czwartek, 19 stycznia 2017

makijażowi ulubieńcy roku 2016

Nie mogę sobie od wczoraj znaleźć miejsca. Nie mam ochoty nic przeczytać ani obejrzeć. Męczy mnie też takie uczucie niepokoju, macie tak czasem?
Dlatego stwierdziłam, że żeby zająć czymś myśli i ręce napiszę posta o kosmetycznych ulubieńcach ubiegłego roku. 


O dziwo, w przeciwieństwie do comiesięcznych podsumowań łatwiej mi było teraz wybrać makijażowe gwiazdy. Z pielęgnacji przetestowałam przez te dwanaście miesięcy tyle produktów, (wiele z nich polubiłam), że doszłam do wniosku, że nie ma sensu ponownie o tym pisać. 
Tymczasem przejdźmy do meritum: zacznę od produktu, który totalnie mnie oczarował i nie wyobrażam sobie, że mogłabym znaleźć coś lepszego od podkładu Diorskin forever. Wspominałam już o nim na blogu (KLIK). Dlatego teraz tylko krótko podsumuje: dobre krycie, bezproblemowe rozprowadzanie, świetliste (ale nie mokre) wykończenie, brak podkreślania suchych skórek i bardzo porządna trwałość. Mam kolor 010, to odcień z żółtymi tonami, który pasuje mi bardzo. 


MAC strobe cream to produkt, który zapewnia piękne rozświetlenie. Wygląda jak perła w kremie:) Jeśli zależy Wam na efekcie zdrowej, wypoczętej, świetlistej cery zdecydowanie polecam ten produkt. Rozprowadza się z łatwością, stanowi też dobrą bazę pod makijaż. Można go nakładać na dwa sposoby: aplikując bezpośrednio na twarz, albo połączyć z podkładem (robię tak wtedy kiedy podkład jest dla mnie w danym momencie za ciężki). Poza tym jest też bardzo wydajny, moje opakowanie travel size 30 ml mam już od bardzo dawna, a nadal trochę produktu tam jest. 
Ze względu na to, że lubię efekt glow musiał się tutaj znaleźć jeszcze rozświetlacz czyli MAC mineralize skinfinish lightscapade. Uwielbiam go, kiedy go kupiłam (w lutym) nie mogłam przestać na niego patrzeć, wygląda jak jakaś planeta:) Nie ma tutaj żadnych drobinek tylko jednolita warstwa rozświetlenia. Jest jasny, więc idealnie nadaje się dla bladych cer. Daje subtelny efekt (który można stopniować), dlatego sięgam po niego codziennie. Wiem, że na rynku jest wiele rozświetlaczy z bardzo różnych półek cenowych, dla mnie jednak ten produkt jest bezkonkurencyjny pod względem koloru. Nie dla mnie złota Mary Lou. 


Muszę tutaj oddać sprawiedliwość maskarze better than sex z foo faced. Napisałam, że jest średniakiem, przede wszystkim dlatego, że denerwowało mnie jej osypywanie się. Jednak im dłużej miałam ten produkt tym bardziej mi się podobał. Był bardzo wydajny (miałam miniaturę) i kiedy się skończył wyrzucałam opakowanie z żalem, to mi uświadomiło jak bardzo go polubiłam. 
To tusz, który podkreśla rzęsy jak żaden inny. Naprawdę! Rozdziela, równomiernie pokrywa rzęsy, wydłuża, ale przede wszystkim nadaje im sporo objętości. Oczywiście efekt można stopniować. Nadal wkurza mnie to, że się kruszy, ale muszę przyznać, że efekt jaki daje na rzęsach sprawia, że inne maskary pozostają w tyle, nawet te dotąd moi faworyci jak np. high impact mascara z clinique albo colistar infinito. 

To już wszystkie moje makijażowe perełki. Polećcie mi Waszych ulubieńców w komentarzu.

