niedziela, 4 grudnia 2016

a w listopadzie

Byliśmy na weekend we Wrocławiu. Bardzo lubię to miasto, już wielokrotnie je odwiedzaliśmy, a tym razem celem naszej podróży było afrykarium, przy okazji zobaczyliśmy też jarmark świąteczny i wstąpiliśmy do shrimp house - serdecznie Wam to miejsce polecam, jest malutkie, z kartą zawierającą tylko 6 pozycji, ale podają świetne krewetki z jeszcze lepszymi sosami (zwłaszcza mango), atmosfera i jedzenie było tak dobre, że nawet nie pomyślałam o zrobieniu zdjęcia:) 


Zwykle jak gdzieś jedziemy dużo spacerujemy, tym razem poszliśmy z rynku do zoo na nogach, trochę nam to zajęło, ale było warto, lubię przebywać na dworze w takie mroźne i słoneczne dni. Afrykarium zdecydowanie jest warte odwiedzenia, robi duże wrażenie. 


Zrobiłam też malutkie zakupy - kupiłam śliczną, szarą czapkę (niestety jest z akrylu, ale za to została uszyta w Polsce) z wielkim (oczywiście sztucznym) pomponem oraz korektor z mac (pro longwear w kolorze nc 20). 


W listopadzie byliśmy w kinie na 'Doktorze Strange' i jak średnio za filmami Marvela przepadam (mam duży przesyt bohaterów produkowanych taśmowo), tak ten podobał mi się bardzo. Jest zabawny, ma spektakularne efekty specjalne i całkiem znośną historię. 



'Belfer' był reklamowany wszędzie, tyle osób o nim mówiło, że w końcu sama postanowiłam przekonać się, co to za serial. To opowieść o typowej polskiej prowincji gdzie szemrani biznesmeni (w tym miejscowy burmistrz i komendant) trzymają władzę nad całym miasteczkiem, ludzie są zastraszani, a szkolna młodzież ma swoje tajemnice. Generalnie historia jest ciekawa, wiem, że zdania na temat zakończenia są podzielone, mnie osobiście bardzo się podobało, chociaż domyślałam się kto zabił, ostateczna motywacja była dla mnie sporym zaskoczeniem. Jeśli jeszcze nie widzieliście to warto nadrobić. 



Z inspiracji jedzeniowych mam Wam tylko do pokazania pięknie podaną zimową herbatę (ostatnio wybieram ją częściej niż kawę) i rogala na św. Marcina (uwielbiam!).


Przeczytałam w listopadzie kilka książek i zacznę od mojego największego rozczarowania czyli prozy Remigiusza Mroza. Przeczytałam 'Kasację', podjęłam jeszcze jedną próbę, ale dokończyć 'Zaginięcia' nie mogę. Nie wiem skąd taka popularność tych książek, dla mnie historie są przewidywalne, dialogi się powtarzają w nieskończoność, a sami bohaterowie czyli Chyłka i Kordian zwany Zordonem są płaskie jak naleśniki. Może później faktycznie jest lepiej, ale jakoś nie mam siły się o tym przekonać. 


Za to mogę Wam polecić 'Słowika', to wojenna historia dwóch sióstr, jak zawsze mamy tutaj rodzinne kłótnie, miłość, kolaboracje, bohaterstwo i romans, zdaje sobie sprawę, że tego typu książki są do siebie fabularnie podobne, nie zmienia to jednak faktu, że 'słowika' czyta się bardzo przyjemnie, to taka historia, której nie chce się szybko skończyć. 


Przeczytałam też 'Harrego Pottera i  przeklęte dziecko', od razu zaznaczam, że nie lubię czytać niczego w formie scenariusza, uważam, że autorzy mogli pokusić się o napisanie powieści, ale jest jak jest. Cała historia jest ciekawa, przyjemnie się czyta i muszę przyznać, że wspaniale było po latach wrócić do Harrego, Hermiony i Rona, dowiedzieć się jak wygląda ich dorosłość. Jeśli jako dzieciaki byliście zachwyceni przygodami Harrego koniecznie przeczytajcie tę najnowszą książkę. 

To tyle w kwestii listopada, jakiś mi taki podejrzanie krótki ten post wyszedł.
Miłej niedzieli i do następnego. 

czwartek, 1 grudnia 2016

W końcu grudzień!

