niedziela, 26 marca 2017

Zmiany na wiosnę

Poza tym, że zrobiłam porządki w mieszkaniu i szafie chciałam zrobić też coś dla siebie z okazji zbliżającej się wiosny:)


Przez jesień i zimę mocno dbałam o moją cerę, zależało mi przede wszystkim na tym, żeby po tych zimnych miesiącach nie była taka zmęczona i poszarzała. Muszę przyznać, że mi się udało i moja twarz wygląda całkowicie zadowalająco, ale i tak zawsze można coś polepszyć. 
Dlatego postanowiłam wprowadzić do mojej pielęgnacji produkty z witaminą c. Na początek kupiłam booster z Perfecty fenomen C. Już go praktycznie zużyłam, produkt jest zapakowany w szklaną buteleczkę z pipetą, jest lekki, dobrze się rozprowadza i szybko wchłania.
Używałam go na dzień i na noc. Jakie zauważyłam działanie? Nawilża, nie podrażnia (a jak wiecie z moją wrażliwą cerą zawsze zwracam na to uwagę) i sprawia, że cera jest rozpromieniona i wygląda na wypoczętą, ma też bardziej wyrównany koloryt. 
Jestem z tego produktu zadowolona, z chęcią go zużyłam. Teraz mam na celowniku kosmetyki z witaminą c z Mincer Pharma.


Ponownie (który to już raz?) wróciłam do szczotkowania ciała na sucho. Uważam, że zawsze warto sięgać po szczotkę, systematyczność daje naprawdę świetne efekty - skóra jest gładka, miękka i bardziej sprężysta. Nie wiem dlaczego, ale zawsze jest tak, że przez kilka miesięcy codziennie szczotkuję całe ciało, a potem jakoś tak porzucam szczotkę i o tym zapominam. Dlatego teraz na wiosnę znowu do tego wracam, bo wiem, że warto. 


Z ogromną przyjemnością sięgam już lżejsze zapachy. Moi faworyci to mgiełka satsuma z The Body Shop - uwielbiam ten zapach gorzkiej pomarańczy oraz perfumy Aqua di Gioia czyli zapach typowo zielony, mokry i rześki.


Mam ostatnio duży problem z wypadaniem włosów. Nie zmieniłam diety, śpię po 7-8 godzin. nie mam więcej stresów, więc wydaje mi się, że może za tym stać zmiana pór roku. 
Jeszcze na studiach używałam suplementu diety merz spezial i byłam z jego działania tak zadowolona, że postanowiłam teraz znowu po nie sięgnąć. Mam 3 opakowania, które stanowią pełną kurację. W każdej buteleczce mamy 60 drażetek na 30 dni stosowania. Zaczęłam je brać dopiero w piątek więc nic więcej powiedzieć teraz nie mogę, ale za jakiś czas na pewno dam Wam znać co i jak. Tabletki mają działać nie tylko na włosy, ale również na skórę i paznokcie. W składzie zawierają  m.in. biotynę, cynk, żelazo, witaminy A, C, B6 i B12. 
Odwiedziłam stronę producenta (klik) i okazało się, że mają w swojej ofercie jeszcze kremy. Nie wiedziałam wcześniej o tym, ale zapisałam sobie te produkty na listę ponieważ jestem ich ciekawa.


Byłam dzisiaj w Empiku i wypatrzyłam Glamour z maskarą Deborah Lash creator volume & care. Nie mam żadnego kosmetyku tej marki, na szybko przeczytałam kilka pozytywnych opinii na wizażu i stwierdziłam, że spróbuję. Maskara kosztuje ok. 35 zł, gazeta razem z tuszem kosztowała 12,99 zł. W takiej cenie mogę tusze kupować:) Mam nadzieję, że się sprawdzi, bo gazeta na pewno nie jest dla mnie, praktycznie same reklamy i zdjęcia, bardzo mało tekstu.

To tyle u mnie, życzę Wam miłego popołudnia i do następnego!

niedziela, 19 marca 2017

Wiosenna lista zakupowa

Celowo nie nazwałam tego posta wish list, ponieważ zdecydowana większość z tych rzeczy to nie marzenie, a konieczność:) Zrobiłam na wiosnę przegląd mojej szafy, staram się robić przemyślane zakupy i rzeczy, których się pozbyłam to były ubrania, które już są zniszczone i swoje czasy świetności mają dawno za sobą.


Kupiłam nowy Twój Styl, w którym są kupony z rabatami obowiązującymi w sklepach stacjonarnych od 31 marca do 2 kwietnia. Tym samym nadszedł czas na zrobienie listy rzeczy, których zdecydowanie mi brakuje i są to:
T-shirty, najlepiej w jasnych kolorach. Nadal poszukuję białej, nieprześwitującej koszulki z dobrej jakości bawełny. Coraz bardziej podobają mi się ubrania z aplikacjami, stwierdziłam, że kupię zwykłą, gładką koszulkę i kilka naprasowanek i sama sobie coś takiego zrobię. 

Szukam czarnego, szarego lub granatowego rozpinanego sweterka, wszystkie, które miałam zdecydowanie nie nadawały się do dalszego noszenia. Były już rozciągnięte i zmechacone. Niby to taki prosty i klasyczny ciuch, a jakoś nigdzie w sieci nie znalazłam nic ciekawego. Swoją drogą dlaczego coraz więcej sklepów na swoich stronach internetowych zamieszcza zdjęcia, na których albo nie widać połowy ubrania albo modelki są powyginane w bardzo dziwne pozy i nijak nie można sobie uzmysłowić jak dana rzecz układa się na ciele?
Potrzebuję też dwóch par spodni dresowych, najlepiej wąskich ze ściągaczem przy kostce. U mnie w szafie zawsze mam dla nich miejsce. Uwielbiam w ich chodzić po domu, na spacer z psem, na zakupy etc. Szukam czegoś podobnego do poniższych, tylko trochę tańszych (obie pary są z Zalando). Jak zawsze czegoś granatowego, czarnego, khaki albo szarego.


Chętnie przygarnę też cienką bluzę, taką wkładaną przez głowę (ta szara w jaskółki jest z H&M, druga to jak widać Gap - dostępne na Zalando:) 

Jeśli chodzi o buty to w tym roku również planują chodzić w moich nieśmiertelnych melissach, ale znalazłam też dwie pary idealnych butów na wiosnę. Obie bary są z H&M, bardzo podoba mi się ostatnio taki odcień różu:

I chętnie przygarnęłabym obie pary:) 
Jak widać wszystko utrzymane jest w stonowanej kolorystyce, nie dla mnie neony i intensywne kolory typu pomarańczowy albo czerwony. Źle się e nich czuję i od dawna wieszaki z ubraniami w takich kolorach omijam z daleka. 
To już wszystkie moje zakupowe potrzeby, miłego popołudnia Wam życzę.
Do następnego!

czwartek, 16 marca 2017

Nowości cz.2 i ostatnia

Wiem, że w poście z początku marca pisałam, że więcej zakupów nie planuje i faktycznie tak było. Później jednak okazało się, że jedziemy do Katowic, a tam jest sklep The Body Shop więc nie mogłam się powstrzymać, a później spotkałam się z moją przyjaciółką pracującą w aptece i też złożyłam u niej małe zamówienie tak przy okazji:)


W TBS była promocja na żele pod prysznic 3 za 2, zdecydowałam się na zapach, którego wcześniej nie ziałam czyli mleko migdałowe i miód (wzięłam też małe masełko, zostawię je sobie na jakiś wyjazd) pachnie pięknie, tak delikatnie i mlecznie:) Do tego dobrałam już bardziej wiosenno-letnie opcje czyli mango i satsumę. 


Od dłuższego czasu szukam pędzla do blendowania, mam jeden już mocno wysłużony, kiedy dowiedziałam się o syntetycznych pędzlach marki własnej Hebe stwierdziłam, że poszukam u nich takiego pędzla. I owszem w ofercie jest, ale za każdym razem jak szłam do sklepu był wyprzedany, więc jak w końcu był dostępny od razu go kupiłam, Jest przyjemny w dotyku i miękki, ale jeszcze nie miałam okazji go przetestować. Przy okazji korzystając z promocji -40% wrzuciłam do koszyka maskarę z Eveline volumix fiberlast.