środa, 4 stycznia 2017

a w grudniu

W grudniu najważniejszym wydarzeniem były oczywiście święta (i to, że pierwszy raz mam żywą choinkę i niesamowicie cieszę się jej obecnością:). Uwielbiam ten czas przygotowań, gotowania, zakupów, pakowania prezentów, oglądania filmów typu 'love actualiy' itd. 


Przy okazji pokarzę Wam mojego tegoroczne prezenty: kawiarka, duże opakowanie ferrero (przepadam, a Wy?), 3-letni dziennik, paleta z zoevy caramel melange oraz mała rękawiczka do demakijażu oczu. 


My little book of spells to kalendarz na przyszły rok, widziałam go w filmie Radzki i tak mi się spodobał, że sama postanowiłam go sobie sprezentować. Każdy dzień jest rozplanowany na jednej stronie, podzielonej na plany, rzeczy do zrobienia, ważne wydarzenia i notatki. Poza gtym mamy opis wszystkich znaków zodiaku i oznaczenie faz księżyca. Kojarzy mi się z Harrym Potterem i cieszę się, że taka ładna rzecz będzie mi towarzyszyła przez kolejny rok.



Dostałam zestaw krem+żel z neutrogeny (moja rodzina wie, że zawsze chętnie przyjmuję kosmetyczne prezenty) i zestaw z soap&glory żel po prysznic clean on me, masło i różową myjkę. 
Przy okazji muszę Wam koniecznie pokazać moje skarpeto-kapcie z Pepco w norweskie (?) wzory. Są słodkie i bardzo miękkie. 


Nie samymi świętami człowiek żyje, dlatego mam Wam do polecenia w tym miesiącu dwie książki: "Pełnia życia" Agnieszki Maciąg to dla mnie opowieść o sile charakteru, walce z przeciwnościami i wdzięczności. To książka, które zdecydowanie poprawia humor, ale też sprawia, że na wiele spraw spojrzałam inaczej. Autorka opowiada tutaj o swoim życiu, o tym jaka była nieszczęśliwa i jaką transformacje przeszła. Ciekawa pozycja, do której z pewnością jeszcze będę wracać.
"Muza" zauroczyła mnie okładką, piękna prawda? Dla mnie to najpiękniejsza okładka roku 2016. Samej opowieści też byłam ciekawa, tym bardziej, że napisała ją Jessie Burton, czyli autorka wspaniałej "Miniaturzystki". Akcja toczy się dwutorowo, część wydarzeń ma miejsce w roku 1967 w Londynie, a inne w 1936 w wiosce na południu Hiszpanii. To opowieść o sztuce, miłości, rodzinie i oczywiście tajemnicy. Akcja jest trochę przewidywalna, ale całość jest ciekawa, wciągająca i wspaniale napisana. Takie książki czytam z ogromną przyjemnością. 


Miałam też kilka wolnych chwil na kolorowanie. To zajęcie, które niesamowicie mnie relaksuje, to aż niesamowite, ale kiedy siadam przed takimi konturami do wypełnienia myślę tylko o kolorach kredek, moja głowa wtedy odpoczywa:) Jeśli tak jak ja zmagacie się z tysiącem myśli 'przelatujących' przez Wasze głowy polecam takie wyciszające zajęcie. 


Tradycyjnie obejrzeliśmy też kilka filmów i serial. Zacznę od tego, co podobało mi się najbardziej czyli animacja "Zwierzogród", to miejsce, gdzie zwierzęta żyją w zgodzie, bez względu na to, kto jest drapieżnikiem, a kto nie. Mamy tutaj ciekawą, wciągającą akcję i fajne poczucie humoru. To bajka dla dorosłych i dla dzieci, co nie zawsze jest takie oczywiste. Polecam, a jak już będziecie oglądać zwróćcie uwagę na leniwce pracujące w urzędzie:)



Obejrzeliśmy też najnowszy sezon "American horror story" i muszę ze smutkiem przyznać, że jest najgorszy ze wszystkich. Nie podoba mi się forma a'la dokumentalna, może miało być autentycznie, ale dla mnie wyszło sztucznie i jakoś tak mało strasznie. 
Na koniec mam Wam do polecenia dwie komedie, obie w bardzo podobnym stylu "rekiny wojny" (historia o handlarzach bronią, którzy jednocześnie jak to w takich produkcjach bywa są niesamowitymi nieudacznikami i mają więcej szczęścia niż rozumu) oraz "agent i pół" (główny bohater wiedzie nudne życie księgowego, jednocześnie tęskniąc za czasami szkolnymi kiedy był popularny i lubiany. Odnowienie znajomości z kolegą ze szkoły sprawia, że jego życie nabiera niespodziewanego tempa i zostaje wplątany w aferę z służbami specjalnymi). 
To tyle w kwestii podsumowania grudnia. Na koniec zdjęcie mojego przeszkadzacza:)


Pozdrawiam i do następnego! 

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Chciejlista na nowy rok

Zawsze na początku roku robię listę tego, co chciałabym kupić. Później wracam do tego wpisu i sprawdzam jak to w praktyce wyszło i muszę przyznać, że jeszcze nigdy nie udało mi się kupić wszystkiego:) W ubiegłym roku kupiłam tylko kolczyki z Lilou, ponieważ okazało się, że książka którą chciałam nadal nie została w Polsce wydana, a od upragnionych perfum bolała mnie głowa i ostatecznie kupiłam inny zapach (aqua di gioia). Zobaczymy jak będzie w tym roku, lista jest dośc podobna do poprzednich.


Zacznijmy od rzeczy kosmetycznych. Niesamowicie ciekawi mnie krem do twarzy Vichy slow age, czytałam już jego kilka recenzji i wszystkie są pozytywne. Chętnie sama przetestuję jego działanie.
Kiedy już zdenkuje moje perfumowe zasoby z przyjemnością sięgnę po Givenchy ange ou demon le secret. To piękny i nie dość popularny zapach. Mnie do niego ciągnie oczywiście przez to, że zawiera jaśmin i piwonię.
Z pozostałych rzeczy chętnie przygarnę 'Historię mody', już ją oglądałam, to ładny, duży album, z pewnością też ciekawy:)
Oczywiście muszą się znaleźć tutaj kolczyki. To zdecydowanie mój ulubiony element biżuterii. Podoba mi się zestaw z Sin by Mannei nausznica z cyrkonii i w parze z nią jeden mały kolczyk. Coś pięknego!
To już wszystkie moje 'chciejstwa' na nowy rok. Sama jestem ciekawa, co mi z tego wyjdzie.
Do następnego!

sobota, 31 grudnia 2016

Podsumowanie roku

Tradycyjnie zasiadam do pisania podsumowania mijającego roku. I też już tradycyjnie napiszę, że to był dobry rok (z tego się bardzo cieszę), kończę 2016 zdrowa i szczęśliwa, a im jestem starsza tym bardziej doceniam takie wartości. 


To dla mnie zawsze najbardziej emocjonalny post. Co zmieniło się w tym roku? Niewiele, ale był to wyłącznie pozytywne zmiany. Przeprowadziliśmy się do większego mieszkania, z dziewczyny zmieniłam status na narzeczoną i bez wątpienia był to najbardziej wzruszający moment w ubiegłym roku. Chyba powoli (bardzo powoli) muszę zacząć ogarniać ślubne kwestie. 
Miałam sporo czasu dla siebie, kupiłam matę do akupresury i często się na niej relaksowałam, spędziłam tydzień nad morzem, jak co roku zaliczyliśmy kilka weekendowych wypadów np do Poznania, Krakowa, Wrocławia, nauczyłam się robić paznokcie hybrydowe i przeczytałam 63 książki (trochę więcej niż sama sobie założyłam). 


Sylwestra spędzamy w domu, tylko we dwoje (nie licząc psa:), zamawiamy sushi, pijemy wino i oglądamy tvn w piżamach i wiecie co? Cieszę się na taką noc jak szalona! 

Życzę Wam, aby przyszły rok był czasem wypełnionym dobrymi wydarzeniami, dobrą energią i dobrymi ludźmi. Spełnienia marzeń!

środa, 28 grudnia 2016

Ulubieńcy grudnia

Kończy się ostatni miesiąc w roku, a to oznacza, że czas na ulubieńców! Mam Wam dzisiaj do pokazania produkty do makijażu i pielęgnacji. Przy okazji przypomniałam sobie, że czas zastanowić się nad kosmetycznym podsumowaniem roku. 


Wykończyłam tonik z Sylveco, był niesamowicie wydajny i szczerze mówić już chciałam czegoś nowego, w takiej zwykłej drogerii sięgnęłam po tonik z Ziaji z ich nowej serii z jagodami acai. Produkt jest przeznaczony do skóry zmęczonej, pozbawionej blasku i wrażliwej. Pomyślałam, że to coś dla mnie. Tonik kosztował ok. 8 zł za 200 ml, ma atomizer, co zawsze jest mile widziane. Pachnie łanie, tak delikatnie, w składzie mamy m.in. ekstrakt z jagód acai, glicerynę i pantenol. U mnie sprawdza się bardzo dobrze, używam go rano i wieczorem. Nie podrażnia, nie uczula, dla mnie bardzo przyzwoity produkt, po który sięgam z przyjemnością. 


Oczyszczająca maseczka z Avon z serii planet spa jest dla mnie wielkim zaskoczeniem. Widać po tubce, że zużycie jest duże, a to dlatego, że ten produkt sprawdza się u mnie świetnie, od razu jednak zaznaczam, że nie robi tego, co obiecuje producent. Ta maska nie oczyszcza twarzy, przynajmniej ja nie zauważyłam żadnego działania np. na pory, natomiast świetnie nawilża i koi moją zaczerwienioną skórę. W okresie zimowym jest dla mnie zbawieniem. Nadaje się do częstego stosowania i faktycznie używam jej 2-3 razy w tygodni, już ją prawie zdenkowałam i nie zauważyłam żadnego niepożądanego działania np. zapychania. Maska ma szary kolor i bardzo kremową formułę, jej nakładanie to czysta przyjemność, o dziwo zmywa się też całkiem łatwo. Zapłaciłam za nią ok. 10 zł i na pewno kupię kolejne opakowanie. 


Miałam w tym roku niesamowicie przesuszone stopy, daruję Wam szczegółowy opis tego, jak wyglądały, nie był to przyjemny widok, poza tym miałam tak ściągniętą skórę, że to było aż niekomfortowe. Stałam w drogerii i czytałam składy wszystkich kremów do stóp, ostatecznie zdecydowałam się na Lirene ultra zmiękczający krem-maska do stóp ponieważ mocznik ma na drugim miejscu. Nie ma się tutaj za bardzo nad czym rozwodzić - krem działa. Nałożyłam grubszą warstwę na noc, założyłam bawełniane skarpetki i rano widziałam, już sporą zmianę. Stosowany systematycznie tylko na noc doprowadził moje stopy do świetnej formy:) Pachnie średnio, jest też dość rzadki, ale stosuję go leżąc już w łóżku, więc wybaczam mu te minusy. 


