niedziela, 13 maja 2012

Weekend filmowy ;)


         Weekend był zimny i deszczowy, opcje spędzenia czasu poza domem były szczerze mówiąc żadne, dlatego zdecydowałam się na opcję: kanapa, koc, herbata, film. I o dziwo (wiem, że ostatnio wspominałam, że co do zasady polskich filmów nie oglądam, ale wyjątki od zasad są w życiu liczne) spośród kilku wybranych filmów dwa były polskie. Oczywiście nie żadne komedie, w których możemy pooglądać product placement oraz tych samych aktorów.
Drzazgi – film, który włazi za skórę… jak drzazga. Akcja rozgrywa się na Śląsku. Smutna rzeczywistość kilku bohaterów, codzienne, nieciekawe, bezrefleksyjne życie. Do czasu jednak. Młoda dziewczyna przypadkowo ratuje życie niedoszłej samobójczyni, chłopak dla którego ważny jest wyłącznie klub piłkarski spotyka dziewczynę w sukni ślubnej na autostradzie, student ze wspaniałym stypendium w kieszeni będzie musiał z niego zrezygnować – wszyscy doświadczają czegoś, co zmienia ich życie. Warto podkreślić, że film jest nakręcony w ciekawy sposób: losy bohaterów wzajemnie się przeplatają, a akcja nie jest przedstawiona w sposób chronologiczny, nie ma tutaj również znanych twarzy z pierwszych stron gazet – wyjątkiem jest Antoni Pawlicki i malutki epizod Karolaka.
Bez wątpienia jest to film skłaniający do refleksji. Smutna opowieść o tym, jak ciężko jest podjąć decyzję o zmianie życia, zdecydowanie nie nadaje się na chillautowy wieczór.
Film jest przewrotny, bezwzględne szczery, nie oszczędza widza, nie ma w nim miejsca na polukrowane opowiastki o bogatych i szczęśliwych. Jedyne do czego mogę się przyczepić to trochę tendencyjny sposób ukazania Śląska jako biednego zaścianka z czerwonej cegły. 


Wymyk – kolejny refleksyjnie nastrajający film. Alfred i Jerzy to bracia, mieszkają razem, prowadzą razem firmę i razem współzawodniczą o względy chorego ojca. To film z drugim dnem, ale zacznę od opisania pierwszego: pewnego dnia po tym jak na skrzyżowaniu zepsuł się samochód Freda, obaj biegną na pociąg żeby dojechać na czas do urzędu skarbowego. W pociągu grupa nastolatków zaczepia pewną kobietę, Jerzy niewiele myśląc staje w jej obronie. Fred się boi, jest jednym z tych ludzi, którzy wolą się nie wychylać, żeby mówiąc dobitnie nie dostać po mordzie. Jerzy zostaje dotkliwie pobity i wyrzucony z pociągu, w bardzo ciężkim stanie zostaje przewieziony do szpitala, a Fred z jedynie draśniętym łukiem brwiowym wraca do domu. Nie pomógł bratu, łatwo jest kogoś takiego nazwać tchórzem, fakt – nie zachował się jak bohater, ale z drugiej strony był po prostu trzeźwo myślącym człowiekiem, wiedział, że nie wygra z czterema chłopakami. Reżyser stawia widzowi trudne pytania: czy lepiej było pomóc dziewczynie? Jaka jest cena bohaterstwa? Jak trudno się żyje w poczuciu winy? Ciężko jest jednoznacznie ocenić bohaterów, trudno jest być w takiej sytuacji sprawiedliwym rodzicem. Natomiast drugie dno, o którym wspomniałam na początku dotyczy współzawodnictwa między braćmi. Mimo tego, że byli dorosłymi ludźmi wciąż nie potrafili wzajemnie sobie wybaczyć zatargów z dzieciństwa. Kto był bardziej kochanym synem? Który lepiej prowadził firmę ojca? Oczywiście nie zdradzę jak kończy się film, powiem tylko jedno: polecam. Jak zawsze warto docenić grę Roberta Więckiewicza :) 


Wiem, że nie poleciłam niczego co teraz jest w kinach i generalnie na topie, ale uważam, że od czasu do czasu warto obejrzeć film o czymś więcej niż rozterkach szczęśliwie zakochanej nastolatki (chociaż oczywiście i takie filmy zdarza mi się obejrzeć :) 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz