czwartek, 31 maja 2012

Włos Ci z głowy nie spadnie : )


Włosy to moja mała obsesja. Przetestowałam pół miliona odżywek, masek, szamponów, płukanek itp. Obecnie używam dosłownie kilku produktów, ponieważ uważam, że brak umiaru jest w pielęgnacji niewskazany, lepiej używać kilku rzeczy systematycznie niż dziesięciu masek nieregularnie. Obecnie moje włosy są w zadowalającej kondycji – przede wszystkim nie wypadają, co było moją zmorą przez długi czas. Konsekwentna pielęgnacja daje długotrwałe efekty, pamiętać jednak należy o tym, że nie będą one widoczne już po miesiącu.
Jak wcześniej wspomniałam raz w tygodniu używam olejku alterra a czym jeszcze odżywiam swoje włosy?

Odżywka Isana z olejkiem babassu – bardzo dobry kosmetyk w przystępnej cenie (ok. 5 zł za 300ml), ma całkiem przyjazny skład (bez parabenów) i piękny świeży zapach kwiatów wiśni, chociaż czytałam, że zdaniem innych użytkowniczek pachnie gumą do żucia, to moim zdaniem jest to zdecydowanie wiśnia. Ale ważniejsze od zapachu są właściwości pielęgnacyjne. 


Włosy po zastosowaniu są miękkie, gładkie i lśniące, jak po silikonach, ale na szczęście odżywka ich nie zawiera. Produkt ułatwia rozczesywanie włosów, nie obciąża ich, nawilża, przeciwdziała elektryzowaniu włosów.


Stosuję ją zgodnie z zaleceniem producenta – po każdym myciu włosów wmasowuje w wilgotne włosy i po kilku minutach spłukuję. Doskonale sprawdza się również w roli maski – odżywkę mieszkam z kilkoma kroplami olejku rycynowego i przed myciem włosów nakładam na godzinę, albo trochę dłużej, w zależności od tego ile mam czasu.

Odżywka zapakowana jest w opakowanie z dość twardego plastiku, co utrudnia wyciśnięcie produktu kiedy się kończy. Opakowanie stoi na zakrętce dzięki czemu spływa i nie trzeba go wstrząsać mokrymi rękami, żeby coś z niego wycisnąć. Opakowanie jest przezroczyste, co bardzo lubię ponieważ wiem dokładnie ile kosmetyku zostało.




 Skład: Aqua, Cetearyl alcohol, Glycerin, Cetrimonium Chloride, Bis-diglyceryl Polyacyladipate-2, Orbignya Oleifera Oil, Behentrimonium Chloride, Hydroxyethylcellulose, Isopropyl Alcohol, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Parfum, Citric Acid, Sodium Hydroxide


A teraz czas na maskę:

Pilom wax henna natural classic – maska silnie regenerująca przeznaczona do bardzo zniszczonych włosów. Maskę stosowałam (3 razy w tygodniu) kiedy moje włosy były w fatalnej kondycji – wypadały, rozdwajały się, były matowe i osłabione. Oczywiście nie był to jedyny produkt, którego wówczas używałam, ale ta maska była dla moich włosów prawdziwym wybawieniem.  


Teraz kiedy moje włosy mają się dużo lepiej używam maski raz w tygodniu. Po myciu nakładam maskę na wilgotne włosy – wmasowuje ją również w skórę głowy, nakładam czepek i po mniej więcej godzinie zmywam wodą. Włosy po zastosowaniu maski pięknie się układają, są miękkie, nawilżone, nie są obciążone, ale trudno je rozczesać. Maska bardzo skutecznie wzmacnia włosy, po długim systematycznym stosowaniu zauważyłam, że włosy nie tylko przestały wypadać, ale również stały się grubsze i mniej łamliwe. Dodatkowo maska sprawia, że włosy szybciej rosną – tak tak, sama na początku nie potrafiłam w to uwierzyć!



Skład:


Stosowałam również odżywki z L’biotica biovax i też byłam zadowolona, ale ta odżywka jest po prostu lepsza. Jedyny minus to zapach – moim zdaniem odżywka ma mdły, ciężki do określenia zapach, już się do niego przyzwyczaiłam, ale na początku było mi od niego niedobrze.



 Produkt ze względu na gramaturę 480 g starcza na bardzo długo. Cena 25,99 zł.

PS. Szampon, który obecnie stosuje to alterra papaja i bambus. Nie trzeba go zachwalać ponieważ jest powszechnie znany i lubiany. Przyjazny skład (produkt bez SLS, silikonów i parabenów), przystępna cena i łatwa dostępność sprawiają, że jest to doskonały produkt do codziennego stosowania. Dobrze oczyszcza włosy. Słabo się pieni i włosy po nim są splątane jednak takie są „uroki” stosowania szamponów bez wspomagaczy w postaci slsów i silikonów.  

PS. 2. Z produktów do włosów, którego obecnie nie używam (włosy nie wypadają, są w dobrej kondycji) a który jest absolutnie wart wspomnienia to Radical mgiełka wzmacniająca do włosów. Lekka mgiełka, w wygodnym opakowaniu. Bardzo skuteczna, stosowana codziennie sprawia, że włosy przestają wypadać, są lśniące i wzmocnione. Ma charakterystyczny, lekko ziołowy zapach. Stosowałam ją na noc – spryskiwałam obficie włosy na całej długości, zaplatałam w „łowicki” warkocz i szłam spać. 


Skład: Aqua, Alcohol Denat., Cetrimonium Chloride, Equisetum Arvense Extract, Lauryldimonium Hydroxypropyl Hydrolyzed Wheat Protein, Laureth-10, Polyquaternium 20, PEG - 25 Paba, Panthenol, Cameliaa Sinensis, Parfum, Hexyl Cinnamal, Buthylphenyl Methylpropional, Citronello, Linalool.

To tyle na dzisiaj :) 







środa, 30 maja 2012

Wielozadaniowy kosmetyk


Alterra olejek pielęgnacyjny granat i awokado – zacznę od tego, że trochę bałam się olejowania włosów, myślałam, że olejek będzie trudno zmyć, a włosy będą obciążone i nieświeże. Na szczęście nic takiego się nie dzieje! Olejek granat awokado moim zdaniem pachnie… poziomkami.


Ma tłustą (to akurat oczywiste), płynną konsystencję. Nakładam go na suche włosy, spinam i zmywam po godzinie albo dwóch – w zależności od tego ile mam czasu. Stosowałam go również na całą noc, ale mówiąc szczerze nie widzę różnicy w działaniu, więc wolę się nie wysilać i po godzinie olejek zmyć.  Zmywałam go zwykłym szamponem do włosów (najczęściej też z alterry), włosy nie były obciążone ani przetłuszczone, ale trzeba dokładnie je wymyć! Po zastosowaniu olejku włosy są miękkie, lśniące nawilżone, wygładzone, odżywione, słowem wyglądają bardzo ładnie! Używam go raz w tygodniu. Olejek jest bardzo wydajny – nie nakładam zbyt dużej ilości na włosy, ponieważ ‘oblanie’ włosów produktem nie ma wpływu na jego właściwości pielęgnacyjne, a tylko niepotrzebnie marnujemy olejek.

Produkt zapakowany jest w szklaną, prostą butelkę zakończoną dość niewygodnym aplikatorem, olejek trzeba z opakowania wytrząsnąć, zdecydowanie bardziej praktyczna była by pompka 


Stosowałam go również zgodnie z przeznaczeniem określonym przez producenta – czyli na całe ciało i tutaj również świetnie się sprawdził, zwłaszcza w okresie zimowym, ponieważ uważam, że teraz jest za ciepło na stosowanie olejków do ciała. Dodawałam również go do kąpieli i jego działanie było świetne – skóra była bardzo miękka i gładka, jedyny minus był taki, że po kąpieli trzeba bardzo dokładnie wyszorować wannę ponieważ po olejku jest bardzo śliska! Nie byłabym sobą, gdybym nie wypróbowała wszystkim możliwych zastosowań olejku – wykonałam nim demakijaż oczu – bardzo sprawnie rozpuścił wodoodporną maskarę i kredkę, ale miałam po aplikacji zamglone oczy – a tego nie znoszę.
Produkt ma bardzo przyjazny skład, jak widać część składników pochodzi z certyfikowanych ekologicznych upraw:



Cena ok. 14 zł za 100 ml. 


wtorek, 29 maja 2012

lakiery

Cześć,
dzisiaj (ze względu na brak czasu) będzie szybki post w obrazkach. Udokumentowałam na kilku fotach lakiery do paznokci, które moim zdaniem super nadają się na lato. Wiem, że już sto razy to mówiłam (pisałam), ale powtórzę jeszcze raz: latem liczy się kolor! Jeśli nie chcecie kupować ubrań/dodatków, które ze względu na kolor (mięta, pomarańcz, koral, wszystkie neony) będą modne przez jeden, góra dwa sezony postawcie na lakier do paznokci - zmieni i odświeży cały look za jedyna 5 zł (mniej więcej:) W tym roku bardzo modne są paznokcie pomalowane na dwa kolory (np. jeden paznokieć pomalowany na miętowo a reszta na niebiesko), chociaż oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, żeby każdy paznokieć był innego koloru. Bezpieczny, klasyczny francuski manicure zostawmy na jesień/zimę, teraz nadchodzi lato!


zacznijmy od beży dla tradycjonalistów;)


turkus & mięta - uwielbiam


intensywny, niemal neonowy koral


Przedział cenowy wszystkich zaprezentowanych okazów to od 4 zł do 6 zł.

Zauważyłam ostatnio, że lakiery z flormar'u o standardowej pojemności 11ml w galeriach na wyspie z ich produktami kosztują 11,90 zł, natomiast w małej drogerii znalazłam te same za 6 zł! Oczywiście nie ma tam wszystkich dostępnych kolorów, ale można kupić dwa lakiery w cenie jednego i zawsze jest z czego wybrać.

Do jutra!

poniedziałek, 28 maja 2012

Usta usta


Na zdjęciu znajdują się wszystkie produkty pielęgnacyjne do ust, które obecnie posiadam. O masełku z tbs już pisałam (gadżet, pielęgnacyjnie nic specjalnego), reszta to słynny carmex (wersja klasyczna), miodek do ust z oriflame i dwie pomadki w sztyfcie.


Tender care  - waniliowy krem uniwersalny z oriflame. Moim zdaniem nie pachnie wanilią, nie potrafię określić tego zapachu, ale jest dość chemiczny, na szczęście już chwilę po aplikacji nie jest wyczuwalny. Produkt natłuszcza usta (a nie jest to równoznaczne z nawilżeniem ust), długo się wchłania (stosowałam go wyłącznie na noc), nie ma zachwycającego składu: Petrolatum, Caprylic/Capric Triglyceride, Paraffinum Liquidum, Cera Alba, Paraffin, Acetylated Lanolin, Cetyl Alcohol, Parfum, Tocopheryl Acetate, Propylparaben.
Na początku opakowanie miało złote detale, które po pierwszym użyciu starły się zostawiając złoty brokat na rękach! Generalnie słaby produkt, kupiłam, przetestowałam, nie wrócę do niego więcej.
Opakowanie na zdjęciu jest już puste, używałam go codziennie na noc przez cztery miesiące więc produkt jest wydajny. W promocji zapłaciłam 9,90 zł. W ofercie są jeszcze inne warianty: czekoladowy, karmelowy i bezzapachowy.

Nawilżający balsam do ust carmex – produkt kultowy, którego nie trzeba nikomu przedstawiać. Rok temu (a może nawet dawniej) miałam wersję w słoiczku i byłam z niej bardziej zadowolona. Produkt nie jest typowym balsamem, zaaplikowany na usta nadaje im „mokry” połysk - wygląda jak błyszczyk i moim zdaniem jest to jego największa zaleta. Oczywiście produkt pielęgnuje usta, delikatnie nawilża, ale daleko mu do wersji w słoiczku. Kiedyś lubiłam jego chłodzący efekt i charakterystyczny zapach (kamfora?), ale teraz za tym nie przepadam.

Bebe Young care – wersja klasyczna. To pomadka do której często wracam, uwielbiam jej delikatny zapach (moim zdaniem pachnie jak budyń waniliowy) i nawilżające działanie. Pomadka w kształcie białego sztyftu pozostawia delikatny, naturalny połysk na ustach. Produkt ma SPF 6. Co tu dużo mówić świetny produkt! Cena 5,99 zł. 