Na koniec dwa produkty z kolorówki. Podkład w sztyfcie z Bell kupiłam w ciemno, spodobał mi się jego beżowy kolor (oznaczenie koloru było tylko na folii, ale wydaje mi się, że to był odcień 01). Podkład ma przyjemną formułę, jest dość kremowy, łatwo się rozprowadza z opakowania i rozciera na twarzy, wygląda bardzo naturalnie. Nie tworzy smug, nie oksyduje. Na mojej suchej skórze sprawdza się bardzo dobrze, jest trwały, ma średnie krycie. Jedyny minus, to jego wydajność mamy tutaj 6,5 g w cenie ok. 25 zł, jak widać na zdjęciu zostało mi go już bardzo mało, a miałam ten produkt z 1,5 miesiąca przy czym oczywiście nie używałam go codziennie. warto go kupić w promocji, tym bardziej, że w Hebe często jest oferta na kosmetyki z Bell 1+1. 
Ostatni ulubieniec to tusz do rzęs również kosmetyk z Avon Big false lashes. Tusz jest wyposażony w tradycyjną, całkiem sporą szczoteczkę. Jest to produkt, który przede wszystkim pogrubia, efekt jest mocno widoczny nawet przy jednej warstwie, trzyma się przez cały dzień, nie osypuje się. Wydaje mi się, że ta maskara ma w sobie takie drobniutkie włoski, które osadzają się na rzęsach mocno je podkreślając. Jeśli szukacie dobrego tuszu w niskiej cenie (zapłaciłam za niego ok. 15 zł) warto po niego sięgnąć.
To już moi wszyscy ulubieńcy grudnia, co Wam się sprawdziło w tym miesiącu?
Do następnego!

niedziela, 18 grudnia 2016

Świątecznie

Nie wiem jak u Was, ale u mnie właśnie pada śnieg. Wczoraj kupiliśmy żywą choinkę, do świąt jeszcze tylko tydzień, więc stwierdziłam, że wpadnę dzisiaj na chwilę na bloga pokazać Wam rzeczy, które sprawiają, że ten przedświąteczny i zimowy czas jest jeszcze lepszy.


Jak wiecie nie wyobrażam sobie życia bez czytania, w ubiegłym roku dostałam w prezencie od mamy książkę Agnieszki Maciąg "smak świąt", jest pięknie wydana, w środku znajdziemy różnego rodzaju porady, przepisy i dobre myśli. Do tego obowiązkowo zwykła herbata z pomarańczą, to mój ulubiony zimowy napój, do tego ciepły koc i mamy popołudnie idealne. 



Polecam Wam też zakup chociaż jednego typowo świątecznego kubka, mój Mikołaj jest z ubiegłorocznej kolekcji Home&you, ale widziałam, że w tym roku są podobne. Bardzo podobają mi się też kubki ze Starbucks'a. Jeśli macie tę kawiarnię w swoim mieście warto zajrzeć i zobaczyć, co mają ładnego.
Nie może zabraknąć gorącej czekolady. Ta z nestle niestety nie jest dostępna w Polsce, bardzo żałuję bo czekolada o smaku after eight była przepyszna! 


Uwielbiam wszelkiego rodzaju świeczniki, uważam, że nic nie stwarza takiego klimatu jak światło świec. Zimą kiedy popołudnia są ciemne niemal codziennie zapalam świece. 


Dostałam w tym roku śnieżną kulę z bałwankiem w środku. Takie przedmioty kojarzą mi się z dzieciństwem. jest piękna, szklana i ciężka. Wcale nie przypomina tych plastikowych koszmarków:) Bardzo ją lubię i przynajmniej raz dziennie potrząsam i wywołuję śnieżną burzę w środku.


Nie może zabraknąć choinki, w tym roku (pierwszy raz!) zdecydowaliśmy się na żywe drzewko, wybór padł na jodłę kaukaską, słyszałam, że igły mniej się z niej sypią niż np. ze świerku, zobaczymy. Na mojej choince są tylko trzy szklane bombki (z empiku), reszta to ozdoby z drewna, papieru i materiału, takie podobają mi się najbardziej. Poza tym nie mogłam znaleźć szklanych bombek, niemal wszystkie był plastikowe. Nie mam dziecka ani kota i chciałam delikatne szklane bombki:) Janusza drzewko wcale nie interesuje, raz je powąchał i tyle. 



Zrobiłam sobie manicure z choinką i Mikołajem, to po prostu wodne naklejki na paznokcie nałożone na lakier z semilac w kolorze buiscit. Czerwień to kolor my love.
To już wszystko, jak widzicie nie dorobiłam się jeszcze żadnego świątecznego swetra ani skarpetek. 