Uwielbiam! Tym bardziej, że tegorocznej zimy już kilka razy padał śnieg. Z utęsknieniem czekam na święta, a tymczasem postanowiłam zrobić mikołajkowo-świąteczną listę kosmetycznych zachcianek, oczywiście nie kupię ani nie dostanę wszystkich, ale może to być też inspiracją dla innych:) 



Najbardziej spodobał mi się zestaw z Tonymoly (dostępny w Sephorze, cena 85 zł) mamy tutaj bananowy krem do rąk, wiśniowy balsam do ust i krem peelingujący (ciekawa sprawa, chętnie bym sprawdziła to na własnej skórze:). W zeszłym roku dostałam zestaw z Clarins daily energizer i byłam z tych kosmetyków bardzo zadowolona. Mamy tutaj krem w regularnej pojemności oraz miniatury żelu do mycia twarz i toniku, jako gratis dodane kosmetyczkę (cena 99 zł, dostępność: Douglas, Sephora, sklep internetowy Clarins). Clinique pepstart tutaj w cenie nawilżającego kremu otrzymujemy jeszcze miniaturę kremu pod oczy i żelu do mycia twarzy, jako dodatek występuje oczywiście kosmetyczka (cena ok. 100 zł, w zależności od sklepu, dostępność: Sephora, Douglas i sklep internetowy Clinique). Podobają mi się  też pielęgnacyjne zestawy do ciała z the body shop (mamy tutaj różne przedziały cenowe w zależności od tego w jakiej pojemności i ile produktów wybieramy) oraz z soap and glory, niestety ich oferta nie jest w Polsce dostępna, ale warto sprawdzić sklepy internetowe:)



Nie szukam dla siebie zestawu z makijażem, ponieważ mam wszystko czego potrzebuję, ale gdybym miała wymienić zestawy, które uważam za godne uwagi to jest ot zestaw z Clinique, w cenie 99 zł mamy produkty do makijażu oczu i ust, z tego co pamiętam w sensownej cenie był też zestaw kosmetyków marki Pupa - podkład i korektor w sztyfcie. Abstrahując od zestawów uważam, że paleta w barwach dobranych do obdarowywanej osoby to zawsze dobry pomysł. 
Dwa zestawy z tuszami, które pojawiają się co roku to Lancome hypnose oraz Helena Rubinstein lash queen mascara, bardzo mi się podobają, zdecydowanie są na mojej liście do przetestowania, ale nie wiem kiedy się przełamię, żeby wydać 170 zł na tusz do rzęs:) 



Na sam koniec chciałam wspomnieć o kosmetycznych kalendarzach, może idea jest całkiem ciekawa, ale ceny w granicach od 150 do nawet 500 zł to moim zdaniem zwyczajne marnowanie pieniędzy. Domyślam się, że wspaniale jest odkrywać codziennie nowe okienko z kosmetyczną niespodzianką, ale jak dla mnie te kilkaset złotych lepiej przeznaczyć na jeden czy dwa kosmetyki, o których myślimy od długiego czasu niż kilkadziesiąt miniaturek. Po wyrzuceniu wielkiego kartonu podejrzewam, że nawet nie zauważyłabym kiedy te mini produkty zużyłam, albo porozrzucałam po kosmetyczkach:) 
Dlatego zdecyduje się na kalendarz z milki i codziennie będę jadła małą czekoladkę:)
To tyle u mnie, co sądzicie o zestawach i kalendarzach?
Do następnego!


wtorek, 22 listopada 2016

Drogeryjne nowości

Mam Wam dzisiaj do pokazania kilka drogeryjnych nowości, mamy tutaj dwie nowości i jeden produkt, z którego wcześniej byłam bardzo zadowolona, a teraz niestety trochę mniej.


Zacznijmy od największego rozczarowania czyli palety the nudes z maybelline. Widziałam wiele jej pozytywnych recenzji, ja niestety ich nie podzielam. 
Cienie mocno się pylą i mają bardzo słabą pigmentację, ale nie to jest najgorsze, nakładają się brzydko, nierównomiernie, nie ma tutaj mowy o blendowaniu, cienie tworzą na oku jednobarwną, brzydką plamę. Jedyny sposób w jaki można ich użyć to po prostu nałożyć jeden cień na całą powiekę i tyle. Nie wiem czy to ja się przyzwyczaiłam do dużo lepszej jakości m.in. przez moją ulubienicę chocolate bar, ale nie wiem skąd tyle pozytywnych opinii o tej palecie. 
Szkoda, bo liczyłam na to, że będzie mi towarzyszyła w wyjazdach, opakowanie oceniam na duży plus, jest małe, kompaktowe, wykonane z grubego plastiku. Mamy tutaj 12 cieni, matowych i satynowych.
Nie jest droga, w zależności od drogerii możemy ją dostać w cenie od 30 do 50 zł, moim zdaniem w tym przedziale lepsze są chociażby palety z make up revolution.