Neutrogena formuła Norweska – ta pomadka była gratisem (chyba do kremu do rąk) i mówią szczerze nigdy nie miałam ochoty jej kupić. Jej konsystencja na ustach przypomina mi trochę wazelinę, jest tłusta, nie nawilża jakoś spektakularnie. SPF 4 to w zasadzie brak filtra. Pomadka jest bezzapachowa, bardzo długo utrzymuje się na ustach, tworzy tłustą, nieprzyjemną warstwę. Podobnie jak z waniliowym miodkiem przetestowałam i nie planuję zakupu.


Najlepszym produktem do ust ever jest miodowe masełko tisane. Niestety obecnie go nie posiadam, muszę zużyć jakiś produkt żeby kupić następny. Uważam, że nie ma sensu posiadanie siedmiu pomadek (to samo dotyczy kolorówki: np. brązerów, rozświetlaczy) ponieważ każdy produkt posiada datę przydatności do użycia i moim zdaniem nie ma sensu wyrzucanie kosmetyków (a w związku z tym pieniędzy) do kosza.


Ze względu na to, że moje usta są spierzchnięte przez cały rok często je peelinguję, żeby usunąc nieestetyczne skórki. Próbowałam metody z masowaniem szczoteczką do zębów, ale nawet po użyciu bardzo miękkiej szczoteczki moje usta przypominały czerwone pobojowisko;/ Jestem natomiast fanką dużo delikatniejszej, ale bardzo skutecznej metody peelingowania cukrem. Nie kupiłam w tym celu specjalnego produktu (chociaż kusi mnie ta opcja) wykorzystałam to, co każda z nas ma w domu! Najpierw smaruje usta grubą warstwą pomadki albo masła (najczęściej wykorzystuje to z the body shop), która będzie stanowiła bazę peelingu, następnie nakładam cukier i energicznymi ruchami masuję usta przez kilka minut, następnie zmywam peeling wodą i aplikuję na usta pomadkę (najczęściej bebe) Kryształki cukru świetnie się do tego nadają, ścierają naskórek, po „zabiegu” na ustach nie zostają żadne odstające, suche skórki, usta są nawilżone, a ewentualne zaczerwienienie znika po dosłownie kilku minutach. . Tania i skuteczna metoda. Stosuję taki peeling raz w tygodniu. 

wygląda to mniej więcej tak: 


buziaki;*








niedziela, 27 maja 2012

Czekoladowy wieczór


Jestem fanką domowego spa – nic tak nie relaksuje i uspokaja jak nakładanie maseczek w zaciszu własnego domu, a jeśli w tle palą się świece, albo kominek zapachowy to już jestem w pełni zadowolona.  Poza tym nic nie poprawia mu humoru tak skutecznie jak czekolada! Tym razem zrezygnowałam z Kinder bueno na rzecz maseczki i nie żałuję.


Czekoladowa maseczka nawilżająco – energetyzująca z kakao (dermika) – maseczka pięknie pachnie czekoladą, a jej kolor i konsystencja przypominają rozpuszczoną czekoladę. Aplikacja (nie tylko ze względu na zapach, ale wcześniej wspomnianą konsystencję) jest łatwa i bezproblemowa. Niestety maseczka po 10 minutach zasycha na twarzy i ciężko ją zmyć – użyłam w tym celu specjalnej gąbki do maseczek, ale i tak łatwo nie było. Podczas aplikacji występuje nieprzyjemne uczucie ściągnięcia skóry. Maseczka faktycznie nawilża, skóra po aplikacji jest miękka i gładka. Ze względu na cudowny, relaksujący zapach z pewnością będę do tego produktu wracać. Saszetka kosztuje 3,60 i starczyła mi na dwie aplikacje.

kolor czekolady: 




 dla ciekawskich skład: 



Czekoladowy peeling myjący (Ziaja) – zdaniem producenta peeling delikatnie myje i masuje skórę, złuszcza zrogowaciałą warstwę naskórka, pobudza krążenie dotleniając komórki skóry, przywraca skórze naturalną gładkość i miękkość. Zgadzam się ze wszystkim, może poza tym dotlenieniem – ciężko to stwierdzić ;)


peeling ma konsystencje żelową z dużymi drobinkami, świetnie ściera naskórek, nadaje się do wszystkich partii ciała. Po aplikacji skóra jest gładka, mięciutka, nie pozostawia tłustej warstwy (której bardzo nie lubię) ponieważ nie ma w składzie parafiny. Peeling ma przyjemny kakaowy zapach (charakterystyczny dla całej serii). Bardzo dobry produkt, jeden z moich ulubieńców. 200 ml kosztuje 13,99 zł.


całkiem niezły skład: 




 jutro poniedziałek. Mam mocne postanowienie, że to będzie dobry tydzień! 