Dzięki uprzejmości mojej przyjaciółki w końcu się zebrałam i za jej pośrednictwem kupiłam krem, o którym myślałam od początku roku czyli Vichy Slow Age. Nie wiem jeszcze jak działa, ale muszę przyznać, że ma piękne, ciężkie, szklane opakowanie. Skusiłam się też na maseczkę do cery naczynkowej z serii Sesibio z Biodermy i na osławiony balsam do ust w słoiczku z nuxe. Wydaje mi się, że zmienili opakowanie tego produktu, teraz ma różowy napis i zakrętkę. Wygląda świetnie. Tak dziewczęco:)


To już wszystkie moje zakupy, kolejny raz powiem (i tym razem będę się tego trzymać), że więcej zakupów nie robię przynajmniej do maja. Wiem, że w kwietniu będzie promocja na kosmetyki kolorowe w Rossmannie, ale już poprzednio nie byłam zadowolona, dlatego teraz na pewno nie skorzystam. 
To tyle z moich nowości kosmetycznych. Trzymajcie się i do następnego!

niedziela, 12 marca 2017

Kolorówkowe nowości

Jak zawsze nie są to kosmetyki kupione przed kilkoma dniami, tylko takie, których już trochę używam i mam wyrobione zdanie na ich temat. Nowość dotyczy wyłącznie tego, że na blogu to ich debiut. 


Bez zbędnego przedłużania zacznę od produktu, który jest moim totalnym faworytem - podkład Ever Matte z Clarins. Noszę go z ogromną przyjemnością. Podoba mi się w nim wszystko: lekkie, plastikowe opakowanie, proste i ładne, a jednocześnie bardzo funkcjonalne, świetne do podróży i z wygodnym aplikatorem, beżowy kolor i przyjemny, melonowy zapach (jest wyczuwalny tylko podczas nakładania, nie ma takiej opcji, żeby nas męczył w ciągu dnia). Podkład ma lekką, rzadką konsystencję, która zapewnia krycie średnie, w stronę mocnego, wygląda to ładnie, absolutnie nie ma mowy o widocznej tapecie. 


Moja cera jest sucha więc teoretycznie nie potrzebuję podkładu matującego, nie zmienia to jednak faktu, że ten podkład sprawdza się u mnie świetnie - długo się utrzymuje i nie ciemnieje. Jedyny minus jest taki, że podkreśla suche skórki, ale ostatecznie jest przeznaczony do innego typu cery, wybaczam mu to, wystarczy postawić na lepsze nawilżenie przed aplikacją makijażu:) 
Mój egzemplarz jest w kolorze 105 nude, chciałam sprawdzić cenę regularną tego podkładu (mnie akurat kupiła go przyjaciółka za 50 zł na mega wyprzedaży przy okazji likwidacji Douglas'a), ale nie ma go na stronie Clarins'a ani Douglas'a. Znalazłam go na iperfumy i kosztuje 118 zł. Zdecydowanie jest wart takiej kwoty.

W listopadzie ubiegłego roku kupiłam słynny korektor pro longwear i od tamtego czasu używam go z wielką przyjemnością. Jest to produkt kremowy, który łatwo się aplikuje i zgodnie z nazwą jest długotrwały. Mój jest w kolorze NC 20, ponieważ nie chciałam mieć pod oczami białych plam jak Kim Karsashian:) Stosuję ten produkt gównie pod oczy, ale zdarzało mi się go nakładać na całą centralną część twarzy jako jedyny produkt (w sensie, że już bez podkładu) i również rewelacyjnie się sprawdzał. Wiem, że wiele osób uważa, że jest to produkt mocno przesuszający, szczerze mówiąc nie obserwuję tego u siebie, nawilżam cienką skórę pod oczami, nie używam też korektora codziennie. Jedyny minus to pompka, która aplikuje zdecydowanie za dużą porcję produktu, bez względu na to jak lekko ją naciskamy. Korektor ma dużą pojemność 9 ml i w regularnej cenie kosztuje 88 zł.


Jakoś po świętach zamówiłam na stronie MAC'a puder mineralize skinfinish w kolorze light plus. Szukałam pudru, który nie będzie stwarzał efektu matowej, mocno obciążonej cery, chciałam czegoś o bardziej satynowym wykończeniu. Długo zastanawiałam się nad słynnymi meteorytami, ale przy bliższym poznaniu te drobiny wydają mi się za duże. Ostatecznie wybór padł na MAC'a i jestem z tego bardzo zadowolona. Produkt jest bardzo drobno zmielony, tym samym oczywiście pyli się przy nakładaniu. Na twarzy wygląda bardzo naturalnie, fakt, że moja cera nie jest bardzo wymagająca i nie muszę, ale po prostu lubię używać pudru. Moim zdaniem puder przedłuża trwałość makijażu i jest dobrą bazą do nakładania innych suchych produktów np. różu, rozświetlacza. 
Czytałam, że produkty w kamieniu z MAC'a są bardzo wydajne i zgadzam się z tym. Używam tego pudru od początku stycznia, zatem już niemal 2,5 miesiąca, a zużycie jest minimalne. Przed nami jeszcze wiele wspólnych miesięcy:) Jego regularna cena to 135 zł za 10 gramów. Ja akurat kupiłam go (jak wszystkie inne produkty z MAC w tym poście) korzystając z promocji -20%.