Tusz wonder'full z Rimmela to bardzo przyzwoity produkt. Mamy tutaj silikonową szczoteczkę w standardowym rozmiarze. Tusz ma mocno czarny kolor, nie osypuje się i nie rozmazuje, ładnie podkreśla rzęsy, można stopniować efekt - jedna warstwa idealnie nadaje się na dzień, dwie warstwy sprawiają, że rzęsy są mocno podkreślone. 
Jedyny minus jaki widzę w tym tuszu, to to, że dobrze wygląda przez jakieś 6 godzin, po tym czasie znika z rzęs. Nie wiem jak to się dzieje, ponieważ tak jak wcześniej wspomniałam ten produkt się nie osypuje, tylko jakoś tak marnieje na rzęsach:) 
Mnie to jakoś bardzo nie przeszkadza, używam go na co dzień, np. do pracy.


Rimmel wake me up był kiedyś podkładem bardzo przeze mnie lubianym. Nadal uważam, że dobrze kryje, daje efekt wypoczętej cery, nie ściera się i nie podkreśla suchych skórek dlatego podczas wizyty w Rossmannie sięgnęłam po niego bez zastanowienia. Niestety, nie wiem czy zrobili coś z formułą, ale pamiętam, że wcześniej produkt miał bardzo ładny zapach, teraz nie pachnie prawie wcale, natomiast najgorsze jest to, że teraz ma inny kolor. Zdecydowanie bardziej pomarańczowy niż wcześniej (100 ivory). Muszę go mieszać z innym podkładem/kremem cc albo ze strobe cream z maca, ponieważ samodzielnie nie nadaje się do noszenia.


To tyle u mnie, życzę Wam miłego wieczoru!
Do następnego.

sobota, 19 listopada 2016

Kindle paperwhite, colab i słynny podkład z catrice

Nie mam ostatnio za bardzo czasu, żeby pisać kosmetyczne recenzje, inna sprawa jest taka, że nie testuję niczego nowego, za kilka dni pojawi się wpis o drogeryjnych nowościach i tyle, nie mam więcej zaplanowanych żadnych postów, co praktycznie mi się nie zdarza. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. 
Korzystając z tej brzydkiej deszczowej pogody chciałam sobie tak pogadać i opowiedzieć co u mnie nowego:) 


Największy zakup ostatnich tygodni to biały Kindle paperwhite 3. Długo się nad nim zastanawiałam, miałam od dawna wersję classic i z jednej strony chciałam już czegoś nowego, a z drugiej wiedziałam, że nie potrzebuję dwóch czytników, bo po co? Ostatecznie stwierdziłam, że jak uda mi się sprzedać mojego używanego classica kupię paperwhite'a. Cóż, sprzedał się niemal od razu:) 



Czym nowy kindle różni się od poprzedniego (poza tym, że jest biały:)? Przede wszystkim opcją podświetlania ekranu, dla mnie to bardzo użyteczna funkcja, zwłaszcza w szare, deszczowe dni, kiedy nie jest tak ciemno, żeby korzystać z lampki, ale jednocześnie niewystarczająco jasno, żeby komfortowo mi się czytało. Paperwhite jest dotykowy, ma trochę inne menu, ale również intuicyjne i proste w obsłudze. Classic odczytywał tylko pliki w mobi, paperwhite obsługuje pliki zapisane również w doc, txt, o pdf. Czy jestem zadowolona z tej zmiany? Bardzo! Już wiele razy o tym wspominałam, ale powtórzę ponownie: uwielbiam czytać na kindle'u:)



Skuszona promocją -40% na kosmetyki Nacomi poszłam dzisiaj do Hebe. Kupiłam czarne mydło (już kiedyś miałam i pamiętam, że byłam z niego bardzo zadowolona, cena w promocji 10,19 zł) oraz czerwoną glinkę (promocyjna cena 8,99 zł). Czytałam ostatnio sporo o rytuale hammam, stwierdziłam, że chętnie zafunduję sobie taką przyjemność w domu i dokupiłam jeszcze rękawicę kessa. Przy okazji tych zakupów zauważyłam, że w Hebe dostępne są suche szampony Colab. Myślałam, że nie są dostępne w Polsce, stwierdziłam, że wypróbuję, tym bardziej, że w końcu zużyłam batiste'a w wersji dla brunetek. Jest spory wybór szapomnów z Colab, ja zdecydowałam się na wersję Paris. Obecnie również są w promocji, kosztują 10,39 zł. 