Kto jeszcze nie może się doczekać świąt?  

wtorek, 13 grudnia 2016

Ulubieńcy listopada

Czas na najbardziej spóźnionych ulubieńców roku, nie ma tego dużo (jak zawsze), już się trochę z tym postem ociągałam dlatego od razu przechodzę do rzeczy - mam dzisiaj coś z kolorówki, produkt do włosów i do mycia ciała.


Anti-breakage serum z Ogx to nic innego jak olejek do włosów z mleczkiem kokosowym i proteinami. Pachnie pięknie, jest też niesamowicie wydajny ponieważ jest to produkt o gęstej, tłustej formule - jedna pompka stanowczo wystarczy do moich średniej długości włosów. Aplikuję ten produkt mniej więcej od wysokości ucha ku końcówkom włosów. Trzeba z nim uważać ponieważ nałożony w zbyt dużej ilości obciąża włosy i skleja w strączki. Natomiast jeśli zachowamy umiar ładnie wygładza końcówki i je nawilża.Sprawia, że nie mam na głowie suchej strzechy, jeśli tak jak ja macie rozjaśniane włosy z pewnością wiecie o czym mówię. 
Poza tym serum sprawdza się bardzo dobrze nałożone na noc jako taka odżywcza i nawilżająca maska. W tej opcji też trzymam się z daleka od nasady włosów, nakładam kilka pompek, tak że włosy są prawie mokre, zaplatam w warkocz i idę spać. Włosy po umyciu są miękkie, sprężyste, gładkie i oczywiście nawilżone. Taki zabieg robię nie częściej niż raz w tygodniu, ponieważ boję się przeproteinowania. Serum dostępne jest w wielu drogeriach internetowych, a stacjonarnie możecie je kupić w Hebe. 


Olejek do mycia ciała z Isany kupiłam z myślą, że będę nim czyściła gąbki i pędzle do makijażu. Sprawdza się w tej roli rewelacyjnie, ponieważ mamy tutaj olejki, które rozpuszczają podkłady czy korektory oraz bazę myjącą. Ja jednak należę do osób, które doceniają właściwości olejku przede wszystkim na własnej skórze:) Jeśli macie skórę ściągniętą i suchą polecam wypróbowanie tego olejku. W kontakcie z wodą tworzy delikatną emulsję, która lekko się pieni. Myje i jednocześnie nawilża, po osuszeniu ciała, nie ma konieczności używania balsamu czy masła. Jest to też produkt bardzo wydajny. Wiem, że jego lekko rybny zapach może odstraszyć, ale ja go nawet polubiłam, poza tym po wyjściu spod prysznica na ciele nie ma po nim śladu. 


Na koniec produkt do ust czyli Wibo million dollar lips w kolorze 01. Od razu zaznaczam, że nie było go łatwo dostać, w wielu Rossmannach był wyprzedany, ale w końcu udało mi się do kupić i to jeszcze w promocyjnej cenie ok. 8 zł. Nie dziwię się, że tak wiele osób poleca ten produkt ponieważ jest świetny! 
To matowa pomadka z aplikatorem typowym dla błyszczyków. Zaraz po aplikacji zastyga na ustach i wcale ich nie ściąga, to mi się chyba podoba najbardziej - komfort noszenia tej pomadki, wcale nie czuć jej na ustach. Trzyma się ładnych kilka godzin, po czym równo schodzi z ust. Oczywiście podczas jedzenia i picia ten proces następuje szybciej, ale nadal pomadka całkowicie schodzi z ust, nie pozostawiając np. żadnej obrzydliwej obwódki. Dostępna jest w kilku kolorach, ja zdecydowałam się na ciemniejszy, zgaszony róż. Myślę, że ten kolor będzie pasował wielu typom urody. 
To już wszyscy moi ulubieńcy, bardzo skromnie w tym listopadzie:)
Do następnego!