Ostatni produkt to prem + prime Fix + również z MAC'a. Ten produkt to nic innego jak mgiełka odświeżająca i wykańczająca makijaż. Ładnie pachnie, dobrze się aplikuje dzięki atomizerowi, który faktycznie rozpyla delikatną mgiełkę. Słyszałam opinie, że przedłuża trwałość makijażu, nie zaobserwowałam tego, ale prawda jest taka, że na mojej suchej cerze makijaż trzyma się dobrze aż go nie zmyję. Może latem w upalne dni będę w stanie powiedzieć coś więcej w tym temacie:) 
Na pewno jest to produkt przyjemny w użyciu, dobrze sprawdza się nałożony po wykonaniu makijażu - ładnie wszystko spaja i ściąga pudrowość, natomiast po kilku godzinach od nałożenia makijażu przyjemnie odświeża twarz. 
Zdecydowanie dla mnie nie jest to produkt niezbędny, byłam go ciekawa, zużyję z przyjemnością, ale podejrzewam, że więcej do niego nie wrócę. Cena regularna za 100 ml to 90 zł. 

To tyle u mnie, życzę Wam miłego wieczoru. I do następnego!

środa, 8 marca 2017

Ulubieńcy lutego

Już nie będę się powtarzała, że ten czas tak szybko leci. Powiem tylko, że na szczęście do wiosny coraz bliżej, zarezerwowaliśmy też już wszystko na nasz sierpniowy urlop, bardzo się cieszę!
A teraz czas na ulubieńców lutego, jak zwykle sama pielęgnacja. 


Zacznę od produktu do ciała. Od kilkunastu dobrych miesięcy w świecie kosmetycznym niesamowicie popularne są peelingi kawowe, łatwe do zrobienia w domu, ale od czasu do czasu aż chce się sięgnąć po jakiegoś gotowca. Skusiłam się na małą saszetkę (40 g) z Eo Laboratorie, taka ilość wystarczyła mi na trzy użycia, kosztowała 8 zł. Wybrałam wersję z pomarańczą (pachnie wspaniale, jak pomarańczowe delicje), dostępne były jeszcze opcje z czekoladą i miętą, równie kuszące:) 


Ze względu na to, że na pierwszym miejscu w składzie mamy kawę peeling jest suchy, nie ma żadnych pieniących się dodatków. Można nim wykonać porządny masaż całego ciała, po aplikacji skóra jest miękka, sprężysta, gładka i ładnie pachnie. Jako drobiny ścierne mamy tutaj poza kawą oczywiście brązowy cukier, w składzie znajduje się też olejek ze słodkich migdałów. 
Jeśli nie lubicie peelingów z parafiną, albo takich, które dają mocne uczucie natłuszczenia skóry polecam Wam ten produkt. Poza tym ze względu na małe opakowanie świetnie nadaje się na wyjazdy.
Oczywiście jak każdy tego typu produkt brudzi wannę/prysznic.


Po tym jak wykończyłam próbkę kremu pod oczy clinique all about eyes szukam godnego następny. Na instagramie u Iwetto (klik) natknęłam się na regenerującą maseczkę pod oczy i na powieki z Rival de Loop. Od razu tego samego dnia poszłam ją kupić. Saszetka podzielona na cztery części mieści w sobie łącznie 6 ml kosztuje ok. 2 zł. Nie ma możliwości, żeby taką jedną część zużyć w całości, dlatego przełożyłam zawartość saszetki do słoiczka i stosuję tę maseczkę jak krem rano i wieczorem. 
Maska dobrze nawilża (na tym zależy mi w szczególności) i szybko się wchłania, nie podrażnia, nadaje się pod makijaż. Zdaniem producenta przy regularnym stosowaniu wygładza linie i zmarszczki, tego nie wiem, ponieważ moja okolica oka pod tym względem ma się dobrze:) W składzie mamy kwas hialuronowy, witaminę e, masło shea, pantenol, olej makadamia i z pestek winogron. Uważam, że relacja ceny do jakości jest tutaj wyjątkowo na plus. 