Podeszłam również do szafy Catrice zobaczyć osławiony podkład HD liquid coverage, oczywiście zastałam pustą półkę, zostały tylko testery. Nałożyłam sobie na wierzch dłoni najjaśniejszy kolor 010 light i muszę przyznać, że zaraz po aplikacji wszystko mi się podobało, lekka formuła, dobre krycie i beżowy kolor. Niestety po chwili podkład zasechł i ściemniał, zamiast jasnego beżu miałam na dłoni dość ciemną pomarańczę. Dlatego zdecydowanie nie będę już szukała tego podkładu, nie znoszę kiedy kolory oksydują, ze względu na to, ze mam jasną karnację, to go zdecydowanie dyskwalifikuje. 



Jak zawsze mój mały pomocnik musiał się wbić na łóżko kiedy robiłam zdjęcia:) 
To tyle u mnie, miłego weekendu Wam życzę!

niedziela, 13 listopada 2016

Nowości i denko

Tak się złożyło, że w październiku zużyłam wiele produktów, w tym kilka z kolorówki i może właśnie od nich zacznę. Puder z Bourjois healthy mix sprawdzał się bardzo dobrze, był drobno zmielony i miał neutralny jasny kolor, poza tym podobała mi się jego różowe opakowanie z dużym lusterkiem. Byłam bardzo zadowolona z kremu cc z Bell z serii hypoallergenic oraz z kultowego już korektora z Catrice (miałam w kolorze 2) i oba kosmetyki na pewno kupię jeszcze nie raz, tym bardziej, że są tanie i ogólnodostępne.


Zużyłam dwa masła, moje ulubione z The Body Shop (grapefruit) oraz z Balneokosmetyki (malinowe) i peeling z tej samej serii. Nie będę się już tutaj powtarzać, ponieważ te produkty pojawiły się już na blogu. 
Denka sięgnął też zwykły aceton do zdejmowania hybryd, mała woda termalna z Avene, płyn micelarny z olejkiem z Garniera (po zużyciu całego opakowania nie zmieniłam o nim zdania, bardzo dobry produkt, skuteczny i wydajny), mydło z Yope (też na pewno kupię jeszcze jedno, nie mogę się tylko zdecydować na wersję zapachową, widziałam, że wyszły jakieś nowości - herbata i mięta, szałwia i zielony kawior oraz imbir i drzewo sandałowe) mgiełka do ciała z Bath and Body Works (żałuję, bardzo lubiłam zapach french lavender, wcale nie pachniał lawendą, bardziej owocami) oraz szampon z Gliss Kur (średnio pachniał, dobrze domywał włosy, to taki zwykły szampon do codziennego użytku, ale własnie przez ten dziwny, trochę męski zapach więcej go nie kupię).


Wykorzystałam też sporo masek w saszetkach. Jak zawsze musiałam sięgnąć po maskę w płacie aloesową z Lomi Lomi, z Ziaji zużyłam dwie żelowe maski (płatki róży oraz ogórek, mięta i papaina, są ok, ale stwierdzam, że w zimniejszych miesiącach wolę te z glinką) w ulubieńcach już pisałam o świetnych maseczkach węglowych z Bielendy. 
Maski do ust z Sephory bardzo lubię, teraz jeszcze bardziej przez warunki atmosferyczne:) Nie polecam natomiast żelowych płatków pod oczy z Efektimy na bazie ekstraktu z czerwonego wina, nie widziałam po nich żadnego efektu, nic, zupełnie nic. Szkoda tych czterech złotych.