Ciasteczka owsiane


Jak pisałam kilka postów wcześniej upiekłam ciasteczka owsiane. Przepis jest banalnie prosty, a przygotowanie masy zajmuje 5 minut.
Będziemy potrzebowały:
400 g płatków owsianych
100 g cukru
150 g masła
Całe opakowanie cukru waniliowego (wanilinowego?)
3 jajka

Masło, jajka i cukier ucieramy (oczywiście zrobiłam to z pomocą miksera, próbowałam manualnie, ale nie polecam tej techniki – jest pracochlonna), następnie do powstałej masy dodajemy płatki owsiane i delikatnie mieszamy. Masę nakładamy na papier pergaminowy i wkładamy do piekarnika. Pieczemy do zezłocenia.
Z podanych produktów upiekłam 20 ciastek

Są pyszne, następnym razem dodam żurawinę i orzechy. Tym razem zrobiłam taką podstawową – testową wersję ponieważ nie wiedziałam czy ciastka wyjdą. Wyszły, tak wszystkim smakowało, że nie zdążyłam zrobić zdjęć ;) Następnym razem się poprawię!

piątek, 25 maja 2012

Letnie akcesoria cz. 2 biżuteria

Letnich inspiracji ciąg dalszy, w kwestii biżuterii od kilku lat królują u mnie kolczyki – wkrętki, ale na lato znalazło się też kilka bransoletek i nawet jeden wisior.  Moim zdaniem biżuteria w znacznej mierze „buduje” strój, jestem fanką sztucznej biżuterii, co będzie widać na zdjęciach.


Kolczyki:



  piórka z reserved 



turkusowy to kolor wakacji! kolczyki są z Tunezji, ale wiele podobnych jest w india shop'ach 




zdjęcie "na szklance" było konieczne, żeby uchwycić kolor w słońcu


kolczyki nie są z divy (poza małymi serduszkami), na tym kartoniku są po prostu lepiej widoczne niż na stole. 


wielosezonowe sowy z flo


Te babeczki (accesorize) są przesłodkie, czasem się zastanawiam czy nie jestem za stara na takie kolczyki, ale w sumie… co mi tam! Wiek to tylko liczba. Nie wiem gdzie jest drugi kolczyk-skrzydło, muszę poszukać. 
Nigdy nie wychodzę z domu bez kolczyków ;) 

Bransoletki: 


Bardzo ją lubię, jest duża, masywna i marynarska! 


Pseudo Pandora ;) z avon'u

Pierścionki: 


Bardzo podoba mi się ten z cytrynowym oczkiem (kupiony w I am), a ten drugi to powszechnie znany władca pierścieni z h&m



biżuteria z kwiatowym wzorem jest latem zawsze modna (apart)



znowu kwiatki (accesorize)


koraliki z trolla 

Jedyny wisior jaki posiadam: 



a na koniec pudełeczko na biżuterię: 










czwartek, 24 maja 2012

dobry dzień!

Siedząc sobie wczoraj wieczorem przed komputerem radośnie przeglądałam różne blogi i gdzieś w sieci (niestety nie pamiętam gdzie) znalazłam informację, że w czerwcowej „Urodzie” jest dodatek w postaci pełnowymiarowego mleczka do ciała z bielendy. Po ataku euforii pomyślałam, że pewnie jak zrobię tourne po kioskach to nigdzie już nie będzie. Na szczęcie się pomyliłam i znalazłam magazyn z dodatkiem. W końcu! Mam nadzieję, że takie magazynowe dodatki będą pojawiały się częściej. A teraz najlepsze: gazeta razem z mleczkiem kosztowała 5,50 zł!!




          W skrzynce pocztowej czekała też na mnie ulotka z Yves Rocher, tym razem prezentem była oliwka pod prysznic z olejkiem arganowym. Słyszałam o tym produkcie tyle dobrego, że w drodze powrotnej z biblioteki zajrzałam do YR. Kupiłam jeszcze żel- krem intensywnie nawilżający z serii hydra vegetal za 23,41 zł (jego regularna cena to 39,00 zł).  Na sam koniec przez zupełny przypadek odkryłam w takiej zwykłej, małej drogerii lakiery z flormar. Lakier ma 6 ml (standardowa pojemność lakierów z flormar’u to 11 ml) i kosztował 4,50 zł. Malutka cena za świetną jakość! 