Na koniec dwa produkty, które bardzo się ostatnio przysłużyły mojej suchej skórze. Zaczęłam stosować tonik z kwasem, najłagodniejszy jaki znalazłam, ale moja twarz od razu stała się mocno przesuszona i pełna suchych skórek.
Dlatego stwierdziłam, że poszukam czegoś delikatnego do demakijażu. Zdecydowałam się na emulsję oczyszczającą bio granat z alterry. Jest to produkt o konsystencji mleczka, który nakładam na twarz, chwilę masuję, a następnie zmywam wodą. Dobrze się sprawdza jako jeden z etapów demakijażu, na pewno nie polecam go to stosowania jako jedyny produkt do zmywania makijażu ponieważ jest na to za słaby. Po zmyciu pozostawia na twarzy lekko wyczuwalną warstwę, nie jest to absolutnie nic nieprzyjemnego. Jest delikatny, nie podrażnia. Jeśli macie suchą, wrażliwą skórę warto się nim zainteresować. Tym bardziej, że nie ma w składzie sztucznym barwników, silikonów, parafiny, produktów na bazie olejów mineralnych, a kosztuje ok. 8 zł.
Zamiast kremu stosuję ostatnio olejek różany z your natural side. Jest to olejek nierafinowany, wylewam w zagłębienie dłoni kilka kropli, a następnie dociskam dłonie do twarzy, staram się nie pocierać:) Stosuję go tylko na noc, na dzień wolę pod makijaż coś o lżejszej i mniej tłustej konsystencji. Olejek różany jest polecany do cery naczynkowej, jestem z jego działania zadowolona, skóra jest w dobrym stanie (dużo lepszym niż przy stosowaniu ostatniego kremu z tołpy), nie jest zaczerwieniona i mnie nie piecze, a używałam tego produktu zimą, która nigdy nie służy mojej twarzy:)

To tyle u mnie w temacie ulubieńców. Z okazji dnia kobiet życzę nam spokoju, radości i siły!
Do następnego


niedziela, 5 marca 2017

Nowości

Mam Wam dzisiaj do pokazania moje zakupy z ostatniego tygodnia. Jest tutaj sama pielęgnacja i jedna książka, również związana z kosmetyczną tematyką.


W końcu zrobiłam zamówienie na stronie Ministerstwa Dobrego Mydła. Koniecznie muszę wspomnieć o tym, że zakupy w tym miejscu to sama przyjemność. Wiadomości mailowe o spakowaniu i wysłaniu paczki są niezwykle miłe, od zapłaty do otrzymania paczki minęły trzy dni, a kosmetyki przyszły pięknie zapakowane i super zabezpieczone. 


Zdecydowałam się tylko na to, o czym już wcześniej myślałam, niestety nie ma obecnie w sprzedaży hydrolatów, ale stwierdziłam, że mam jeszcze tonik, więc może kiedyś przy okazji uda mi się wrzucić hydrolat z róży do koszyka. Zamówiłam olejek z pestek śliwki (faktycznie pachnie marcepanem), mydło hibiskusowe, którego aż żal jest używać ma taki piękny, wytłoczony motyw oraz peeling śliwkowy, tego już użyłam i przyznaję, że pierwsze wrażenie było bardzo przyjemne. Poza tym ten peeling pachnie jak karmel.


W drogerii kupiłam masło do ciała z Bielendy (były dostępne dwa warianty: karite i kokos. Oczywiście wybrałam to drugie) i lipowy płyn micelarny z Sylveco. Cieszę się, że teraz produkty z Sylveco, Biolaven i Vanek są coraz częściej dostępne w różnych sklepach stacjonarnych.


Zamówiłam też trzy kosmetyki z Balea, bardzo dawno nie używałam nic z tej firmy, poza tym przyznaję, że chciałam mieć po prysznicem żel z jednorożcem :) Poza tym do koszyka wrzuciłam żel o zapachu wanilii z kokosem (tutaj zdecydowanie zapachowo wanilia przeważa) i balsam pod prysznic.


Na instagramie natknęłam się na książkę "50 mitów o urodzie", zamówiłam jak zawsze na aros.pl i już zaczęłam czytać. Muszę przyznać, że zapowiada się ciekawie, już dowiedziałam się kilku nowych rzeczy. Autorki odnoszą się do takich zagadnień jak np. parabeny, aluminium, alkohol w kosmetykach, retinoidy. Podoba mi się to, że poza ładną szatą graficzną mamy tutaj faktycznie treść, a nie tylko zbiór banałów, jak to niestety coraz częściej zdarza się w tego typu publikacjach.


Wymieniłam też sznurki w moich bransoletkach z Lilou na bardziej wiosenne, wybrałam dwa kolory: chabrowy i różowy. Bardzo mi się takie zestawienie podoba. 