Na promocji w Rossmannie kupiłam paletę the nudes, podkład wake me up z Rimmela oraz maskarę wonderfull z tej samej firmy. Wszystko zamówiłam przez internet i tylko odebrałam w sklepie, nie miałam więc problemu z przebijaniem się przez tłum:) Nie podoba mi się natomiast to, że Rossmann podnosi ceny produktów w trakcie promocji, chciałam kupić inny tusz, ale jak zobaczyłam, że jest droższy o 15 zł niż zwykle odpuściłam. Po filmie dziewczyn z love and great shoes musiałam kupić matową pomadkę w płynie Wibo million dollar lips w kolorze 01, jest piękna i na pewno znajdzie się w ulubieńcach, używam jej teraz codziennie. 
Zrobiłam małe, nieplanowane zakupy w The Body Shop, ze względu na to, że skończyła mi się mgiełka z bbw, stwierdziłam, że kupię coś w jej miejsce. Skusiłam się na satsumę, dla mnie to po prostu zapach gorzkiej pomarańczy, niestety nie jest to najtrwalszy zapach na świecie. TBS w październiku wyprzedawało sporo produktów i dlatego wzięłam też żel pod prysznic o zapachu pinacolady. Od koleżanki dostałam żel do mycia twarzy z woskiem pszczelim z Burt's Bees, jeszcze go nie używałam, jedyne co mogę powiedzieć, to to, że dziwne pachnie, jak farba do włosów.
To tyle u mnie, długi weekend dobiega końca. 
Do następnego!

poniedziałek, 7 listopada 2016

a w październiku

W każdą niedzielę szlismy do jakieś kawiarni, to był nasz sposób na przełamanie tej jesiennej, brzydkiej, szarej aury za oknem. Przyjemnie jest posiedzieć w innym miejscu niż dom, napić się dobrej kawy i zjeść do tego ciastko:) 



Przy okazji odkryliśmy kilka bardzo ładnych miejsc.
W te dni, które spędziliśmy w domu głownie zajmowałam się czytaniem książek pod kocem. Przeczytałam Romanowów, chociaż początkowo myślałam, że nie będzie łatwo, to lektura okazała się przyjemna, napisana w ciekawy sposób, prostym językiem. Jedyny minus to jej gabaryty, książka jest ciężka i wielka jak encyklopedia. 
Poza tym jesień to czas kryminałów, przeczytałam trzy tomy serii o Lipowie Katarzyny Puzyńskiej, przede mną cztery kolejne i na pewno po nie sięgnę, ale chwilowo potrzebuję trochę odpoczynku od Lipowa. Kryminały są ciekawe, z dużym wątkiem społecznym, wszystkie zagadki się wyjaśniają, nie są przewidywalne, ale trochę męczy mnie klaustrofobiczna atmosfera małej wsi. 



Żeby nie było, że tylko jem czekoladę i czytam książki w październiku byliśmy dwa razy w kinie. Na animacji 'sekretne życie zwierzaków domowych', która mnie rozbawiła i podobała mi się bardzo, miło od czasu do czasu obejrzeć taką pocieszną historię. Widzieliśmy też 'inferno' i tutaj emocje już nie są tak pozytywne, film z kategorii jak się nudzisz to możesz obejrzeć, ale to nic specjalnego. Historia przewidywalna i oczywista, widać, że scenarzyści chcieli zrobić film z zaskakującym twistem, ale moim zdaniem niezbyt się udało.


Mam Wam natomiast do polecenia dwa dobre seriale. Drugi sezon 'Narcos' obejrzeliśmy w niecały tydzień. Mimo faktu, że człowiek zna zakończenie historii nie można się doczekać następnego odcinka. To po prostu dobra produkcja, z dobrą scenografią i porządnym scenariuszem. Jeśli nie oglądaliście jeszcze tego serialu zdecydowanie warto to nadrobić. 
Jesteśmy w trakcie trzeciego sezonu 'the office' to dość stary serial, ale jakoś wcześniej nie wpadł mi w ręce. To sitcom o pracy w biurze, myślę, że jeśli choć przez chwile pracowaliście w korpo albo macie szalonego szefa, który męczy wszystkich dookoła, sam nie potrafi podejmować decyzji i ma żenujące żarty ten serial Was rozśmieszy. Generalnie nie przepadam za tego typu produkcjami, nie lubię np. 'przyjaciół' ale o dziwo 'the office' swoim abstrakcyjnym humorem mnie bawi. 


W październiku kupiłam też kilka dodatków do domu, m.in poszewki na poduszki w folkowe wzory w ikea i super milutki kocyk z pepco. Przy okazji nadmieniam, że świeca z tk maxx sprawdza się bardzo dobrze, równo się wypala, a jej zapach jest mocno wyczuwalny w dość dużym pomieszczeniu.