SPF – krem z flosleku


Pozostając w letnim klimacie przedstawiam Ochronny krem na słońce SPF 50+ z flosleku. Wszyscy potrzebujemy latem ochrony przeciwsłonecznej, ale moja naczynkowa, wrażliwa twarz po przebywaniu na słońcu bez kremu z spf’em ma kolor puszki coca-coli, a do tego piecze. Nauczona doświadczeniem nigdzie się bez spf’u latem nie ruszam. Zimą oczywiście też używam kremów z filtrem, ale dzisiaj nie będziemy wspominać zimy!


opis producenta: 


Krem nie podrażnia, jest wodoodporny, lekko bieli twarz, ale po kilku sekundach już nie widać tego na twarzy. Ma dość zwartą konsystencję przez co ciężko rozprowadzić go na twarzy, ja rozsmarowuje krem na dłoniach i kiedy pod wpływem ciepła robi się bardziej płynny nakładam go na twarz. Za tą cenę nie jest to dla mnie dużym minusem. Nie zawiera barwników i alergenów, posiada delikatny zapach niewyczuwalny już chwilę po aplikacji, szybko się wchłania, można na niego nałożyć makijaż (nic się nie roluje, nie świeci ani nie spływa). A co najważniejsze skutecznie chroni twarz. Za 30 ml zapłaciłam w aptece 14,90.




już czwartek ;) a teraz smaruję twarz kremem i biegnę na zakupy (będę dzisiaj piekła ciasteczka owsiane) i do biblioteki. Miłego dnia!

środa, 23 maja 2012

Letnie akcesoria cz. 1 buty


Uwielbiam lato, kto go nie lubi? Słoneczna pogoda, słodkie owoce, sukienki, kolorowe buty, malutkie torebki, to czas kiedy możemy sobie pozwolić na więcej w modzie i makijażu. Latem zawsze warto postawić na kolor: mój wybór tego roku to mięta i koral. Idealnie łączą się z bielą i skutecznie ożywiają look. Jak co roku modne są dziewczyny marynarzy. Na lato nie kupuję drogich butów z kilku powodów – lato jest krótkie i wolę sobie kupić kilka par tańszych kolorowych butów niż jedna drogie.

Koralowe sandałki – wspaniale wyglądają do białych i czarnych spodni. Najczęściej noszę je jednak do granatowych stylizacji, przełamują monokolor, są takim niebanalnym akcentem kolorystycznym. Kiedy je kupowałam zastanawiałam się do czego założę buty w kolorze arbuza? Ale przekonałam się, że pasują niemal do wszystkiego. Zawsze wszystkie sandałki noszę wyłącznie do długich spodni, mam za krótkie nogi, żeby je założyć do sindbadów albo spódnicy. 



Jeansowe koturny – to moje najwygodniejsze buty na lato, są z materiału więc nie obcierają stóp nawet w bardzo upalne dni. Łączę je z białym i granatowym. Idealne do marynarskiego stylu.





Japonki – symbol wakacji! Te z kwiatkiem w kolorze royal blue (kolor na zdjęciu jest trochę przekłamany) zakładam na wypady nad jezioro, sprawdzają się na plaży, na grilla albo każde inne party w ogrodzie. Bardzo rzadko zakładam je na spacery po mieście. Nie wiem dlaczego, jakoś dziwnie się w nich czuję idąc np. na zakupy.


Karmelowe sandałki – noszę je do czarnych spodni i beżowej koszuli, pasują do prostych, spokojnych stylizacji. Ładnie łączą się w kolorami ziemi: karmelem, brązem, zielenią i wyżej wspomnianym beżem. Dzięki temu, że na kostce mają gumkę bardzo dobrze trzymają się nogi, są wygodne i szybko się je zakłada ;)


Nie podałam marek ani cen przede wszystkim dlatego, że koralowe sandałki mają teraz niemal wszystkie sklepy w ofercie, japonek i koturn też jest mnóstwo, chodziło mi o inspirację, a nie reklamę konkretnego sklepu.