To tyle u mnie. Miało padać, ale pogoda jest piękna i zaraz zabieram Janusza na długi spacer.
Życzę Wam słonecznej niedzieli.
Do następnego! 

piątek, 3 marca 2017

a w styczniu

Zdaję sobie sprawę, że początek marca to trochę późno jak na podsumowanie stycznia, ale chciałam napisać ten post ponieważ kilka ciekawych rzeczy się u mnie w tym miesiącu pojawiło.


Przede wszystkim nowe wydanie "przekroju", tym razem gazeta występuje w formie kwartalnika, ma duży format, w środku mało reklam i sporo ciekawych treści. Przyznaję, że jeszcze nie wszystkie przeczytałam, ale do kolejnego wydania na pewno się wyrobię. Bardzo podoba mi się szata graficzna. Cieszę się, że po raz kolejny ten tytuł powrócił, powitałam go z dużym entuzjazmem, ponieważ wcześniej również "przekrój" czytałam.


W styczniu dotarła do mnie płyta "Fale" Karoliny Baszak, uwielbiam i słucham do znudzenia:) Mamy tutaj ciekawe, dobrze napisane teksty, zupełnie inne od tego, czego aktualnie można posłuchać w radio. Dla mnie ta płyta to taki wieczorny wyciszacz, chociaż nie wszystkie piosenki są w takim zupełnie spokojnym klimacie. Moje ulubione to "prawdziwa historia", "ze sobą" i "tracę oddech". Oprawa graficzna płyty również zasługuje na pochwałę. 
Bardzo podoba mi się też płyta Julii Pietruchy "parsley". Dla mnie to idealne piosenki na dobre dni, takie, które podkreślają jeszcze bardziej dobry nastrój, przyjemne chwile. Na płycie jest dużo ukulele i myślę, że to właśnie ten instrument sprawia, że to jest płyta inna niż wszystkie. Pełna spokojnej, radosnej muzyki. Przyznaję, że nie kupiłam jeszcze albumu, ale na pewno to nadrobię, Może zrobię sobie taki prezent na dzień kobiet:)

źródło: google grafika

Ostatnie zdanie na temat muzyki to Taco Hemingway. Może rap to nie jest muzyka, która zajmuje dużo miejsca w moim sercu, ale "deszcz na betonie" i "następna stacja" totalnie wpadają mi w ucho. Przypominają mi trochę Łonę. Polecam posłuchać i zobaczyć teledysk to "deszczu..." Generalnie ja i Paweł słuchamy bardzo dużo totalnie różnej muzyki przez hip-hop, rap, trochę popu i folku, z dużą przewagą metalu i rokowych brzmień.


Książka, która w styczniu najbardziej mnie wciągnęła to "dziewczyna, którą kochałeś" Jojo Moyes. Spodziewałam się czegoś zupełnie innego, otrzymałam ciekawą, wielowymiarową opowieść o miłości, wojnie, odwadze, odchodzeniu, walce. Początkowo główna bohaterka mnie wyłącznie irytowała, ale wraz z rozwojem wydarzeń znajdowałam w sobie coraz więcej zrozumienia dla Liv. Akcja książki toczy się dwutorowo we Francji w czasach pierwszej wojny światowej i we współczesnym Londynie, te dwie czasoprzestrzenie łączy historia pewnego obrazu. 
Styczniowe filmy godne polecenia to "Sully" - opowieść o tym, jak wyglądała historia pilota, który wylądował na rzece Hudson po jego bohaterskiej akcji. Jak jego decyzja była odbierana przez linie lotnicze i ubezpieczyciela. Zdecydowanie warto zobaczyć. 
"Księgowy" to natomiast typowy film akcji. Mamy tutaj tytułowego księgowego granego przez Bena Affleck'a, którego życia jak łatwo się domyślić nie ogranicza się do uzupełniania zeznań podatkowych. Z jednej strony prowadzi małe biuro, jego choroba sprawia, że prowadzi bardzo usystematyzowany tryb życia, z drugiej prowadzi ciemne interesy z typami spod jeszcze ciemniejszej gwiazdy:)


Tradycyjnie mam Wam do polecenia herbatę, tym razem jest to biała herbata Teekanee z Rossmanna. Jest pyszna, odświeżająca i delikatna, z prostym składem, w dobrej cenie. Już wypiłam całe opakowanie. 
To tyle w kwestii podsumowania stycznia, zaraz czas na luty!
Miłego weekendu i do następnego :)