Na koniec inspiracje jedzeniowe i jak zawsze jakaś herbata. W tym miesiącu, jak co jesień gotowałam i jadłam krem z dyni, uwielbiam. Nie ma dla mnie bardziej rozgrzewającej zupy, jest idealna na deszczowe popołudnia, poza tym bardzo szybko się ją robi.
Odkryłam wspaniałą herbatę, jest przesmaczna i myślę, że zasmakuje nawet tym z Was, którzy nie przepadają za dziwnymi herbatami. Mamy tutaj proste w smaku (i składzie) połączenia czarnej herbaty z cytryną i mango. Z tej serii jest jeszcze kilka opcji do wyboru i na pewno skuszę się na kolejne.



Bardzo ostatnio polubiłam płatki jaglane, te są akurat z Lidla, ale podobne można dostać np. w Rossmannie. Czasem dodaje jakieś inne owoce, np. borówki albo maliny (niestety już tylko mrożone), zalewam mlekiem i szybkie śniadanie gotowe:)
To tyle u mnie, co Wam umilało październik?

niedziela, 30 października 2016

Ulubieńcy października

Koniec miesiąca to czas ulubieńców, nie ma tego w tym miesiącu dużo, maseczka, pomadka i ręczniki, to właśnie od niech zacznę.


Pierwszy raz widziałam je na yt i od razu stwierdziłam, że to będzie przydatna rzecz. MyBaby Tami bawełniane ręczniki dla noworodków i niemowląt są dostępne w Rossmannie, kosztują ok. 9 zł za 50 sztuk (dostępne są też mniejsze opakowania). Ręczniczki są miękkie, nie rozwarstwiają się ani nie rwą. Używam ich na mokro i sucho, do osuszania twarzy, do zmywania maseczek i do demakijażu, moczę ręcznik wodą micelarną i przecieram twarz, jest to dużo wygodniejsze niż używanie płatków kosmetycznych. Są zapakowane w kartonik, z którego łatwo wyciągnąć chusteczkę. 
Ręczniki są produkowane ze 100% czystej bawełny, są przeznaczone dla dzieci więc absolutnie nie podrażniają skóry. 


To, że mam suche usta to nie nowość, mam też sporo produktów do ust, ale ostatnio szczególnie spodobała mi się pomadka rumiankowa z alterry. Jest to produkt, który bardzo dobrze chroni usta przed wiatrem i niskimi temperaturami, idealne rozwiązanie na tegoroczną jesień. Pomadka zostawia lekką warstwę na ustach, ale wcale się nie lepi, nie jest też ciężka więc wcale mi nie przeszkadza. Nie barwi ust, pozostawia tylko lekki połysk. Jest to produkt o dobrym składzie, nie zawiera syntetycznych barwników i aromatów, silikonów, olejów mineralnych i parafiny. Poza tym takie opakowanie idealnie mieści się nawet do małej kieszeni płaszcza, czego nie można powiedzieć o eos'ach. W Rossmannie dostępna jest jeszcze wersja z granatem, następnym razem właśnie po nią sięgnę. Pomadka jest tania (4,99 zł) i wydajna, serdecznie polecam!


Na koniec maseczki carbo detox z Bielendy. Zobaczycie w denku, że trochę tych maseczek zużyłam, testowałam dwie wersje: do cery suchej i wrażliwej oraz do cery dojrzałej. Ta druga moim zdaniem sprawdza się trochę lepiej, poza tym przyjemniej pachnie winogronami. Maski są rewelacyjne, bardzo dobrze oczyszczają, odświeżają cerę, ale przede wszystkim sprawiają, że jest gładka i miękka jeszcze na drugi dzień po aplikacji (nie mogę się przestać temu dziwić, nawet po dużo droższych maskach nie miałam na twarzy takiego efektu). Jedno opakowanie wystarcza na jedną aplikację. W trakcie noszenia maski na twarzy czuć lekkie ściągnięcie, ale nie jest to nic strasznego, maska nie  przesusza ani nie podrażnia nawet mojej delikatnej cery. 
Maska ma tylko jeden minus, ze względu na to, że jest czarna podczas zmywania brudzi wszystko dookoła. 
To już wszyscy moi ulubieńcy, spokojnej niedzieli Wam życzę:)