo. Szkoda, gdyby nie był taki drogi z pewnością bym do niego wróciła.






poniedziałek, 9 lipca 2012

Dzisiaj nie będzie kosmetycznie


…ale od jutra się poprawię ;) od czasu do czasu mam wewnętrzną potrzebę pogadać o książkach. Ostatnio ze mną na kanapie przebywała książka Jodi Picoult – „Krucha jak lód”. Jeśli lubicie czytać, a wcześniej nie sięgnęłyście po książki Jodi musicie to koniecznie nadrobić. Autorka ma niepowtarzalny styl, pisze bardzo ładnym językiem, jej publikacje są pełne cennych spostrzeżeń na tematy zupełnie zwyczajne: miłość, rodzina, praca, wiara. Każda książka opowiada o rodzinie, w której pojawia się problem, natomiast w większości z nich przedstawione jest postępowanie przed sądem.



Tytuł odnosi się do sześcioletniej Willow, dziewczynki chorej na osteogenesis imperfecta (łamliwość kości), natomiast cała akcja książki skupia się na jej matce – Charlotte to kobieta silna, niezłomna, która cały życie podporządkowała choremu dziecku, martwi się o pieniądze dla Willow, na nowy wózek, na rampę koło domu, na specjalistyczne leczenie, na rehabilitacje po ciągłych złamaniach. Adwokat podpowiada jej rozwiązanie – może oskarżyć swojego położnika o ‘niedobre urodzenie’, czyli błąd w sztuce lakarskiej. Problem polega jednak na tym, że tym położnikiem jest jej najlepsza przyjaciółka. Charlotte staje przed wyborem: zaryzykować przyjaźń w nadziei na otrzymanie pieniędzy z lekarskiego ubezpieczenia czy nigdy tego nie zrobić i martwić się o utrzymanie ukochanego dziecka? Czy takie poświęcenie ma sens? Czy można oskarżyć kobietę, którą przez pół życia kochało się niemal jak siostrę? Nie będę odpowiadała na te pytania, ponieważ nie chcę zdradzać całej treści książki, dodam tylko, że nic nie jest proste ani oczywiste, a nawet po przeczytaniu książki na te pytania czytelnik musi sobie odpowiedzieć sam.

A dzisiaj wieczorem zaczynam: 




niedziela, 8 lipca 2012

glinka czerwona


Tak jak wczoraj wspominałam zrobiłam maseczkę. Udało mi się ją kupić dzięki uprzejmości mojej przyjaciółki (która jest wspaniałą farmaceutką i zawsze rozwiązuje moje wszystkie kosmetyczne problemy). Maseczkę z glinki czerwonej (produkt firmy Argiletz/Francja konfekcjonowany przez ARPOL-FR) jest dostępna w aptekach, kosztuje ok. 2,5 zł i jedno opakowanie wystarczy na dwa/trzy użycia. Zaznaczam, że maseczkę zrobiłam tylko raz, ale jestem tym produktem totalnie oczarowana!


Glinka czerwona – glinka zawiera m.in. krzem, glin, potas, magnes, żelazo, wapń, fosfor. Łagodzi podrażnienia i zaczerwienienia, ma właściwości oczyszczające, antybakteryjne, działa odprężająco.



Moja cera ostatnio wygląda dobrze, nie mam na co narzekać, nie jest czerwona mimo ogromnych upałów i ostrego słońca (choć oczywiście słońca staram się wystrzegać, ale kiedy idę do pracy i świeci mi prosto w twarz nic nie mogę zrobić;p). To, co najbardziej podobało mi się po zmyci maseczki to fakt, że skóra twarzy była zupełnie blada, niemal biała. Maseczka oczywiście nie podrażnia, nie powoduje pieczenia, jedyne do czego można się przyczepić to fakt, że po jej zastosowaniu występuje lekkie uczucie ściągnięcia, ale ten efekt już po chwili ustępuje.

Maseczka ma postać czerwonego proszku, po wymieszaniu z małą ilością wody (dałam mniej niż pół łyżeczki) powstaje konsystencja budyniu. Po nałożeniu na twarz mogłabym zagrać w „ostatnim Mohikaninie” bez dalszej charakteryzacji ;) Podczas aplikacji nie można dopuścić do zaschnięcia glinki na twarzy, dlatego ja spryskałam twarz kilka razy wodą termalną.



Moim zdaniem maseczka jest doskonałym uzupełnieniem codziennej pielęgnacji. Należy ją robić raz na tydzień (lub rzadziej), a zatem biorąc po uwagę jej cenę i wydajność jest to produkt, z którego po prostu nie mogę zrezygnować ;) W szafce czeka na mnie jeszcze glinka zielona, ale przy następnych zakupach zaopatrzę się jeszcze w glinkę żółtą. 



sobota, 7 lipca 2012

Lubię to!


Uwielbiam soboty (pewnie jak większość ludzi). Mam wtedy czas na wszystko: na śniadanie z przyjaciółką zjedzone w ogródku, na popołudniową kawę na mieście, na małe zakupy (dzisiaj kupiłam bransoletkę z jaskółką za 10 zł w sklepie ccc, tak dokładnie to sklep z butami, ale od niedawna mają też biżuteryjne akcesoria).


W sobotę mogę pomalować paznokcie na kolor inny niż nude (niestety w pracy mogę mieć wyłącznie jasny lakier), dzisiaj mój manicure wygląda tak:




 Wieczór to czas na koktajl truskawkowy i książkę.


Sobota to czas kiedy mogę odpocząć, zrelaksować się z maseczką na twarzy, nie myśleć o pracy, po prostu cieszyć się wolnym czasem. Wygospodarowanie czasu dla siebie jest bardzo ważne, dlatego trzeba sobie pozwalać na małe przyjemności ;) miłego weekendu